Przebiegła blondynka

Pytacie, kim jest? Proszę bardzo: piękną blondynką o imieniu Lusia, absolutnie pewną siebie, nawet gdy powie lub zrobi coś głupiego. Ma męża, który wciąż obcałowuje ją po paluszkach rąk i nóg, i córkę, która jedyne co ma po matce – to imię. W życiu blondyna2rodzinnym czuje się jak ryba w wodzie, ale swego męża-rówieśnika, za którego wychodziła, a jakże! – z wielkiej miłości… zdradza nieustannie. Dlaczego to robi? Hmm… Dobre pytanie. Być może doznawanie rozkoszy od jednego mężczyzny to dla niej za mało?

Dlatego marzy jej się być kochaną przez wszystkich, oczywiście, ale tylko przez tych, którzy na nią zasługują. I to wszystko za sprawą żyłki myśliwego, którą w sobie juz dawno odkryła i która sprawia, że gdy upatrzy ofiarę – musi rzucić ją do swych nóg, doprowadzić do szaleństwa, by na końcu upoić się zwycięstwem, które dla niej jest słodsze nad rozkosze amora.
Jesli idzie o jej męża… Tak, jak już wspomniałem – jest taki! Ma na imię Pawełek. Pawełek jakością swego życia rodzinnego jest całkowicie usatysfakcjonowany. Jeśli ktoś próbowałby powiedzieć mu o lusinych „przygodach”, roześmiałby się takiemu indywiduum w twarz, choć bardziej prawdopodobne: rzuciłby się na niego z pięściami broniąc honoru ukochanej żony. Ona, Lusia, to docenia w Pawełku. I dba,  aby jego wyobrażenie o niej pozostało niezachwiane. Tylko raz ich szczęście rodzinne zawisło na cieniutkiej niteczce. Ale po kolei…

Była właśnie w trakcie kolejnego burzliwego romansu z mężem pewnej topowej dziennikarki. Poznali się na wakacjach. Olek był ze swą sławną żoną a ona z Pawełkiem. Pochlebiały czynione pod jej adresem komplementy przystojnego dziennikarza, choć, prawda: nie tak sławnego, jak jego żona. No i zakochała się. Acha! Facet był całkiem dobry. I pod każdym względem. Dlatego spotykała się z nim regularnie – w jego domu, zawsze – gdy małżonka wyjeżdżała w tak zwany: „teren”.

Ale pewnego razu zagościła u nich na weekend kuzynka. I – jasne: z „wolnej chaty” nici. Przeszkody, jak wiadomo, tylko wzmagają zakusy amora. Wydawało się jej, że jeśli „dziś nie” – ona – Lusia – umrze z nieutulonej do Oleczka pasji. Główkowała, jak awaryjnie przyjąć Olka w swoim mieszkaniu? – I wygłówkowała. Zadecydowała, że wyśle na weekend swoją córeczkę do babci. Przekonała męża, aby w sobotni poranek odwiózł ją (dwie i pół godziny jazdy samochodem w jedną stronę) a w niedzielę wieczorem odebrał. Pomyślała – zrobiła. Gdy nastał sobotni poranek jej dobry Pawełek posadził córuchnę do samochodu, zapiął pasy i fru! – pojechali. Wtedy natychmiast za telefon. „Oleczku, przyjeżdżaj! Jestem w domu sama.” I Oleczek rzucił się z przyjazdem, jak do pożaru.

Wyczekiwała niecierpliwie. Jej kobiece walory okrywał li tylko przezroczysty peniuar. Gdy stanął na progu – chwyciła go za rękę, natychmiast wciągnęła do mieszkania, przekręciła klucz, zostawiła w zamku i… dawaj! -Pierwsza runda, druga runda… Jej pies o imieniu Munio skulił się gdzieś w kąciku i skomlał, zapewne przestraszony, biedactwo, z tak emocjonującego, żywiołowego, roztaczającego się na jego oczach widowiska.

Miłosny szał, wiadomo: wyłącza czujność, luzuje rozum. Gdy po trzeciej turze bez śladu życia  leżeli na tapczanie – nagle pukanie do drzwi. Do diaska, kto to może być? – „Mąż! Nie, nie powiem! Pięć godzin na drodze, no i jeszcze z mamą wypadałoby ciut porozmawiać… Nie, na pewno nie on”. Za wcześnie! Może sąsiadka? „Nie ma mnie w domu!”

– Luśka! Czemu nie otwierasz? Przecież wiem, że jesteś w środku, bo widzę klucz w zamku. Pewno pod nieobecność Pawełka liczysz zaskórniaki! – I roześmiała się głośno, ale na szczęście niedługo jeszcze się pokrzątawszy  – zamilkła.

„Cholerny klucz! Powinnam była wyciągnąć” – pomyślała Lusia. Chciała nawet wstać i naprawić błąd, ale gdzie tam! Jej gladiator przygotowuje się do nowej walki. I gdy tylko przylgnął do jej wspaniałego biustu – znów dzwonek. „Co za namolne babsko!” Zbeształa w myślach sąsiadkę. Dzwonek nie odpuszczał. „Co za ludzie! Skoro raz nie otworzono, znaczy – nie chcą nikogo widzieć… Wezmę ją na przeczekanie!”. Łatwo powiedzieć. Psiapsiókłka ciągle miotała się na klatce i nieprzerwanie dzwoniła. Po cichutku wstała więc z tapczanu, podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer. Spojrzała i prawie zemdlała: oto po drugiej stronie – jej ukochany mąż niecierpliwiąc się coraz bardziej nerwowo przestępuje z nogi na nogę.

Nie ma co. Szczerze mówiąc: sytuacja niewesoła. Co robić? Nie wpuścić? – Wyłamie drzwi. Wpuścić? Nawet trudno sobie wyobrazić, co by się zadziało. Walka byków! „Cholera! Czyżbym wlazła pod samą lufę myśliwego?” Wystawienie się na obstrzał zawsze jest nieprzyjemne. W jej przypadku, zresztą, niedopuszczalne. Ona nie z takich, i w ogóle nie z takich, co się poddają. Sekundy biegną – a ona niczego nie potrafi wymyślić. Pawełek, co słychać i widać – także już traci cierpliwość.

Wzięła głęboki oddech, aby nie zdradzać emocji, i odezwała się głośno i stanowczo:

– Pawełku, zejdź proszę na dół, wyjdź na tył bloku i czekaj tam na mnie. Zaraz do ciebie dołączę. Proszę, zrób jak ci nakazuję! Koniecznie! Wszystko ci potem wyjaśnię.

Być może usłyszał w jej głosie coś niezwykłego, jakoż odwrócił się i posłusznie oddalił. Słyszała trzask drzwi od windy, a wcześniej tylko trzy słowa. „Tak?! Dobrze kochanie”. Wbiegła do sypialni:

– Zbieraj się, moja miłości! Nie denerwuj się, wszystko będzie w porzo. – Mówiąc to szybko ubierała się, jednocześnie sprawnie chowając do szafy peniuar i inne miłosne akcesoria.

Zjechała windą na dół. Mąż, zgodnie z poleceniem, czekał niecierpliwie na tyłach bloku. Był nie na żarty zaniepokojony:

– Co się stało? Dlaczego nie mogłaś otworzyć?

– Chodź, mój drogi, na spacer. Mamy dziś piękną pogodę. – Wzięła go za rękę i wyprowadziła z dala od domu, pozwalając Olkowi niepostrzeżenie wydostać się z pułapki, wsiąść do samochodu i odjechać.

– Co u mamusi? Dobrze się czuje? A nasza córeczka ucieszyła się ze spotkania z babcią?

– Wszystko w porządku!

– Dziękuje ci, kochany! Musisz być bardzo zmęczony – tyle godzin za kółkiem!

– Bardzo się spieszyłem do ciebie, nawet ustanowiłem rekord: trzy i pół godziny jazdy! I z obiadu zrezygnowałem.

– Mój ty biedny! Więc jesteś głodny?!

– Tak, jestem. Ale na początek zjem ciebie! – I objął ją i zaczął całować i tulić, a potem nagle ocknął siei przemówił:

– Więc co się stało? Obiecałeś powiedzieć!

Wracali do domu. Samochodu Oleczka przy wejściu nie było.

– Sprawa w tym, że… Na pewno mnie skarcisz…

– No co ty opowiadasz? Mów śmiało!

– Ofiarowałam jednej z moich przyjaciółek nasze mieszkanie, dla potrzeb jej skrytej randki. Znasz ją dobrze, jej męża zresztą też. Nie spiesz się, aby ją oceniać, myślę, że to poważne uczucie. Prosiła, abym na wszelki wypadek siedziała cicho w sąsiednim pokoju… Gdy zacząłeś sie dobijać koleżanka przestraszyła się, że ją zobaczysz, a potem wygadasz przed jej mężem… Mam nadzieję, że nie zechcesz wyciągać ode mnie kim jest?

– Nie zechcę. Chociaż, szczerze mówiąc, wszystko to dla mnie jest trochę nieprzyjemne. I kochali się na naszym tapczanie?

– No a gdzie indziej? Przecież nie w dziecięcym łóżeczko naszej córki!?

Pawełek zadrżał. Przerwał, a potem utulił ją w ramionach:

– Nieprzyjemne to. Dobrze, że chociaż ty nie z takich. A oni? Czort z nimi! Oni mnie nie obchodzą…

I cicho pocałowała go w policzek, w podzięce za takie ważkie słowa. Weszli do mieszkania.

W powietrzu cały czas unosił się jeszcze ekscytujący zapach oleczkowych perfum. Zmięta pościel nadal, zdawała się chować ciepło roznamiętnionych ciał. Mąż zaczął całować ją i nerwowo pozbawiać odzieży drżącymi rękoma. Słabiutko stawiała opór:

– Jesteś zdrożony, zmęczony, głodny. Odsapnij! Może najpierw obiad?…

Nie zwracał uwagi na żadne słowa. Już niósł ją na rękach do sypialni.

– Teraz… chcę tylko ciebie!

Najprawdopodobniej wyimaginowany obraz tego, co tu się działo, zaostrzył apetyt męża na amory. Był jak nieposkromiony mustang…

Zamknęła oczy. I… jej randka z Oleczkiem przedłużyła się do nocy.

 

*

A jaki morał z bajeczki?

  1. Pomysłowość i przebiegłość – nie zawsze przypisujcie tylko do brunetki.
  2. Gdy drzwi zamknięte od środka – czasem nie warto się dobijać. Czasem lepiej cichutko stanąć w kąciku i zaczekać aż otworzą się same… Chyba że tak baaaardzo kochacie własną żonę, jak Pawełek Lusię. No ale, sorry… To już Wasz wybór.

Bajki dla dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *