Bajka o strasznym smoku i księżniczce Katarzynce

Za czorta nikt nie wie, skąd i kiedy pojawił się w kampinoskim królestwie ten straszny smok? Chodzą słuchy, że zamieszkał w babiczańskiej leśnej pieczarze, ledwie parę mil od zamku.

Przypadkowi włóczędzy, ale i zwykli przygodni podróżni opowiadali, że widzieli go tam, opisując drżącym głosem potwornego gada unoszącego się nisko pod niebem, pokrytego „stalową” łuską i ziejącego z paszczy ogniem.

Dlatego miejscowy lud za każdym razem gdy wychodził z domostw zadzierzgał głowy do góry i rozglądał się ze strachem wokoło. Tylko mieszkańcy zamku królewskiego nie przejmowali się niczym i nadal wiedli, jak i dotychczas, beztroskie życie – organizując liczne bale i knując dworskie intrygi.

Pewnego powszedniego dnia przepiękna księżniczka Katarzynka postanowiła odpocząć od  nużących ją książęcych honorów i oddaliła się do przyzamkowego lasu. Czasami spotykała tam wiejskich poetów, którzy naprędce układali dla niej wiersze, czasem giermków, którzy zabawiali ją grając na lutni, a czasem i wędrownych rycerzy, których zawsze obdarowywała zalotnym, niewieścim spojrzeniem, a niekiedy buziakiem. Szkoda tylko, że tych rycerzy tak ostatnio bywało jakby wciąż mniej i coraz bardziej mniej…

Nie dziwota, że jako smukła, niebieskooka, z rozkosznymi blond lokami królewna od dawna przyciągała z sąsiednich królestw śmiałków ubiegających się o jej rękę. Ale gdy tylko, co który, składał przed nią w uniżeniu pokłon – uciekała zrazu i chowała się do leśnych ogrodów, nie chcąc nawet myśleć o zamążpójściu. Bała się, przecie, że nie będzie wtedy jej dane samotnie spacerować po lesie i nie napotka więcej wędrownych rycerzy.

 *

Księżniczka nie spiesząc się idzie alejką swego leśnego ogrodu, napawając duszę jasnymi promieniami słońca i zapachami roślin. Marzy o odważnym, przystojnym rycerzu, który usadzi ją na rumaka i porwie w siną dal.

Ale nagle, co to? Oto nagle pokrywa ją złowrogi cień. Nie zdążywszy nawet spojrzeć w niebo – pac! I ucapana jest ogromnymi szponiastymi łapami ziejącego ogniem smoka. Gad gwałtownie zamachał skrzydłami i wraz z księżniczką poszybował w górę. Gdy wreszcie zrozumiała co się stało, z przerażeniem krzyknęła. W dole usłyszała larum ludzisków i patrzyła, jak wskazują palcami na ulatujące monstrum, dzierżące księżniczkę w swych szponach…smok

Wylądowawszy u podnóża wielkiej skały, w pobliżu ogromnej pieczary – smok wypuścił ją z łap i niskim, ochrypłym głosem przemówił:
– Zapraszam w me podwoje.
– Ty… ty… dlaczego mnie tu zaciągnąłeś? – Dusząc się z gniewu wykrzyknęła Katarzynka.
– Dlaczego, dlaczego… Teraz, chcę po prostu coś zjeść, – odpowiedział grzecznie smok.
– Chcesz mnie zjeść ? – Oczy księżniczki rozszerzyły się z przerażenia.
– Ciebie?! – Potwór wybuchł dzikim śmiechem, – co z takiej chudziny byłby za obiad? Żaden! Ja… wiesz… jam jest smakosz. Uwielbiam grillowanych rycerzy. Najlepiej omundurowanych, a jeszcze lepiej: w zbroi. No i… konik razem z nimi – to już istna pychotka!
– A skąd bierzesz tych rycerzy? – Zainteresowała się księżniczka uspokoiwszy się już trochę, że nie przewiduje jej w swym menu.
– Zobaczysz … – smok odpowiedział zagadkowo i mlasnął…

*

Dzień już dobiegał końca, gdy pod królewski zamek przybywał na rończym koniu zakuty w zbroję rycerz. Za nim na chudej szkapinie taszczył się jego znużony giermek.

Przybysz nie pojmował, czemu mieszkańcy królestwa widząc jak nadjeżdża – wybiegają z zamkowych komnat i z radosnym okrzykiem witają go, jak zbawcę.

Kiedy przekroczył bramę zamku zeskoczył z konia widząc nadbiegającego króla. Połyskując zbroją klęknął prędko składając władcy niezliczone pokłony. Król objął rycerza i łkając opowiedział, jakie ich królestwo spotkało dziś nieszczęście. Rycerz, chwilę pomyślawszy, ciężko dosiadł konia i wyciągnąwszy miecz pokłusował w kierunku kampinoskiej puszczy, gdzie, wedle słuchów, uporządził pieczarę tajemniczy, straszny smok. Giermek, na chudej kobyle ledwo za nim nadążał…

*

Rozmowa księżniczki i smoka rozwijała się na dobre, gdy na horyzoncie, w kłębach stepowego pyłu pojawiła się sylwetka zbliżającego konno rycerza. Nie widząc jeszcze celu swej pogoni wystrzelił przed siebie ze skałkówki pocisk, który o mały włos nie zranił smukłych i delikatnych nóżek księżniczki.

– To zapowietrzony! – zaklął smok.

– Mógł nam zrobić krzywdę, – podchwyciła księżniczka. – Ale pewno w galopie nie dostrzegł w kogo strzela…

– Ło! Jak chyżo mknie… – spostrzegł  potwór, nie kryjąc swego zadowolenia. Zniknął na moment w pieczarze, by po chwili pojawić się dzierżąc w paszczy coś dziwnego, jakby trąbo-armatę.

– A co to jest? – Zainteresowała się Katarzynka.

W odpowiedzi wymamrotał cokolwiek niezrozumiale – lufa w jego ustach skutecznie przeszkadzała sprawnej mowie.

Gad, machając skrzydłami, uleciał na spotkanie z nowym „gościem”. A ten, ujrzawszy ogromnego stwora i, zapewne oceniwszy swe siły, zastopował rumaka, zawrócił i nagle rzucił się do panicznej ucieczki. Giermek, okazując się bardziej przezornym, już dużo wcześniej skierował klacz w powrotną stronę – do królewskiego zamku.

Dogoniwszy uciekinierów, smok, jakby zasadzając się na muchy, najpierw ciężkim ogonem rozpłaszczył na ziemi rycerza z koniem, a potem giermka z jego chudą szkapą. Po zakończonej bitwie i po wylądowaniu wedle ofiar otworzył przygotowaną uprzednio beczkę i na zgładzonych śmiałków wylał gęstą maź podobną do śmietany. Starannie rozprowadził ją po truposzach, już ułożonych na wznak, jakby na jakieś patelni. Kilka razy wyzionął w nich strugą ognia. Najwyraźniej upewniwszy się, że „danie” osiągnęło gotowość, chwycił je paszczą i przeniósł przed jaskinię… Wcześniej wiatr przywiał do księżniczki zapach pieczonego mięsa.

– To był majonez, – wytłumaczył księżniczce smok, wskazując na beczkę i usiadł wygodnie przed upieczonym w „mundurku” rycerzem, przysmażonym koniem i pozostałymi „dodatkami”.

Księżniczka Katarzynka z obrzydzeniem odwróciła głowę. Tymczasem smok swym ostrym pazurem oderwał nogę rycerza, uznając ją najwidoczniej za rarytas i uniósł do swej paszczy. Ale nagle zamarł na chwilę, nad czymś się chyba zastanawiając.

– Ej! Księżniczko, przekąsisz? – zreflektował się, podsuwając jej oderwaną nogę pokrytą apetycznie rumianą pieczonką.
Księżniczka spojrzała z dezaprobatą i znów odwróciła się do tyłu walcząc sama ze sobą  – wszak od rana nie miała w ustach choćby i makowego ziarnka.

– Tak w ogóle, to mam na imię Kaśka. – Niezdecydowanym głosem rzekła. – I ludzi nie jadam… nawet wrogów… Czasami u nas, oczywiście, też oporządza się grzeszników torturami, ale nie do takiego stopnia. I nie zjada się ich na koniec…

– Jestem smokiem. Sama rozumiesz…

– No, tak.

– Okay! – powiedział smok i posłał nogę do swych ust – a konina będzie w porzo?
– Cóż, koninę u nas czasem się je…
– Konia, przeto wolisz, czy kobyłę?
– Konia… – trochę przemyślawszy odpowiedziała księżniczka. – Klacz sprawia wrażenie nie do końca apetycznej…
Smok oderwał pazurem od kości upieczonego rumaka najsmaczniejszy kawałek mięsa i podał księżniczce. Ta – wgryzła się weń zębami i zaczęła jeść.

– Tam, w jaskini, mam beczułki z młodym winem – powiedział gościnny gospodarz, – może masz chętkę?
– Yhy…- Księżniczka z pełną buzią przytakująco kiwnęła… Wreszcie, przeżuwszy kęsy z ciekawością spytała:
– A ty, jak masz na imię?
– Nie wiem … – odpowiedział smutno smok. – Mnie nikt nigdy nijak nie nazywał. Co najwyżej: że potwór, lub gorzej…
– Dobra! – chwilkę pomyślawszy powiedziała. – Będę mówić na ciebie Reks.
– Jak na kiego pieska? – Smok zmarszczył brwi. – Nie, nie przejdzie. – I smutno spuścił oczy.
– No to dobrze. Będziesz Jasiek, znaczy się Johny
– O! o, o! To jest to, co lubię…

*

Po sytym obiedzie smok legł na brzuchu na trawie i zamyślił się. Obok niego, na plecach, rozpłaszczyła się księżniczka i założywszy nogę na nogę żuła źdźbła trawy. Słońce już skryło się za wierzchołkami drzew i po zachodniej części nieba rozświetliła się karmazynowa łuna.

– Słuchaj, Johny, – nagle zapytała księżniczka, – a czemu ty masz tylko jedną głowę?
– A ile miałbym mieć? – leniwie odezwał się smok.
– Trzy.
– A tobie, co? Podobają się mutanty?
– Nie, ale zawsze myślałam, że smoki mają po trzy głowy.

– Nonsens, tak tylko bywa w bajkach… – Johny zmarszczył brwi, – sama sobie pomyśl, to nawet nie byłoby rozdwojenie, a roztrojenie jaźni i osobowości…

– No tak właśnie kombinowałam. Jedna głowa chce lecieć do zamku, a druga zostać tutaj…

– No, jasne! Wiedziałem. Chcesz już do domu… Prawda? Ciemnieje wszak…
– Byłoby miło … – odpowiedziała Katarzynka. – U ciebie przecież nie ma tu żadnych warunków do przenocowania dam takich, jak ja.
– To prawda, – zgodził się ze zmartwieniem smok. – Będę musiał pomyśleć o wszelkich wygodach i udogodnieniach dla księżniczek… A teraz, cóż… szastnę cię z powrotem do domu.

– Tylko, proszę, nie w szponach. – zaripostowała stanowczo księżniczka… Już lepiej sama sobie pójdę spacerkiem. Stąd przecież nie aż tak daleko. Nawet wieże zamku widać na horyzoncie.
– Jak chcesz, ale mimo wszystko wolałbym cię podprowadzić ździebko. A bo to wiadomo, czy kogo złego nie napotkasz w drodze?
– No dobrze, dobrze, mój smoku, ale jeszcze troszkę powałkońmy się, please.
Podnieśli się z legowiska niemal po godzinie. Wśród wysokich wilgotnych traw posuwali się zrelaksowani i zadowoleni w kierunku baszt królewskiego zamku.

*

Oczywiście, i król, i wszyscy dworzanie byli przeszczęśliwi z powodu powrotu księżniczki Katarzynki.

Król obwieścił naprędce święto i kazał zastawić suto stoły, a muzykantom przez całą noc przygrywać radośnie do tańca. Księżniczka siedziała za stołem i patrzyła na pyszne dania. Z jakiegoś powodu, wcale nie chciało jej się jeść.  Z rozmarzonym uśmiechem wspominała ogromny kawał pieczonej koniny i garniec czerwonego wina, którym ugościł ją Johny. I nawet leżąc już w łóżku, wspominając dzisiejszą przygodę wciąż nie była w stanie spać, i przebierała z podnieceni nogami…

*

Smok Jasiek dał o sobie ponownie znać ledwie po upływie dwóch dni, tak nagle się objawiając księżniczce, jak i ostatnio. Podczas lądowania w ulubionym lesie Katarzynki brał pod siebie mnóstwo drzew i krzewów łamiąc je z trzaskiem. Siedząc na ławeczce księżniczka  obserwowała te manewry ze zgrozą i z szeroko otwartą buzią, nie mogąc wydobyć z siebie nawet słowa. Wreszcie, gdy już zbliżył się do niej, krzyknęła z oburzeniem:
– Johny! Jak możesz tak niszczyć roślinki? Ja tu każdy krzaczek pielęgnowałam!

– Oj, wybacz, Katarzynko!… Jasiek rozejrzał się wokół, – tu u ciebie tak wąsko i lądować nie było jak… sama przecież mówiłaś, nie chcesz być znów chwytana w me szpony…

– A ty, co? Znowu chcesz mnie porywać? – uspokoiwszy się szybko zainteresowała się zamiarami Jaśka.
– Nie porywać, a zabierać. – Poprawił ją smok.  I zbliżywszy do jej uszu swój ogromny smoczy czerep namiętnie szepnął, – tam, nie całkiem stąd daleko, zauważyłem rycerza , idzie tu, a wraz z nim aż dwóch giermków i oba tłuściutkie… Polecimy do jaskini, nawet przewiązałem już rzemienie i powrozła u szyi, abyś wygodnie się podczepiła.

– A czemu od razu go tam nie zjadłeś? – całkiem rozsądnie zauważyła Katarzynka.
Jasiek cofnął się i spojrzał na nią zaskoczony. Potem powiedział:
– Poważnie? Nie spodziewałem się tego po tobie… a gdzie tu w tym wszystkim bajka? Gdzie opowieść romantyczna? Gdzie uwolnienie pięknej księżniczki z niewoli złego smoka przez dzielnego rycerza?
– Hmm… z ostatnim rycerzem jakoś niespecjalnie się ceregieliłeś.
– Ale tamten chociaż umarł za ciebie, bohatersko.

– Ładnie mi, bohaterko… – zauważyła, – uciekał przed tobą jak odstrzeliwany lis.

– Za to umarł z twym imieniem na ustach.
– Ale z ciebie, Jaśku demagog. – Westchnęła Katarzynka. – Wątpię, czy naprawdę z mym imieniem… A tak w ogóle, lepiej abyś raczej królewiczów sobie podjadał… Namnożyli się ostatnio, jak jakie namolne wilki. Serdecznie mam ich dość…

Smok Jasiek zmarszczył brwi i z niesmakiem splunął.
– Fuj! Książęta… chude to takie i perfumami przesiąknięte do cna. Obrzydliwości!… A poza tym, jeśli ich wszystkich pozjadam (doprawiając wcześniej strasznie mocną zaprawą) – to z kimże weźmiesz w końcu ślub?
– Jeśli wyjdę za mąż, to tylko za rycerza, – odpowiedziała stanowczo. I zaraz po chwili dorzuciła: – No dobra, mój ty smoku, szkoda czasu na dyrdymały. Lećmy!

Księżniczka usiadła smokowi na torsie przywiązując się doń przygotowanymi przez Jaśka rzemieniami, i wznieśli się w przestworze… Serce Katarzynki dudniło z zachwytu, którego doznawała, po prawdzie, nie raz pierwszy, ale z pewnością nigdy aż tak bardzo jak teraz, podczas ich szybowania  w przestworzach. Wiatr owiewał jej włosy niebiańskim podmuchem, przewiewał bluzę i suknię, łasił i muskał swym dotykiem po całym jej ciele, a nawet przenikał je na wskroś… Było cudownie i jak nigdy jej aż tak bosko!

– No jak ci?! – głośno zakrzyknął Jasiek, starając się przekrzyczeć nie tylko świst wiatru, ale i głośne westchnienia zachwytu Katarzynki. – Trzymaj się mocno, moja księżniczko! Za chwilę szczytujemy a potem opad!

Ostro zanurkował w dół. Księżniczka pisnęła z zachwytu i ogarnęło ją nieznane wcześniej, dziwne i słodkie uczucie: coś jakby strach przemieszany z euforią. Smok znów nabrał wysokości i wszystko powtórzyło się ponownie… I jeszcze raz. I znowu.

Już na ziemi, w pobliżu znanej jaskini, księżniczka uwolniła się od rzemieni i padła w trawę na wznak rozrzucając wokół głowy swe gęste, długie blond-włosy. Smok Jasiek patrząc z zadowoleniem zaśmiał się radośnie:
– No, jak wrażenia!?
– Uff … – ledwie wydusiła z siebie księżniczka i tylko pokręciła głową…

*

Potem siedli naprzeciw wejścia do pieczary, pociągali spokojnie wino i wypatrywali rycerza.

Ówże nie kazał na siebie długo czekać. Tym razem – na białym koniu, z wysoko uniesionym mieczem przybliżał się wzbijając za sobą niekończące się tumany kurzu.

Smok Jasiek podniósł się wolno i wstał na równe nogi. Leniwie ruszył mu na spotkanie.

Ku zaskoczeniu i smoka Jaśka, i księżniczki Katarzynki – widok strasznego potwora wcale nie wywarł na przybyszu żadnego wrażenia. Ani myślał zawrócić, a tym bardziej uciekać. Podjechał konno do smoka i smagnął go mieczem po smoczym brzuchu, do szyi, po prostu sięgnąć nie był w stanie. Ale jego miecz wobec łusek smoczych i grubej smoczej skóry był niestety bezradny. Mimo to rycerz cofnął się i przygotowywał do kolejnego ataku… Lecz oto nagle… nagle w zastygłej na chwilę przed atakiem ciszy rozległ się głośny głos Księżniczki:

– Stój!… Zatrzymajcie się! – już nieco ciszej powtórzyła. – Nie zatargaj nim, Jaśku… On jest bardzo dzielnym rycerzem.
– Także to zauważyłem, – odwracając się do księżniczki potwierdził jej słowa smok Jasiek.

Księżniczka podeszła do rycerza, ten – spiesząc się zdjął przed nią hełm i rękawice. Katarzynka patrząc głęboko w jego niebieskie oczy, wyciągnęła ku niemu rękę… i wówczas jakby przebiegł między nimi prąd, a może to była tylko miłość od pierwszego wejrzenia? Rycerz długo trzymał w swych dłoniach jej delikatne, smukłe palce, nie mogąc oderwać wzroku od swej pani…

*

Ech, nie udało się dzisiaj pobiesiedzić, – z wymuszoną swadą mruknął pod nosem straszny smok Jasiek, sadzając Katarzynkę na siedzisko rycerskiego konia. – Ale nic to. Pięć mil stąd jest inny zamek. A w nim, jak słyszałem, aż dwie księżniczki.

– Wykonujesz dobrą robotę, Jaśku, – uśmiechnęła się do Johny’ego Katarzynka. – Życzę ci i dla nich znalezienia takich samych, jak mój, dzielnych zalotników.
– Dobra, dobra, już jedźcie, – smok Jasiek machnął skrzydłami i wzniósł się do lotu.

Rycerz spiął ostrogami konia, wzbił na tylne nogi, i po krótkiej chwili ruszył z kopyta w step zabierając ze sobą księżniczkę.

I miedzy tętentem konia smok Johny dosłyszał gasnący okrzyk Katarzynki:
– Żegnaj, Jaśku. Byłeś wspaniały. Dzięki za wszystko!

– Żegnaj Katarzynko… – cicho odkrzyknął, i ze smoczych oczu Jaśka uroniło się wiaderko łez.

do menu Bajek dla każdego

10 myśli w temacie “Bajka o strasznym smoku i księżniczce Katarzynce

    • Nie śmiem zaprzeczyć, Doamna Caterino. A tym bardziej, że sporo z mych przesympatycznych koleżanek to, zaiste: „fajne”, urokliwe i przemiłe Kasie. Pozdrawiam Was, me drogie Kasieńki!! 🙂
      …A poza wszystkim: najbardziej zawsze wielbiłem i do końca już świata będę wielbił słodkie, mniamuśne Katarzynki… Te, rzecz jasna, z z toruńskich piekarni 😉

  1. Ja też je bardzo lubię (najbardziej te klasyczne „Katarzynki” bez polewy czekoladowej – tajne agentki muszą w końcu dbać o smukłą linię ;)).

    Cordiali saluti e ogni bene 🙂
    Caterina

  2. Nesupratau paskutinių žodžių 😉 (Glumesc, bineînţeles ;)). Aş vrea să ştiti, Domnule Babicki :), că româna dumneavoastră este impecabilă – pur şi simplu la un nivel comparabil cu acela al unui vorbitor nativ. Jos pălăria! 🙂 (Oczywiście żartuję – dotyczy litewskiego zdania ;)). Chciałabym aby Pan wiedział, Panie Babicki :), że Pana rumuński jest nienaganny – po prostu na poziomie porównywalnym do native speakera. Kapelusze z głów! 🙂

    Didžiausi linkėjimai ir labai ačiū! 🙂 Vă rog să mă corectaţi când fac vreo greşeală ;). (Proszę mnie poprawiać, jeśli robię jakieś błędy ;)).

Pozostaw odpowiedź Janusz N Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *