Rajski przybytek

– 1 –

Ciemnogranatowy Mercedes Benz model Sl 350 z numerem rejestracyjnym JB001 majestatycznie toczył się opustoszałymi ulicami nocnej Warszawy. Sygnalizacja świetlna benzsłużalczo migała żółtym światłem, jak gdyby nie śmiąc blokować drogi jednemu z najważniejszych rodzimych „królów życia”. Za kierownicą luksusowego samochodu siedział Janusz Babicki – ulubieniec niezliczonej rzeszy czytelników, obiekt westchnień tysięcy fanek i fanów, mężczyzna w sile wieku i, jak zgodnie oceniają krytycy, pisarz o niewyczerpanym twórczym potencjale. Bowiem od czasu, gdy podbił prestiżowe rynki czytelnicze po obu stronach oceanu (począwszy od The New York Times Book Review, poprzez Russian Publishing House Ltd., na paryskim Flammarionie kończąc) – roczne zyski ze sprzedaży jego „produkcji” literackich (w tym licznych wznowień i tłumaczeń) liczone są w milionach dolarów.

Przed kolejnym światłami, które nie wiedząc czemu, tym razem świeciły na czerwono – zadzwonił telefon. Babicki korzystając z przymusowego postoju i ignorując wskaźnik systemu głośnomówiącego sięgnął do stacji na desce rozdzielczej, wziął z niej smartfon i przyłożył do ucha:

– Tak…

– Januszu, witaj. Tu Patryk Trazom. Wiem, że podobnie jak ja i ty ostatnio nie zwykłeś sypiać po nocach, dlatego dzwonię właśnie teraz. Możesz rozmawiać?

– O! Witaj, Pat! Dla ciebie zawsze mogę. – Szczerze odpowiedział Babicki. – Nawet w dzień… Co tam u ciebie, przyjacielu?

Patryk Trazom, skądinąd znany i ceniony doktor nauk medycznych – był jednym z tłumu fanów Babickiego, a jednocześnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych lwów na warszawskich i europejskich salonach. Ten wiecznie młody miłośnik nocnych klubów, panienek w strojach topless, dziewczynek, miękkich narkotyków i – co najważniejsze: dysponent olbrzymiego spadku po baronie Fritzu von Bernsteinie vel Michel de Saint Babique (z przeznaczeniem na dalsze prace nad formułą wieczności, której twórcą był baron) – wszystko od życia otrzymał łatwo i niespodziewanie. Za łatwo, jak mawiają zawistnicy, i zbyt niespodziewanie, jak jątrzą doszukujący się przekrętu przedstawiciele skarbówki. Ale prawnicze kłopoty Trazoma – jego sprawdzonych przyjaciół, choćby takich, jak Janusz Babicki, mało obchodzą. Najważniejsze, że jest właścicielem fortuny, a więc człowiekiem z tej samej bajki, co on, że ma gest, fantazję, nieograniczone koneksje w świecie wielkiej finansjery, i poza wszystkim, że jest naprawdę zdolnym lekarzem, a na dodatek właścicielem prestiżowej kliniki w Schwarzwaldzie. Kliniki, o której szepczą na salonach: zdolnej przywracać do życia nawet ludzi zza grobu.

– Wszystko w porzo, Januszu… Dzwonię, bo pomyślałem, że po ostatnich traumatycznych dla ciebie dniach, związanych z tragiczną śmiercią naszej wspólnej przyjaciółki, może chciałbyś gdzieś prawdziwie odpocząć i podładować swoją życiową baterię? Źle byłoby dla twych fanów, abyś, friend, zbyt długo się zamartwiał i osypywał głowę popiołem. Wkrótce spod jego prochu nie zdołasz dostrzec czegokolwiek… A byłoby szkoda: świat potrafi nadal być, uwierz, także i piękny… Dlatego, jako twój guy dog, mam dla ciebie dziś coś ekstra…

Babicki, rzeczywiście, po śmierci Mariny, która była wówczas na pokładzie owego feralnego Boeinga (lot rejsowego LO nr 375 z Warszawy do Monachium, o którego katastrofie niebieskimi paskami na dole ekranu informowały wszystkie kanały informacyjne świata), coś mu wspominał, że życie straciło dla niego sens, że przez najbliższe lata może już nie zdoła chwycić za pióro, a może nawet, kto wie? – uda się na dozgonną wewnętrzną zsyłkę, banicję, emigrację – widząc w tym jedyny sens dla resztek dni swego nędznego, ziemskiego padołu…

– Ekstra? Co jeszcze może być dla mnie ekstra, przyjacielu?… Kiedyś miałem już wszystko, czego potrzebowałem: byłem szczęśliwy, spełniony… Dziś, bez Mariny u boku, bez żaru jej uczuć, bez obecności i oddawania mi przez nią swej duszy i serca nie mam nic… Zupełnie nic. Jestem pokutnikiem, żebrakiem, nikim… Nawet zawsze wierna mi Caterina też jakby zapadła się z Mariną pod ziemię, a ja nie wiem, co u niej? Jak jej szukać?… Do żadnej nie mogę wypłakać się w ramię, przytulić…

– Januszu, przesadzasz, kolego! Co z ciebie za facet? Czyż nie ty mawiałeś: póki życie trwa, trzeba je rwać jak świeżą rzepę?  Teraz masz szansę udowodnić prawdę tych słów. A ja wciąż chcę ci kibicować, wspierać i towarzyszyć w wyrywaniu tej rzepy. Właśnie na pamięć cennej przyjaźni, która jak wiesz, także łączyła mnie z Rinką i Kasią…

– Słowa, słowa i słowa… To tylko słowa, Pat… Do balu potrzeba mi czegoś więcej. Ona miała moje wszystko. Marina… Ona wspierała moje myśli, duszę ale i serce – Caterina…

– Januszu… Posłuchaj. Jest późna nocna godzina. Nie będę ci tłumaczył przez telefon jak niepoślednią rolę odgrywa w psyche słowo i nie tylko teistyczna wiara. Moja klinika badając oba fenomeny odnalazła klucz… Do czego? – Dowiesz się odwiedzając moją tutejszą mikro-filię kliniki…

– Tutejszą filię kliniki ze Schwarzwaldu? – Po raz pierwszy w głosie Babickiego wybrzmiała nutka zaciekawienia. Jako bywalec salonów i on, oczywiście słyszał, co o klinice szeptała „warszawka”.

– Okay, za mocno powiedziałem… Raczej ledwie skromne biuro. Zresztą, jedyne w tej części Europy. Dla moich przyjaciół – po prostu: „Rajski przybytek”.

– Rajski, powiadasz? Już kilka rajów odwiedziłem w swym życiu… rajów ale i przybytków.

– Tak: dokładnie – „Rajski przybytek”. Ale przybytek tylko dla wybranych, takich, jak ty, ja, jak nasi najbliżsi przyjaciele. Inni nie mają wstępu. W tym Raju, zapewniam cię, wspaniale odpoczniesz i zregenerujesz witalne siły…

– Witalne siły, powiadasz?… – Zastanowił się przez chwilę. – No dobra, zaryzykuję. Daj adres… Jutro za dnia podjadę zobaczyć, co to za „Raj” i jakie wrota otwiera rzekomy kluczyk…

– Jutro? A po co jutro? Możesz nawet pojechać zaraz. „Raj” czynny jest całą dobę. Ulica Cicha 1 – róg Osiedlowej… Wbij w GPS i fru! W sekretariacie agencji powołaj się na mnie. I wszystko.

– Pat, a nie wpuszczasz mnie w jakieś maliny? Przyjacielu… Nie wkręcasz? Zawsze byłeś żartownisiem… – Początkową nutkę zaciekawienia Babickiego teraz mocno zdysharmonizowało zwątpienie.

– Daj spokój, Januszu, oczywiście, że nie! – Znów odezwał się swym zwykłym wesołym, beztroskim głosem, który, nawiasem mówiąc, tak bardzo lubiła i ceniła sobie Caterina… – Januszku, wszystko jest legalne, zgodne z prawem i nikt tam nikogo nie wkręca. Skoro tak szczerze ci oznajmiam – to tak jest. Przecież mnie znasz.

– No znam, znam i dlatego wiem, jakim potrafisz bywać ancymonkiem…

– Januszu…

– Dobra. Pomyślę o tym.

– Pomyśl. I nie zastanawiaj się zbyt długo.

– Pomyślę, Pat. Bywaj zdrów!

– Bywaj, Januszu!

Czerwone światła podczas rozmowy przyjaciół zdążyły w międzyczasie dwa razy zamienić się na zielone, a ciemnogranatowy Mercedes nadal stał na opustoszałym skrzyżowaniu jakby pogrążony zupełnie podobnym śnie, w jakim drzemało o tej porze całe miasto. Jego właściciel Janusz Babicki odłożywszy w zamyśleniu telefon do kieszeni mimowolnie spojrzał na wyświetlacz pokładowego chronometru: złote cyfry pokazywała trzecia zero trzy.

– Powiadasz przyjacielu: Raj czynny jest całą dobę… – odezwał się głośno do samego siebie, – Cóż, zaraz zobaczmy, co to za raj…

– 2 –

Warszawa na co dzień, jak i każda europejska metropolia jest dość zatłoczonym miastem. Poruszanie się po niej samochodem, choćby najbardziej wygodnym, z uwagi na wszędobylskie korki bywa prawdziwą udręką. Najkrótsze trasy potrafią przeciągać się w nieskończoność. Co innego nocą. O takiej porze jak teraz, wystarczy dwadzieścia minut, aby dotrzeć do najbardziej oddalonych zakątków stolicy.

O trzeciej piętnaście czarny mercedes podjechał pod wskazany adres. Janusz Babicki wysiadł z samochodu i dziarskim krokiem podszedł do eleganckiej witryny. Od ceglanego miejskiego chodnika oddzielała ją kuta balustrada ze wzorkami w formie kwiatów. Schodki i mały placyk przed drzwiami wejściowymi, tak jak i zresztą cała elewacja budynku wykonane były z marmuru.

Nad wejściem wielkimi literami lśnił napis „Rajski przybytek”. Babicki był zaskoczony, że nigdy dotąd wcześniej nie zwrócił uwagi na ten lokal. Wszedł po schodkach, pociągnął za klamkę – drzwi posłusznie ustąpiły.

Znalazłszy się w środku doświadczył uczucia podobnej elegancji, która prezentowała się na zewnątrz. Wystarczająco duże pomieszczenie, jak dla niewielkiego biura wyposażone było w olbrzymie skórzane fotele, a w jednym z naroży pluskała mini fontanna. Ściany zdobiły gobeliny i współczesne obrazy. W centrum pomieszczenia stało olbrzymie mahoniowe biurko, przy którym siedziała ładna i miła dziewczyna o orientalnej urodzie, przewracająca jakieś papiery. Słysząc ciche dźwięki dzwoneczków u drzwi oderwała się od dokumentów i całą swoją uwagę skupiła na kontakcie z gościem lokalu – potencjalnym kliencie.

– Przepraszam, czy biuro jest czynne? – Na wszelki wypadek zapytał Babicki. (W końcu, mimo zapewnień przyjaciela, jak na te porę nocy każdemu takie pytanie wydawałoby się całkiem na miejscu)

– Tak, oczywiście, oczywiście… Witam pana. Proszę wejść i się rozgościć. – Słodko odezwała się dziewczyna, całym zaangażowaniem demonstrując, jak ważny dla firmy jest każdy klient. – Jak życzy sobie pan, aby się do niego zwracać? – Grzecznie zapytała, gdy tymczasem Janusz Babicki już podszedł i zaczął usadawiać się w przepastnym fotelu usytuowanym obok biurka.

– Po prostu: Janusz. – Odpowiedział wygodnie zanurzywszy się w skórach. – Zachęcił mnie do odwiedzin „Rajskiego przybytku” mój przyjaciel… Zapewnił, że nie pożałuję…

– Przyjaciel – to wspaniale!… A ja ma na imię S̄æng.

– Bardzo piękne imię. Miło mi… – odpowiedział Babicki przyjaźnie skinając głową

– W języku tajskim brzmienie mojego imienia oznacza światło…

– Och, to tym bardziej mi miło. Teraz wiem, że przy świetle na pewno nie zbłądzę, – zażartował.

– I ja jestem tego pewna, panie Januszu… Tak, panie Januszu, u nas znajdzie pan wszystko, czego teraz w życiu najbardziej panu potrzeba. – Zaczęła wygłaszać zapewne wyuczoną formułkę, przy tym w głosie jej nie dało się dosłyszeć ani jednej nutki sztampy, albo znudzenia, a jedynie szczere zainteresowanie oczekiwaniami klienta. – Czy, panie Januszu, interesuje pana coś w szczególności?

– Cóż, powiedziano mi, że ogólnie będzie tu czekało na mnie coś ekstra, nie precyzując… – Babicki, oczywiście, zawsze umiał rozmawiać z ludźmi, a szczególnie z kobietami, ale teraz sam nie rozumiał, dlaczego nie potrafi wyartykułować swych jasnych i jednoznacznych oczekiwań.

– A kto tak panu powiedział? – Zapytała panna „Światło” (na jej palcach nie dostrzegł obrączki).

– Doktor Trazom. – Odpowiedział Babicki, – państwa właściciel.

– Ach! I wszystko jasne… – uśmiechnęła się, po czym wstała z fotela. – Zapraszam zatem, panie Januszu, do sąsiedniego pomieszczenia. Tam urzęduje nasz współpracownik, który obsługuje najważniejszych klientów kierowanych tu osobiście przez Szefa.

Przeszła kilka kroków do ściany z wiszącymi obrazami. Zupełnie jak w jakieś scence rodem z filmu sensacyjnego przechyliła jeden z nich nieznacznie od pionu, a wówczas część ściany rozsunęła się odsłaniając przejście do sąsiedniego pomieszczenia.

– Zapraszam, – dziewczyna wskazała dłonią na drzwi.

„Rzeczywiście, nietuzinkowe biuro” – przemknęło przez głowę Babickiego.

Wstał i podszedł do przejścia. Chwilę zawahawszy się wkroczył do środka. Jego oczom zaprezentował się pokój wystrojem bliźniaczo podobny do poprzedniego: te same meble, to samo biurko po środku. Podobne malowidła na ścianach. Z jedną różnicą: przy biurku siedziała już nie słodka, młoda dziewczyna, a mężczyzna lat około czterdziestu pięciu, ubrany na modłę typowego urzędnika: w szarym garniturze i z okularami na nosie.

– Konradzie, to jest pan Janusz. Przysłał go do nas osobiście szef. – Przedstawiła Babickiego.

– Zapraszam, zapraszam, proszę, usiąść; – zaproponował mężczyzna samemu wstając i wskazując na siedzisko przy biurku. – Nazywam się Konrad Kozioł. Pełnię w naszej firmie funkcję senior-agenta.

Babicki wygodnie rozsiadł się w fotelu. Nie słyszał jak dziewczyna opuszczała pokój, a jedynie cichutki szum zamykającej się na powrót ściany uzmysłowił mu, że od teraz pozostaje na osobności z senior-agentem.

– A zatem przysłał pana do nas bezpośrednio nasz szef… I, jak rozumiem, jest pan u nas po raz pierwszy?… – Zaczął rozmowę pracownik firmy.

– Tak, Patryk zapewnił mnie, że doznam tu czegoś ekstra.

– To prawda, kiwnął głową Konrad Kozioł. – Panie Januszu, a co by pan powiedział, jeśli zaproponowałbym panu podróż do miejsca, w którym zaznałby pan najwspanialszych doznań, jakich tylko można zaznać na tym naszym ziemskim padole? Z góry uprzedzam: nie byłaby to żadna mistyfikacja, a prawdziwie rajskie przeżycia. – Pracownik biura utkwił wzrok w twarzy Babickiego.

– Nie wiem, czy nie jest pan nazbyt ufny w możliwości swego biura, – próbował ostudzić zapał senior-agenta Babicki. – Zdarzało mi się już bywać w różnych wspaniałych miejscach na świecie i w nie jednym bajkowym raju, to i owo zobaczyć, zaznać, przeżyć…

Konrada Kozioła nawet na chwilę nie zbiły z pantałyku wątpliwości klienta i z niesłabnąca pewnością kontynuował:

– Tylko że my proponujemy pobyt nie, jak pan to ujął: „w bajkowym” raju – a w raju realnym, faktycznym, najprawdziwszym z prawdziwych. – I znowu utkwił przeszywającym wzrokiem w twarzy klienta.

– Co takiego?! – Zdziwił się Babicki, – czyżbyście tu szprycowali dragami?

Babicki lubił odpoczywać przy kieliszku dobrego alkoholu. A nawet, jeśli w „kompaniji” fetowane było jakieś wielkie święto to i odrobiną koksu nie wzgardzał. Ale szprycować się twardym narkotykiem? Co to, to nie… On – Babicki, ma zamiar żyć jeszcze długo i w miarę szczęśliwie. Tych, którzy handlują heroiną i innymi bzdurami najchętniej zamknąłby w kopalni uranu, aby gnili w bólach za całe zło, które dostarczają światu. Dlatego zdecydowanie powiedział:

– Nie jestem zainteresowany!

I wstał zbierając się do wyjścia.

– Nie, nie, nie, żadnych narkotyków, żadnych chemicznych przyjemności! – Pospiesznie zaczął wyjaśniać pracownik. – My naprawdę organizujemy wycieczkę do najprawdziwszego raju. Owszem, nie jest to tania usługa, ale, póki co, żaden z naszych klientów nie był niezadowolony.

– Nie wierzę, – Babicki wciąż stał jeszcze przed biurkiem, ale był już tylko o włos od podjęcia decyzji, aby odwrócić się na pięcie i opuścić biuro. Jednak wygrała ciekawość, co jeszcze ów senior zamierza mu „wcisnąć”.

– Proszę mi wierzyć, rozumiem zdziwienia wszystkich, którzy po raz pierwszy o czymś podobnym słyszą; oferta brzmi ekscentrycznie, ale zapewniam: jeśli się pan zdecyduje – na pewno nie będzie żałował. – Wziął ze stołu kartkę papieru. – Specjalnie dla nowych klientów stworzyliśmy nadzwyczajną ofertę, proszę mi pozwolić przynajmniej opowiedzieć o warunkach…

Babicki zastanawiał się przez chwilę. W końcu doszedł do wniosku, że samo wysłuchanie na nic go przecież nie naraża, i usiadł ponownie.

– Słucham, – zadecydował.

– Wszyscy nowi klienci w prezencie od firmy otrzymują dla wypróbowania i przetestowania oferry biura darmowy pobyt w raju na czas dwunastu sekund.

– Dwanaście sekund? – Zachichotał Babicki.

– Proszę mi wierzyć, dwanaście sekund w Raju to nie tak mało. Tam czas płynie wolniej. – Uśmiechnął się senior-agent. – Dłuższy pobyt – już zgodnie z cennikiem: każde dodatkowe dwanaście sekund jest warte dziesięć tysięcy Euro. Dla stałych klientów proponujemy miesięczny ryczałt w wysokości milion Euro na codzienne minutowe pobyty. Ponadto funkcjonuje system premii dyskontowej, czyli za każdego zaproszonego gościa można dostać kilkusekundową sesję bezpłatnie. Mamy też ofertę specjalną, ze specjalnymi upustami – tak zwany: pobyt łączony.

Teraz dla Babickiego stało się jasne, że firma – to żadna ściema. Ona naprawdę funkcjonuje i rozbudowuje siatkę klientów. Inaczej – po co miałaby być ta zachęta dla rekomendowanych, kolejnych?

– A co to jest ten „pobyt łączony”? – Zapytał.

– Najpierw przez jedną sekundę zwiedza się piekło, a potem przez minutę – Raj.

– Po co to piekło?

– Efekt kontrastu… Ten efekt sprawia, ze wrażenia z pobytu w Raju są jeszcze silniejsze.

Janusz Babicki zamyślił się. Po krótkiej medytacji powiedział:

– Czyli, proponuje mi pan następujące rozwiązanie: najpierw wysyłany zostanę na dziesięć sekund do Raju, zupełnie za darmo, a potem, jeśli mi się to nie spodoba, będę mógł po prostu zrezygnować z dalszych ofert i nic nikomu nie będę winny? – Babicki wyraźnie artykułował każde słowo, żeby nie było żadnych niedomowień.

– Tak jest, panie Januszu. Dokładnie tak jest zapisane w umowie, – potwierdził pracownik biura.

– A podpisać umowę, zapewne, trzeba utoczoną z klienta krwią? – Babicki próbował żartować.

– Cóż, nie kupujemy pana duszy, a jedynie organizujemy dla pana relaks i wypoczynek. – Bez zakłopotania odpowiedział pracownik firmy. – Dlatego, w tym wypadku, wystarczy najzwyklejszy długopis.

Coś jednak Babickiemu nadal się nie podobało. Jako nie tylko pisarz, ale i od wielu lat biznesman (doskonale wyedukowany przez swoją niezapomnianą „przyjaciółkę” i menedżerkę, Caterinę Fille) wiedział, że w papierach – owszem – można zapisać wszystko, ale i ukryć też można wszystko. Wystarczy na tę okoliczność skorzystać z usług dobrego prawnika.

– Nie! – Odparł stanowczo, – Nie będę podpisywać niczego.

– Cóż, niech i tak będzie. Bezpłatne dwanaście sekund możemy dla pana zorganizować i bez podpisywania umowy… Jesteśmy firmą uczciwą i zadowolenie naszych klientów jest dla nas wartością nadrzędną.

– To znaczy, są państwo gotowi bez żadnej przedpłaty i bez podpisywania jakichkolwiek zobowiązań ofiarować mi te dwanaście sekund?

– Dokładnie, tak.

Babicki ponownie przeanalizował opcje: przy takim układzie całość przedsięwzięcia nie wydaje się aż tak ryzykowna. „Może jednak naprawdę warto byłoby skorzystać? Tak. Z pewnością – tak!”

– Kiedy mógłbym skorzystać? – Zapytał. – Trzeba się jakoś przygotować?

– Nie, nie trzeba, i może pan rozpocząć w dowolnym dogodnym dla siebie czasie. – Pracownik biura uśmiechnął się: – choćby i zaraz.

Babicki znów się zamyślił.

– Cóż, ostatnie moje pytanie: skoro możecie wysyłać ludzi do nieba i piekła, to posiedliście wiedzę i moc, której nikt z ludzi dotąd nie posiadał. Po co zatem wam pieniądze?

– A czemu pana to interesuje? – Pytaniem na pytanie odpowiedział pracownik biura.

Babicki mógłby, oczywiście, wdać się w tym momencie w dysputę, ale jako inteligentny interlokutor doskonale wiedział, że bez względu na argumenty wynik dialogu będzie oczywisty: konkretnej odpowiedzi nie otrzyma.

„Kto nie ryzykuje, nie jedzie”- pomyślał. „A o aspektach finansowych przedsięwzięcia porozmawiam kiedyś z samym Patrykiem Trazomem. To właściwy partner dla takich dyskusji”.

– Dobra, może być „choćby i zaraz”. Dogadaliśmy się. Co mam teraz robić?

– Po prostu… proszę wygodnie rozsiąść się w fotelu. Ja pstryknę palcami i pana wyprawa do raju rozpocznie się. Wszystko jasne?

– A co tu może być niejasnego? – Babicki uśmiechnął się. A mimo to w myślach, przekornie, już zaczął podejrzewać swego rozmówcę o tanie efekciarstwo, którego oto za chwilę będzie naocznym świadkiem. „Może tu nawet mają jakieś ukryte kamery? Muszę lepiej uważać…” – zdążyła mu jeszcze przemknąć ostatnia myśl.

Konrad Kozioł uważnie wpatrując się w twarz Babickiego pstryknął palcami.

*

…Babicki ocknął się na polanie, z każdej strony otoczonej dziwnej piękności roślinami i kwiatami o różnych kolorach i kształtach. Wszystko wokół niego sprawiało wrażenie, jakby było przez kogoś obmalowane jasno-błyszczącymi farbami. Wszystko lśniło i migotało. Nieprzeniknioną ścianę kolorowego żywopłotu przecinały w kilku miejscach szerokie przejścia, będące początkami alejek prowadzącymi dokądś. Piętrzące się nad alejkami łuki z kwiatów nie blokowały światła, a jedynie przyozdabiały trakty różnymi kolorami. Zewsząd słychać było lekką, cichą muzykę przepełniającą duszę poczuciem powszechnej szczęśliwości i spokoju. Pod nogami ścieliła się trawa w kolorze szmaragdowym. Odruchowo poczuł potrzebę zdjęcia butów i chodzenia po niej boso. I tak zrobił.

Nie przebywał na polanie sam. Tu i tam widać było jakiś ludzi odzianych w białe szaty, wyglądających na pięknych i szczęśliwych. Na środku polany stał ogromny stół, cały pozastawiany pysznymi potrawami. Nie znał ich nazw, ale skądś rozpoznawał niezrównany smak. W niewielkiej odległości od stołu odziana w lekką, długą białą sukienkę grała na harfie nieziemsko piękna dziewczyna, wydobywając ze strun iście niebiańskie dźwiękowe piękno. Gdy spostrzegła, że Babicki patrzy na nią – uśmiechnęła się. Chryste Panie! Przecież to była Marina! Jego kochanka, która niedawno zginęła w katastrofie lotniczej. Jak to możliwe, że widzi ją tu i teraz?! W jego piersi coś się ścisnęło, ale po chwili łagodnie rozluźniło, pewno dlatego, bo zrozumiał, że bez względu gdzie teraz jest i co tu się dzieje? – ona wciąż go kocha, i on ją wciąż kocha, i to jak!… „Ma cherie, tak bardzo się za tobą stęskniłem!” – Wyszeptał do Mariny w myślach. „Mój Januszku, tak długo czekałam tu na ciebie…” – także w myślach odpowiedziała mu Marina.

Czas mijał, jak miód ulewany z plastra miodu. Babicki nie wiedział, jak długo patrzyli na siebie, ale wydawało mu to się wiecznością, wiecznością – podczas której dowiedział się o niej już chyba wszystko – na przykład czegoś bardzo ważnego, czegoś – czego nigdy wcześniej nie odważyła się mu powiedzieć, co skrzętnie chowała przed całym światem… że już dawno, już bardzo dawno temu została porzucona przez męża, że przez ostanie miesiące żyła tylko marzeniem, aby ponownie poczuć się kochaną… i rozkochaną przez właśnie jego – Janusza.

Wtuleni jedno w drugie, wzruszeni, szczęśliwi – ruszyli wzdłuż alejki. Nad ich głowami rozśpiewały się ptaki. W ptasich trylach rozbrzmiewały cudowne dźwięki, roztaczające w zakochanych sercach widok jakiś przepięknych krajobrazów. Chciało się śpiewać razem z nimi. I Babicki zaśpiewał. I Marina, która nie lubiła na co dzień śpiewać też zaśpiewała. Chciał pocałować Marinę – i pocałował ją, a ona – pocałowała jego. Potem zaczęli tańczyć w promieniach różowego, zachodzącego słońca. Ich taniec był pełen czułości i miłości. I nawet nie wie, kiedy osunęli się na szmaragdową trawę i wciąż tańcząc (to nic, że na leżąco) złączyli się w miłosnym uścisku… Cudowne uczucie, zupełnie jakby piesciłą go kobieta, która miała jednocześnie w sobie namiętność i temperament Mariny, ale i powab, czułość i humor… Cateriny? Jeszcze chwila a scaliliby się w jedność… Jeszcze sekunda, a raj, który ich otacza zastąpiliby innym i jeszcze cudowniejszym rajem, który otwierał swe podwoje w ich splecionych ciałach… I nagle: „Nie! Nie możemy, Januszku, nie dziś, nie teraz… ja tu jestem… tylko służbowo… – jak błysk pioruna przemknęły przez jego głowę rozpaczliwe słowa Mariny; – Moja Marinko, jakie… służbowo? Co ty mówisz?!”

I wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Oszołomiony Babicki znów znalazł się w fotelu, w tym samym biurze, do którego los przywiódł go tej nocy. Nie mógł od razu mówić. Konrad Kozioł cierpliwie czekał, aż po niezrównanych wrażeniach z rajskiego pobytu klient samodzielnie dojdzie do siebie…

– Ile minęło czasu? – ledwie co zdołał wymamrotać wciąż jeszcze myślami będąc tam, w Raju.

– Dwanaście sekund, tak jak się umawialiśmy, – powiedział zadowolony z wyniku swojej pracy agent.

– A dałbym głowę, że byłem o wiele dłużej – wybełkotał wciąż na wpół przytomny.

– Za pierwszym razem zawsze tak się wydaje. Proszę mi uwierzyć, za następnym razem, jeśli wykupi pan minutę – będzie pan miał wrażenie, że ta minuta to wieczność. Teraz już mi pan ufa?

– Tak, – odpowiedział po prostu Babicki, – proszę podać mi umowę. Jeszcze dziś zlecę dokonanie przelewu a nazajutrz przyjdę tu po ciąg dalszy. Będzie to możliwe?

Senior-agent wyciągnął kartkę papieru i podał do podpisania.

– Proszę przyjść, kiedy tylko będzie panu pasowało. Ponadto, w każdym momencie będzie pan mógł rozwiązać umowę bez podania przyczyny. Jeszcze raz powtarzam: jesteśmy uczciwą firmą i nasze działania są zawsze transparentne.

Babicki podpisał papier i już już wychodził z gabinetu, gdy dosłownie spod samych drzwi gwałtownie odwrócił się i zapytal:

– Proszę mi powiedzieć… Czy to możliwe, aby w Raju były osoby, które twierdzą, że są tam tylko służbowo?

– Służbowo? – Zdziwił się i lekko skonsternował pracownik agencji, – Nie, z pewnoscią nie… W Raju wszyscy sa wolni i szczęśliwi, tam nikt nie ma żadnych obowiazków i nikt nie przebywa służbowo… Przepraszam, a czemu pan o to pyta? – Zakończył wpatrując się w Babickiego pytającym, przenikliwym spojrzeniem…

– A nie, nic, nic… Tak tylko coś mi się przywidziało.

– Rozumiem… Czekam zatem na kolejną pana wizytę.

Gdy Babicki opuścił biuro Konrad Koziol przez chwilę stał znieruchomiały i nad czymś intesnywnie rozmyślał. W końcu chwycił za słuchawkę i nerwowo próbował z kimś nawiązać połączenie. Ostatecznie nagrał na skrzynkę głosową wiadomość:

– Szefie! Coś chyba poszło nie tak… Obawiam się, że z powodu Cateriny możemy mieć kłopoty. Chyba powiedziała coś za dużo, albo pana przyjaciel zorientował się, że Marina – to nie Marina, a ktoś, kto się tylko za nią podaje… Ale przecież nad przemianą wizerunku Cateriny obaj dołożyliśmy niemało starań…

Tymczasem po opuszceniu agencji Babicki z zadowoleniem stwierdził, że czuje się normalnie, po prostu: jak zwykle, że nic go nie boli, że… innymi słowy: ciało nie przekazuje nawet najmniejszych negatywnych oznak. I nawet dusza nie odczuwa najmniejszego moralnego kaca. I tylko to życie: to cholernie puste życie tutaj i teraz – nagle wydało mu się jakimś nudnym, banalnym i szarym…

Babicki wsiadł do swej limuzyny. Dziwne: nawet ona wydawała mu się teraz ledwie kawałkiem żelaza, a nie przybytkiem wygody i wolności, jak wcześniej. Wyjął telefon i wybrał numer ostatniego rozmówcy. Po kilku sekundach nawiązał połączenie:

– Witaj ponownie! To już po? – Odezwał się w głośniczku Patryk Trazom.

– Tak, już po… A ty – byłeś tam kiedykolwiek? – Bez zbędnych wstępów spytał Babicki.

– No oczywiście, Januszku. Kilka razy. Jak mółbym ci rekomendować nasz najbardziej kultowy produkt wcześniej nie testując go na samym sobie? – Pospiesznie wybrzmiała odpowiedź.

Umilkli na kilka sekund. Obaj jakby zrozumieli, że słowami więcej tu już nic nie dopowiedzą. Babicki wdzięczny był przyjacielowi, że wprowadził go w arkana swego absolutnie fenomenalnego i topowego projektu. Teraz, bowiem, znów ma cel, dzięki któremu jego życie – samotnego pisarza, ponownie nabierze treści. To, czego nie zaznał dotąd na Ziemi, będzie (i to już postanowił ostatecznie) co rusz realizował za grube pieniądze w Raju. Co tam pieniądze? Ma ich wystarczajaco dużo, a na pewno tyle, aby w Raju ponownie zaznawać słodyczy kolejnych miłości swego życia. Może w końcu napotka w nim także i Caterinę?… „Ach, Caterina – westchnął na wspomnienie imienia ukochanej muzy i menedżerki, – ilez już lat minęło od naszego pamiętnego pobytu w małym paryskim hoteliku nad Sekawaną? Było tak cudownie…”

– Januszku, – przerwal chwilową ciszę Patryk, – a czy postanowiłeś także skorzystać z naszej promocyjnej oferty „pobytu łączonego”? Polecam ci… gorąco. Wrażenia, mogę to zagwarantować, będziesz miał niesamowite…

– Skoro zachęcasz, Pat, to skorzystam. Przekonałem się przecież już wiele razy, że warto korzystać z twych rad i ofert, a twoje słowa są jak zawsze spełniające się przepowiednie…

– Miło to słyszeć, Januszku. Zatem już niecierpliwie czekam na twoją relację…

– Bywaj, przyjacielu!

– Do kolejnego spotkania!

– 3 –

Babicki – swego czasu skutecznie wyuczony przez Caterinę do spontanicznych gestów i nieliczenia się z pieniędzmi, gdy tylko chodzi o uczucia i przyjemności – szybko podjął decyzję: na odwiedzinach Raju nie będzie oszczędzał. Zresztą, naprawdę nie musi. Njawyżej wszystkie środki, tak hojnie przekazane mu niedawno przez arabskich szejków na budowę centrum medialnego w Tajlandii – przenaczy na odwiedziny trazomowego Raju. „Nic nic! Szejkowie arabscy, gdy każdemu z nich „zafunduję” promocyjny pobyt u proroka w niebie – na pewno okażą gest i wspaniałomyslność.” – Uspokoił się i wyciszył.

Tym razem w biurze „Rajskiego przybytku” zastał inną kobietę, choć równie miłą. Sądząc po rysach twarzy z pewnoscią nie była już azjatką. Rzypominała mu raczej nieśmiałego aniołka, który schowawszy skrzydła nie bardzo wie, jak odfrunąć do nieba. Babicki nie tracąc czasu na konwenanse szybko wyjaśnił, że nie przyszedł tu po raz pierwszy i chciałby jak najszybciej zrealizować postanowienia Umowy.

W sekretnym pomieszczeniu zotał bardzo ciepło przywitany przez znanego mu już Konrada.

– Jak rozumiem, panie Januszu, zdecydował się pan na wykonanie podróży właśnie teraz? – Zapytał.

– Tak. I proszę od razu sobie gdzies tam odnotować, że od dziś ma pan nowego stałego klienta.

– Bardzo mnie to cieszy, bardzo cieszy… Jeszcze tylko sprawdzę, czy przekaz bankowy dotarł, – i przez chwilę kontrolował zestawienia w komputerze, – tak, wszystko w porządku, panie Januszu, możemy zaczynać. To co, czy życzy pan sobie na początek skorzystać z oferty „pobytu łączonego”? Wiem, że także i mój szef zachęcał pana do niego osobiście…

– Owszem. Zachęcał. I skutecznie….

– Bardzo dobrze. Bardzo dobrze, wspaniale!… – Odnotowywał w swych papierach wyraźnie zadowolony senior-agent. – No to co? Panie Januszu? Zapraszam na fotel! Zaczynajmy…

– Zaczynajmy! – Potwierdził Babicki wygodnie rozsiadając się w siedzisku.

Rozległo się głośne pstryknięcie palców i w krótką chwilę potem całe ciało Babickiego przeszył ostry ból. Wokół ujrzał szalejący ogień, roztopiony popiół i chmury dymu. Gorące powietrze paliło płuca. Jeszcze moment, a zaraz się udusi i umrze. Właściwie – już umarł: po raz pierwszy… Ponownie ostry ból w każdej komórce ciała, od ogromnego wewnętrznego ciśnienia rozrywającego wszystkie naczynia krwionośne, i… Umarł po raz drugi. Umarł po raz trzeci, gdy cała krew została zastąpiona w jego ciele przez kwas siarkowy. Po raz czwarty – gdy jakaś siła zdzierała mu skórę przewracając na drugą stronę. W ciągu tej jednej chwili umierał po wielokroć. Każda śmierć była horrendalną męką… Na szczęście – najstraszniejsza w życiu sekunda(?!!) dobiegła kresu, skończyła się, i Babicki zrozumiał, że znów jest w Raju?

Łzy strumieniem spływały mu po twarzy. Płakał nie tylko z poczucia ulgi i ze wszechogarniającego szczęścia, ale z miłości do wszystkiego, co go otaczało. Znów poczuł, że chce kochać wszystkich i że wszyscy wokół niego, których zapewne za chwilę ujrzy – będą kochali go także. Niesamowita rozkosz i wyczekiwanie trwało bardzo długo, ale Babicki nawet i samym tylko oczekiwaniem potrafił się cieszyć. Dziwilo go tylko jedno: dlaczego nie widzi wokół siebie znajomej polany z każdej strony otoczonej dziwnej piękności roślinami i kwiatami o różnych kolorach i kształtach?

– Stop! Przerwać procedurę! Natychmiast! – Nagle zabrzmiało skądś groźnie.

Babicki ocknął się w siedzibie biura w tym samym fotelu, w którym usadowił się „chwilę” wcześniej do „podróży”. Senior-agent leżał na stole z założonymi z tyłu rękami. Jakiś ogromny facet w białych szatach, ze skrzydłami na plecach i o lekko połyskującej skórze, nakładał na jego nadgarstki coś w rodzaju kajdanek.

Inny „połyskujący” stał przed Babickim i patrzyl na niego surowym spojrzeniem.

– Łamiemy reguły, młody człowieku? – Zwrócił się do pisarza.

– Co tu się dzieje? – Babicki był zaskoczony. Najwidoczniej wciąż jeszcze nie wrócił mentalnie z „pobytu” i jego mózg nie był w stranie zrozumieć, co zaszło. – Jak długo tam przebywałem?

– Miałeś szczęście być w piekle tylko tyle czasu, ile jest w stanie znieść człowiek przed definitywną śmiercią. Uratowaliśmy cie w samą porę. – Rzekł krzepki gościu. – Ten drań przetrzymywał cię tam przez dwadzieścia sekund. Jeszcze chwila, a twoja wizyta okazałaby się ostatecznym celem ziemskiej podróży, – i skinął głową z niesmakiem w stronę skutego pracownika biura.

– Ale ja nie mam do niego żadnych pretensji…. Podpisaliśmy umowę… – wciąż nieświadomy tego, co tu się dzieje, próbował wstawić się za senior-agentem.

– Ty nie masz, a dziesiątki innych biedaków – owszem. Tych, których podstępnie ze swym szefem Trazomem wepchnęli nam do piekła i zmuszali do nieludzkiego, katorżniczego dyżuru, pozbawiając wcześniej swych klientów olbrzymich fortun. Nawet nasze służby nie zdołały przeciwdziałać skutkom podstępnych procedur, które opracował ten zdumiewająco inteligentny Trazom. Z tobą miało być podobnie…

Babicki pomału dochodzuil do siebie. Obaj „faceci” w żaden spsob nie przypominali zwykłych ludzi. Wątpliwosci tak szybko ustąpiły, jak zrozumiał z kim ma do czynienia.

– Czy to znaczy, że Caterina, która tak nagle zniknęła z mego życia, że potem…, że moja Marina…

– Tak. One też zostały podstępnie wciągnięte do piekła przez pracowników Trazoma. Caterina – poprzez misterium szatańskich nabożeństw w Katedrze Narbonne i psychokinezę, a Marina… Ten lot rejsowy numer LO 375 z Warszawy do Monachium był, jak dotąd najbardziej zbrodniczą formą przenosin z Ziemi do piekla, zaplanowaną z zimną krwią przez tę wywłokę! – I znow groźnymi oczyma spojrzał na skutego pracownika biura, – przyznasz, dużo mniej przyjemną niż ta, którą zaoferowano tobie, czy choćby wcześniej Caterinie.

– Zamordowali z zimną krwią Marinę?

– Tak, ze wszystkimi niewinnymi pasażerami nieszczęsnego lotu… i dlatego Marina, niestety, już na Ziemię nie wróci… Zaś co do Cateriny musisz być cierpliwy… nasze młyny mielą wolno, ale bardzo dokładnie i zawsze sprawiedliwie oddzielą plewy od ziarna. Twoja Caterina miała na sumieniu liczne grzechy, ale wiele z nich dzielnie odcierpiała na Ziemi. I na Ziemi odcierpi resztę. Z czasem do Ciebie więc wróci…

– Zaraz, ale jak to, ja wciąż niewiele rozumiem? Nie Marina a Caterina… wróci do mnie? Kiedy?!… A w ogóle, dokąd wy go bierzecie?

– Siostro Calypso! – Zawołał połyskujący dryblas do siedzącej w sąsiednim pokoju sekretarki, chwytając jednocześnie pod pachę wijącego się w cierpieniach Konrada, – proszę przygotować dla nas telekinezę do pandemonium. Musimy tę kreaturę najbliższym transferem biomorficznym przekazać pod nadzór strażników wiekuistego ognia,

– Robi się, bracie Michaelu… – odkrzyknęła dziewczyna, zresztą ta właśnie, którą spotkał dziś Babicki wchodząc do biura.

– A tobie, młody człowieku, – i tutaj pogroził palcem Babickiemu, – radzę więcej nie podpadać kobietom. Twoje grzeszki i kłamstewka zadawane każdej z osobna i wszystkim naraz, zaczynają pomału mierzić naszego Szefa. Przemyśl… i nie grzesz więcej! Teraz jeszcze jesteś wolny. Możesz iść. I tylko – radzę: uważaj na Trazoma… My jesteśmy na niego za krótcy. Jest ponad naszą juryzdykcją. Będzie żył na Ziemi tyle, ile zechce… I robił, co chce…

*

Babicki wciąż jakby w jakimś sennym transie opuścił biuro firmy. Podszedł do samochodu, ale jechać, choćby gdziekolwiek, nie miał ani ochoty, ani siły. Różne myśli kołatały, wirowały mu w głowie, ale nijak nie potrafił ich ogarnąć, a już tym bardziej postanowić coś i zrozumieć, co powinien dalej czynić i jak postępować. Usiadł na krawężniku w pobliżu samochodu, opuścił bezwładnie głowę i… w bezsilności zastygł.

Być może trwałoby to całą wieczność, gdyby nie pik wiadomości z pokładowego sytemu IT. Sygnał, który oznajmia, ze na stronie internetowej właściciela limuzyny pokazał się najnowszy komentarz. Zapewne kolejny jednej z tysięcy fanek. Zapewne kolejnej wielbicielki, która wyraża swój zachwyt, przy okazji wakacyjnie go pozdrawiając… Dość ma tego typu pochlebstw. Już zamierzał beznamiętnie nacisnąć klawisz delete, odprawiając komentarz w wieczne jutro, gdy zmęczone oczy utkwiły w jakże mu bliskim i drogim imieniu. Autorką komentarza była jego eksmenadżerka, jakże mu droga, jego najsłodsza, jego ukochana na zabój Caterina… Powróciła z zaświatów!…

 

lista Baśni dla dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *