Tam gdzie serce…

Tam gdzie serce…

Żyła była sobie na świecie mała dziewczynka o imieniu Isia. Miała rodziców, koleżanki, kolegów i przyjaciół, i wszystko inne, co zwykle miewają małe dziewczynki w jej wieku. Niczym nie różniła się od wielu, wielu podobnych jej dziewczynek, niczym nie odróżniała z wyjątkiem jednego, a mianowicie – bardzo lubiła marzyć. To znaczy, inne serce gdziedziewczynki także lubiły marzyć, ale tylko Isia uwielbiała nieprzerwanie fantazjować o dalekich podróżach, o odległych światach i wiekuistej Bożej mądrości. Potrafiła o niej rozmyślać całymi wieczorami, przesiadując samotnie w ogrodzie i patrząc w rozgwieżdżone niebo.

Dziewczynka dobrze się uczyła, była posłuszną córeczką, każdego dnia chętnie serfowała po Internecie, śmiała się z przyjemnością, gdy było z czego i płakała, gdy robiło się smutno. I pewno trwałoby tak życie małej dziewczynki dalej, gdyby nie dzień dwunastych urodzin. Wtedy właśnie spotkała niezwykłą istotę, która na zawsze odmieniła jej los. A było to tak: do Isi, zgodnie z urodzinową tradycją, przyszła grupka przyjaciół. I kiedy nadszedł czas, by zdmuchiwać świeczki i wypowiadać skryte marzenie, mała Isia nagle rzekła:

– A dlaczego mam zdmuchiwać świeczki? Przecież wciąż o czymś marzę i wymyślam kolejne życzenia, więc świeczki niech nie gasną, a przeciwnie: zapalają się jedna za drugą! Moje życzenia są takie: chcę zobaczyć – co niewidzialne, usłyszeć – co niesłyszalne, poznać – co dotąd niepoznane! – I wypowiedziawszy te słowa mała dziewczynka Isia zapaliła po kolei wszystkie dwanaście świeczek.

– Jakie niespotykane pragnienia! – Dziwowali się przyjaciele, – lepiej byłoby, gdyby prosiła o nową konsolę do gier wideo, lub chciała stać się znaną i sławną! – Szeptali między sobą.

– A po co mi być sławną? – Uśmiechnęła się mała Isia usłyszawszy podszeptywania. – Przecież przez te dwanaście lat ani razu nie rozdawałam autografów i przez kolejne dwanaście wcale nie musi się nic tu zmieniać.

Cieniutkie świeczki wetknięte w krem strojący wierzch tortu szybo się wypaliły. A potem z tortem stało się to, co często zdarza się wszystkim tortom: wśród śmiechów i różnych smakołyków, przy dźwiękach muzyki i w przerwach między zabawami został zjedzony do cna. I wesoły dzień, w którym Isia stała się starsza o cały rok minął niespostrzeżenie. Gdy w końcu przyjaciele rozeszli się do swych domów mała dziewczynka wyszła do ogrodu, gdzie często przebywała sama pod księżycowym niebem. W małym Męćmierzu, tuż pod Kazimierzem Dolnym, w którym mieszkała wraz z rodzicami, wszędzie dookoła było dużo zieleni. Można było długo chować się w gęstych kniejach nie będąc zauważoną przez kogokolwiek. Letni wieczór zbliżał się ku końcowi i do minuty urodzin Isi została mniej niż godzina. Dziewczynka położyła się na asfaltowej dróżce, która wiła się wśród drzew i kwiatów. Asfalt po słonecznym dniu wciąż był jeszcze ciepły. Dotykając go plecami czuła skwar pozostawiony przez słońce, które dawno zdążyło schować się za horyzont. Pomyślała, że z tym ciepłem jest trochę tak, jak i z ludźmi: ich podarunki, ale i dobre słowa, zostają w pamięci na długo, nawet, jeśli ci, którzy je wypowiedzieli – dawno odeszli… Tymczasem nad Isią rozciągała się gwieździsta głębina. „A co jest dalej? – Rozmyślała, – Co jest tam, gdzie wszystkie gwiazdy się kończą?… To tam ma mieszka Pan Bóg?”

Nagle mała dziewczynka poczuła, że w ciemnym ogrodzie nie jest chyba sama. Dzieci zawsze czują, gdy ktoś obok nich siedzi w ciemności, bo przed małymi dziewczynkami naprawdę nie tak łatwo daje się ukryć. Siedząc na klęczki krzyknęła w knieje, prosto w miejsce, w którym mignęły ogniki czyiś oczu:

– Ej, ty! Co się tam chowasz? Nie boję się ciebie.

– Boisz się. – Miękki, spokojny głos rozległ się z listowia. – Mnie wszyscy się boją.

– Na pewno jesteś krukiem. – Powiedziała dziewczynka. – A ja nie boję się kruków!

– Nie jestem krukiem, – powiedział głos. – Leż sobie dalej. Nie będę ci przeszkadzał.

– A może jesteś źlikiem? – Nie ustępowała dziewczynka. – Słyszałem różne historie o źlikach! Albo może jesteś sową? No, przyznaj się!

– Nie jestem źlikiem, ani tym bardziej sową. – Odpowiedział głos. – Nie jestem niczym ci znanym.

– Rozumiem. Ty po prostu jesteś gadającą papugą. – Rzekła dziewczynka wstając na równe nogi. – A ja nigdy nie widziałam gadającej papugi. Chętnie, więc bym ciebie ujrzała.

– Nie jestem papugą! – Z nutką urazy w głosie usłyszała z ciemności. – Siedziałaś tu sobie sama i ja sam sobie siedziałem. I było nam dobrze. Czego więc nagle chcesz to zmienić? Czego chcesz ode mnie?

– Chcę się dowiedzieć, kim jesteś? I czy naprawdę istniejesz, czy nie?

– Oczywiście, że naprawdę istnieję. Inaczej, jak mogłabyś ze mną rozmawiać? Choć, prawda, nigdy dotąd nie rozmawiałem z żadną małą dziewczynką.

– A czy jesteś duży, czy mały?

– No, w każdym razie, gdy Pań Bóg mnie stworzył byłem malutki.

– A teraz jesteś już duży? Czy tylko trochę mniej malutki?

Głośny chrzęst zakłócił spokojną ciemność i nieopodal Isi upadł czarny łuskowaty smok. Podpierając się skrzydłami i zwiesiwszy tułów wyzionął z paszczy w stronę małej dziewczynki strumień ognia.

– O-jo-jo-joj! – Krzyknęła Isia, – Zwariowałeś? Prawie mnie oparzyłeś. Lepiej patrz, gdzie rzucasz ogniem. – I dziewczynka odskoczyła na bok.

– No to teraz widzisz, kim jestem i że jestem smokiem. – Powiedział smok o rozmiarze dużego łosia, gdy nie stawał, oczywiście, na dwie łapy.

– Widzę. – Odpowiedziała Isia. – Tylko ja czytałam, że smoki są ogromniaste i straszne, że mogą obrócić w pył całe armie, a ty jesteś… Ty jesteś jakiś taki maleńki… Trochę, jakby z jakieś ładnej bajki…

– Gdy będzie kończył się ten świat – wyrosnę na dużego. I przeżyję jeszcze wiele innych światów. A tak, w ogóle, na mój widok powinnaś uciekać.

– Ja? A niby po co? Dokąd?

Płonące oczy smoka zaświeciły jaśniej, ale głos pozostawał spokojny.

– Nie wiem, po prostu ludzie na widok smoków uciekają. Przynajmniej wszyscy dotąd tak czynili.

– Ojej! Ty masz słońca zamiast oczu! – Zdziwiła się dziewczynka patrząc w jego wielkie gorejące oczy.

– Co ty tu robisz taka tu sama? – Zapytał smok. – Czyżby ludzie nocą nie sypiali?

– Sypiają. Ale nie zawsze. A ja… ja uwielbiam patrzeć w gwiazdy i wypatrywać wśród nich drogi do domu Pana Boga… Tu, w moim ogródku nikt mi nie przeszkadza.

– Ja także lubię patrzeć w gwiazdy. Lecz mało z nich jest przytulnych.

– Przytulnych… Gwiazd?!

– Tak. Szczególnie dla was, ludzi. Jesteście zbyt wydelikaceni. Umieracie, gdy jest za gorąco, albo za zimno. I umieracie też bez powietrza, i bez jedzenia. Oj, tak! Bardzo delikatne z was istoty…

– A Ty, od czego umierasz? – Kawowe oczy Isi odbijały się w „słońcach” smoka. – Z jakiego powodu?

– Nie wiem. Nic nie może mnie zabić. Nawet upływ czasu jest wobec mnie bezsilny. Ja… prawdopodobnie nie umieram.

– A co tutaj robisz?

– Szukam. – Powiedział smok, błysnąwszy smoczą łuską w świetle księżyca.

– Czego szukasz?

– Czego?… Hmm… Jak by to powiedzieć?… Zagubiłem się.

– Zagubiłeś się? Komu się zagubiłeś? Rodzicom? Ukochanej?

– Nie mam rodziców. Zresztą, nigdy nie miałem i nie mógłbym mieć.

– Jak to możliwe? – Zdziwiła się mała dziewczynka.

– Ano, możliwe. Gdy Pan Bóg mnie stworzył wszystko było maleńkim kosmykiem światła, takim jakby kosmicznym jajkiem. A potem światło wybuchło, pojawił się cały kosmos i wszystkie inne światy. I wtedy również my pojawiliśmy się, jako malutkie smoki.

– Takie, jak ty teraz?

– Nie, o wiele mniejsze. Jak twoja dłoń.

– Więc kto ciebie zgubił? – Isia uporczywie wróciła do pytania.

– Ten, kto mnie stworzył, budując cały świat: Pan Bóg.

– To Pan Bóg na pewno bardzo się zamartwia, że mu zaginąłeś.

– I ja się zamartwiam. Choć przecież nigdy GO nie widziałem. Przestraszyłem się i uleciałem na złamanie karku, gdy tylko pojawiłem się na świecie.

– Nie zasmucaj się. – Dłoń Isi musnęła po kolczastych łuskach szyi smoka, – Chodź, poszukamy Pana Boga razem. Dobrze byłoby, smoku, gdybyś naprawdę był czyimś smokiem, a nie tylko takim biednym i samotnym.

– „Gdybyś był czyimś”… i gdybyś miał kogoś, z kim ci jest bardzo dobrze… – Zgodził się z małą dziewczynką smok. – Przyjdziesz tu jutro? Przyjdź, proszę! Spotkamy się o tej samej porze w twoim ogródku obok tych krzewów? – Smok wskazał kiwnięciem głowy w kierunku bujnych krzaków rosnących tuż przy ogrodzeniu.

– Dobrze! Będę. Pomogę ci szukać twego domu. – Powiedziała mała dziewczynka. – I jednocześnie domu Tego, któremu się zagubiłeś – Pana Boga.

– No to, do zobaczenia! – Odpowiedział smok i uleciawszy do góry pozostawił po sobie wir lśniącego pod rozgwieżdżonym niebem pyłu.

Wchodząc do domu mała dziewczynka myślała o tym, że nawet nie zapytała go o imię. I nawet nie powiedziała swego. Ale, być może, imiona dla smoków nie są aż tak ważne?

Nazajutrz Isia w żaden sposób nie mogła doczekać się końca dnia. Ciągnął się tak niemiłosiernie długo, jak nigdy dotąd wcześniej. Liście na drzewach pod podmuchem słabego wiatru poruszały się niemal niezauważalnie, chmury przepływały po niebie, jakby ich coś zaczepiło i nawet słońce chowało się za horyzont nieznośnie guzdrząc. Obiecawszy rodzicom, że nigdzie dalej nie odejdzie od domu dziewczynka wyszła do ogródka, gdy już pojawiły się pierwsze srebrno migoczące pod niebem gwiazdy. Pobiegła do samego ogrodzenia z daleka wyglądając, czy on jest już tam, czy nie? Ale kiedy dobiegła do krzewów wciąż nikogo przy nich nie było. Nadeszła za to noc ze swą głębią i gwiazdami, których było tak wiele… „Na pewno nie przyjdzie. – Rozmyślała Isia. – Gdzież mu się bawić z taką małą dziewczynką, jak ja… – I rozmarzyła się, że gdyby jednak przyszedł to mogłaby jak w bajkach polecieć w poszukiwaniu Pana Boga do nieba na grzbiecie prawdziwego, żywego smoka!… – No tak! Ale tak się dzieje tylko w bajkach. A w życiu nie bywa przecież nigdy…” – westchnęła. I nagle wśród potoku myśli usłyszała nie swoją własną, a całkowicie „obcą” myśl, która brzmiała zupełnie inaczej: „co za smutne stwierdzenie! Zupełnie niepasujące do rzeczywistości” Pisnąwszy ze zdziwienia dziewczynka zaczęła się rozglądać wokoło i dosłownie na jej oczach nadleciał z nieba zwyczajny, czarny smok, połyskujący łuskami w świetle księżyca, jakby każda z nich była czymś polakierowana.

– Jesteś jednak, a myślałam, że nie przybędziesz… nigdy, nigdy!

– Nie krzycz! – Znów zabrzmiało bezpośrednio w jej umyśle, – Jesteś zbyt… głośna.

– Taka jestem szczęśliwa, że przybyłeś! – Dziewczynka objęła rękoma łuskowatą szyję i przylgnęła do niej gorącym policzkiem.

– Ja także jestem szczęśliwy widzieć ciebie ponownie. Wiesz, że zamiast mówić na głos możesz mi odpowiadać prosto do mózgu?

– W jaki sposób? Wystarczy, że pomyślę? – Zapytała zdziwiona Isia.

– Tak. Wystarczy, że pomyślisz.

I tak się stało. Odtąd mała dziewczynka potrafiła rozmawiać ze smokiem nie wypowiadając ani słowa, a tylko formułując myśli.

– Latałaś kiedyś na smoku? – Zapytał smok.

– Na smoku jeszcze nie latałam. – Pokręciła głową dziewczynka. – Ale czy tam w niebie gdzie mieszka Pan Bóg nie jest nazbyt zimno?

Smok wypuścił z paszczy lawendowy obłoczek, który owinął się wokół Isi jakby jakąś świetlistą poświatą.

– Co to jest? – Isia przyglądała się swym rękom pod osłoną lawendowej powłoczki.

– To światło zachodzącego słońca. Będzie ciebie otaczać i chronić przez najbliższą godzinę, a następnie zniknie samo. Póki będzie przy tobie – nic ci się nie stanie. Nie będzie ci ani gorąco, ani zimno. Będzie ci dawać tyle ciepła, ile potrzebujesz, żeby dolecieć do nieba.

– Uch, ty! – Uśmiechnęła się dziewczynka. – A tobie nie będzie zimno?

– Mi? Nie! Smokom nigdy nie bywa zimno. Tylko czasem zaznajemy bólu.

– Od czego? – W umyśle smoka błysnęło zapytanie dziewczynki. – I od takich małych dziewczynek, jak ja, też?

– Od takich małych dziewczynek, jak ty – nie. Ale od ludzi – tak. Tylko nie zawsze, wy, ludzie, jesteście temu winni. – Smok wygiął szyję i dodał: – wdrapuj się!

Mała Isia zwinnie wspięła na smoka i usiadła mocno u nasady skrzydeł, trzymając się łusek.

– I nie jest ci smoku ciężko? – spytała z troską w głosie.

– Ty prawie nic nie ważysz. Tylko musisz się mocno trzymać. – Ostrzegł.

– To, co? Polecimy już?

– Lećmy!

Ugiąwszy się i wczepiwszy się w ziemię smok nagle uleciał do góry pozostawiając za sobą pyłowe wiry od powietrza rozmiatanego olbrzymimi skrzydłami. Dziewczynka spojrzała do dołu i zobaczyła, jak ziemia ucieka spod nóg z niewiarygodną prędkością.

– A teraz patrz, jaki nasz świat jest piękny! – Myślami powiedział jej smok nabierając wysokości w niewiarygodnym tempie, pozostawiając daleko w dole kontury domu, ogrodu, Męćmierza i nawet całej Wisły.

Dziewczynka pojęła, że nie jest już w stanie dostrzec miejsca, z którego wzlecieli. Obłoki pozostawały w dole i było tak jakoś dziwnie widzieć je właśnie tam, a nie jak zawsze bywało – na górze.

– A co to za dziwne chmury, te z przodu?

– To Cirrus stratus. – Odpowiedział smok, wyrywając z nich błyskawice, wyginając je w podwójną spiralę. Uwielbiam z nimi te zabawy. To takie wesołe!

Nagle dali nura do dołu, po czym ustabilizowali lot nad jakimś kontynentem. Isia jak zaczarowana patrzyła na migoczące w dole światła. Ziemia zbliżała się nierównym, zamglonym konturem, a prędkość była tak niesamowita, że mała dziewczyna wiedziała, iż gdyby nie była otoczona swym „światłem zachodzącego słońca”, to już dawno spadłaby i zaginęła w tym olbrzymim padole. Smok wciąż zlatywał do dołu prosto w kierunku ogromnej, srebrzystej tafli wody. Coraz bardziej przyspieszając spadał jak strzała, która lecąc z impetem rozdziera na małe cząstki i wiatr, i mgłę.

– To morze! – Krzyknęła z zachwytem Isia, – Nigdy nie widziałam morza! Ale ono wielkie!

– Ocean Spokojny, – Odpowiedział smok i niosąc się wściekle nad powierzchnią wody, opuścił do dołu swe błyszczące skrzydła, wzdymając za sobą wodne lustra ciągnące się ich śladem, spadające do dołu i szumiące daleko w tyle.

Smok odchylił głowę nieznacznie do dołu i wypuszczając z paszczy ognisty wicher w toń oceanu wzburzał wodną topiel wyżynając z niej ledwie na chwilę pusty korytarz, którym podążali przed siebie, zanim zasklepiały się za nimi, z tyłu, spienione odmęty. To zamykając, to otwierając oczy, dziewczynka z całych swych sił wpiła się w smoka, próbując połączyć się z nim, stać się z nim wspólną jednością. Wdziała jak ogień z jego gardła czynił im drogę do głębin, jak ocean zamykał swe wody w ślad za nimi, jak smok coraz silniej i silniej zionął ogniem stopniowo zbliżając się do czegoś – siniejącego poniżej.

– To jądro planety! – Powiedział smok. – Lubię tam się kąpać!

„O Mój Boże!” – Pomyślała dziewczynka. – „Jądra mi tylko brakowało!”

– Nie boj się! Nie polecimy tam, – usłyszał ją smok. – Nie wolno mi, gdy jestem z tobą.

– Jesteś szalony! – Zachwycone kawowe oczy dziewczynki rozbłysły jak gwiazdy. – A daleko bywałeś w poszukiwaniu Pana Boga?

– Nie aż tak bardzo. Nie byłem jeszcze w wielu, wielu miejscach.

– A pokażesz mi gdzie byłeś najdalej?

– Nie mamy dużo czasu, będę musiał lecieć bardzo szybko! Ale, dobrze. Pokażę!

„A teraz, niby co? – Pomyślała dziewczynka, – Lecimy wolno?”

Wznieciwszy za sobą chmury pyłu złożył skrzydła i niczym ognista strzała, świecąca jak błyskawica, szybko zaczął unosić się w stronę nieba. Po chwili pod całym nieboskłonem zamigotały gwiazdy. Dziewczynka w ich blasku była prawie niewidoczna. Słońce z potężnej tarczy stopniowo zmieniło się w małe kółeczko, punkt, punkcik, aż w końcu i ono zniknęło w głębinach galaktyki. Smok ze swoją towarzyszką lecieli coraz szybciej i szybciej. Wkrótce i sama galaktyka zniknęła za ich plecami. Cały wszechświat stał się jak wywleczona na lewą stronę piłka. Z każdej strony otaczające podróżników gwiazdy zaświeciwszy najpierw mrugającym światłem jak latarnie, znikały z czasem w tęczach wielokolorowych niezliczonych świetlikach międzygalaktycznej materii. I oto zauważyli już przed sobą krawędź wszechświata. Przeleciawszy przez nią ujrzeli, jak wypełniony gwiazdami „ich” wszechświat zmniejsza się do postaci kulki, a przed nimi pojawiają się kolejne, w niewiarygodnej ilości, podobne do niego skupiska takich że, nowych wszechświatów…

– Boję się… – kołatała myśl w świadomości dziewczynki, – Tak daleko i tak tu strasznie…

– I ja też, – dopowiedział smok. – Trochę się boje. Dalej, jak tu, nigdy wcześniej nie byłem. Ale są wśród nas – smoków – tacy, którzy bywali o wiele dalej.

– A jak my wrócimy? Pamiętasz miejsce, gdzie jest nasz dom?”

– Nasz dom jest tam, gdzie nasze serca. Pamiętam i zapamiętałem wszystko. I nie boj się: mój czas jeszcze nie nadszedł. Bezpiecznie wrócimy. Z Bożą pomocą – na pewno!

Smok zatoczywszy pętlę zostawił za sobą światła nieznanych wszechświatów i ruszył w przeciwnym kierunku w stronę ich wszechświatu – tej „wywleczonej na lewą stronę piłki”. Wleciał do jej wnętrza, minął tysiące kolorowych galaktyk, przemknął obok miliardów gwiazd i skierował w stronę jednej z nich: czerwono-niebieskiej. Mała Isia rozpłakała się na widok zbliżającego się słońca, ale i na widok ziemi, i Wisły, jej domu w Męćmierzu, i ogródka, z którego niedawno wylecieli.

Lawendowa poświata wokół jej ciała zniknęła.

– Zdążyliśmy, – powiedział smok, kładąc się na ziemi, wzniecając z kolei do góry źdźbła trawy i piaskowy kurz. – Światło zachodzącego słońca już ciebie od tej chwili nie chroni.

Dziewczynka wciąż nie mogła przyjść do siebie i nie schodziła z łuskowatej szyi. Smok jeszcze bardziej przyłożył głowę do ziemi i dziewczynka wreszcie, choć wciąż niepewnie stanęła na nogi. Serce jej cały czas waliło, jakby chciało wyskoczyć z piersi, oczy wciąż błyskały ognikami gwiazd, a oddech cały czas był nierówny i szybki.

– Tak. Zdążyliśmy… – Wyszeptała siadając na trawie obok smoka, który leżał teraz zwinięty jak kocur z zamkniętymi oczami.

Minęło trochę czasu. Dziewczynka obudziwszy się leżała na miękkim skrzydle smoka, słysząc bicie jego serca, czując jego równy oddech. Smok także się obudził. Mijał właśnie środek nocy.

– Na mnie już pora, – powiedział smok. – Wkrótce będzie świtać. Smoki zasypiają wraz z pierwszymi promieniami słońca.

– I dokąd polecisz? – Spytała dziewczynka.

– Nadal szukać Tego, któremu zaginąłem – pana Boga.

– Przecież to może trwać bardzo długo…

– Oczywiście, wiem. – Cichy ciepły nocny wiatr owiał po jego skrzydłach. – Ale bardzo chcę Go znaleźć.

– To znaczy, że nie wrócisz szybko! – Westchnęła dziewczynka i przylgnęła do szyi smoka patrząc w jego „oczy-słońca”. – I w końcu się okaże, że to ja ciebie zgubiłam!

Lekko pochyliwszy głowę smok odpowiedział cicho:

– Nie. Ty mnie nie zgubiłaś. Ty, wręcz przeciwnie, ty mnie odnalazłaś.

– Więc zabierz mnie ze sobą! Proszę! Nie odlatuj beze mnie!

– Jeśli wziąłbym ciebie teraz ze sobą, to już na zawsze zostałabyś taką małą dziewczynką i rozczarowałabyś rodziców i wszystkich innych, którzy kochają cię dziś, tu i teraz.

– Nie chcę się z tobą rozstawać! Nie chcę! Ja zawsze będę cię kochać, i nie tylko teraz!

– I ja będę kochał cię zawsze, – odpowiedział smok. – I nigdy nie przestanę. Ale my się przecież nie rozstajemy!

– Jak to nie rozstajemy, skoro chcesz odlecieć beze mnie!?

– Czy wiesz, w którym miesiącu z nieba spada najwięcej gwiazd?

– Wiem. To już wkrótce. – Pochlipując odpowiedziała Isia, uwalniając ze swego uścisku smoczą szyją, ale nie odrywając wzroku od jego „słońc”.

– Niech to będzie tylko dla nas, nasz wspólny miesiąc do odliczania.

– Niech takim będzie. Miesiąc spadających gwiazd odtąd będzie jak skarb – na zawsze naszym…- Uśmiechnęła się mała dziewczynka.

– Minie od niego siedem miesięcy i w pierwszy dzień ósmego wrócę do ciebie.

– Będę zawsze czekać, nawet, jeśli miałbyś nigdy nie wracać… – W krtani dziewczynki nabrzmiał zdradziecki guzek. Bo chcę nadal pomagać ci znaleźć Pana Boga.

– Nie płacz. Daję ci moje słowo. Wrócę!

– A Twoja miłość będzie trwać i trwać?

– Przezabawna jesteś. – „Oczy-słońca” błysnęły w ciemnościach. – Jak może skończyć się coś, co jest wieczne? Moja miłość nigdy się nie skończy. Będzie zawsze. – Smok odwrócił w stronę dziewczynki swą łuskowatą głowę i wydmuchnął z paszczy lawendową chmurkę, która ponownie otoczyła Isię, jak za pierwszym razem. – To „światło zachodzącego słońca” dla innych nie będzie widoczne, i zostanie z tobą na zawsze, tak jak i moje serce będzie zawsze przy tobie, moim skarbie.

– I moje niech będzie skarbem przy twoim. – Dziewczynka zdjęła ze swej szyi aluminiowy listek-ozdobę i przyłożyła go do smoczej piersi. Natychmiast jedna z łusek smoka stała się cała srebrzysta. Przywierając policzkiem do błyszczącej płytki smoka dziewczynka pocałowała ją, obejmując rękoma. – Leć już. Pamiętaj! Będę na ciebie czekać.

– Pamiętam! I ty pamiętaj: pierwszego dnia ósmego miesiąca spadających gwiazd będę tu, w twoim ogródku.

– Ja też będę.

– A teraz zamknij oczy na kilka uderzeń serca. – Skraj skrzydła smoka musnął po dróżce łez spływających po policzkach dziewczynki. Sylwetka smoka odbijała się w jej kawowych oczach. – Do zobaczenia! Zawsze będę pamiętał drogę do twego domu i twego ogródka. Bo gdzie skarb mój tam i serce moje!

Będę czekała! – Łzy cicho zakradłszy się ściekały bez ustanku.

Gdy Isia zamknęła oczy usłyszała lekki szelest, a zaraz potem wszystko nagle ucichło, a gdy wzrok ponownie przywykł do nocnego mroku – w pobliżu nie było nikogo, i tylko pod stopami leżała srebrzysta łuska, w którą na wskroś wtopiło się aluminium.

Mała dziewczynka podniosła ją i przycisnęła do piersi. A potem pomachała w rozgwieżdżone niebo, w którym mieszka Pan Bóg, i w którego poszukiwaniach odleciał smok, i powoli ruszyła do domu, czując jak ogarnia ją sen i znużenie. Łzy wciąż jeszcze płynęły, ale teraz miały inny odcień – odcień marzenia, które wszystko w ciągu jednej godziny odmieniło w jej życiu. Marzenia, które odmieniło barwy, dźwięki, uczucia, odmieniło całe jej życie – tu: w malutkim Męćmierzu, który od tej chwili stał się dla Isi tylko czasową, ziemską przystanią.

Teraz jej odwieczny, prawdziwy dom jest i będzie tam, gdzie jej skarb, gdzie jej serce.

 

lista Bajeczek dla dzieci – Tomik II

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *