Dwa najpiękniejsze dni w życiu Mariny

– 1 –

Kto wie? Może ten pierwszy  dzień lata – wtorek, dwudziestego pierwszego czerwca był najszczęśliwszym dniem w całym jej życiu? Tego dnia w porcie lotniczym im. Franza Josefa Straußa pod Monachium wsiadła do samolotu i już po niecałych dwóch godzinach zobaczyła jego – niepowtarzalnego człowieka na całym świecie – Janusza. Stał w jasno oświetlonym holu lotniska w lekkim amarantowym garniturze, z bukietem herbacianych róż i czekał na nią. Z emocji – uginały się pod nią nogi. On – równie wzruszony – nie wypowiadając nawet słowa podał jej róże. Potem oboje przytulili się do siebie na kilka sekund, a po kolejnej krótkiej chwili – lekko pocałowali.

Gdy poczuła zapach jego drogich perfum, jakże do bólu znajomy, jej oczy od razu zrobiły się wilgotne ze szczęścia. Miała wrażenie, że w tym krótkim momencie stała się innym człowiekiem. Jakby całe jej jestestwo zalał wodospad nowego życia, jakby ktoś, coś – w jednej sekundzie zamieniło w niej skórę. Jakby nagle weszła do domu, który poszukiwała całe życie… Tak jak wtedy, sześć lat temu, w dniu, gdy spotkali się pierwszy raz…

*

Rano – gdy noc stała się już wspomnieniem nagle zachciało jej się wyrzucić do kosza całą kolekcję swych pięknych sukienek i wdzianek. Chciała stać się niewidoczną, szarą myszką. Inną kobietą. Chciała całkowicie zmienić swój styl i wizerunek. Przestać wyzwalać u mężczyzn jakiekolwiek emocje i pragnienia. Już samo stwierdzenie takiej chęci nawet dla niej samej było szokującym odkryciem, tak zaprzeczającym dotychczasowemu stylowi życia i pracy, że wstrząsnęło nią całą – od stóp aż po koniuszki włosów.

Zablokowała lub usunęła wszystkich swych fanów z Facebooka, z różnych niezliczonych innych „social media”. I zrobiła to właśnie tu, siedząc przy stoliku, w jego kuchni, w lokalu warszawskiego apartamentowca Platinum Towers na dwudziestym drugim piętrze. „Aby nigdy nikt więcej nie mógł do mnie pisać, nie prawić mi komplementów, ani żadnych nieinteresujących mnie życzeń i marzeń…” A potem wyłączyła swój telefon, aby nikt przez te dwa dni nie rozpraszał ją zbędnymi dzwonkami. Nawet jej własny mąż – Hans, nawet dziecko… Bardziej niż wszystkiego innego na świecie chciała przez te dwa dni po prostu: żyć, żyć swą niezależną, do nikogo niepodobną egzystencją, żyć każdą emocją i każdym nowym uczuciem – od dziś, wierzy w to święcie, niezapomnianym!

Nie, absolutnie nie miała już żadnych wątpliwości, iż czekają ją liczne szczęśliwie dni u boku Babickiego. Obojętne, w jakim charakterze i z jakim statusem. Teraz – są to dla niej kwestie drugorzędne. Już dawno przecież istniał w jej życiu a ona w jego i już od dawna żyli wspólnymi planami i marzeniami. Czyż nie nadeszła pora, aby je realizować?… Ona – Marina, przez ostatnie lata była nie tylko ważnym graczem w świecie mediów i show-biznesu; była przecież, poza wszystkim, odpowiedzialną matką i przykładną żoną, wzorem do naśladowania przez czytelniczki kolorowej prasy. On – co niedawno zrozumiała (aż do bólu) – w jej sercu i w jej duszy był z kolei najbardziej ukrywanym przed całym zewnętrznym światem człowiekiem. Nigdy nie przypuszczała, że kiedyś wymknie się ze schowaka i w jednym mgnieniu odmieni całe jej życie. Ale stało się…

Obudziwszy się, lecz wciąż jeszcze leżąc z zamkniętymi oczami i przyciskając się do torsu Janusza przypominała sobie całą zakończoną właśnie noc… Magia już trwała, gdy jadąc z lotniska samochodem, na tylnym siedzeniu, trzymali się za ręce i całowali jak wariaci, gdy szli do apartamentowca i unosili się z windą gdzieś wysoko do chmur… Jakże pragnęłaby zapisać te uczucia do jakiegoś skrytego zakamarka w sercu, i wypalić je tam żarem płomienia, który zapłonął i płonie w jej piersi przez cały czas, od momentu, gdy znów są razem.

Bo potem to już było tylko ono – to samo, tak często oglądane na filmach nierealne hollywoodzkie kino, które w jednej chwili zaczęło się z nią dziać, tyle że na jawie. Weszli do jego apartamentu i znów rzucili się sobie w ramiona… I nagle, po raz pierwszy w życiu – od admin-ajax_edited-1pojedynczego pocałunku doświadczyła absolutnej ekstazy. Kto powie, że tak nie bywa, ten po prostu nie ma pojęcia o miłości i nie wie, że jest to najwyższy stopień harmonii i ognia między ciałami dwojga kochających się osób… Pocałunek trwał wieczność… Chwilę po nim odsapnęła. Potem zaprowadził ją do salonu, nalał dwa kieliszki szampana (z jakimś niesamowitym sokiem), zapalił świecę, zgasił światło i już po chwili, w półmroku, zaczęli z siebie nawzajem ściągać ubrania…

Nigdy wcześniej w całym swym kolorowym i niezwykłym życiu nie doświadczała takiego żaru namiętności. Każde dotknięcie kochanka powodowało wyładowania elektryczne, które piętrząc się w falach rozwichrzonej ekstazy rozpływało się po skórze, rozsypywało iskrami, rozjaśniało się w głowie niesamowicie barwnymi fajerwerkami… Chciała umrzeć podczas doznawanego szczęścia… Strzelić sobie kulę w łeb… Byleby to doznawanie nie kończyło się nigdy… Ono – nie było w stanie równać się z żadnym poczuciem szczęścia i spełnienia, po nawet największym sukcesie zawodowym, z jakimikolwiek owacjami na stojąco po najbardziej jej udanym medialnym show, z jakąkolwiek formułą, z niczym! Niektórzy ludzie nie wiedzą, co to takiego – ta prawdziwa miłość… Jest wdzięczna Panu Bogu za to, że ona – Marina, teraz wie – czym ta miłość jest naprawdę… Zrozumiała wszystko. Wszystkie, absolutnie wszystkie jej poprzednie bezużyteczne próby zbliżania się do sedna miłości – były niemal parodią tego, czym przekonała się teraz, mogłyby być, gdyby były. Tamte przypominały jej odgrywanie na estradzie wystudiowanych pokazówek, w sposób zresztą nieudolny. Nagle pomyślała, że za takie uczucie jak to, którego doświadcza teraz – naprawdę można by oddać życie. Dla czegoś tak boskiego można by zapomnieć o wszystkich lękach i wszystkim, co było przedtem. Ona z Januszem stali się jednym i ciałem, i duszą – bytem jednako czującym, myślącym i oszołomionym wspólnie doznawanym objawieniem. Kiedykolwiek nie wybiłaby dla niej ostatnia godzina, teraz Marina już wie, że nie będzie w stanie przeżyć czegoś tak nieziemskiego z nikim innym. Tak szaleńczego – aż do zatracenia rozsądku, tak cudownego i podobnego do bajki!

Owszem. Kochała się z Januszem już wcześniej: to nic, że tylko w myślach i w poprzednim życiu. Ale dopiero w tym życiu, dziś, teraz, gdy wszedł w jej ciało, dopiero wreszcie ma absolutne poczucie czystości, radości z tego, że to właśnie od zawsze tak miało być. „Teraz i zawsze, i na wieki wieków, amen!” – prawie że i mogłaby powtórzyć za księdzem z mównicy… To już nie było pożądanie, nie erotyka, czy cokolwiek, nie daj Boże! wulgarnego… To była najprawdziwsza moc światła wewnątrz… Boskość! Po czymś takim zaprzestajesz rozumieć czemu ludzie gonią za najprostszymi, wręcz prostackimi cielesnymi przyjemnościami? Jakże one są nędzne, prymitywne i nieciekawe! Jest jej nieskończenie żal tych, którzy nigdy w życiu nie doświadczyli takiego nieskończonego szczęścia, jakiego doświadczała tej nocy ona. To było katharsis i delirium w jednym!

*

Gdy dwoje stają się jednością, nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i na poziomie dusz, gdy przenikają się wzajemnie tak głęboko, że aż jedno rozpuści się zaraz w drugim – zachodzi cud kosmicznej skali: rodzi się nowy wszechświat, a z nim zupełnie nowa przestrzeń – poziom Boskiej Świadomości. I ten właśnie cud – największy ze wszystkich możliwych, który można doświadczyć tu – na Ziemi… Ten nowy wszechświat, w tej oto chwili, narodził się właśnie dla nich…

– 2 –

Ile nie napisanoby utworów i spektakli o miłości, ile nie funkcjonowałoby ról odgrywanych przez najbardziej natchnionych aktorów, gdy czegoś takiego doświadcza się osobiście, jakiego zaznali tej nocy Marina z Januszem, to jest to doznanie o słońce jaskrawsze od tego, jakie wyraziliby na scenie nawet najlepsi aktorzy, albo jaką prawdę próbowałaby oddać o nim najmądrzejsza książka, czy nawet genialnie wyreżyserowany film.

Najsmutniejsze dla nich było tylko to, że nie potrwa wiecznie. Marina wiedziała, że nie może zostać przy Januszu na zawsze: prawdziwi mężczyźni, do których niewątpliwie się zaliczał, w imię miłości nigdy nie porzucają swej rodziny. Nawet – w imię tej największej… Czynią tak tylko mięczaki… Za to,  zrozumiała rzecz ważną: to co między nimi zaistniało jest świętym dowodem na to, że praw do prawdziwej miłości nie może, nie ma prawa pieczętować żaden certyfikat ani ślub. Nawet udzielony w obliczu Boga. Bo miłość sama w sobie posiada boską moc, którą przecież sam Pan Bóg hojnym gestem obdarował kochanków. I dlatego niech sobie kobiety wychodzą za mąż w imię kompromisu, aby rodzić dzieci, aby stać się wierną kopią większej części społeczeństwa, aby poprawić swoją sytuację finansową, aby uzyskać status kobiety zamężnej i posiąść wątpliwe szczęście z racji śpiącego co noc u ich boku jakiegoś mężczyzny. Ale niech nie stają się na tę okoliczność niewolnicami pieczęci, niewolnicami choćby takimi, jaką do tej pory była ona sama – Marina. Dlatego – już nie zamierza dalej odgrywać roli przykładnej żony, i piekąc ciasta, gotując zupę czekać na oklaski. „Czyż umieranie z tęsknoty z powodu całkowitego braku dokonywania dalszych  wyborów w życiu – nie jest czymś więcej niż karą? Jest!  I do nazwania tego stanu służy jedno proste słowo: niewolnictwo… Nie ma nic gorszego, niźli bycie pokorną wobec człowieka, którego się przestało kochać… Ale czy kochając Janusza przestałam na pewno kochać Hansa? – Zastanawiała się. – Sama już nie wiem…  Bo czyż jedna miłość wyklucza drugą?” – na dziś to dylemat do rozstrzygania zbyt trudny. Jak Scarlet O’Hara pomyśli o tym jutro.

Marina jeszcze z domu rodzinnego wyniosła wiedzę, że nie wolno dopuszczać do siebie tych, którzy chcą za dostęp do jej łask iść na jakieś układy. Na przykład – obsypywać komplementami, oferować wycieczkę na koniec świata, zabrać ją do kina, restauracji, dawać kwiaty lub przynosić owoce w każdy piątek. To wszystko – to taka małość! W jednej jedynej chwili jej spotkania z Januszem, po sześcioletniej rozłące, obrazki te napływając z przeszłości zaczęły wywoływać w niej obrzydzenie. Kwiaty, prezenty, podróże – teraz wszystko na szczęście przestanie mieć znaczenie. Świat skurczy się do jednego człowieka, jak gdyby miała tak zaplanowane od zarania dziejów. Ona – już wkrótce na zawsze wykradnie zapach Janusza, głos, przeczyta wszystkie jego listy, opowiadania, netowiska, powieści i… będzie modlić się za niego. Nie! To wcale nie żadne szaleństwo. To czysta prawda o fenomenie największych miłości, które są dostępne tylko dla wybranych. Ci, którzy ich dostąpili – wie, że zrozumieją…

*

A potem, jeszcze tego samego poranka, przypominała sobie chwile sprzed sześciu laty, gdy poznali sie. Najpierw – jakiś przypadkowy wywiad z Januszem, który przeczytała w jednej z gazet, potem – ona sama zaprosiła artystę do redakcji na własne medialne show, kilka dni później wspólną kolację połączyli ze śniadaniem. Z tego zdarzenia najbardziej pozostał w jej pamięci zapach poduszki, na której leżał Janusz, w którą wtuliwszy się o poranku czekała, aż wróci ze sklepu ze świeżymi bułeczkami. Potem, pamięta, po tej ich pierwszej nocy i śniadaniu, zaparzyła mu herbatą cynamonową według przepisu swej babci. Po krótkim śniadaniu bardzo długo rozmawiali. O czym? Oczywiście, tego już nie pamięta. Ostał się w jej pamięci tylko mglisty obrazek splatających się rąk, zapach ciał, głos, dotyk ust… Przez całą noc całowali się delikatnie i subtelnie pieścili – nic więcej. Nie ośmieli się wtedy nawet pomyśleć o czymś więcej. On – od niedawna żonkoś, ona – panienka z dobrego domu, szanująca się dziewczyna, jasne, że dziewica…

W tym czasie dopiero zaczynała swoją karierę. Absolwentka lingwistyki stosowanej i studiów podyplomowych z zakresu dziennikarstwa radiowo-telewizyjnego – postanowiła na stałe przenieść się z niewielkiej podkarpackiej miejscowości do Warszawy. Tu, jak sądziła, będzie łatwiej o pracę. Nie pomyliła się. Niemal natychmiast zdobyła zatrudnienie w domu medialnym FPTB, gdzie otrzymała swój pierwszy do poprowadzenia show, potem drugi, trzeci, kolejny. W jednym z nich – gwiazdą programu był Janusz Babicki. Gwiazdą jej życia pozostał do dziś.

Zupełnie jej nie zdziwiło, że Janusz Babicki zakochał się w niej od pierwszego dnia znajomości. Jak mógł się nie zakochać w dwudziestokilkuletniej dziewczynie, o bałkańskiej urodzie, z długimi ciemnobrązowymi włosami, z dużymi bławatkowymi oczyma, pełnymi radości, które były w stanie spojrzeć w duszę? Jak mógł nie zakochać się w dziewczynie, która zawsze promieniowała uśmiechem i miała nieskończone poczucie humoru?

Zaskakującym dla niej było co innego. Zaskakujące było to, że zakochała się ona. Też od pierwszego wejrzenia, zupełnie jak na łzawych bollywoodskich filmach. Jednak, na usprawiedliwienie ma to, że tak nagle i niespodziewanie stało się tak jeden i jedyny raz w jej życiu. Oczywiście, zawsze podobało jej się wielu mężczyzn, ale za każdym razem nim decydowała się na kolejny krok miewała duże wątpliwości: potrzeba jej tego, czy nie? I czy to już ten, czy już teraz, czy jeszcze zaczekać? Nawet, gdy poznawała aktualnego męża nie było inaczej. I tylko dla Babickiego uczyniła wyjątek. Nie zastanawiała się ani chwili. Nie miała jakichkolwiek, a z pewnością: takich wątpliwości, jak wobec innych.

Ale tak naprawdę, prawdę najprawdziwszą i jedyną – ze wszystkich mężczyzn, których spotkała na świecie, najbardziej sobie ceniła… swego tatę. Tak śmiesznie rymowało się nazwisko Janusza z nazwiskiem jej taty, że przez pierwszy kwadrans wydawało się jej, że to właśnie to powodowało u niej tak wesoły zachwyt: Babicki i Bachicki. Tak bardzo się z tego śmiała… I ani jego niecodzienna profesja pisarza-celebryty, ani wyuczony zawód (podobnie, jak u tatusia: inżynier) i nawet nie to jego specyficzne poczucie humoru, którym charakteryzują się wszyscy inteligentni ludzie, a właśnie ów rym!… Zupełnie nie planowała, że ten wieczór z kolacją przeciągnie się do śniadania.

Najpierw pili w knajpce wino, jedli lody, opowiadali sobie nawzajem jakieś anegdoty i zabawne historie i kompletnie stracili poczucie czasu. Potem, w drodze do jej domu, w samochodzie – podśpiewywali jakieś sprośne piosenki i zaśmiewali się jak totalne debilaki. I oczywiście – po tych wszystkich wariackich ekscesach, na zakończenie, nie mogła go nie zaprosić na wieczorną herbatę z chipsami. Przecież było tak fajnie i wesoło, a on – był tak bardzo różny od pewnego Austriaka, który podczas podobnej kolacji ordynarnie próbował chwytać ją za kolana. A tu – nic z tych rzeczy: szyk, humor i pełna elegancja… I te żarliwe Babickiego spojrzenie i ten szelmowski uśmieszek!…

Wszystkie ich późniejsze spotkania – wtedy, przed sześcioma laty, były bardzo do siebie podobne. Żadne z nich się nigdzie nie spieszyło, nie naciskało na drugie, nie ustalało zasad. Nie wiedziała nawet, kiedy spotkają się ze sobą kolejny raz i czy w ogóle się jeszcze spotkają. Takie oczekiwania bez wyznaczonego terminu jakżeż były dla niej niesamowite i ekscytujące! Nie przypomina sobie, aby jeszcze kiedykolwiek w życiu chciało jej się czekać na kogokolwiek, jak wtedy na Janusza. Ona – coraz bardziej rozpoznawalna dziennikarka i konferansjerka z FPTB, przyzwyczajona do owacji na stojąco po zakończonym programie, do kwiatów i dobijających się do garderoby admiratorów – nie robi sobie z tego nic – i czeka na Janusza. Pojawi się wśród publiczności? Przyjdzie za kulisy? Zaprosi na kolację?

Najprościej ujmując: i ona i on udawali wówczas, że byli zwykłymi przyjaciółmi. I trwało to tak trzy miesiące. I nie licząc tych niewinnych pocałunków, do których doszło podczas pierwszej nocy, więcej wtedy nie kusili losu. Zajeżdżał pod jej redakcję, albo pod dom i wyruszali na przejażdżkę, lub szli na spacer nadwiślańską promenadą, lub zachodzili do kawiarni, albo po prostu: spędzali czas siedząc i rozmawiając w samochodzie. Janusz zawsze przynosił jej kwiaty, najróżniejsze, choć najczęściej: róże. Nigdy nie pytała go o żonę ale i nigdy więcej nie zaprosiła go do swojego domu, bo bała się przełomu w charakterze ich znajomości, czymkolwiek ten przełom miałby nie być.

Podczas spotkań odczytywała mu epizody z przygotowywanych dla potrzeb show scenariuszów, a on – śmiesznie je parodiował. Oboje śmiali się niemal bez przerwy. Nawet nie pamięta przykładowo z czego. Pewnego późnego wieczora Janusz zaproponował, aby pojechać po ich wspólną przyjaciółkę Clavię. Obie panie zawiózł do swego domu w Starych Babicach. Od kilku dni był słomianym wdowcem. Jego żona Joanna – w delegacji. Mówiąc zatem młodzieżowym slangiem – miał wolną chatę i korzystał… Nakarmiwszy obie dziewczyny kawiorem, napoiwszy szampanem – położył je do snu jak małe dzieci, na koniec zasypując ich posłania miękkimi pluszakami. Sam – w sąsiednim pokoju – całą noc spędził przy komputerze pisząc jakąś nową powieść. Rankiem obie panie porozwoził do domów. Marina była w szoku. Nie rozumiała poświęcenia i gestu Janusza. Czemu niby miał służyć? Czemu nie odważył się do swych Starych Babic przyjechać tylko z nią bez, jak to wtedy chyba słusznie odebrała, przyzwoitki? Teraz wie: tym gestem oznajmił – nie będzie jej do niczego przymuszać, pospieszać… Woli cierpliwie czekać, aż kwiat paproci rozkwitnie, gdy przyjdzie na to pora…

To wszystko było tak niezwykłe! Kilka miesięcy później zdała sobie sprawę, że wsiąkła, wsiąkła w tego człowieka do imentu, wraz z całym sercem… Dlatego, bo w jej sercu nie został już ani kącik, który nie byłby po brzegi zapełniony Januszem. I nie wiadomo jak i kiedy zakochałaby się w tym Januszu na zabój i do szaleństwa, gdyby nie pewien feralny piątek… To właśnie w ów „pewien piątek” dowiedziała się, że w rodzinie państwa Babickich nadchodzą wielkie zmiany. Żona Janusza Joanna spodziewa się dziecka…

Poinformowawszy przez telefon przyjaciółkę o nowinie zajechał wieczorem pod jej dom, aby zabrać ją na spacer i szczerze porozmawiać. Ta – łamiąc dotychczasowe zasady – zaprosiła go przez domofon: „Wejdź proszę!  Porozmawiamy tu, u mnie w domu…”. Wszedł. Wszedł do mieszkania, do jej pokoju a – tam na kanapie ujrzał Kaika – młodego, zdolnego lekarza, kolegę Mariny. Plotki głoszą: przez lata najpierwszy zalotnik. Od godziny siedzieli podobno na tej kanapie obok siebie i podobno razem oglądali na DVD jakiś topowy horror. Oglądali, jak twierdzi Marina – i nic więcej…

Plan zemsty na Januszu, jak sądziła, zrealizowała co do joty. Tymczasem reakcja Janusza była zdumiewająca. Ogólnie rzecz biorąc, Janusz zawsze potrafił ją zaskakiwać, i rozśmieszać, jak mało kto… Wziął ją mianowicie za rękę i poprowadził do kuchni. Tu – posadził ją na krześle, sam kucając naprzeciwko, na piętach, i spojrzał w jej oczy: od dołu do góry, do samego ich dna, i zapytał: „Czy to znaczy, że ktoś mi tu ciebie ukradł, moja Rineczko?” Z jej oczu popłynęły strużką łzy. Zamknęła je, zacisnęła na chwilę usta, po czym powiedziała drżącymi wargami i prawie szeptem: „Nie, ale…”. Wtedy poklepał ją leciutko po głowie i cicho rzekł: „Życzę Ci dużo szczęścia, Marinko”, i szybko wyszedł nie odwracając się.

Więcej się już wtedy nie zobaczyli. Po kilku dniach na jej osobistą prośbę kierownictwo Domu Medialnego FPTB przeniosło ją do Monachium, gdzie Spółka otwierała właśnie swoją kolejną europejską filię. Nie dowiedziała się nawet, że po kilku tygodniach żona Janusza Joanna – poroniła. Nigdy więcej nie mieli dzieci. Zresztą, po niespełna roku małżeństwo Babickich rozpadło się.

 

Minęły tygodnie, miesiące, lata. Dokładnie: sześć lat. Pewnego dnia przeczytał na portalu „Moja Warszawa”, że znana europejska prezenterka Marina poprowadzi w Filharmonii Narodowej koncert połączony z medialnym show, z udziałem europejskich gwiazd kultury. W programie wywiady na żywo między innymi z Danielem Hardingiem, Carmen Muzicianu i wieloma innymi młodymi, europejskimi artystami. Oczywiście – w programie oprócz wywiadów muzyka na żywo: Mozart, Haendel i Chopin, jak pamięta – ukochani kompozytorzy Mariny. Nawet nie spodziewała się że wśród jej publiczności będzie także Janusz. Po programie otrzymała wielki kosz kwiatów z bilecikiem, na którym widniał numer jego telefonu i tylko siedem słów: „Brawo! Zadzwoń do mnie jutro. Twój Babicki „. O dziwo, po tylu latach czytając ten bilecik – ponownie i jakże silnie poczuła bicie swego serca…

Nawet nie zastanawiała się, zadzwoni lub nie? Powodem tego nie była ich zerwana relacja, nie chęć powrotu do burzliwych emocji – ale to samo uczucie, jak wtedy, sześć lat temu – pełnej niezdolności do odpierania jego mentalnego naporu i brak jakichkolwiek wątpliwości. Zadzwoniła następnego dnia o dziesiątej rano. Zjedli w małej przytulnej kawiarence wspólny lunch, zanurzając się w tych samych stanach ekscytacji, co wtedy, na początku, i rozstali się w stanie wiszącego nad nimi pytania: co z nimi teraz będzie dalej?

Następnego dnia tuż przed nocą, po jeszcze jednym show w sali FN – razem ze swoją ekipą wróciła do Monachium. I zaczęło się: mail za mailem. Korespondencja – wulkan. Litania niesamowitych słów, deklaracji, pragnień, pytań. Nocne SMS-y pełne smutnych i zabawnych historyjek… No i minął miesiąc. I ona znów jest w jego mieszkaniu.

Pod przykrywką sytuacji rodzinnej rzucając zakontraktowane próby, rejsowym z Monachium przyleciała do Warszawy na dwa dni. Janusz w tym czasie był słomianym wdowcem. (Kolejna żona , tym razem Natalia – w ramach babskiego „zlotu czarownic” wyjechała na sabat gdzieś na Białostocczyznę). Ona – Marina, była obojętna na wszystkie argumenty rozumu, zresztą, co jest w końcu dla kobiety ważniejsze: serce, czy rozum? Sumienie nawet nie próbowało wyjrzeć ze swych zakamarków, a zdrowy rozsądek zostawił ją dokładnie w chwili, gdy przeczytała jego SMS, że czeka…

– 3 –

Dwudziestego drugiego, w środę, po śniadaniu, które przygotował Janusz, oglądali jakiś program w TV i rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali, jakby starając się zmieścić w tym krótkim przedziale czasu prawie całe sześć oddzielnie spędzonych lat. Pokazywał jej na swym laptopie mnóstwo fotografii z różnych oficjalnych wizyt, wywiadów i spotkań autorskich, a ona na swym smartfonie zdjęcia z prób i show, które prowadziła, jako prezenterka. Bardzo lubiła słuchać jego głosu, była pewna, że nigdy wcześniej nie słyszała u nikogo piękniejszego. Każda ich teraz wspólna sekunda była przepełniona duchem i radością sześcioletniego na siebie czekania. Obejmowali się i cieszyli jak małe dzieci, wymieniali się komplementami, żartowali. I konsekwentnie unikali drażliwych kwestii (mąż Hans, jej dziecko, jego żona Natalia) i nie mówili o przyszłości. Ale każde z nich w myślach się zastanawiało…

Wieczorem udali się do restauracji. Zawiozła ich jakaś wielka, piękna limuzyna. Nawet nie zwróciła uwagi, jaka? Nawet nie pytała, kim jest kierowca? I w ogóle, co za ludzie przychodzą do tej restauracji?… Zjedli coś szalenie pysznego ze skomplikowanymi nazwami, wypili butelkę czerwonego wina. A potem poszli na spacer, po nadwiślańskich bulwarach. Patrząc na multimedialne widowisko kolorowych fontann na Podzamczu – trzymając się za ręce jak typowi zakochani – znów żywo rozmawiali, śmiali się…

Marina nie za bardzo zwracając uwagę na spektakl światła i wody – opowiadała o swej niełatwej pracy w Monachium, o przyjaciółkach, kolegach, współpracownikach. Co chwila wplatała jakieś dykteryjki i anegdoty… Znów było dużo śmiechu i niewinnych pocałunków. Potem przeszli na Plac Zamkowy. Nawet nie sądzili, że Kolumna Zygmunta i Zamek Królewski pod dyskretną iluminacją jupiterów są tak pełne majestatu i zjawiskowego piękna. A może są właśnie takie – specjalnie, na ich przywitanie? Ręka Janusza mocniej zacisnęła się na dłoni Mariny… Ona – wyraźnie wzruszona pocałowała go w policzek i przytuliła się mocniej.

W nocy przez dłuższy czas nie mogła zasnąć. Z obawy, że jutro jej bajka się skończy. Jakby uprzedzająco nawet uroniła kilka łez. Odszukała rękę Janusza, przycisnęła do swoich ust i delikatnie pocałowała, a on przytulił ją trochę mocniej i szepnął w odpowiedzi: „No co ci, moja Rineczko… Śpij kochana…”

W czwartek dwudziestego trzeciego czerwca mieli dla siebie nawet więcej niż pół dnia. Do czasu jej odlotu. Do swej walizki zapakowała jedną z koszul Janusza: aby jego zapach miała zawsze w pobliżu. Znowu zrobił śniadanie, znowu powspominali jakieś zabawne zdarzenia z przeszłości. Starała trzymać się w garści, a nawet chwilami udawało jej się zażartować. Ale gdzieś w środku siebie wiedziała, że nie będzie jej dane żyć życiem, tym właśnie, które na te dwa dni ofiarował jej los. Obawiała się nawet, że od teraz jako zupełnie inna osoba, nie zdoła ponownie stać się, jak wcześniej, usłużną żoną, dobrą matką a w pracy – wzorową prezenterką i pracownicą.

O dziewiętnastej trzydzieści zakończyła się odprawa bagażu. Zdążyli jeszcze usiąść w dworcowej kawiarence. Janusz jeszcze raz opowiadał jej o swych różnych pomysłach na kolejne książki i netowiska, kreślił plany wydawnicze, snuł wizje, kalkulowal… A ona – tylko patrzyła w jego twarz z wilgotnymi oczyma, podpierając głowę na dłoniach i nie próbowała się odezwać nawet słowem. Bała się, że zamiast słów, które chciałaby, aby popłynęły z serca – z oczu popłyną łzy i rozpłacze się, jak mała dziewczynka. Gdy dopiła kawę spojrzała na zegarek.

– Już pora! – Krótko rzekła.

Oboje nie spiesząc się wstali. Wyprostowała się, podeszła do Janusza, szybko objęła za szyję, pocałowała leciutko w szczecinę policzka i ruszyła do punktu odpraw. Nie oglądała się za siebie. Dlatego, bo łzy już ciekły. Nnieustannie…

*

Głowę miała zajętą jakimiś niezbędnymi działaniami: zdjąć buty, biżuterię, postawić bagaż podręczny na taśmie, odebrać rzeczy, znaleźć numer stanowiska odlotu. Patrzyła mimowolnie na pewną grubą kobietę ubraną w bufiastą suknię w kolorze zielonego groszku, jak guzdrała się nie mogąc na powrót skompletować podręcznego bagażu. Słyszała płacz niemowlęcia przewijanego przez mamę, słuchała komunikatów z megafonów…

I odganiała uporczywie jedno, jedyne pytanie – jak dalej ma żyć? A potem, podczas lotu, ponownie odtwarzała sobie w pamięci te dwa dni – od samego ich początku aż do teraz. Jak jakiś kolorowy film: tam i z powrotem. Gdzieś spowalniając sekwencje, gdzieś – przyspieszając. Dziwnym i wspaniałym było w tym filmie wszystko: wszystkie odczucia, uczucia, dreszcze, te szaleństwa ciał, a nawet całkowity brak poczucia wstydu.

Znowu chciała umrzeć w tym stanie rozpalonych zmysłów i żądz. Pamięta je jakże dokładnie… Prawdopodobnie dlatego samolot z jakiś powodów od dłuższego czasu krążył w zupełnych ciemnościach nie mogąc, wylądować na lotnisku. Albo, po prostu, to ona – Marina, czuła, że dobiegają końca ostanie dwa najpiękniejsze dni, dwa najpiękniejsze dni jej całego życia…

Tak. To był właśnie ten Boeing 737: rejsowy z Warszawy do Monachium z numerem lotu LO 375. Wszystkie stacje telewizyjne na świecie niebieskim paskiem informowały o nim na dole ekranu.  Pasażerów, na szczęście, nie było dużo. Najpierw huk w jednym z silników, a potem wszyscy ludzie wokół krzyczeli, płakali, modlili się…

A jej – Marinie, te dwadzieścia parę sekund nagłego pikowania zupełnie było niestrasznych. Po prostu wyobrażała sobie, że on – Janusz, nadal jest przy niej, tuż obok, i tuli ją teraz w swych ramionach…

 Krótkie opowiadania o miłości

 

Be Sociable, Share!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *