Kuracja Barbary

– 1 –

Budzik zapraskał grochem rzucanym w tamburino. Jego trzask, oczywiście, obudził Barbarę. Otworzyła oczy. Senne z niedospania, półżywe z niezadowolenia. Wyciągnęła dłoń do budzika, pacnęła ze złością w gruby, brązowy grzybek. Obrażony budzik głucho dźwięknął, zamilkł. O szyby i parapety miarowo stukały krople sierpniowego deszczu.

– Niby lato – a już jesień, – westchnęła…

Spojrzała na płaczące okno i mimowolnie jęknęła raz kolejny: „pora wstawać!”. Ziewnęła cicho, rozejrzała się po sypialni: na ścianie są takie same tapety, jakie były wczoraj i przedwczoraj, i tydzień, i lata temu, te same zasłony, wszystkie!… I takie same meble. A ona – Barbara (dla wirtualnych znajomych – Lawendynka) – na domiar wszystkiego niezadowolona jest jeszcze z lekarza, który przepisał codzienne wstawanie o ósmej rano, mimo, że nie musi się nigdzie spieszyć i nie ma nic ważnego w planach do załatwiania… Niezadowolona jest z pogody i z faktu, że urodziła się pod koniec sierpnia i że oto wczoraj – stuknęła jej czterdziestka i od dziś zaczyna odhaczać w swym życiu kolejny, już piąty krzyżyk.

Odrzuciwszy kołdrę spuściła nogi na podłogę, wsunęła je w kapcie, które nazywa obuwiem porannym, zdjęła nocną koszulę, wstała i spojrzała na siebie w lustrze, i jeszcze bardziej poczuła niezadowolenie: gdzie podziała się jej linia? Dlaczego zaczynają obwisać piersi – nie tak jeszcze dawno jędrne i sprężyste? Dlaczego coraz bardziej ciążą pośladki i w tłuszcz obrastają biodra? Czym opływa jej talia, z której zawsze była tak dumna?… Z ciała przeniosła spojrzenie na twarz, i także odczuła niezadowolenie: z powodu zmarszczek opodal brwi, worków pod oczyma, pogłębiającą się bruzdą na nosie i coraz bardziej blednącymi, zasychajacymi wargami.

Nie ubrawszy się przeszła do łazienki i siadła na sedesie, zastanawiając się – czemu ten pierścień taki chłodny? Skończywszy małą potrzebę weszła do wanny, odkręciła prysznic, obmoczyła gorącą wodą swe białe, jakby nawoskowane świecą ciało i… ostatecznie się obudziła.

Potem się ubrała.

– Mój obecny lekarz jest zbyt okrutny, – pomyślała o jego srogim zaleceniu, aby każdego ranka, jeszcze przed śniadaniem, wychodzić na godzinny spacer, bez względu na pogodę.358629966620355840

Na dworze siąpił deszcz. Mokre nawierzchnie chodników i ulic przykrywały liczne kałuże. Barbara była w czerwonym kostiumie i miała czarną parasolkę chroniąca przed nieprzyjemną pluchą. Za nią szedł ochroniarz. Bez parasola. Mókł. Trudno, taka jego praca – chronić ją od wszelkiego czyhającego zagrożenia. Zupełnie jak parasol przed deszczem…

Barbara omijała kałuże, żeby nie zmoczyć nóg i wciąż myślała, że musi zmienić lekarza. Nawet, jeśli on – doktor ma i rację, ale przecież on jej zupełnie nie rozumie i tylko męczy zaleceniami. Ona, oczywiście, może ich nie wypełniać, ale jak inaczej pozbyć się ognia, który spala jej młodą kobiecą duszę, zamkniętą jak ptak w pozłacanej klatce? Jak inaczej wyzbyć się myśli zadręczających serce?

Po godzinie Barbara wróciła do domu. Zgłodniała. Rozebrała się. Włożyła lekką domową sukienkę.

W domu jest ciepło. W jadalni – już nakryty stół i czeka. Gosposia Ania przygotowała śniadanie. Płatki na wodzie i herbata z cytryną, bez cukru, ale z biszkopcikiem.

Gosposia ma na imię Ludmiła. Jest Ukrainką. Ale takie imię, według Barbary nie przystoi gosposi. Barbara nazywa ją Anią. Ludmile to wszystko jedno. Jest inteligentną kobietą. Ukończyła ekonomię na uniwersytecie we Lwowie i wie: z panią się nie dyskutuje. Za to otrzymuje niemałe pieniądze, w każdym bądź razie znacznie większe, niż pensja urzędniczki na Ukrainie, z której utrzymywała się przez kilkanaście lat, a ściślej: przeziębiała się bez zimowego palta, ciepłych butów, była samotna, bez męża pijaka, którego dawno oddaliła.

– A ja – czy ja niby mam męża? – Zastanowiła się Barbara. – Kiedyś był, ale dawno zmutował w chodzący kalkulator, w umyśle którego tylko akcje, procenty, debety, kredyty, salda-blalda… Tygodniami nie widuję go w moim łóżku. A jeśli już wpadnie, to taki z niego pożytek, jak ze zmrożonego łososia.

Po śniadaniu Barbara udała się na odpoczynek. Położyła na kanapie, włączyła internetowe radyjko z Chopinem. Otworzyła laptop, przejrzała wszystkie fora – i znów nic. Żadnych wciągających dyskusji. Nuda. Wpadła w przygnębienie. Spróbowała czytać książkę, ale szybko rzuciła w kąt, powieść była też nudna, zupełnie – jak gazetowe szpalty.

Z tykającym zegarem na ścianie i deszczowymi kroplami za oknem w nieznany ocean wieczności uciekał czas. Znów uświadomiła sobie, że oto zaczęła piątą dekadę i od razu zachciało się jej płakać. Jeszcze wczoraj było święto, przyjaciółki, prezenty, wesołe rozmowy, tańce. Nawet, gdy padał deszcz – była szczęśliwa. A dziś – dziś nie. A więc od teraz… tak będzie wyglądało jej życie aż do śmierci!

Nikt do niej nie dzwoni, nikt nie pozdrawia. Telefon milczy, jak martwy. Będzie milczał przez cały dzień, rozłączony od znajomych i od całego świata aż po ciemną noc, w której już nikt nie przypomni, że skończyła czterdzieści lat.

Zegar tyka. W kuchni pobrzękuje talerzami Ania. Deszczowe krople stukają w okno. Szaruga dnia wypełnia salon w smutku i nudzie, salon, w którym Barbara leży na kanapie, jak więdnąca róża. Jakiś żar spala jej duszę, od którego chciałaby uciec, wymknąć, polecieć gdzieś, gdzie można by nurzać się w rozkoszach miłości i pasji. Ale gdzie?…

– Wydaje mi się, że muszę zmienić lekarza. – Mimowolnie znów pomyślała. – To stary dziadek, choć doświadczony specjalista, ale on nie rozumie mnie i w niczym nie będzie mógł mi pomóc…

 

– 2 –

Podczas obiadu podjęła twarde postanowienie: zmieni lekarza. Wylistowała oferty z gazetowych ogłoszeń, włączyła telefon, wybrała podobający się numer. Odezwał się męski, ciepły głos. Barbara podekscytowana. Jeszcze dziś może przyjść na wizytę. Uzgodniła godzinę.

Zaczęła wybierać ciuchy. Doktor powinien zrozumieć, że ona jest damą, a nie bazarową sprzedawczynią. Od płaszcza po bieliznę wszystko ma być na niej eleganckie i markowe. I perfumy mają przydawać nie pogrzebowego zapachu, a zapach świeżości.

Wsiadła do białego Volvo, za kierownicą którego siedział potężny ochroniarz, i pojechała do doktora Mrozowskiego. Gabinet doktora Mrozowskiego mieścił się w nowo wybudowanym, pięknym apartamentowcu.

Sekretarka doktora w kusym fartuszku z dekoltem, aby można było zerknąć na szczyt elastycznych jej wzgórków, obnażających ostre biodra, wypełniła kartę, przyjęła pieniądze od Barbary, wprowadziła do gabinetu.

Doktor Mrozowski miał młodzieńcze spojrzenie. Uśmiechnął się dobrodusznie i zaproponował usiąść na dowolnym krześle, sam siadł naprzeciwko i spytał, w czym może pomóc, co ją niepokoi?

Barbara powiedziała, że skończyła czterdzieści lat, że starzeje się, że jest jej smutno i że życie jest nudne, i że to ją drażni. Powiedziała do doktora:

– W piersi mi stuka, w głowie się kręci, to raz mam napady gorąca, to znowu cała drżę, jakby z zimna, a jeszcze przy tym obwisają mi piersi, ciąży pupa, obrasta talia, i nie wiem, co z tym wszystkim robić, panie doktorze. Co może mi pan doradzić?

Doktor Mrozowski pomyślał chwilę i poradził Barbarze wstawać codziennie o ósmej rano i przez godzinę spacerować po ulicach miasta, bez względu na pogodę.
– A co mam potem robić? – Zainteresowała się Barbara.

Doktor Mrozowski znów się zamyślił. Był na swój męski sposób pięknym lekarzem i podobał się Barbarze. Nawet zaczęła żałować, że zadała mu tak trudne pytanie. Ale doktor Mrozowski znalazł odpowiedź.

– Proszę tańczyć! – Powiedział odkrywczym głosem. – Godzina przed obiadem. Poprawi sobie pani nastrój, zwiększy apetyt i aktywuje trawienne narządy.

Barbara z szacunkiem słuchała rad doktora Mrozowskiego. Obowiązkowo będzie tańczyć przed obiadem. Już postanowiła!

– Taniec nadźwięczni pani ciało – uczenie dodał doktor Mrozowski. – I jeszcze popołudniowa drzemka wskazana. Uspokoi układ nerwowy. I potem kolejny spacer na świeżym powietrzu…

Barbarze chciało się jeszcze coś powiedzieć, więc i powiedziała:

– Mój mąż jest pracoholikiem. Bardzo często niedomaga nocą, ma czterdzieści pięć lat, dlatego miewam męża tylko raz na miesiąc i jest nam byle jak. Proszę powiedzieć, czy to normalne?

Doktor Mrozowski odpowiedział, nawet ani trochę nie rumieniąc się od intymnego pytania:

– Nie. Oczywiście, to nie jest normalne. Żona powinna mieć męża tyle razy, ile zechce.

Barabara zgodziła się z doktorem Mrozowkim, kiwnęła głową twierdząco i ciężko westchnęła. Doktor Mrozowski także ciężko westchnął i powiedział:

– Potrzeba pani mężczyzny. Jest pani piękną kobietą, znajdzie pani. Wtedy cała pani chandra minie.

– To niemożliwe, doktorze, – odpowiedziała Barbara, – Wszędzie, gdzie tylko się udaję porusza się za mną ochroniarz. Mąż boi się, że mogą mnie porwać i żądać od niego dużego okupu. Moja ochrona kosztuje go taniej.

– No, tak. Rozumiem, – zgodził się doktor Mrozowski i pomyślał o swej żonie, którą od dawna podejrzewa, że przyprawia mu rogi, gdy tymczasem on, od rana do wieczora zaharowuje sie, aby nie zabrakło w domu pieniędzy, aby tylko jej nie stracił. Ale on, doktor Mrozowski, nie jest niestety dyrektorem komercyjnego banku, na ochroniarza go nie stać…

– Ochroniarz i w tym momencie siedzi i czeka na mnie w samochodzie, – kontynuowała Barbara. – Nie ośmieli się wejść, tu, do gabinetu, aby patrzeć, jak mnie pan leczy… Pan, panie doktorze, nie jest impotentem, mam nadzieję.

Barbara wstała z krzesła i chwyciła doktora Mrozowskiego za rękę. Przyciągnęła do siebie…

*

Po półgodzinie Barbara podniosła się z kuszetki i poprosiła doktora Mrozowskiego, aby pomógł zapiąć jej stanik. Była usatysfakcjonowana. Jej nastrój wyraźnie się poprawił. Rzekła:

– Jest pan znakomitym fachowcem, panie doktorze. Pana leczenie będzie mi służyć.  Pojutrze przyjdę na kolejny seans.

*

Sekretarka odprowadziła Barbarę do drzwi zawistno-złymi oczyma.

 

Piąty krzyżyk Barbary – spis treści

Be Sociable, Share!

2 myśli nt. „Kuracja Barbary

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *