Eksperyment doktora

Za oknami zapadał wieczór. Migotliwe światło monitora rozleniwiająco koiło. Siedząca na krześle dziewczyna, podłożywszy pod siebie nogę, nagle wyczytując z ekranu kolejny anons entuzjastycznie kliknęła myszką. Młody mężczyzna podszedł do niej, stanął za plecami i kładąc dłonie na jej ramionach powiedział:

– Czego kochanie szukasz?

Dziewczyna wzdrygnęła się i prostując kark odwróciła do niego głowę. Jej twarz na tle półmroku jaśniała radością.

– Pamiętasz? Chciałeś kiedyś tego spróbować… – w jej głosie pobrzmiewały nutki niepewności i frywolnego zawstydzenia.

– Czego, moje słoneczko? – Przeniósł wzrok na ekran monitora.

Na ekranie dużymi czcionkami bielił się napis „Niezapomniane fantazje erotyczne par żyjących w stałych związkach”. Andżelika wstała i tuląc się do torsu ukochanego szepnęła:

– Niepowtarzalna okazja. Zobacz!… Jakiś sympatyczny mężczyzna właśnie co zamieścił anons na portalu randkowym. To chyba jest to, czego chcieliśmy!

Bartus pogładził jej dłoń i ledwie słyszalnie zapytał:

– To, o czym marzyłaś?

Skinęła głową i pochyliwszy się w jego stronę, z przyspieszonym oddechem, zaproponowała:

– Przeczytamy razem?

Mężczyzna siadł na fotelu sadzając dziewczynę na swych kolanach; ta – zręcznie władając myszką otworzyła pełny tekst anonsu od „doktora Patryka”.

Z zaciekawieniem zaczął czytać i doszedłszy do końca zapytał ze zdziwieniem:

– I nawet chcą godziwie zapłacić?

– Acha…

Prędko wspólnie uzgodnili, napisali i wysłali pozytywny odzew. Po chwili dostali odpowiedź z numerem telefonu. Bartus cicho  westchnął, wycisnął na klawiaturze cyferki i usłyszawszy sygnał łączenia przekazał słuchawkę Andżelice.

– Witaj, jesteś Andżelika?

– Tak.

– Czekamy na was jutro o 12:00 na placu Wilsona, przed wejściem do kina Wisła.  Przyjedzie po was samochód: Jeep na zagranicznych numerach. Wsiądźcie do niego, o nic nie pytajcie, zawierzcie wszystkiemu, co się zadzieje, w przeciwnym razie umowa nieważna.

Nie zdążyła nawet niczego odpowiedzieć, jakoż natychmiast po ostatnich słowach intrygującego rozmówcy usłyszała w słuchawce piki rozłączenia.

– Boisz się? – Spytał Bartus.

– Nie… Chyba nie, to jest dla mnie bardzo tajemnicze, ale ciekawe.

W umówionym czasie para stawiła się na placu. Bartus mocno przytulił Andżelikę i rozejrzał się wokół. Nic szczególnego nie zauważył.

Dokładnie o 12:00 podjechał pod nich bordowy Jeep i jego drzwi otworzyły się na oścież. Zgodnie z uzgodnionym „scenariuszem” posłusznie wsiedli do samochodu. Wewnątrz, z uwagi na przyciemnione szyby, panował półmrok. Zanim ich oczy przyzwyczaiły się do pomieszczenia kabiny czyjeś ręce sprawnie przewiązały szalem oczy i jego, i jej. W ich głowach zawirowało. Poczuli mrowie i obydwoje zapadli się w ciemną pustkę…

*

Dookoła – jasność. Gdy Bartus wreszcie otworzył oczy ujrzał obok siebie spokojnie śpiącą Andżelikę. Oboje byli prawie nadzy. Znajdowali się w dużym pustym pokoju, którego ściany i sufit pomalowane były na biało. Postanowił się rozejrzeć. Gdy wstał z okrągłego łóżka poczuł pod stopami ciepłą podłogę. Wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie, jak po alkoholu i dlatego ledwie utrzymywał się na nogach. Andżelika spała z rozrzuconymi na boki rękoma. Jej długie, czarne włosy rozlewały się po całej szerokości poduszki. Podziwiając piękno swej śpiącej kobiety – uśmiechnął się do niej ckliwie. Jej giętkie ciało ułożone było w nietypowej pozycji – z szeroko rozpostartymi nogami.

„Cholera, gdzie my jesteśmy?” Wstał i postanowił poszukać wyjścia. Dotykając w różnych miejscach fragmenty ścian doszedł do wniosku, że pokój jest okrągły i, bardzo dziwne – nie ma drzwi. W międzyczasie obudziła się także Andżelika. Przecierając oczy zawołała Bartusa. Odwrócił się i podszedł do niej.

– Bart, gdzie my jesteśmy?

– Nie wiem. – Krótko odpowiedział, – Ale coś mi się tutaj nie podoba.

Nagle pokój wypełniły przyjemne dźwięki: odgłosy natury, a konkretnie: ptaki wydające delikatne tryle. Nawet dało się słyszeć trzask skrzydeł ważki. Młodzi ludzie się zasłuchali. Po chwili krągłe ściany zanikły i znaleźli się na łonie natury. Andżelika podeszła do pnia pobliskiego drzewa, pod jej stopami zaszeleściła chłodna zielona trawa. Potrząsnęła drzewem: usłyszała trzask pękających gałązek i szum liści.

– A pamiętasz, jak pierwszy raz kochaliśmy się podczas pikniku, na łonie natury?… – Żartobliwie spytał ją Bartus, dostrzegając w pobliżu niewielką rzeczkę.

– Bardzo a propos sobie przypomniałeś, – Andżelika siadła na łóżku i zaczęła rozmyślać.

– Chodźmy, chociaż sobie popływamy! – wesoło jej zaproponował i nie czekając odpowiedzi zsunął się po niewysokim urwisku do dołu, w stronę rzeki.

Wszedł do wody, czując pod stopami śliskie kamienie. Niewielki  wiaterek „podganiał” niewielkie zmarszczki fal i dało się słyszeć, jak zewsząd dochodzą dźwięki pluskającej wody.

– Bart, chodź tu szybko! – Głośno zawołała Andżelika. – Nie chcę być sama.

Mężczyzna posłusznie wyszedł z wody i mimowolnie skierował swe spojrzenie ku niebu, ale, dziwne! – nie ujrzał go. Nad nim znajdował się sufit, dokładnie taki sam, jak wcześniej. I rzecz jeszcze dziwniejsza: wybiegł z wody, a tymczasem był całkiem suchy, absolutnie suchy!

– Tak, do cholery, co tu jest grane? Gdzie my jesteśmy? – Jego oczy wyrażały niemałe zdumienie.

– Spokojnie, Bart. Siądźmy sobie na łóżku i zaczekajmy. Coś tu się musi chyba zaraz zadziać? A co ma być – to będzie. – Uspokajała swego mężczyznę.

I rzeczywiście, po niedługim oczekiwaniu krągłe ściany pomieszczenia zasklepiły się i pokój na powrót stał się pusty i biały. Na tle jednej ze ścian ukazała się realna, ludzka sylwetka. Andżelika spojrzała na Bartusa, a ten – na „zjawę”. Oto w pokoju, oprócz nich, znajdowała się jakaś nieznana, na dodatek na wpół roznegliżowana brunetka o południowej urodzie, w eleganckich, jedenastocentymetrowych szpilkach.

Nie spiesząc się zrobiła dwa kroki w kierunku Bartusa a następnie usiadła przed nim na podłodze w pozycji lotosu. Chyląc głowę wyszeptała coś, w jakimś nieznanym języku. Potem powoli wstała i podeszła do nich tak blisko, jak tylko możliwe. Jej jędrne piersi okryte ledwie półprzezroczystą lśniącą tkaniną chcąc nie chcą bez reszty przykuwały spojrzenie Bartusa. Uniósł dłonie i mimowolnie ogarnął nimi biust nieznajomej. Nie oponowała.

Pokój zaczęło wypełniać różowe światło. Nieznajoma kobieta pochyliła się, całując w usta mężczyznę, głaszcząc delikatnie dłońmi jego policzki. Andżelika, trochę zakłopotana zachowaniem nieznajomej i Bartusa wstała z łóżka i z niemałym strachem oddaliła się idąc tyłem, w stronę ściany. Przylgnąwszy do niej dłońmi poczuła, że ściana „dyszy”. Pokój zupełnie jakby ożył jakimś wewnętrznym, własnym życiem i zachowywał się tak, jak gdyby był żywą istotą! Od dotyku Andżeliki pojawiły się w różnych miejscach na jego ścianach różowe plamki, z których każda, ona – Andżelika – była tego pewna, emanowała tajemniczym ciepłem. Dziewczyna odeszła od ściany i spojrzawszy ponownie przed siebie ze zdziwieniem skonstatowała, że nie może dostrzec łóżka ze swym mężczyzną i nieznajomą brunetką na wysokich szpilkach.

Nie wiedziała co robić, więc przysiadła w kucki i opuściła głowę. I nagle ujrzała, jak kilka w bielimetrów pod nią, w dole – jej ukochany, rozchyliwszy nogi brunetki całował i zmysłowo lizał swym niezmordowanym językiem po jej udach. Oboje obracali się na jakimś niezwykłym łożu, jakimś takim w stylu czarno-białego yin-yang. I w głowie Andżeliki też wszystko zaczęło wirować. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w jakiś bliżej niepojęty sposób znajduje się na… suficie!

– Bartusie!! – Krzyknęła głośno, ale widocznie nie słyszał jej. Kontynuował i swym świdrującym językiem i jak w jakimś hipnotycznym amoku konsekwentnie zmierzał do łona kobiety sprawiając, że tamta pod wpływem doznawanych rozkoszy wiła się całym swym ciałem.

Nieznajoma brunetka jęczała, mięła pościel i paznokciami wpijała się w skórę Bartusa, pozostawiając na niej wyraźne zadrapania i rysy. Andżelika w przerażeniu zamknęła oczy, a gdy po nieskończenie długiej chwili otworzyła je na powrót – ujrzała bezwładnie leżącego obok siebie Bartusa. Spał wciąż jeszcze sapiąc, wyczerpany najwidoczniej miłosnym, namiętnym seksem z nieznajomą brunetką. Tylko po obecności tej ostatniej nie było w tym pokoju nawet śladu…

– Ej, ty! Jak śmiałeś?! – Zaczęła tarmosić go i z oburzenia płakać.

Obudził się w końcu i spojrzał na Andżelikę pijanymi, półprzytomnymi oczyma.

– Słonko, czemu krzyczysz? Było mi z tobą wspaniałe…. – westchnął głośno, oblizując wargi.

– Ale… to nie byłam ja!!

– Oczywiście, że nie ty… Ty siedziałaś na suficie, – puścił do niej żartobliwie oko i roześmiał się głośno.

– Właśnie! Na… su-fi-cie!!! Rozumiesz?!!

Bartus zmarszczył czoło i usiadł już całkiem przytomnie na łóżku.

– Postradałaś rozum?

Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć, bo oto ze ściany znów wyłoniła się jakaś ludzka sylwetka. Do pokoju wniknął młody przystojny mężczyzna w białych szortach.

– Miło mi powitać Państwa w moim domu, – powiedział melodyjnym tonem, – mam na imię Patryk.

Pokój zaczął się poruszać, wywiewając ze ścian olbrzymie kule – pęcherze powietrza. Pęcherze nie pękały – po jakimś czasie znikały w ścianie i pojawiały się na powrót. Pokój przybrał niebieskawe barwy z połyskującymi na górze ognikami, które – to rozświetlały się jaskrawo, to znowu gasły.

Patryk podszedł do łóżka i stanął obok mężczyzny porozumiewawczo na niego patrząc. Ten ostatni spojrzał z kolei niepewnie na swą towarzyszkę. Dzisiejsze przygody, wystarczy, że raz doprowadzały ich do szaleństwa. Ale, jak widzi, szaleństw jeszcze nie koniec. I rzeczywiście. Nowo przybyły przystojniak głęboko wdychał powietrze, cała swoja sylwetką „zapowiadając”, że zaraz nastąpi ciąg dalszy. Bartus ponownie spojrzał na towarzyszkę. Jej twarz zmieniła się nie do poznania. Jej rzęsy drżały. Drżały i wargi. Stała bezwolna, jak w hipnotycznym transie.

Gospodarz „domu” pochylił się nad łóżkiem i nieco zakręcił nim, jak olbrzymim bębnem. Po chwili dziewczyna była tuż przed jego barkami. Siedziała, opierając się o kolana i miała bardzo przyspieszony oddech. Jej klatka piersiowa unosiła się i zapadała w takt płytkich oddechów. Oczy gospodarza wypełniało pożądanie. Patrzył uporczywie i przemiennie, to na jej biust, to na jej podbrzusze. Oblizawszy wargi siadł w końcu u podnóża łóżka i delikatnie rozwarł jej nogi. Przerażony Bartus jak w ukropie wstał i wtedy nagle poczuł, jak coś niewiadomego zaciąga go w górę. Próbował jeszcze zacisnąć na poręczy łóżka dłonie, starając się okazać sprzeciw, ale zdało się na nic. Znalazłszy się pod sufitem pomieszczenia mógł jedynie już z bezgranicznym zdumieniem obserwować to, co się dzieje w dole.

A tutaj, gospodarz pieścił jego partnerkę gorącym wilgotnym językiem, jakby starannie badał jej całe ciało. Potem zaczął gładzić dłońmi jej piersi, pieścić opuszkami palców, ekscytować się pęczniejącą elastycznością biustu. Jego język gospodarzył teraz tam, skąd nabierały przyspieszenia uderzenia tętna. Kobieta mdlała z zachwytu. Każdy dotyk mężczyzny wyzwalał w niej coraz większe pożądanie. Czuła, że od spodu robi jej się niemożebnie wilgotno. Patryk nigdzie się nie spieszył. Lubił pomału dokonywać „tortur” coraz bardziej wymyślnymi pieszczotami. Jego palce sunęły po całym ciele, delikatnie masując każdy, nawet wstydliwie skrywający się między udami zakamarek. Wpijał się ustami w jej szyję i piersi, a wolną ręką zaczynał wkradać się głęboko do jej sezamu jednocześnie muskając swymi ustami po jej ustach. Ich języki w pewnej chwili złączyły się i zgodnie splotły w gorącym tańcu.

Bartus nie mógł oderwać wzroku od tego, co się działo na jego oczach. Próbował wszelkimi siłami oderwać się od sufitu i być na dole; chciał chwycić rękę partnerki, wyrwać ją z rąk niespodziewanego kochanka i opuścić to wariackie pomieszczenie jak najszybciej.

A tymczasem jego kobieta ugięła się pod pożarem spazmatycznego orgazmu, który zawładnął nią z siłą i z zaskoczeniem błyskawicy, mimo że ten dziwny człowiek nawet nie wszedł w nią, posługując się tylko ustami i palcami. Kobieta ścisnęła więc nogami jego ciało, czując, że od doznanej już pierwszej pasji jej pragnienie jedynie zintensyfikuje się. Nie myliła się. I osiągnęła, czego chciała. Gospodarz swym zdecydowanym pchnięciem spowodował, że zakrzyczała z rozkoszy, zakrzyczała, jakby poczuła w swym środku rozgorzały pożar. Pożar gorzał i płonął tak długo, póki jej nogi nie omdlały zupełnie, nie opadły na posłanie bezwładne. „Panie! Co mi się dzieje?! Jakże mi wspanialeeeeeeee!…” I otworzyła na chwilę oczy, widząc w górze skupiony na niej i zatroskany wzrok Bartusa. Widziała, że był absolutnie wsciekły. „Aha, teraz to on może co najwyżej oglądać.” A że wciąż odczuwała rozkosz – ponownie zamknęła oczy… W takich chwilach swego boskiego szczęścia nie chce dzielić z nikim. Nawet z samym Panem Bogiem. Gdy po kilkunastu minutach doszła do siebie i otworzyła je na powrót – nie zobaczyła nic więcej, jak tylko pochylonego, siedzącego obok smutnego Bartusa.

– Słonko, nie pomyliliśmy się? – wyszeptał w końcu. – W kwestionariuszu było napisane: „młody człowiek nauki chce spotkać się z małżeństwem w celu realizacji fantazji seksualnych. Przyjemność, rozkosz, nagroda – gwarantowane.”

– Wszystko prawidłowo, Bart. Coś ci się, skarbie, nie spodobało? – całe jej wnętrze wciąż pobolewało od doznanych słodyczy. Leżała zrelaksowana i szczęśliwa.

– Dziwny człowiek wykorzystał moją kobietę, ta z tego powodu oszalała, a ja mam być szczęśliwym!?

– Bart, czyżby ktoś nie dał ci możliwości szaleńczego kochania się z super seksowną brunetką na wysokich szpilkach? Widziałam wszystko… Wciąż jeszcze widzę te jej sycące się twoją słabością grymasy. Ten jej południowy temperament w pełnej akcji…

– To znaczy… – I zastanowił się przez chwilę. – Tak, teraz wierzę ci. To nie byłas ty, Andżeliko. Przepraszam! – I po krótkiej chwili dodał: – Musimy się stąd jak najszybciej wydostać, – rozejrzał się po pokoju, czując, że niespodzianki dopiero się zaczynają.

Jego przeczucia nie pomyliły się. Ściany zapadły się pod podłogę i w niewytłumaczalny sposób znaleźli się w miejscu publicznym.

Andżelika siedziała na łóżku, na którego etykiecie widniał napis: „Łoże okrągłe Yin-Yang. Rozmiar półtora”.

– Bartusie, czyżbyśmy znajdowali się w sklepie meblowym?

Spojrzał na różne w pobliżu meble i skinął głową:

– Dokładnie! W sklepie meblowym, a ściślej: w jego magazynie.

*

Młody, acz poważny człowiek w okularach zaczesał dłonią włosy patrząc w skupieniu na monitor. Tam – wciąż widział dwójkę młodych ludzi, w ciele których – on – po profesji chirurg – z chirurgiczną pieczołowitością zaszył liczne biodegradowalne mikro chipy, przesyłające sygnały do i z jego komputera. Siedząca obok doktora elegancka brunetka w białej szacie i w wysokich szpilkach, zapisywała coś w dzienniku i co rusz spoglądała przez ramię uczonego na pulsujące, kolorowe wykresy.

– Pat, może przerwiemy już twój eksperyment?

– Kasiu, please! Nie przeszkadzaj pracować. Za dwie godziny aktywność moich chipów ulegnie samowygaszeniu… niewiele wiec zostało nam czasu.

– Pat, a tak naprawdę czemu służą twoje badania?

– Czemu? To, co robię, pachnie Nagrodą Nobla!

– Wojej! Pat, chyba cię, przyjacielu, ponosi… Masz szczęście, że Fritz von Bernstein nie widzi na co marnotrawisz jego kasę.

– Marnotrawię? Jeszcze się przekonasz, Caterino… Te biodegradowalne mikro chipy, które, jak przecież wiesz, niedawno wymyśliłem, skonstruowałem i zaaplikowałem w organizmach tamtych, – i tu wskazał na ekran monitora, – i które całkowicie po zadanym czasie będą usunięte mechanizmami obronnymi tkanek – jak widzisz są kongenialne. Aż sam jestem dumny z tego mojego najnowszego wynalazku! Jestem pewien, że Fritz von Bernstein też podzielałby mój entuzjazm!

– Owszem, może i miałby co. Prawdę powiedziawszy i ja jestem z ciebie dumna, Pat. Czy wiesz, że odniosłam wrażenie, że tamci dwoje z laboratorium przeżywali, jakby doznawali wszystkich uczuć w realu? Nawet, w pewnym momencie, pozazdrościłam mojej własnej hologramowej powłoce, że nie byłam na jej miejscu… Bo o takich pasjach jak u tamtych, czytałam tylko w powieściach Babickiego. Nie tylko ja, każda z kobiet mogłaby tym dwojga pozazdrościć…

– Oj, Kasiu, przestrzegam! tylko nie zdradź się ze swych słabostek przed mężem. Mógłby nie okazać ci wystarczającej wyrozumiałości…

– Martw się o siebie! I o swe fanki z realu, Pat. Nie wiem, czy jakakolwiek wiedząc nad czym pracujesz chciałaby dalej przestawać z takim wariatem… Sorry – czarnoksiężnikiem.

– Już dobrze. Nie schlebiaj mi. Bierzmy się dalej do roboty. I przygotuj się. Zaraz rozegra się nasz wielki wspólny finał.

– Mam nadzieję, to już będzie ostatnia fantazja?

– Tak. Ostatnia fantazja, przynajmniej na dziś. I nie obawiaj się, Kati – zaraz po jej zakończeniu chipy przestaną działać i zwrócimy tej dwójce wolność, – i pan doktor Trazom uśmiechając się z miną czarnoksiężnika nacisnął czerwony przycisk.

*

Na ekranie Andżelika i Bartus znów siedzieli na okrągłym łóżku w białym pokoju, a ze ścian wyłoniły się dwie trzymające się za ręce postaci: Patryk i brunetka na wysokich szpilkach. Szli do swych gości niosąc tacę z owocami i winem. Pokój wypełnił się słonecznymi kolorami, ogrzewającymi delikatnym ciepłem wszystko dookoła. W tle zaczęły rozbrzmiewać ciche dźwięki – tym razem fletu… Z „Czarodziejskiego fletu” Mozarta…

 

Lista przypadków doktora Trazoma

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *