Agnieszka i Sławek

Słońce powoli kładło się na horyzont. Wielobarwne plamy przykrywały ostrą wieczorową poświatą przewijające się w oknach autobusu szare pola i brunatno-zielone przydrożne grzęzawiska.

W autobusie relacji Bartoszyce-Warszawa było niewielu pasażerów. Z kabiny kierowcy dolatywały ciche dźwięki radiowego programu; silnie pachniały świeże irysy, które pasażer z sąsiedniego fotela przewoził w emaliowanym wiadrze.

Słodki zapach kwiatów przyjemnie usposabiał ją do podróży. Poczuła znów przypływ sił i zwyczajną, jakże ostatnio nieczęstą u niej radość życia. „Jak miło w tym autobusie” – pomyślała. „Chyba będę częściej jeździła z odwiedzinami do Elizki… Ludzie w tym niewielkim północnym miasteczku żyją takim cichym, spokojnym życiem, że aż chciałby się pozostać tam długo, długo i jeszcze dłużej…” Po latach nudnej, monotonnej pracy w małej rozliczeniowej firmie, gdzie ślęcząc jako księgowa zestawiała tabelki i sumowała wiersze – takiego zwyczajnego., prostego spokoju brakuje jej coraz bardziej. Wielkie miasto przez długie lata wyciskało z niej, jak z dojrzałej cytryny, większość życiowych soków, i gdyby nie kilku wciąż wiernych i sprawdzonych przyjaciół, z którymi za żadne skarby nie zamierza się rozstać – dawno wyniosłaby się na prowincję. Kto wie – może do Bartoszyc? Może wtedy zaczęłaby wszystko od nowa i od nowa ułożyła sobie życie? „Czterdziestka w kalendarzu – to przecież nie dramat. Beacie prawie się powiodło. Dlaczego nie miałoby udać się i mnie?”

Usiadła wygodniej w fotelu, przymknęła oczy, oddała rozmyślaniom…„Biedna ta Beatka, najpierw, po epoce nieszczęśliwej samotności nagle i nieoczekiwanie (chyba dla niej samej) związała się z dużo młodszym, żonatym mężczyzną, zaufała mu i chyba trochę lekkomyślnie uwierzyła, że wygrywa los na loterii… A po kilku miesiącach, po gorącym lecie, gdy nadzieje nabrały wyrazistych kształtów, nagle, ów szczęśliwy los okazuje się ciężkim wyrokiem. Jak ptak z postrzelonym skrzydłem spada spod nieba na twardą ziemię…w brutalną rzeczywistość. Naprawdę, żal tej Beatki. Taka w porządku kobieta! I nawet w pewnym sensie żal także i Bartusa. Przecież nie porzuciłby jej z dnia na dzień, gdyby nie despotyczna żona i zbyt trudne do rychłego rozstrzygnięcia egzystencjalne dylematy… ”

Wyprostowała się, spojrzała z zamyśleniem w okno, w słodkie kolory przygasającego na horyzoncie słońca i po krótkiej chwili znów wwierciła się w wygodne oparcie fotela. Gdy autobus zatrzymał się na kolejnym rejsowym przystanku, rozejrzała uważniej po wnętrzu. Mężczyzna od irysów zaczął przebierać swe kwiaty i wybrawszy trzy najbardziej dojrzałe, z pięknie rozwiniętymi błękitnym pąkami schylił się do niej i przemówił: – to dla pani!

– Dla mnie?  – Poczuła niezręczne zażenowanie i rumieńce na policzkach. Zawahała się. Zbyt nieoczekiwane dla niej zdarzenie, jak na ten spokojny, czerwcowy wieczór, gdzieś w głębi Polski, w cichym, przytulnym dalekobieżnym autobusie. – Przepraszam pana, a z jakiej okazji?

– Pani oczy są tak niebieskie, jak te kwiaty! – Powiedział bez cienia ironii i uśmiechnął się do niej ciepło i serdecznie.

Podziękowała mu i przyjęła bukiet. Od tej chwili to ona, co kilka chwil zerkała na sąsiada ciekawym spojrzeniem. Ale starała się to czynić bardzo dyskretnie. Miał na sobie dżinsy, koszulę w kratę i sandały. Na oko – wyglądał na dobrze ponad pięćdziesiąt. Może nawet i o dziesięć lat więcej. Okrągła łysinka na głowie, krótko przycięte siwe włosy, pocięta zmarszczkami opalona twarz była oczywistym dowodem, iż spędzał dużo czasu na słońcu. Irysy pochodziły prawdopodobnie z przydomowego ogródka. Obok wiadra leżał mały plecak wypchany czymś po brzegi – na pewno warzywami z własnej grządki…Porozmyślawszy jeszcze trochę, uśmiechnęła się sama do siebie. „Całkiem profesjonalna dedukcja – możesz, Agnieszko, być z siebie naprawdę dumna, mój ty detektywie”. Teraz, jej myśli były całkowicie zajęte zagadkowym towarzyszem podróży o łagodnym, dobrym spojrzeniu, harmonizującym z jego nieco jednak trochę surową powierzchownością.

Właśnie wtedy, gdy po raz kolejny przyglądała się jego twarzy oczy nieznajomego posmutniały, powodując w niej niejasny niepokój. Ale dlaczego? Nie potrafiła odpowiedzieć. Mężczyzna uśmiechnął się ponownie i przedstawił:

– Nazywam się Sławomir Sułko.

– Agnieszka. Agnieszka Górowska, – poprawiła się automatycznie. Choć w głębi duszy z jakiegoś powodu wolała zostać po prostu Agnieszką, a nawet tylko Agą.

– Wiem, – powiedział i z uwagą spojrzał w jej bezdenne, szeroko otwarte ze zdziwienia oczy.

Po krótkiej przerwie jej serce zaczęło bić silniej. Dopiero teraz, po tym krótkim stwierdzeniu rozpoznała w nim kolegę i wielbiciela z bardzo dawnych lat. Oczywiście, przecież to Sławek! Sławek alpinista! Przez krótka chwilę poczuła się nieswojo, i oczywiście było jej wstyd. No, ale co z tego, że nie poznała? Przecież czas niejednakowo u wszystkich odmienia oblicza. Co ona temu winna? Zaczęła zmyślać jakieś farmazony, oczywiście, z podniecenia, próbując wyjaśnić, dlaczego tak naprawdę od razu go nie rozpoznała, ale, trzeba przyznać, nie wyrażała też zdziwienia, jak to często bywa w przypadku kobiet.

Nie przerywał jej. A potem po prostu rzekł: „Nic się nie stało. Bzdura. Wyglądam teraz, jak wyglądam, wystarczy spojrzeć.” Znów się uśmiechnął. I wówczas Agnieszka uspokoiła się całkowicie. Zaczęli się nawet wspólnie śmiać i dowcipkować z niespodziewanej sytuacji, co najmniej, jakby jakiego operowego qui pro quo. Jej oczy były niebieskie, to prawda, jak irysy. „Miło, że to zauważył”. Sławek opowiedział jej, jak dwa lata po skończeniu studiów wyjechał na daleką północ, za pracą, gdzie po miesięcznym stażu w zawodówce dostał posadę w firmie geologicznej, z której od trzydziestu zgoła lat, co roku wyjeżdża na delegacje i zagraniczne przedsięwzięcia. Tak! Ożenił się. Jeszcze na czwartym roku, ale szybko rozwiódł. Zawód po prostu miał taki, że mało która kobieta była na tyle cierpliwa, i mogła z nim wytrzymać. Ale teraz, od niedawna, zajmuje się ogrodnictwem… Wyhamował tempo. Ustabilizował. Alpinizmu w dalszym ciągu nie zarzuca. Bardziej, chyba, nie z potrzeby duszy, a w celu utrzymania sprawności i kondycji fizycznej.

Słuchała go i wspominała swoje szkolne lata, gdy mieszkali przy wspólnym podwórku. I oczywiście wyjazd z całą klasa na wakacje, na których Sławek pełnił rolę opiekuna i oczywiście bukiet fioletowych hiacyntów, które wręczył jej na ich pierwszej randce. On był już po studiach, ona jeszcze nawet nie maturzystką. A potem, jak resztę lata spędzili razem nad chłodnym polskim Bałtykiem, gdzie ubrani w maski i płetwy oddawali się pasji nurkowania. Przypominała sobie, jak jeździli razem na rowerze wodnym i fotografowali się nawzajem, jak zmęczeni, pławiąc się w blasku zachodzącego słońca, wyciągali się na niebiesko-czerwonych materacach dmuchanych, i gdy właśnie wtedy Sławek pocałował ją po raz pierwszy. Nigdy tego pocałunku nie zapomniała.

Po chwili i Agnieszka otworzyła przed nim swe serce, mówiąc o niepowodzeniach w życiu, o bliskiej rodzinie, która cała rozjechała się po świecie i każde w niej żyje po swojemu, o nieudanym życiu zawodowym… Mówili o czymś tam swoim, milkli. Znowu mówili, lecz za każdym razem delikatnie unikli tematu i przyczyn ich rozstania. Każde z nich ogarniał wówczas jakiś ciepły smutek.

Robiąc efektowny wiraż autobus wjechał w końcu do miasta. Pasażerowie ożyli i zaczęli się zbierać. Sławek i Agnieszka zajęci rozmową nie zauważyli, jak minęli stację przy stadionie, a nawet Warszawę Centralną  i z konieczności będą teraz jechać na ostatni z rozkładu dworzec – Zachodni. Nie bardzo się zmartwili. Wieczór w stolicy był suchy i ciepły. Postanowili nie korzystać z komunikacji miejskiej i udać się do swych domów piechotą. Opuścili dworzec, ruszyli w kierunku Żoliborza. Po pewnym czasie, na rozstaju ulic zatrzymali się. I nagle okazało się, że idą w tę samą stronę. Sławek mieszkał w Bartoszycach, ale sporo czasu spędzał także w Warszawie. Miał tutaj dwupokojowe mieszkanko, z którego od czasów studenckich korzystał okazjonalnie, na przykład udając się z Warszawy na kolejne, zagraniczne delegacje i wojaże. Po blisko godzinnym spacerze podeszli pod blok Agnieszki. Jakież było ich olbrzymie wspólne zdziwienie, gdy stwierdzili – mieszkają w naprzeciwległych blokach. Wystarczyło teraz Sławkowi przejść na drugą stronę ulicy i to wszystko! To naprawdę zabawne, ale tak jak było to już raz, za czasów dzieciństwa, ich domy były znowu obok siebie. Wzruszyło ich to i jednocześnie zaskoczyło. Pożegnali się serdecznie, wymienili telefonami, uściskali na dobranoc.

Przyszedłszy do domu zaordynował sobie, jak zwyczajowo był to czynić, prostą, zimną, kawalerską kolację. Obejrzał ostatnie wiadomości i położył do łózka z nadzieją na szybki sen. Ale spotkanie Agnieszki po tylu latach poruszyło go do głębi. Długo się wiercił i nie mógł zasnąć.

I Agnieszka w tym czasie, opatuliwszy poduszką twarz – cicho płakała obwiniając siebie za swój trudny w przeszłości charakter.

I w jednym, i w drugim mieszkaniu stały w świeżej wodzie cięte, błękitne irysy. Całą przestrzeń obu pokojów wypełniały słodko-miodowym zapachem. Kiedy łzy obeschły udała się do otwartego okna. I Sławek otworzył balkon. Patrzyli na te same gwiazdy, myśląc o tym samym. A gwiazdy migotały na atramentowym niebie radując się i przepełniając nadzieją.

Do listy Cyberprzestrzennych

 

 

 

 

 

 

8 myśli w temacie “Agnieszka i Sławek

  1. Pingback: Nowości Witryny | Janusz Niżyński

  2. Ostatni akapit przypomniał mi o jednym starym rumuńskim przeboju: zespół Semnal M i „La fereastra ta” (W Twoim oknie: Zaczyna się tak: Widzę, jak w Twoim oknie pali się światło o późnej porze i nie wiem, czy czuwasz, czy już śnisz […] Refren: I chciałbym móc wpaść do Ciebie i przepędzić wszystkie smutki i troski, które Cię trapią […]).

    http://www.youtube.com/watch?v=TNJZHnPsSHk

    • Proszę Pani! Dzisiaj, z tego co wiem, nawet już nie ma takiej stacji autobusowej 😉
      Dobrze, chciaż, że w efekcie się śmiejesz… Najgorzej, gdyby miał być tu opóźniony zapłon 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *