Babskie pogaduchy

– 1 –

Należy do typu kobiet, które uprawianie najstarszego zawodu świata czynią nie dla pieniędzy, a z powodu nieposkromionych potrzeb ciała i duszy. Może więc raczej tu wcale nie mowa o profesji – a hedoniźmie? Niech i tak będzie. Najważniejsze, że od zawsze była i jest bezpruderyjna, że lubi seks, a na dodatek – nigdy nie potrafi mężczyznom odmawiać. Z czasem do wejścia na drogę rozpusty dołożyły się konsekwencje niezadbania rodziców o mądre wychowanie córki. Jej ojciec i matka – odważni kosmopolici, którym wygrana w totolotka umożliwiła realizację planów i emigrację z kraju – popełnili kardynalny błąd. Jeszcze przed przesiedleniem się do Hiszpanii przygotowywali swą jedyną winorośl do lekkiego, szczęśliwego życia. Nie dopuszczali myśli, że takiego może po prostu nie być… I nie było. Kilka miesięcMadryty po przesiedleniu się do Madrytu zginęli w wypadku samochodowym, zostawiając nieprzygotowaną do samodzielności córkę samiuteńką w dalekim, obcym kraju, wystawioną na pastwę losu i pułapki życia.

I cóż było czynić Aleksandrze Witosiak? W przyspieszonym kursie musiała nadrobić zaległą lekcję z przystosowywania się do wymogów wielkiej metropolii. Na szczęście nieźle znała kilka języków (w tym: hiszpański „perfecto”), a że od niedawna była pełnoletnią, dlatego decyzje w sprawach: jak być, żeby żyć? – podejmowała samodzielnie. Wciąż mogła też liczyć na nielicznych, ale jednak przyjaciół, którzy po śmierci rodziców zaoferowali jej pomoc. Do takich należał doktor Patryk Trazom, który załatwił jej pracę w charakterze salowej w klinice Hospital Guadarrama de Madrid, gdzie sam zresztą terminował na profesorskim stażu. Aleksandra przyjęła pomoc z entuzjazmem i nadzieją. Podobnie jak Trazom uznała, że stałe zajęcie to dobry sposób na przyspieszone „wydoroślenie”. Poza walorami czysto pragmatycznymi (gwarantowana pensja, osłona socjalna) posada w renomowanej klinice oznaczała dla niej bezpieczne kontakty z męskim, ekskluzywnym, żądnym „różnych” wrażeń towarzystwem (pacjentów i lekarzy), ale i skorą do sponsoringu klientelą, której wybór w szpitalu był aż nadto obfity. Brać i przebierać… a przy okazji kosić kasę. Dla zasady… Ten względny porządek nie zagościł w jej życiu na długo. Stałe, codzienne godziny „służby” w szpitalu, trauma wiążąca się z nie zawsze „przyjemnymi” obowiązkami salowej, ale i niespodziewane problemy, których za sprawą zazdrości i niesnasek żeńskiej części personelu doświadczała na co dzień, przekonały ją, że praca w klinice, a jednocześnie bezkarne bałamucenie pacjentów i kolegów z oddziału – to niepraktyczny i zwodniczy pomysł na życie. Tyle tylko, że na razie innego nie miała. Mimo to porzuciła pracę. Powróciła do punktu wyjścia. Gorzej, że na zasadzie prawa serii utraciła także przyjaźń doktora Trazoma, który nie potrafił zrozumieć przyczyn takiej decyzji. Na dodatek, ku jej zmartwieniu, okazał się bardzo konserwatywnym obyczajowo człowiekiem. Co gorsza: w ogóle nie skorym do odrobiny szaleństwa mężczyzną, na fantazję którego przecież po cichu liczyła, tym bardziej, że mieszkał w mieście samotnie, podobnie jak i ona. Dopiero po latach, po powrocie do Polski dowiedziała się, że tak naprawdę Trazom chętnie dawał upust swym „wariactwom”, ale tylko wobec kobiet, z którymi łączyła go muzyczna pasja i miłość do opery. Co wieczór bowiem odwiedzał Auditorio Nacional de Música bądź Teatro Real skąd nierzadko potem wracał do domu w towarzystwie pięknych i wytwornych pań, prawdopodobnie sąsiadek z apartamentowca. Od takich fanaberii muzycznych pana doktora, faktycznie, dzielił ją wtedy kosmos… Krótko mówiąc: Trazom na tamte miesiące nie był człowiekiem z jej „Príncipe Azul” (bajki).

Kogo szuka kobieta, która uwielbia seks, dobrą zabawę i lekkie życie, a przy tym nie jest pruderyjna? Odpowiedź prosta – sponsora. Dlatego wahała się, czy nie skorzystać z ofert agencji towarzyskich, które kusiły łatwymi zarobkami. Tyle tylko, że nie interesowała ją praca pod telefonem, w lokalu i przez okrągłą dobę. Ekskluzywna posada call-girl (koniecznie dla VP-a!) – to co innego. Ale takich ofert nikt jej wówczas nie proponował… Co robić? – zastanawiała się. W samym Madrycie ale także w podstołecznych municipios (gmin) agencji towarzyskich jest więcej niż hipermarketów. „Skoro nikt nie składa ofert pracy samotnej młodej dziewczynie, – myślała, – to może ja: samotna młoda dziewczyna powinnam sama w każdej z nich złożyć swoje CV?” I nawet skorzystała ze stosownej aplikacji w internecie, za pomocą której skomponowała atrakcyjną dla przyszłego pracodawcy „carta de presentación” (z fotką w negliżu), ale zrezygnowała. Zrezygnowała szybko, gdy zrozumiała, że praca w takim przybytku to także zajęcie nie dla niej. Zrozumiała dzięki pewnej młodej Bułgarce, którą wycieńczoną, wyziębnięta i wygłodzoną znalazła pewnego wieczora ukrywająca się w jej ogrodowej altanie. Wystraszona dziewczyna po ucieczce z pobliskiego „Club Paradise” chowała się tam od dwóch dni. Aleksandra postanowiła, że zanim odprowadzi dziewczynę na policję, a wcześniej, zanim ją odkarmi, wykąpie i użyczy ciepłego ubrania – przy café con leche wysłucha jej, jak przypuszczała, dramatycznej spowiedzi. Nie omyliła się. To była szokująca spowiedź, choć i z drugiej strony – opowieść niewiele się różniąca od tysięcy relacji podobnych jej  kobiet, podobnie jak i ona oszukanych przez życie… (Valentina trafiła do Hiszpanii po namowie swego chłopaka, który jak się później okazało, był cynicznym pośrednikiem i stręczycielem. Miała dostać pracę w sklepie, załatwioną przez niego, na „ziemi obiecanej”, na której i on już wcześniej zaklepał posadę. Planowali potem wspólne, szczęśliwe życie. Gdy dotarła na miejsce, okazało się, że rzeczywiście będzie sprzedawała, ale samą siebie, przy drodze wylotowej z Madrytu. Powrót do domu? – broń Boże! Były ukochany groził, że jeśli to zrobi, po powrocie zastanie swą córeczkę martwą. Odważyła się uciec dopiero, gdy dowiedziała się, że jej dziecko sądownie przekazane zostało do rodziny zastępczej…) „Zobacz, – odsłoniła przedramię pokazując Aleksandrze wytatuowany kod kreskowy, – w tym „Club Paradise” my wszystkie mamy takie kody, by mogli nami skuteczniej zarządzać i by być rozliczane, jak towar, bo my tam niczym więcej nie jesteśmy.”

Obie panie: Aleksandra i Valentina zaprzyjaźniły się i zamieszkały razem. Duży dom Aleksandry był wystarczająco bezpiecznym schronieniem dla co najmniej tuzina podobnych im dziewczyn, ale na dłuższą metę stanowczo zbyt ryzykownym do kwaterunku, z uwagi na sąsiedztwo „Clubu” i węszących oprawców. Musiały się więc rozstać. Valentina wsparta finansowo przez Aleksandrę wyruszyła do Monaco, gdzie czasowo kwaterowali znajomi z jej rodzinnego Pazardżiku.

Wkrótce potem Aleksandra sprzedała dom (mądrze deponując uzyskane środki w banku) i także wyruszyła… na podbój Europy. Choć niezupełnie na taki podój, o którym początkowo myślała (o tym zresztą później). Kontakt z Valentiną, jak niespodziewanie się zawiązał, tak i nazajutrz po wyjeździe niespodziewanie urwał. Czy namierzyli ją i dopadli oprawcy? Czy może sama postanowiła wrócić do profesji? – Wtedy, wyruszając ze swym nowo poznanym przyjacielem w jego rodzinne strony, do przygranicznego La Jonquera ona – Aleksandra Witosiak –  jeszcze nie wiedziała.

– 2 –

Aleksandra miała świadomość, że dzika nienasycona chuć, której posiadła w sobie niezmierzone pokłady – nie jest niczym złym, a z pewnością w niczym nie gorszym od niejednego zła współczesnego świata, zła zresztą niezależnego, jak zauważyła, od religii, stopnia zamożności, narodowości czy też posiadanego paszportu. Zrozumiawszy to, a także nie bardzo widząc potrzebę samotnego błąkania się po Paryżach, Londynach i innych europejskich metropoliach – po kilku latach tułaczek i imprezowania postanowiła wrócić do Polski. Tutaj odszukała starych przyjaciół, specyficznie jej zdaniem niedoskonałych, jak ona sama, spośród których najbardziej ucieszyła się z odnalezienia Clavii – swej najlepszej kumpelki jeszcze z czasów, gdy z rodzicami mieszkała w Grudziądzu. Z Clavią wspólnie chodziły do tej samej podstawówki, gimnazjum i wreszcie liceum, i jak papużki-nierozłączki zawsze ganiały za tymi samymi chłopakami i zawsze konkurowały ze sobą o następnych.

Z potyczek i rywalizacji zwykle zwycięsko wychodziła Aleksandra. Dlaczego? – Może dlatego, że była mniej konserwatywna i lżej traktowała kontakty z chłopakami? A może Clavia – wychowywana w tradycyjnej mieszczańskiej rodzinie była bardziej zachowawcza, rozsądna, roztropna? Dość powiedzieć, że na miesiąc przed Bez nazwy 1rozstaniem się koleżanek i wyjazdem Aleksandry do Madrytu – obie miały wspólnego chłopaka. Tyle tylko, że on – uczeń szkoły muzycznej w klasie fortepianu – z piętnastoletniej Oleńki pewnego dnia uczynił kobietę, a z Clavią chodził jedynie na koncerty, nigdy nawet nie próbując zbałamucić ewidentnie zadurzonego w nim dziewczęcia. Nie miał szans? – czy raczej nie chciał? Dzisiaj nawet sama Clavia już tego nie wie. Nie dziwi więc fakt, że wieść o powrocie swej przyjaciółki Aleksandry przyjęła z ambiwalentnymi refleksjami. Wraca „stara” kumpela – to pewne, ale i wraca odwieczna konkurentka i źródło kompleksów? „O, nie, chyba już nie!…” – ostatecznie zawyrokowała. Przecież ona – Clavia, jest dziś zupełnie innym człowiekiem: w każdym bądź razie nie takim naiwnym pacholęciem, jakim była kiedyś, a już na pewno nie – posłuszną panienką z dobrego mieszczańskiego domu, a dojrzałą kobietą, a całkiem nieźle rokującą dziennikarką, przebojową kobietą która wie, czego chce od życia, która ma pomysł na ciekawe „jutro”, a na dodatek, od niedawna, która spełnia się w interesującej pracy, w której zdobywa poklask szefów i popularność u widzów. Od czasu, gdy pod swe skrzydła przyjęta została przez redaktor Fille z DM FPTB zrozumiała ponadto coś cholernie ważnego: w życiu zawodowym (jak uzmysłowiła to jej Fille) liczą się nie (tylko) umiejętności, zasady, wiedza i staż – ale przede wszystkim komunikatywność, luz, otwartość na ludzi, którymi się otaczamy… Ludzi, którzy mogą pomóc, wesprzeć, zasponsorować projekty, ludzi – których ciekawe historie – ona, jako dziennikarka, może nagłośnić, w których sama może wziąć udział i dzięki temu mieć szanse znalezienia się w centrum i „w teatrze” nie tylko ich życia. Czyż nie tak było w odniesieniu do profesora Kulawika? Czyż nie dla Babickiego Caterina Fille podróżuje po całym świecie organizując mu medialne przedsięwzięcia?… Powrót kontrowersyjnej przyjaciółki (o której zdążyła naczytać się w zagranicznej prasie, że to polska królowa branży XX), potraktowała więc jako szansę na swój kolejny, nietuzinkowy cykl wywiadów. Z dawną kumpelą na pewno sobie poradzi – doszła w ko  ncu do wniosku. I nie pomyliła się. Rozpoczynający je intermedialny show pod znamiennym tytułem: „Padłaś? Powstań! Popraw koronę i zasuwaj!” – podbił w rankingach słupki oglądalności Imperium o następne decymy. Dla samej prezenterki ten nie pierwszy już sukces był klarownym sygnałem: idziesz dobrą drogą. Jesteś niezła. Wkrótce branża będzie należeć do ciebie! Czy to oznacza, że dni wszechobecnej w mediach i wszechwładnej Cateriny Fille są policzone? Przedwcześnie jej – Cavii wyrokować… Ale… Ale może jednak to wcale nie taki nierelny scenariusz? Tym bardziej, że kolejna ciąża i kolejny urlop macierzyński przełożonej stępił i stonował jej zwyczajowy, jakże charakterystyczny lwi pazur, power, seksapil i mieszkające w Fille, i zawsze czyhające do skoku dziennikarskie zwierzątko (cecha, którą podobno uwielbiał u Cateriny Babicki) . Choć tak naprawdę, ona, Clavia, do Fille – swej lojalnej szefowej i mentorki – czuła wiele szacunku i byłaby z tych ostatnich, które podłożyłyby jej nogę, byle tylko wskoczyć na jej stołek. Ale… „życie jest życiem. Czasem samo układa scenariusze i dopomaga zamiarom”

Zresztą, to wcale nie pozycja zawodowa Cateriny była celem, ku któremu dążyła Clavia. Nie decyzje Fille były tymi, które zrywały jej sen z powiek i przyprawiały o bezsenne noce, nie! Było nią coś zupełnie innego. I właściwie nie coś, a ktoś… Ktoś, kto jednym skinieniem dłoni mógłby uczynić z niej niekwestionowaną królową medialnej branży… Ktoś, kto jej zawodowemu, a może i prywatnemu życiu mógłby nadać naprawdę silny i decydujący impuls. W kim mogłaby nawet ulokować swe najbardziej skrywane, kobiece uczucia (pal diabli, ze facet wciąż żonaty!)… któremu mogłaby powierzyć całą siebie i całą swą przyszłość…

Tym kimś, tą osobą był znany showman, inżynier, filozof, celebryta, honorowy prezes Europejskiego Pen-Clubu, skandalista znad Wisły, koneser piękna, pieknych kobiet i poeta… Janusz Babicki. W DM FPTB wszelkie projekty dotyczące jego osoby dzierżyła w swych dłoniach redaktor Caterina Fille. I mimo przeciwności losu (jej: ciąża, obowiazki rodzinne, jego: nieustanne wojażowanie po świecie) nie zamierzała z niczego w swych zawodowych układach rezygnować.

 

– 3 –

Stare Babice. Podwarszawska mieścina. Kultowa osada znana ongiś z pomieszkiwania w niej wielu artystów, polityków i celebrytów – z Babickim na czele. Od niedawna – miejsce stałego pobytu Aleksandry Witosiak – gwiazdy filmów XX, ostatnio znanej w Polsce z ekstrawaganckiego wyczynu, jakim niewątpliwie była próba bicia seksualnego rekordu świata. Próba udana. Stary rekord, nawiasem mówiąc, kilka lat wcześniej też pobijała z powodzeniem inna polska seks-gwiazda – kobieta znana pod pseudonimem Marianna. Aleksandra Witosiak w ciągu 8 godzin rekord(bo tylko w takiej konkurencji są notowane rekordy) umożliwiła doznanie pełnej seksualnej satysfakcji 777-u mężczyznom. Kilkunastu więcej, niż zdołała poprzedniczka. Biblijno-mickiewiczowskie hasło „Kochajmy się” realizując się za jej udziałem tak dużą ilość razy, spowodowało, że ściany budynku, w którym kręcono przecież wcześniej niezliczone filmy erotyczne, pokryły się wilgocią i do dzisiaj nie mogą odzyskać swojego pierwotnego wyglądu, a tajemnicza mlecznobiała mgła chyba już na zawsze zawisła pod sufitem topowego klubu erotycznego stolicy. I tak, jak było w przypadku Marianny, tak i teraz światowe agencje biją się między sobą o przeprowadzenie z rekordzistką wywiadów, o nakręcenie dokumentów, a nawet realizację seriali obyczajowych. Producenci się spodziewają, że projekty z udziałem Witosiak przyniosą krociowe zyski, bo będą trzymać widzów w suspensie nie mniejszym, niż „Sensacyjne Kronik XX wieku”.

Światowe agencje biją się o Witosiak, ale jedna z nich, a konkretnie Dom Medialny „From Paris to Berlin” o swoje prawa ani bić, ani troszczyć się nie musi. Dzięki osobistym relacjom diviny seks-biznesu i prezenterki Clavii – kontrakt na realizację cyklu dawno leży podpisany na biurku Moniki Aleksndryjskiej-Kozioł – dyrektorki Domu. Pierwszy, zresztą, odcinek: „Padłaś? Powstań! Popraw koronę i zasuwaj!” – już po udanej emisji.

I oto dziś – w sympatycznej starobabickiej kawiarence „Kolory kawy”, w cieniu rzecz jasna kolorowo-kawowych parasolów obie panie, a jednocześnie wieloletnie kumpelki, luźno rozmawiają o kolejnych odcinkach cyklu. Aleksandra dzieli się z nią swymi licznymi zagranicznymi doświadczeniami i dokoaniami w kraju, który po swojemu nazywa „Hispaniola”, a którego mieszkańcy to dla niej po prostu Hispanole… Clavia w skupieniu słucha opowieści przyjaciółki, notuje przygotowując materiały do kolejnych nagrań. Od czasu do czasu przerywa jej zdawkowymi pytaniami, choć czasem prosi o rozwiniecie tematu.

– Opowiedz, Olu, coś bliżej o tym, jak biło ci się rekord świata…  – a uśmiechając się figlarnie dorzuciła: – Rekord świata w dyscyplinie, która być może w przyszłości dołączy do olimpijskich programów…

– Znaczy, konkretnie czego chciałabyś się dowiedzieć?

– Jak się do niego przygotowywałaś, jak długo trwały treningi?

– O, moja droga! Przygotowania trwały miesiącami. Zanim przystąpiłam do zawodów pokryto mi ciało cienką warstwą nieścieralnego teflonu, używanego do budowy statków kosmicznych, a najbardziej newralgiczne, narażone na uszkodzenia mechaniczne elementy zalano olejem silnikowym, stosowanym w Formule I. Każdy mężczyzna startujący w zawodach musiał zanurzyć swoje prącie w płynie hamulcowym do czołgu, aby po zakończeniu roboty zdołał szybko wymienić się z partnerem.

– Brzmi bardo obrazowo… A czy wykorzystywałaś do przygotowań czyjeś praktyczne rady, a może jakieś opracowania naukowo-teoretyczne?

– Jasne! Przez wiele miesięcy uczyłam się stylu V, bo jak wykazał profesor Żołądź (ten od Małysza) ów styl jest najbardziej optymalny, pod względem aerodynamicznym.

– Rozumiem. A jak wyglądały przygotowania w dniu zawodów?

– Wstałam bardzo wcześnie. Wychodząc pocałowałam swojego narzeczonego i obiecałam mu, że na pewno nie spóźnię się na kolację.

– Tak. I co dalej?
– O godz. 9 rozpoczęłam bicie rekordu. Już w samym trakcie wyczynu – rozmyślałam na temat zakupów w IKEI, bo potrzebowałam do przedpokoju wstawić szafkę na buty, a poza tym oddawałam się lekturze Newsweeka i obgryzałam paznokcie. Mężczyźni natomiast raz po raz z nieskrywaną sympatią wykonywali swoją robotę. I tak naprawdę, jak widzisz, to nie ja , to oni bili ten rekord.

– No i pobili.

– No i pobili. Punktualnie o godz. 17.00 sędzia ogłosił ustalenie rekordu, a wtedy wstałam, wytarłam pot z czoła i poszłam do domu. W domu czekał na mnie narzeczony. Zapytał mnie – czy mam ochotę na seks? Odpowiedziałam mu, że tak i dalej zagłębiłam się w czytanie gazety…

– Teraz wiem, skąd taka jesteś oczytana…

– No dobrze. Trochę też rozmyślałam… o początkach, o moich pierwszych sponsorach i prawdziwych kochankach…

– Ano, właśnie! Wiem, że u zarania swej kariery poznałaś tam i przez długi czas byłaś na usługach niejakiego Don Pedra? – i pytając liże różowym językiem wskroś plastikowej łyżeczki.

– Pedra? – Uśmiechnęła się Aleksandra, – To prawda. Od niego wszystko się zaczęło! Okay, zaraz opowiem…

– Ale miałaś też niejakiego don Pabla…

– Jak miałabym nie mieć Pabla w Hispanioli? Pablo w Hispanioli, to jakby jaki Jasiek w Polsce, albo i jakiś Moise w Izraelu. Pablo jasne że musiał sie zdarzyć. I zdarzył… I niejeden. I też z początkami mojej kariery.

– A Rodrigueza?

– Rodrigueza, powiadasz?… No zdaje się, przyjaciółko, na Rodrigueza nie trafiłam – i uśmiechnęła się serdecznie. – Jeszcze nie trafiłam.

– Szkoda, – westchnęła Clavia. – I tu, co rzadko się jej zdarza, pozwoliła sobie na „prywatną” dygresję: – Bardzo lubię to imię… Rodriguez… Od samego brzmienia aż ciarki po ciele latają… – i po chwili i jednocześnie patrząc rozmarzonym wzrokiem w oczy przyjaciółki dorzuciła: – Tak sobie myślę, każdy facet o imieniu Rodriguez musi być, ach! superackim kochankiem…

– Sprawdzę przy jakieś okazji i zrelacjonuję ci, czy się nie mylisz. – i pogłaskała koleżankę z czułością po włosach.

– Obiecujesz?

– Za to rankami często budziły mnie namolne wywrzaskiwania sąsiadki. – Kontynuowała, nie zważając na prośbę Clavii, – „Hulio!” – wydzierała się na całą kamienicę… Od wczesnych godzin porannych, możesz sobie wyobrazić? Okna ma tam pootwierane i wrzeszczy, jakby ją kto gwałcił: „Hulio Hulio!” No, oszaleć można… Ja rozumiem, nie każdy Hulio to od razu Cortazar. Bywają oczywiście wyjątki, ale ten… Wiesz… Pewnego razu weszłam ma werandę, aby spojrzeć na to hispanijskie ciudo. I… dasz wiarę? No prawdziwy Hulio! Łeb jak u konia! Nie ma wątpliwości, patrząc na to indywiduum – cały Hulio, – znów się roześmiała, – I na nazwisko miał, uważasz! – Iglesias…

– Nie, no co ty!? – jak ten misiowaty wokalista?

– No, na krzyż mojej matki! – zapodała Aleksandra i nawet podjęła próbę przeżegnania się. Próba, jednak była nieudaną… – Hispanoole, moja droga, – to cywilizowany naród… z porządnymi nazwiskami.

– Cóż, w końcu jako i my – katolicy…

– Katolicy, nie katolicy… Dla mnie najważniejsze: gorąca nacja, namiętni kochankowie i… hojni sponsorzy.

– A na korridzie byłaś?

– Korridzie? E tam! Przez sześć miesięcy tyrałam w Guadarrama – to gdzie mi tam w głowie walki byków… Wystarczająco napatrzyłam się na krew u pacjentów, dużo pewno więcej niż niejeden matador… Nie bawiło mnie imprezować w tłumach, udając babskie hidalgo…

– Rozumiem, że chodzi tu o Hospital Guadarrama de Madrid?… To pewno zaraz po tym, jak mama i tata się rozbili?

– No, tak. I zostałam się na świecie samiuteńka, mała Ola… którą od razu ciągnęło w nieznany świat. Głupia, oj, jaka wtedy byłam głupia!… Dobrze, ze chociaż pomogłam Valentinie. Czy wiesz, że ona dzisiaj jest właścicielką butiku przy Piątej Alei na Manhattanie?

– O kurczę! Naprawdę?

– Tak! Po przyjeździe do Monako wpadła w oko jakiemuś poddziadziusiowatemu właścicielowi pól naftowych w Texasie, i nawet zaręczyli się. Do ślubu niestety nie doszło. A może i stety. Facet po miesiącu wykopyrtnął, zapewne z nadmiaru emocji i wrażeń, zostawiając jej numer konta bankowego i liczne plenipotencje.

– I co? Stałą się miliarderką?

– Spoko. To nie takie łatwe. Rodzinka jankesa szybko uruchomiła adwokatów, a jeden z nich, zresztą też Bułgar z pochodzenia, ułatwił jej pójście na ugodę, w wyniku której zrzekła się praw do plenipotencji i niemałego majątku, w zamian za butik na Manhattanie i dożywotnią rentę.

– Kurczę, to i tak miała szczęście dziewczyna…

– No, miała. Nie znalazła księcia z bajki, ale przynajmniej ma butik… – i roześmiała się ironicznie.

– A ty, Olu, powiedz – nigdy nie chciałaś spotkać księcia z bajki?

– Pewno, że chciałam… Przecież marzyłam, z tego co pamiętam, jak i ty, jak wtedy chyba wszystkie polskie dziewczyny, poślubić księcia. Czyż nie tak? – Uniosła brwi i z uśmieszkiem spojrzała na Clavię.

– Marzyło się… – cicho odszepnęła. – Niektórym marzy się do teraz…

– Ale w Polsce, jak wiemy, prawdziwych książąt już nie ma. – Ucięła jej rozmyślania Aleksandra. – Wszyscy powynosili się. No to, cholera, niby za kogo mają wychodzić polskie dziewczyny?…

– A Babicki? – wtrąciła Clavia.

– Co, Babicki?

– To twoim zdaniem nie jest współczesny Wajdelota?

– On?!… Pogięło cię! Może on i Wajdelota, ale z pewnością nie książę. A poza tym nie lubię guślarzy, wróżbitów i bardów, a już szczególnie nie cierpię zarozumiałych pismaków, właśnie takich, jak on. Jego ego jest do tego stopnia nadęte, że żadnej kobiety nie jest w stanie traktować jak damy, a kobieta z krwi i kości to dla niego prawie to samo co lalka z seks shopu.

Clavia spojrzała na swa przyjaciółkę z obrazoburczym zdumieniem.

– Dość oryginalne stwierdzenie. Uważasz, że nie bywa rycerski? Że nie jest męski?

– Jest, nie jest. Nie obchodzi mnie. Dla mnie – to zarozumiały dupek, nikt więcej. Jak wielu mu podobnych… I powiem Ci jeszcze coś, ale w zaufaniu…

– No słucham

– W Londynie miałam okazję zaprzyjaźnić się z Martellą…

– Martellą Bach? – Czyżby tym „naszym” paryskim słowikiem, skądinąd Cecylią Jędrzejczyk? – podchwyciła Clavia.

– W Paryżu, na nią mówią: „La petite blonde-chanteuse”. Tak! Ta sama.

– I co? Co z nią? Co ona robiła w tym Londynie? – wznowiła wątek Clavia

– Odpoczywała sobie, albo była na zakupach… Nieważne. Ważne, iż miałam okazje trochę z nią porozmawiać i… – tu zajrzała filuternie w oczy Clavii, – uszczknąć także nieco wiedzy na temat tego twojego Babickiego i tej jego papużki-nierozłączki – menedżerki Filki.

– Kasi? Mojej szefowej?

– A niby jest inna Fille w tej branży? Martella wyrażała się o niej jednoznacznie i pogardliwie: „bałkańska fillka”

– Hmm! – odrzekła Clavia, – w sumie ksywa, jak ksywka. Czemu, niby, pogardliwa?

– Bo często dodawała rymując: „bałkańska fillka – bałkańska chwilka”

– Nie rozumiem? Jaka chwilka?

– Rozumiesz. Na pewno rozumiesz.

– A możesz jaśniej?

– Twój idol Babicki – to zwykły erotoman, jak i większość tych bufonów ze świeczników…

– Możesz jaśniej? – ponownie zapytała z nieskrywanym zdenerwowaniem w głosie.

– Wozi ją ze sobą i w przerwach wielogodzinnych audycji i nagrań ucina z panią redaktor chwilki na odprężenie: szybciutki numerek, dyskretna laska, czasem masaż tajski w wersji hard… i inne tam takie samcze figielki.

– Olu, kurwa mać! co ty pleciesz?! – wzburzona zaprotestowała, sama się sobie dziwiąc, jak łatwo wysłużyła się wulgaryzmem.

– Ja tylko powtarzam to, co usłyszałam od Martelli. Podobno niejeden raz ich nakryła…

– Bzdura! Kasia to nie ten typ kobiety!… Zresztą, o ile mi wiadomo jest szczęśliwą mężatką i wkrótce spodziewa się kolejnego baby. Jej facet to nie ułomek, a Kasia to wspaniała i mądra żona… Czy na pewno mówimy o tej samej osobie?

– No już dobrze, dobrze… Ta Martella, wiem, być może za bardzo lubi konfabulować…

– I co ci naopowiadała jeszcze, ta… szlora?

– Opowiedziała mi, na przykład, jak kiedyś Babicki na kilka dni przed jej kolejnym koncertem w Paryżu, pod pretekstem przekazania tekstu do nowej piosenki wprosił się do jej apartamentu i zaczął ją szantażować, że tekst, owszem, dostarczy ale tylko pod warunkiem opłaty w naturze. Podobno był bardzo natarczywy, niemal zgwałcił ją, wcześniej obezwładnił alkoholem i na odchodne wydrukował jej z internetu jakieś swoje stare śmieci, które niby miały robić za świeżo zakupiony tekst. Potem trzasnął drzwiami mówiąc, ze resztę nocy spędzi z Fille, bo ta przynajmniej nie zawraca mu głowy a na dodatek godzi się na każde jego zachcianki i fantazje…

– Kasia i Babicki… – westchnęła Clavia. – Głupi jest ten świat…

– To jednak przestajesz się już dziwić?

– Nie moja sprawa. – Ucięła szybko. – A w ogóle, proszę cię, tego wątku tu nie było…

– Się rozumie. Ale wiesz co? Powiem ci jeszcze coś…

– No, słucham, – z ubolewaniem zaakceptowała

– Gdy zaprosiła mnie do swego apartamentu w hotelu w pewnym momencie… próbowała się do mnie dobierać!

– Coś ty?! Martella jest bi?

– Stanęła za mną, położyła swe dłonie na mym biuście, a wcześniej rozpięła sobie spódnicę…

– ?!

– … I niespodziewanie mówi: „Gdzie jest ten Jezus, który przyjdzie i powie mi: idź córko i nie grzesz więcej? Nie! Jego, kochanie, nie ma i nigdy nie będzie – teraz wiem to na pewno… ” I zaczyna mi płakać w ramię… No, co? Nie jest głupia?

– Jest! – zgodziła się ze swą przyjaciółką Clavia. – A poza tym… co ma do tego Jezusik? – I wzruszyła ramionami.

Do obu rozdyskutowanych pań podeszła młoda kelnerka w sukience w groszki, które tak naprawdę groszkami nie były, a zielonymi ziarenkami niewyprażonej kawy.

– Może życzą sobie panie spróbować naszego firmowego deseru? Polecam lody pieprzowe z polewą białej kawy…

– Poprosimy, – bez namysłu zadysponowała Aleksandra.

– Służę! – Z uśmiechem dygnęła dziewczyna umożliwiając klientkom powrót do przerwanej dyskusji.

– A powiedz, Olu, co tam robiłaś w tym Londynie z Martellą? – kontynuowała rozmowę Clavia.

– No co? Jak to w Londynie… Ja tam wtedy byłam po raz pierwszy. Gdy się ogarnęła (jasne, że do żadnego między nami seksu nie doszło) zabrała mnie na spacer po mieście. Było w porzo. Zrobiłyśmy standardowy tour: Opactwo Westminster, Big Beng z debeśiarskim zegarem, nabrzeża burej Tamizy, diabelski młyn… A w Hyde Parku zobaczyłyśmy, uważasz, kochanków uprawiających żywiołowy seks! On – szpakowaty pan – z wyglądu: po pięćdziesiątce, ona – osiemnastoletnia dzierlatka. Jeden z turystów, ot – takich może jak my, choć sądząc po fizjonomii bezsprzecznie Hindus, pyta: „Powiedzcie mi miłe panie, czy ta panienka – i wskazał parasolem na szczytującą flamę – to aby nie następczyni królowej Wiktorii?” – Nie, chyba nie, odpowiadamy mu, choć ta jej poza i te niemałe umiejętności… I obśmialiśmy się wszyscy wesoło. Potem zaprowadziła mnie do Hammersmith – polskiej dzielnicy w Londynie. Polskiej – w zasadzie tylko z nieformalnej nazwy. Bo co to tam za Polacy? Żadni! Pokupowali angielskie kamienice, jedzą te ich paskudne puddingi, wyprowadzają na smyczach rodowe bedlington terriery i buldogi angielskie… Ech! Wyspiarskie szkaradztwo, i tyle!

– Ale przecież kultywują i polskie obyczaje! – przerwała jej Clavia.

– Nigdy tego nie rozumiałam, Clavinko, po co w Londynie nasi obchodzą polskie święta i, jak twierdzisz, kultywują narodowe obyczaje?… Komu to potrzebne? Jak tak im brakuje polskości – droga otwarta, niech wracają, jak ja, a jak zamierzają zostać, oderwać się od korzeni, stać się takimi samymi angolami, jak rodzimi wyspiarze, to po kiego zawracają sobie gitarę naszą polskością?

– No wiesz… Znam takich, którzy przyznają się do polskości nigdy wcześniej Polski nie odwiedzając…

– Całkiem dobre te lody, prawda? – zmieniła temat Aleksandra. – Podobne niedawno smakowałem w jednej z knajpek w Krakowie… Bodajże Corleone, na Starówce.

 

– 4 –

Od jakiegoś czasu nad parasolami knajpki „Kolory kawy” zaczęły zbierać się chmury: ogromne, mroczne, jakby jakieś przekleństwo. Gęstniejąc przesuwały się nisko nad ziemią, z minuty na minutę coraz bardziej ciemniejąc w oczach i pokrywając siną poświatą całe podwarszawskie miasteczko. Niebo, pokazując najwidoczniej swoje niezadowolenie, za sprawą rozwoju aury, ledwie wtórowało jej  chwilowymi, ostrymi prześwitami słońca.

Nie zważając na spektakularne załamanie pogody Obie psiapsiółki ucinają pogaduchę już blisko trzy godziny. Aleksandra kontynuuje swoją historię, prawie, jakby spowiadała się przy konfesjonale: kobiety, jak wiadomo spowiadają się przyjaciółkom znacznie chętniej, niż księżom. Nie tylko takie, jak Aleksandra. Te pobożne, ponoć takoż…

– Gdy Valentina wyjechała ode mnie do Monako, wkrótce potem zaprzyjaźniłam się z taką jedną cyganką… taka tam, zupełnie ubierała się jak Hiszpanka: nosiła pstre spódnice a w uszach miała plastykowe pierścienie w rozmiarze hula-hop.

– Może bez przesady!

– No dobrze: może trochę przesadziłam. Ale były naprawdę wielgachne… Acha, no i co ja chciałam… A już wiem! Demonstrowała przede mną hiszpańskie tańce, stukając kastanietami, jak obcasami i obcasami, jak kastanietami… Stuka godzinę, stuka drugą… a potem pyta: no i jak? – „Tak sobie, – odpowiedziałam – Jestem Polką, u nas przed chłopami nie trzeba tyle zabiegać, wystarczy głębszy dekolt i seksowna pończoszka”.

– A z czego się utrzymywała, ta kabalarka – czyżby li tylko z tańca? – spytała Clavia.

– Z tańca – to przy okazji, to jasne, bo tak naprawdę była zawodową prostytutką, taką z tych, co to od samego dzieciństwa… Kurczę! Pomyślałam, ale kobieta ma barwne życie, chętnie bym się z nią zamieniła. Widzi mi się – jest miedzy nami powinowactwo i fachu, i duszy. Nie inaczej… Dlatego zgodziłam się, aby przedstawiła mnie swemu przyjacielowi… A przyjaciel okazał się być alfonsem, alfonsem internacjonalistą. Takim, jakim powinien być każdy alfons w zjednoczonej Europie, no nie?

– I co, i wtedy się wszystko zaczęło?

– I zwabili mnie do swej cygańskiej trupy, która jak się wkrótce okazało, była najzwyklejszym mobilnym, międzynarodowym burdelem. Gdy przemieściliśmy się do La Jonquera pod samą francuską granicę – drań sprzedał mnie jak towar do innego alfonsa… I pomyśleć, ledwie kilka tygodni wcześniej uchroniłam od takiej przyszłości Valentinę…

Aleksandra zamilkła. Ze spuszczoną głową mieszała długą łyżeczką pozostałości po lodach i białej kawie.

– Trudno tam oddychać, Clavinko, altas montañas – wysokie góry… i wody mało… – dopowiedziała po krótkiej chwili. I znów zamilkła, ale w końcu wzięła się w garść. – Pytałaś mnie o Pedra… – Interesował mnie i Don Pablo … – dorzuciła przyjaciółka.

– Poczekaj, pozwól mi najpierw powiedzieć o Don Pedro, żeby mieć już z głowy. Był z niego chłop na baby. Oj, był! Chodził – nawet podczas gorącego lata – w czarnej kamizelce z białym plisowanym kołnierzykiem – a la El Greco lub inne kurewskie Greko… a w ogóle nosił cienką kozią bródkę, w stylu „espaniolka” i z podnieceniem mówił o świętej i niewinnej, jak manna z nieba, hispaniolskiej Inkwizycji. „Ach, gdyby nie ona, gdyby nie ona!… Czy wiesz, – mówił, – że inkwizycja była jednym z najlepszych systemów prawnych europejskiej cywilizacji? Brylowała w czasach, kiedy w Londynie karano jeszcze śmiercią za wyrwanie krzewu w ogrodach publicznych. Zresztą w tych samych latach, w których Europejczycy nadal palili kobiety na stosach, za czary… Tak! Dopiero hiszpańska inkwizycja zatrzasnęła drzwi przed szerzeniem się takiego szaleństwa… Owszem, inkwizycja też miała swoich więźniów i więzienia, ale to były najlepsze więzienia w Europie… ”

– Pod otwartym niebem, – zachichotała Clavia.

– No właśnie! – potwierdziła Aleksandra. – Tortury, opowiadał, były ograniczone do piętnastu minut, i nigdy nie stosowano ich dwa razy. A w ogóle, hiszpańscy poddani uwielbiali swą inkwizycję!… No i widzisz… Takimi bzdurami zawracał sobie głowę mój alfons. A nazywałam tego gnoja: Don Pedro de Lahudra …

– Jak-jak?

– No tak właśnie! Nazywałam go tak z powodu nietuzinkowych oczekiwań, za które on, na ogół, nieźle płacił… To znaczy na początku płacił, a potem zaczął mnie w ramach świętej zasady „użyczać” swym przyjaciołom i znajomym… a ilu miał krewnych, nie zliczę!…

– Drań!…

– I ciągnął mnie po tym kraju, to na południe wiózł, to na północ… Hispaniola, Clavinko, to różnorodna, wielokulturowa ziemia brutalnie pozszywana w jedność za sprawą intryg różnych łotrów w stylu: Izabeli Kastylijskiej, Ferdynanda Aragońskiego, dyktatora Franco. Ale, oczywiście, się rozpadnie, ponieważ tak utalentowanych złoczyńców w dzisiejszej Hispanioli już nie ma… I nie ma ich skąd wziąć…

– Mówiłas mi wcześniej, że jakiś czas mieszkaliście w Toledo…

– O, tak!

– Pozostały ci po tym jaaieś wrażenia?

– Mnóstwo wrażeń! W Toledo, dowiedziałam się, czym jest prawdziwa Hispaniola… No, wyobraź sobie: wąskie uliczki, obcisłe zaułki, kamienne mosty, mostki, katedry… A z drugiej strony – na każdym kroku, sądząc po twarzach mieszkańców – skrzyżowanie kultur i losów… A z trzeciej: ciasne miasteczko bez krztyny zieleni… Ulice jednokierunkowe i kompletny brak chodników, kamieniczki całują się z uliczkami… Odwiedziliśmy prywatne muzeum, i ja – mała Ola, zdałam sobie sprawę, że celem ku któremu zmierzała hiszpańska cywilizacja – była naprawdę Inkwizycja! Przekonała mnie o tym wielość narzędzi egzekucji i tortur: szafot z toporami, szubienice, hiszpańska Garotta…

– Taka broń do szybkiego duszenia ofiar? – podchwyciła Clavia.

– Dokładnie. A konkretnie: kawałek dość cienkiego, lecz wytrzymałego materiału, do uchwycenia oburącz i zaciskania na szyi ofiary. No, ale czekaj… Co jeszcze: imadło do wyciskania wnętrzności z głowy! Wyobrażasz sobie?!

– Okropieństwo!

– …piły do cięcia nieszczęśników, głównie – homoseksualistów, dyby, krzesła z metalowymi ćwiekami, takie w stylu: siądziesz i więcej nie wstaniesz… „kocia łapa”, aby pomóc śledczemu obdzierać ze skóry skazańców… hiszpańskie sapogi, więzadła, szczypce… „Hiszpańskich sapog” i „kociej łapy”, jak zapewniał przewodnik, Inkwizycja nie stosowała. Były one używane w zwykłych sądach cywilnych w całej średniowiecznej Europie. Jeśli podejrzany przyznawał się do zarzucanych mu czynów, tortury natychmiast przerywano… – „A co, nie mówiłem ci?…” – szepnął do mnie Don Pedro rozpływając się w uśmiechu. „No mówiłeś. Miałeś rację”. Wybiegłam na zewnątrz. Bliska omdleniu wciąż słyszałam beznamiętny głos przewodnika o „stole udręk” wzorem Hiszpanii używanym we wszystkich krajach Europy… Ale katoliccy inkwizytorzy mieli tylko prawo do stosowania nie więcej niż trzech rodzajów tortur…”

– Też mi dobroczyńcy!…

Aleksandra umilkła na chwilę. Zarzuciła na siebie kamizelkę (na dworze zrobiło się całkiem chłodno) i cichym głosem kontynuowała:

– W nocy, miewałam koszmary. Piękni heretycy i piękne heretyczki przychodzili do mnie, we śnie… Przychodzili obdarci ze skóry, ze spłaszczonymi głowami… Młode czarownice unosiły się w powietrzu i, jakby skrzydłami, głośno klaskały im cycki. Waleczny inkwizytor – Tomás de Torquemada strzelał do nich z kuszy… Kozłonogi Kolumb płynął po oceanie, a hosty krwawych much o kobiecych głowach wodziły za nim i za jego Caravellą chciwymi oczyma… Z przerażeniem czekałam na nadejście kolejnej i znowu kolejnej nocy. Wszystkie były podobne. W twarzach najznamienitszych inkwizytorów odnajdywałam zawsze oblicza Don Pedra. Wszak jego inkwizycyjne upodobania i za dnia nie budziły moich wątpliwości. I bałam się, że w końcu zwariuję… I stałoby tak się na pewno, gdyby szczęscie w nieszczęściu – nie odsprzedał mnie swemu przyjacielowi – Don Pablo…

– Biedna byłaś… – i mówiąc to delikatnie pogłaskała Clavia swą przyjaciółkę po policzku.

– Na szczęście Pablik był wobec mnie nieobojętny. Mówił, że kocha, a nawet, że zamierza poślubić… Ale i tak od razu, nie inaczej jak Pedro, zaczął mnie przeciągać po całym Półwyspie Iberyjskim nie omijając sąsiednich nacji. Ale tym razem czynił tak za sprawą naszych małżeńskich planów. Zatrzymywaliśmy się w prowincjonalnych miasteczkach, stacjonowaliśmy w zatęchłych hotelach…

– To musiało być obrzydliwe? – zapytała Clavia

– Czy ja wiem? W świecie, Clavinko, funkcjonuje pewna mądra, niepisana zasada, wyznawana przez mieszkańców wszystkich cywilizowanych nacji: Amerykanie – gdy są na wakacjach lubią się zatrzymywać w amerykańskich hotelach, Włosi – we włoskich, Francuzi – we francuskich i tak dalej… Nie chcą w ten sposób, rzekomo, rozstawać się ze swym zwykłym sposobem życia, nawet za granicą. Ale takie wyjaśnienie jest jednak tylko połowiczne; prawda bowiem jest nieco inna – mądre społeczeństwa mają pewną świętą dla nich zasadę we krwi: pieniądze wydawane za granicą powinny trafiać do kieszeni rodaków! Zobacz: nawet koszerne jedzenie, moim zdaniem, którego w Europie sprzedaje się mnóstwo, to tak w rzeczywistości przeznaczone jest tylko dla potrzeb „swoich”. Czyż nie?! Gwarancję godziwego zarobku zapewnia stabilność religii – absolutnie w każdym kraju, w którym tylko osiedlili się Żydzi… Polakom do tej pory nie przychodzi na myśl, aby budować zagranicą hotele dla swoich. Mnóstwo budują, owszem, i w Polsce, i poza, ale bynajmniej nie dla nas, a dla obcokrajowców. Zresztą, jakby nie robili – zawsze będzie im trudniej, bo niełatwo jest pouwzględniać dziwactwa i różne tam takie fanaberie narodów…

– Hmm, co racja to racja…

– I zabierał mnie do teatrów i teatrzyków cygańskich, i prowadził po wystawach, a nawet wielkich muzeach, i pewnego razu zauważyłam, że w muzeum Prado, naprawdę! nie spędziłam nocy (żartuję!) – bo całymi dniami chodząc po galeriach i tak nie mogłam się nimi nasycić… Uwielbiam widoki małych dzieciaczków, które przedszkolanki gromadkami przyprowadzają do tego muzem… To takie wzruszające: dzieciaczki, wszystkie w identycznych strojach, wszystkie trzymając się za raczki spacerują od sali do sali, i co chwila siadają przed jakimś obrazem, przed którym stojąca przewodniczka opowiada im o jego historii, a te małe szkrabki słuchają i sprawiają nawet wrażenie, jakby rozumiały…

– A przed Mają ubraną i Mają w negliżu Francesco Goji też przesiadywały? – spytała z powagą Clavia.maja2

– Jak najbardziej. Ale, przy okazji muszę cię skorygować…

– To znaczy?

– Wiem, że w tradycji polskiej przyjęło się nazywać ją „Maja”, jakby było to jej imię. Tak zresztą jak przed chwilą nazwałaś ją sama… W rzeczywistości w języku hiszpańskim słowo maja (wymawiane „macha”) nie jest imieniem, lecz terminem określającym młodą, urodziwą i modnie się ubierającą kobietę, często z nizin społecznych…

– Czyli, mówiąc krotko, polskim odpowiednikiem byłaby „ślicznotka”?, – przerwała jej pytaniem Clavia.

– Dokładnie!

– Dzięki za lekcję hiszpańskiego. Naprawdę tego nie wiedziałam!

– Ale czekaj, bo przerwałaś mi. Chcę jeszcze wrócić do tych dzieciaczków… Tak! Przed oboma portretami „ślicznotki” dzieci także przesiadywały i słuchały opowieści. Kiedyś podsłuchałam, co i jak o tych portretach opowiadała im przewodniczka…

– O! Ciekawe…

– Przyrównywała panią z portretu do całej ojczyzny: Hiszpanii. Hiszpanii, której strzegli bezlitośni strażnicy a na ich czele ich straszna władczyni, która miała na imię Inkwizycja. Inkwizycja nie pozwalała, aby można było oglądać ojczyznę, czyli panią z portretu, w naturze., czyli taką, jaką faktycznie była. Wolno na nią było patrzeć tylko ubraną w tradycyjne szaty. I dopiero pan malarz pozbawiając panią „ślicznotkę” szat pokazał całemu światu, jak ta pani wyglądał naprawdę. I od tego czasu Hiszpania pozbyła się rządów Inkwizycji a wszyscy ludzie mogli mówić i myśleć, i ubierać sie tak jak chcieli.

– Fajna, symboliczna bajeczka…

– No cóż, małym dzieciom z przedszkola trzeba opowiadać o filozofii i o rządach językiem dla nich zrozumiałym.

– Zgoda.

– A wracając do mojego Pabla… W salce z dziełami Picassa, gdy gościnnie zawitały u Prado uprzedził mnie i ostrzegł: „- Jeśli mówią, że mój imiennik miał niebieski okres, nie wierz w to! – Każdy Pablo to prawdziwy mężczyzna…” No i czyż nie masz racji, Clavio? Czy z niego nie prawdziwy był Rodriguez?… Był cholernie o mnie zazdrosny. Jak zupełny wariat. Budzę się w nocy, a on stoi nade mną, garottę trzyma w dłoniach i „średniowiecznym” głosem grozi, że udusi… Uff!…

– Och! Kurczę! No, nie mogę! – Zawołała Clavia, – Co za hiszpańska pasja! Ale ci zazdroszczę…

I niespodziewanie, jakby wieńcząc pogaduchy przyjaciółek – zerwała się ulewa. Zapachniało gęstym pyłem. Klienci z sąsiednich stolików pouciekali z ogródka chowając się w bezpiecznej kawiarnianej salce. Kelner skrywając głowę pod okrągła tacką pędził na złamanie karku slalomem między opuszczonymi stolikami, z każdego ewakuując pokrycia i sztućce. Deszcz z zaciekłością wbijał się i bębnił po parasolach i chodniku… Ulewa przestraszyła wszystkich. I tylko one – niestrudzone gawędziary ignorując niebiańską otchłań wciąż siedziały pod brezentowym daszkiem, przesunąwszy bliżej do stolika krzesła. Dzisiejsza opowieść Aleksandry zbliżała się do kulminacji.

– I co, w końcu ci się znudził ten twój Pablo? – podsumowała Clavia.

– Och, Clavinko, znudził nie znudził… Ja mogłabym się z nim kochać do końca swiata, i z nim i kochać jednocześnie tych wszystkich czarniutkich, żółciutkich, blondasów i rudzielców w tych wszystkich hotelach!

– Hę, a zatem…

– A zatem… a teraz o czymś najstraszniejszym w całym moim życiu. Żadnej kobiecie niczego podobnego nie życzę… Byłaś na wyspach Kanaryjskich?

– No jeszcze nie, ale na pewno kiedyś będę…

– To wiedz, że za najstraszniejszą karę w średniowiecznej Hiszpanii uważało się zsyłkę na Wyspy Kanaryjskie. Teraz wojażują tam kretyni z całego świata, a pośród nich – byłam tam i ja z moim Pablem. Minęło kilka dni… I nagle oczyma wyobraźni zaczynam widzieć, jak cała moja białośnieżna gładka skóra, jakże naturalna dla słowiańskiej urody, hartowana mrozem, cienka i delikatna, jak akwarelka skóra, zamienia się w grubą morelową powłokę na której rozpanoszyły się pory! Wyglądają obrzydliwie: są duże, podobne plastrom miodu, a z każdego z nich sączy się brud, pot i inne maści. Chodzę, co godzinę przemywam – nie pomaga…

– Brrr! Straszne! Co ty mówisz?!

– To tylko było przywidzenie… No niezupełnie z sufitu. Przy sąsiednich stolikach siedziały jakieś wybiedzone dziewczyny, zapewne ze swymi sutenerami, i wyglądały bardzo podobnie! To były chyba Ukrainki, a na pewno wiem o nich tyle, że rozmawiały ze sobą po rosyjsku… I wtedy pomyślałam: Cholera! – I ja mam kiedyś tak skończyć? Boże, broń mnie! Ochroń od takiej przyszłości, od całego tego draństwa…

– I co było dalej?

– Co miało być? Jeszcze tego samego dnia posłałam mojego Pabla do ch..a! i uciekłam, wyleciałam najbliższym samolotem do Paryża…

– A skąd wzięłaś pieniądze?

– No, głupia przecież nie jestem! Wcześniej skrupulatnie wyliczyłam sobie i pobrałam z jego skrytki całą kasę, którą mi był winien za tak ciężkie miesiące „przedmałżeńskiej” służby i za obietnice, których, dawno zrozumiałam, nigdy nie zamierzał spełnić… No i na szczęście na moim koncie wciąż procentowały środki ze sprzedaży domu…

Nagle Aleksandra, jakby machnęła ręką na cała swą przeszłość, zerknąwszy spod parasola na otaczający je ogródek ze zdziwieniem spytała:

– Hej, a gdzie się podziali wszyscy ludzie?

Szarych chmur wprawdzie już pod niebem nie było, ale deszcz nadal siąpił, jakby prawem bezwładności… A potem pojawiły się i obłoki – nieznośnie białe, prawie jak świąteczne…

 

– 5 –

Siedziały pod parasolem, ramię w ramię, śpiewając:

” Ty zapomnisz o letniej przygodzie O ławeczce w zielonym ogrodzie, O czeremchach, co słodko pachniały I płatki w krąg sypały tak jak deszcz O spacerach wśród łanów szumiących O dniach parnych i nocach gorących O altance wśród starych akacji O kochance z wakacji też”

– A ja ci powiem tak, moja Olu: Nie oddaje się kobiety obcym facetom, jeśli się ją kocha. I jeszcze jedno… Jeśli kobieta jedzie do innego kraju, to znaczy, że tutaj nie była nikomu potrzebną… a ty jesteś! I dobrze, że wróciłaś…

– Zgadzam się z tobą – moja Clavinko. Nie oddaje się, gdy się kocha… I ja się cieszę, ze wróciłam. – A po krótkiej chwili ciszy dodała: – wiesz, gdybym nie urodziła się w Polsce i przez całe życie nie wspominała spędzonej w niej młodości, to wiesz kim chciałabym być?

– ?

– Hiszpanką! Kocham ten kraj, kocham ich ludzi, kulturę, ich tańce, śpiew, malarstwo, flamenco…

– Flamenco?flamenco

– A tak! Bo w tych ekstatycznych gestach tancerzy, w ich ruchach ciał, w tej mistycznej muzyce, ekspresji uczuć, śmiechu roztańczonych serc, płaczu rozśpiewanych dusz kryje się cała kwitesencja hiszpańskości… a razem z nią chowa się cała moja miłość do Hiszpanii, mimo że dziś najbardziej kocham Polskę…

Kelner spoglądał na obie panie z ukradka, od czasu do czasu poprawiając mini grzywkę, a spozierając krzywił wargi w maleńkim, ledwo zauważalnym uśmiechu. Takim zwykłym, naturalnym i szczerym…

lista Cyberprzestrzennych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *