Karina

Na Podlasiu w końcówce sierpnia sypnęło pierwszym śniegiem. „Coś niesamowitego! – komentowali mieszkańcy, – niespotykanie wcześnie, jak nigdy dotąd w tych stronach”. Po fali upałów, która od kilku tygodni męczyła cały kraj – dla Kariny jednak ta niecodzienna aura była prawdziwym wybawieniem. Nie musi więcej podlewać trawy, rabatek i w ogóle krzątać się i troszczyć o swe wiejskie (jak zwykła nazywać willę rodziców z ogrodem) „rancho”. Jest tylko mały szkopuł: wraz ze śniegiem słupek w termometrze dramatycznie zrejterował; w domu trochę zimno. System nagrzewania pobrany plikdopiero startuje. Ale to nic. Owinięta kocem, uzbrojona w świeżo zaparzoną szklankę herbaty siedzi przed komputerem i z wypiekami na twarzy zaczytuje się swym ulubionym romansem „Książę z bajki”.

Tytuł lektury, ktoś rzekłby: może, jak na dzisiejsze prozaiczne czasy, za ckliwy? Może ciut za wyświechtany? – Może… I co z tego? Zachwyt Kariny nad powieścią wynikał z czego innego. Jako wykształcona humanistka docenia nowatorskie pierwiastki w twórczości pisarzy. Tu, w ‘Księciu z bajki’ Janusza Babickiego – odkrywa ich całe mrowie. Pisana partiami, z komentarzami czytelników, z interakcją i na bieżąco publikowana przez autora na jego prywatnej Witrynie – jest, i ona Kaina nie zawaha się użyć tego zwrotu – publicystycznym Heroldem, jaskółką, która zapowiada nadejście Nowego…

Fani dobrze znają ten adres w Internecie. To tutaj wcześniej rozczytywali się w felietonach, netowiskach, bajkach. Teraz – z tych przysłowiowych bajek wyłonił się „Książę” bajkowy – melanż literackich smaczków i całej ferii barw koloryzujących sylwetki bohaterów: od mrocznych, po złociste, od zawistnych – po niedokochanych. Autor powieści chętnie wplata nadsyłane siecią komentarze czytelników. A bywa i tak, że inspirując się ich pomysłami – koryguje fabułę.

Dlatego zamysł „Księcia” – to zdaniem Kariny fajerwerk na miarę cudu donoszonej ciąży przez sześćdziesięcioletnią Sienkiewicz. To kometa na niebie, która zwiastuje nadejście nieznanego wcześniej w kosmosie literackiego gatunku. Czyż jest więc czemu się dziwić się, że wśród komentatorek Babickiego nie kto inny, a Karina z Podlasia wiedzie prym? Chyba nie… Ale jest i inna bardziej tajemna przyczyna aktywności Kariny. Podejrzewa bowiem, że dla jednej z najważniejszych postaci „Księcia” – posłużyła autorowi za protoplastkę. Przecież i „tamta Caterina”, i ona – mają zbliżone cechy charakteru. Mało tego: obie są humanistkami, znają obce języki, obie tkwią w podobnych koligacjach towarzyskich, a nawet proweniencja u obu – też jakby identyczna (u obu wszak bałkańskie korzenie). Karina nie wierzy, że za tymi zbieżnościami nie kryje się coś więcej, niż zwykłe losu zrządzenie, lub jak kto woli – niezmącony głębią przemyśleń kaprys autora…

Odłożyła filiżankę z parującą herbatą. Skończyła po raz kolejny czytać swój ulubiony rozdział dwadzieścia jeden. Chciałaby już następny, ale musi czekać. Autor teraz zbiera komentarze od fanów i prawdopodobnie za dni kilka zechce, lub nie zechce odpalić ciąg dalszy. Zmęczona wrażeniami zamyka z rezygnacją pokrywę laptopa. Swój, jak zwykła mawiać: „koment” – owszem, napisze. Ale na pewno nie dziś. Dziś od samego rana jej wszystkie myśli zaprzątnięte są czymś zgoła innym. Czymś zupełnie, zupełnie innym…

Wtedy, gdy w jej życiu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmaterializował się Janusz Babicki, wtedy gdy powiedział do niej: „A ty co, mój aniele znad rozlewiska…” – była bardzo zwyczajna, typowa dla tych okolic zima. I całe „rancho” też pokryte było śniegiem. Wkradł się do jej serca tak nieoczekiwanie, że aż w głowie zawirowało. To dzięki niemu przed samą sobą odkryła nową, nie znaną wcześniej Karinę. Ich jedne, jedyne intymne spotkanie było krótkie, ale intensywne. Używając meteorologicznej terminologii: parne, gorące, zwieńczone burzą z błyskawicami…

A wszystko zadziało się po wieczorku autorskim, ściślej – po zakończeniu rozdawania przez Babickiego autografów. Stała na końcu, w długim ogonku czytelników cierpliwie czekając na swoją kolej.

– Dla Thomasa i żony?

– Sie ist meine Freundin, noch nicht meine Ehefrau! – sprostował trzrydziestoparoletni, postawny mężczyzna

– Ach! Rozumiem, wciąż jeszcze nie żony? – zażartował autor, – a proszę bardzo! – I zamaszystym ruchem naznaczył autografem podsunięty mu śniadą kobiecą ręką tomik. – Dla pana Patryka? Miło mi, panie Patryku, – i znów kolejną książeczkę stygmatyzuje brzemię geniuszu pisarza. – A to, czy dobrze mi się wydaje? Oczywiście! Pan Bartus! Jakże czuje się zaszczycony, mistrzu! Olbrzymi to honor mieć w tak wyśmienitym koryfeuszu fana i czytelnika. – I następny egzemplarz znika z lady.

Potem, jeszcze kilka innych osób i znowu kilka kolejnych (dochodzili z boku). I… jak pech, to pech! Ostatni egzemplarz zakupiła i dała do podpisu jakaś mama z córką o pretensjonalnym imieniu: Marina.

– To dla mojej Janeczki, – cicho szepnęła, – a ja ma na imię Marina. Samotnie wychowuję to dziecię. Prosimy mistrzu o autograf!

I pan „mistrz” rzuciwszy na nie ledwie krótkim spojrzeniem (zmęczenie najwidoczniej odcinało kupony) z gracją zadedykował: „Rince i Nince ślicznej żeńskiej rodzince – JB”.

– A ty, co? – mój aniele znad rozlewiska? – uśmiechnął się i z rozrzewnieniem spojrzał na Karinę a potem z zakłopotaniem na pustą półkę. – Nie ostał się już nawet tomik… I co zrobimy?

– Proszę zaczarować, mistrzu. – wydeklamowała z tupetem kokietując Babickiego słodkimi oczętami. – A na pewno jeszcze coś Mistrz dla mnie znajdzie!

– O tak! Lubię czarować piękne kobiety, ale po tak długim wieczorze chciałoby się chwilki relaksu… – westchnął wyprostowując plecy.

A potem znów patrząc na rozmówczynię, jakby mierząc (tylko w sobie znany sposób) koloryt aury jej kobiecych fluidów bez krygowania się dorzucił:

– Mam jeszcze jeden egzemplarz, autorski, tam – w mym pokoju, na piętrze… Piękna czarodziejko, dasz się zaprosić?

Czyż trzeba dodawać, że burza, o której z rozrzewnieniem wspomina Karina rozpętała się tuż po i zaraz po zamknięciu się drzwi od wewnątrz numeru? Do dziś Karina uśmiecha się na wspomnienie, jak gorąco ją, ten szelma Babicki, jak rozpieszczał każdy zakamarek ciała, ten „bezczelny” nicpoń (okazuje się: w pokoju nie było żadnego obiecanego egzemplarza!), wdychając pełną klatką zapach jej włosów, jej całego ustroju. Aż na wspomnienie znów robi jej się duszno, a w brzuchu znów tłuką się same motyle…

Od tego burzowego wieczoru minęły prawie dwa lata, a ona wciąż czuje rozrzewnienie wspominając mistrza, który w kilkanaście minut stał się dla niej kimś bardzo, bardzo bliskim. Chciała zobaczyć go ponownie. Wierzyła, że przy nim znów zazna nowego doświadczenia, nowej rozkoszy, podróży do gwiazd, uniesienia z rodzaju tych, których w małżeństwie (od niedawna jest mężatką) nigdy nie doznawała. Ale telefon milczał.

„Jak ma nie milczeć, skoro nie dałam mu numeru komórki, nigdy nie poprosiłam, by zadzwonił? – westchnęła. – To nie ja, to on, gdy jak niepyszna trusia opuszczałam pokój napisał mi na kartce swój prywatny numer i poprosił: „czy  jako moja najwierniejsza czytelniczka,  na przyszłość, gdybyś odnalazła jakieś krówki w moich publikach mogłabyś mnie ostrzec SMS-em?”. Pamięta, jak zapewnił też, że nigdy nie skorzysta z numeru jej komórki w sposób i w okolicznościach, których by sobie nie życzyła. I oczywiście – że pozostawi go tylko dla własnej wiedzy. ‘Wiem przecież, jak bardzo dbasz o swoją prywatność... Nawet wszystkie komentarze które mi przysyłasz, prosisz, abym nie umieszczał na public„. Tak, Carina, co by nie mówić, ceni Babickiego za jego charm, elokwencje, temperament. Ale przede wszystkim ceni go za dyskrecję. Ich „burzowe” spotkanie w hotelowym pokoju, do dziś nie zakradło się wstawką do któregokolwiek z jego opowiadań. Obiecał – i słowa dotrzymał. Dlatego dziś to już wie: można na nim polegać. Ani mąż, ani znajomi nigdy się nie dowiedzą, nigdy się nie domyślą prognoz pogody sporządzanych przez nią i przez jej synoptyka… Wzięła karteczkę, starannie złożyła na cztery, schowała, by broń Boże nie zginęła. Przyjdzie stosowna chwila, i na pewno zadzwoni.

I oczywiście, po kilkunastu dniach – szukaj tatka latka! Po czarodziejskim „kuponie” uprawniającym do czarodziejskich chwil z synoptykiem wszelaki ślad zaginął. Przepadł, jak kamień w wodę! Prysnął jak kamfora, ulotnił, jak dym. A może tylko zamelinował się gdzie, jak ta pod miotłą szczwana mysz ? Ach! Jakże szukała tej karteczki, jakże zaglądała nawet do torebek, których nie używała od lat, i nic! Nawet roztłukła dziecięcą skarbonkę łudząc się, że wśród złotych grosików, schowała ten najcenniejszy… Na próżno. Grosiki rozsypały się, z żenadą pogrzechotały ze skorupkami, a karteczki jak nie było, tak nie ma. Już zamierzała zmówić koronkę do świętego Antoniego, błagać, prosić gdy… gdy jeszcze raz spojrzała za okno. A tam śnieg, wciąż ten sam śnieg, jak przed godziną, jak przed dwiema, wciąż ten sam, jak?!… Oczywiście! Jak blisko przed dwoma laty, pod koniec lutego! Wtedy, gdy była uczciwa zima! A w czym się chodzi zimą? W zimowym płaszczu. Oczywiście! Musiała ją schować do wewnętrznej kieszonki zimowego ubrania. Gdzieżby indziej?! Tam nigdy nie szukała!…Z trwogą podeszła do szafy, wyjęła futro. „Tak! Jest! Jest moja słodka mała karteczka złożona na cztery, a na niej te piękne, te mądre, kochane cyferki!”

I czy to po gorącej herbacie? czy może po „gorących” wrażeniach z cudownego znaleziska, dość powiedzieć, że nagle poczuła, jak w jej całym środku wszystko parzy. Nie, nie tam żeby czymś gorącym… Parzy słodyczą! Na powrót zapragnęła dotyku jego cudownego torsu, pieszczot jego słodkich ust, jego mocnych, ale jakże delikatnych dłoni, błąkających się bezwstydnie po całym ciele… Znów czuła, jak „tam” robi się wilgotno…

Babicki jechał z Warszawy do Białegostoku swym ogromniastym brązowym Jeepem. Jego agentka po raz kolejny organizuje mu wieczorek autorski. W tym samym hotelu co wtedy, z końcem lutego… Jechał i wspominał.

Minęło już kilkanaście miesięcy od tego wieczoru, w którym wdarła się w jego życie (a być może sam ją wpuścił), wspaniała ciemnooka czarodziejka i została w jego sercu do dziś. Miesiące mijają, a on – poskromiciel i synoptyk wielu wielu fanek wciąż nie może zapomnieć o Karinie. Czyż to nie szaleństwo? Przecież na dniach będzie się żenił!!… Nie zna nawet jej adresu, nie zna komórki, nie ma nawet żadnej fotografii dziewczyny. Nic!

„Zostawiłem jej namiary, ale nie zadzwoniła. Widocznie nie widzi potrzeby utrzymywania relacji w realu. – Rozmyślał, – Widocznie oczekuje tylko wirtualnych kontaktów. O tak! W tych, ta czarodziejka jest dobra. I pracowita. Dzień za dniem zasypuje mnie niekończącymi się komentarzami i sugestiami, prosząc, abym nigdy nie umieszczał ich na witrynie. Widocznie nie chce, żeby ktokolwiek kojarzył ją z moją osobą. Widocznie jest przeszczęśliwa u boku innego… Cóż? Będę musiał się chyba z tym wszystkim pogodzić. Babicki nie z tych, którzy kopią się z kobyłą…”

W jakiś sposób potrafi ją zrozumieć i usprawiedliwia. Wkrótce i on będzie się żenił, dlatego dobrze wie, co to odpowiedzialność, troska, obawy… A mimo to zapragnął podczas wieczoru kawalerskiego napisać dla niej pean i osobiście jej wręczyć jako dowód pożegnania wyklętej, męskiej wolności dumnego samca. Dziwna fanaberia? Może i dziwna, ale czyż cały świat nie jest kuriozalny, ekscentryczny, fantazyjny, nieprzewidywalny, ot – choćby jak ten niespodziewany tu, o tej wakacyjnej porze sierpniowy śnieg?

„Cholera! Dlaczego ją tak pożądam? Nie znam jej prawie. Nawet nie wiem, czy to wszystko mi się kiedyś nie przyśniło”, – użalał się nad sobą nieszczęśliwy pisarz.

„Chcę go znowu, bardzo!…” – wzdychała nad kartką z numerem telefonu Karina.

„Chcę jej znowu!…” – wzdychał nad kierownicą Babicki.

A śnieg wciąż padał i padał, zasypując drogi, domy, drzewa. Padał – zasypując bezlitośnie wszystko wokół, skrywając grzechy wszystkich bez wyjątku bezwstydników tego świata pod swym delikatnym, niewinnym, białym puchem.

Karina podniosła słuchawkę i zamyśliła się. W końcu przemogła się. Wybrała numer, nacisnęła przycisk. Gdy usłyszała sygnał – rozłączyła się natychmiast. Ze strachu? Z braku przekonania? Sama nie wie… Mąż za pół godziny wraca z filharmonii, pewno głodny, zmęczony, i co? Miałaby teraz dzwonić do innego? A tak bardzo chciałaby usłyszeć JB, tak bardzo, bardzo, choćby krótko… Ale wie, że nie powinna, i chyba nie może? On nawet nigdy nie prosił, by zadzwoniła? „Nie prosił? A co to ma do rzeczy – wariatko? Podał numer? Więc przepadł!” – zadecydowała. – Teraz go dopiero go zastalkinguję!” – i po raz pierwszy od znalezienia karteczki roześmiała się serdecznie i z humorem.

– Cześć! Poznajesz?

– Dzień dobry!… Nie, chyba nie. A kto dzwoni?

– Naprawdę nie poznajesz? To ja, Karina! Twoja fanka i komentatorka. W zeszłym roku po spotkaniu autorskim, tu w Białymstoku…

Zatrzymała się na chwilę, nie wiedziała co dalej powiedzieć…

– Karina?! To naprawdę ty? – włączył się do rozmowy. To przecież niemożliwe! Ty żyjesz tylko w mojej wyobraźni i pośród bitów i w blasku laptopa. Chcesz powiedzieć, że naprawdę istniejesz?

– Istnieję. I to jest możliwe. Mówię do ciebie, słyszysz mnie przecież, prawda? A więc musze istnieć!

– Karinko… gdybyś wiedziała, jak bardzo…

– A gdybyś ty wiedział…

Z obu stron linii zapadło bardzo krótkie milczenie.

– A dasz wiarę, że tutaj u mnie pada dziś śnieg? – zapytała.

– Wiem, moja Karinko. Jadę właśnie do ‚Białego”. Właściwie już dojeżdżam…

Znów krótkie milczenie.

– Moja Karinko, – zastanowił się i spytał. – Bardzo chciałbym ciebie teraz zobaczyć. Podaj mi adres, podjadę!

– Nie, Januszku, nie powinieneś.

– Chcę tego! Proszę!

– Nie powi… – zająknęła się, – nie powinniśmy… Ja też tego chciałabym, Januszku. Ale nie mogę. Zaraz mąż wraca z pracy!

– Skoro razem chcemy… droga Karinko, to nikt nie może nam przeszkodzić. Powiedz gdzie? Zaraz podjadę, wyjdź do mnie, błagam! Nawet w domowym szlafroczku, nawet i choćby w kapciuszkach. Chcę ciebie ukraść choćby na dziesięć minut… Proszę, proszę, proszę!

– Boję się!

– Nie bój się, będę z tobą!

Znów krótka chwila ciszy.

– Napiszę ci SMS-a i wyjdę. Tylko czekaj… Zaraz podam adres.

Mąż jak zwykle przyszedł o czasie, odstawiając futerał od wiolonczeli na przedpokoju, aby obsechł. Karina gorąco przytuliła Witka i pocałowała w usta, a następnie zaświergotała, że pilnie musi wyskoczyć do sąsiadki, tej z drugiej strony ulicy, ale tylko na dziesięć minut, że jak tylko wróci zaraz postawi garnki na kuchenkę i obiadek będzie gotów…

Dalej – już wszystko było nieważne. Szybko zarzuciła na siebie kurtkę, i bez bielizny (zrzuciła ją chyżo do kosza w łazience) i ledwie w domowym szlafroczku wybiegła z willi. Między nogami paliła ją czarcia chcica, w brzuchu wściekle szalały motyle. Za grosz nie odczuwając ulicznego chłodu cała płonęła pożądaniem.

On – stał przed samochodem i czekał. Zmęczony, ale cierpliwy. Oto i ona: nie oglądając się ani na boki, ani za siebie w domowych kapciuszkach pędem biegnie po śniegu do niego. Jej oczy – czarownie czarne, jej uśmiech czarodziejski. Wsiedli. Trzasnęły drzwi. Ruszyli. Ręka Kariny na jego kolanie. Tak! Ona chce. On wie, czego chce! Chce, aby wszystko zapłonęło w jej środku. Zawinąwszy autem w najbliższy zaułek zatrzymał Jeepa. Jej chciwe usta układają się w kreskę. Jest gotowa. Jego gorące ręce głaszczą jej spieczone policzki, rozbudzają wyobraźnię do krańca wytrzymałości…

– Chodź do mnie, – szepnęła.

– Chodźmy, – szepnął, – chodźmy na tylne siedzenie.

Sekunda, dwie – i już są na tylnym siedzeniu. Szlafroczek odrzucił do tyłu i jak drapieżny tygrys wpił się wargami w odsłonięte piersi. Jęk – jej…. Krótki, głośny. Jej usta już pod jego podbrzuszem. Jego ręce głaszczą. Jest mu dobrze. Ona jest super. „Rób, rób dalej”… Odwrócił ją, ustawił, wtargnął w nią spiesznie, bez pytania. Szybko się porusza; wewnątrz, zewnątrz. Jeszcze szybciej…Jej palce, jakże on lubi jej palce, które ślizgają się po plecach, nie raniąc. Jej usta, które szukają i dopraszają się pocałunków. I ona taka w środku gorąca, i zżymając się na lewo, prawo pulsuje pod nim całym ciałem.

Karinie dobrze, jak nigdy. Tak szybko nigdy nie dolatywała do bram Raju… Co będzie, jeśli Witek wyjrzy na ulicę i zacznie jej szukać? Co będzie, jeśli zobaczyły ją biegnącą do samochodu sąsiadki? Co będzie… I fala orgazmu przepasła całe ciało i rozlała się po najdalszych zakamarkach. Jezuuu, jak dooobrzeee!!!

Krzyk. Jego krzyk dzikiego lwa. I gorące nasienie na brzuchu. Jemu także cudownie, jak zawsze. Jak z każdą. Łapiąc oddech, całuje jej rozmemłane ciało gdzie popadnie. Chce więcej, niż jeden raz. Ale czas, aby odwieźć ją do domu. Do męża. Obiecał…

Karina nagle roześmiała się głośno. Babicki uśmiechnął się i zawtórował dziewczynie. Sytuacja nie z tych zwyczajnych. I jedno i drugie takie lubią.

Rozmazawszy nasienia po brzuchu zapięła szlafroczek. On – włączył silnik i pomknęli do poprzedniej przecznicy. W milczeniu, nie patrząc na siebie, każde z osobna jeszcze dożywa swe własne emocje….

Wyskoczywszy z nagrzanego samochodu Karina pod osłoną nocy podbiegła do posesji, pozostawiając ślad kapci na sierpniowym śniegu…

Gdy otworzyła drzwi – mąż spokojnie czekał. Na obiad. Przy dźwiękach swej wiolonczeli…

 

Spis treści Cyberprzestrzennych

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *