Olga Winogradskaja

(18+)

– 1 –

– Mesdames et Messieurs – rien ne va plus!

Krupier eleganckim ruchem rzucił kulką wzdłuż obwodu wirującej tarczy ruletki. Przysadzisty mężczyzna w śnieżnobiałej koszuli i czarnym smokingu, oparłszy się o krawędź stołu, beznamiętnie śledził ruch kulki znużonym wzrokiem. Jego dłonie o grubych palcach, jak serdelki, ściskały niemałą garść jednokolorowych żetonów.

Obok niego siedziały dwie starsze, z pomarszczonymi twarzami kobiety, prawdopodobnie siostry – jakoż obie w identycznych czarnych sukniach z falbankami. Na ich zwiotczałych szyjach wisiały diamentowe naszyjniki, na palcach – pierścienie wysadzane brylantami. Twarze kobiet zasuszone jak u mumii nie wyrażały najmniejszych emocji.

Za starszymi paniami stali dwaj młodzi mężczyźni, każdy z wyniosłym i pogardliwym obliczem. Obaj może mieli po dwadzieścia lat. Gdy któraś ze starszych pań odwracała się do nich ich twarze natychmiast nabierały wigoru i łaskawego zainteresowania. Sprawiali wrażenie bycia dobrze opłacanymi żigolakami, świetnie znającymi swój fach, maniery i obowiązki.

Dalej siedziała jakaś dama w czarnej wieczorowej sukni, z długim, acz wąskim, sięgającym nieco poniżej biustu dekoltem. Jak zahipnotyzowana śledziła tor podskakującej kuleczki. Jej smukłe, białe palce, w stylu rasowej pianistki, zdobiły starannie wypielęgnowane, choć bardzo krótko poprzycinane paznokcie. Jej dłonie ułożone na blacie stolika delikatnie drżały. Gładkie, kruczoczarne, równo rozłożone wzdłuż przedziałka włosy, śniada, choć wyjątkowo blada karnacja twarzy, duże jasnoagatowe oczy, wyraziste, długie rzęsy czyniły z niej kobietę o wyjątkowej urodzie i seksapilu. Nie miała chyba dużo więcej lat, niż trzydzieści. Może trzydzieści pięć? Czasem, gdy jej subtelne, wiśniowe wargi zakrzywiały się w nerwowym uśmiechu i gdy z trwogą je przygryzła – odsłaniała swe bardzo piękne, białe zęby. Ruletka tak bardzo pochłaniała jej uwagę, że Janusz Babicki – nadwiślański pisarz przebywający w kasynie incognito – bez umiaru mógł ją sobie obserwować pozostając dla niej całkowicie niezauważonym.

Jadł właśnie wieczorna przekąskę, przy barowym stoliku i popijał starym rocznikowo, gustownym Chianti. Lubił atmosferę i wystrój tego kasyna. Światło żyrandola odbijające się od potężnego lustra (w biało-złocistej ramie), olbrzymie obrazy (też w ciemnozłotych ramach), grube, puszyste dywany, krupierzy w szkarłatnych liberiach i kobiety-kelnerki z odkrytymi ramionami… i wreszcie ci, którzy go najbardziej frapowali: stale zmieniający się goście kasyna (absolutnie cała plejada typów, typków, aferzystek i heroin) – czyniły z tego przybytku znakomite dla niego miejsce badawcze, najwłaściwsze laboratorium dla jego pisarskich obserwacji i ładowania weny twórczej.

Kulka wskoczyła do jednej z przegródek i zastygła w bezruchu. Tylko przysadzistemu mężczyźnie przyniosła szczęście, wszystkich pozostałych pogrążyła we frustracjach i rozczarowaniu. Wyraz szczególnej dezaprobaty odmalował się również na twarzy pięknej kobiety w czarnej, wieczorowej sukni. Straciła. Straciła nie tylko pieniądze, ale także cierpliwość. Jej czarne rzęsy zatrzepotały, delikatny nosek zmarszczył się na chwilę, wargi przygryzły nerwowo białe zęby, oczy przymrużyły… W geście ostatecznej rezygnacji otworzyła swą czarną, oprawioną w złoto torebkę i ociągając się wydobyła z niej prawdopodobnie ostatni, cienki stos banknotów. Po krótkim wahaniu wolnym ruchem wręczyła go sprzedawcy. Ten – plastykową łopatką podsunął do niej niewysoki stos żetonów.

Kobieta obstawiła pole i… znów przegrała. Zajrzała bladym, tępym spojrzeniem w torebkę, ale po chwili podniosła się od stolika i wolno skierowała do wyjścia. Było oczywistym: spłukała się całkowicie, straciła wszystko.

W chwili, gdy wstawała u Babickiego zadźwięczał telefon. Dzwonił asystent. Widocznie musiało zdarzyć się coś bardzo ważnego, bo tyko w takich przypadkach wolno mu było wieczorami dzwonić i absorbować uwagę mistrza.

– Panie Januszu, już po raz kolejny dopomina się o wywiad z panem pani Joanna.  Podobno obiecał Pan, że będzie do jej dyspozycji przez całe jutrzejsze przedpołudnie? … Ale wiem, że nadal przebywa pan zagranicą. Czy mam jej odmówić?

Babicki wciąż nie odrywając wzroku od sylwetki pięknej kobiety w czarnej wieczorowej sukni, której przegrana w kasynie dodatkowo przydawała jej posturze jakiegoś trudnego do opisania, mistycznego dostojeństwa, – przełykając ostatni kęs sałatki zastanowił się przez sekundę…

– Tak, Piotrze, odmów… Bardzo przeproś panią Joannę. Jutro jednak nie wchodzi w rachubę… Zmieniłem plany. Powiedz, że osobiście się do niej odezwę na dniach. Tymczasem możesz ją dyskretnie zachęcić do odwiedzenia kawiarni, tej na Starówce, w której grywa ów nowy, ciekawy saksofonista. Na pewno jej się spodoba…

– Tak! Oczywiście mistrzu, przeproszę, zachęcę…

– No to bywaj zdrów, przyjacielu, bo na mnie pora…

– Dobranoc, mistrzu!

Babicki pospiesznie uregulował rachunek za przekąski, wstał i wciąż nie spuszczając wzroku z sylwetki pięknej kobiety w czarnej wieczorowej sukni ruszył jej śladem. Po chwili stanął naprzeciwko.

– Madame! Przepraszam panią, za mój brak ceregieli, – zwrócił się do niej po francusku, – ale bardzo chciałbym panią poznać, a na moje nieszczęście nie mam tu nikogo, kto mógłby mnie pani przedstawić. Od niedawna przebywam w Monte-Carlo i niestety nie mam tu jeszcze żadnych znajomych. Szanowna pani! – Bardzo proszę dać się mi zaprosić na skromną kolację…

Kobieta z niemałym zdziwieniem spojrzała na Babickiego.
– Proszę pana, ale… – wycedziła słowa w naturalnym zaskoczeniu i zakłopotaniu.

Również mówiła po francusku, choć z wyraźnym rosyjskim akcentem.

– Proszę pana, ale czemu panu tak na tym zależy?… Ten wieczór… To nie był dla mnie miły wieczór…

– No właśnie, dlatego, proszę pani. Proszę mi pozwolić i dać szansę, aby go choć w części odmienić.

– To raczej, szanowny panie, niemożliwe…

– Szanowna pani, nalegam! Bardzo panią proszę!

– Ależ pan uparty! – jeszcze raz spojrzała na niego bacznym wzrokiem, na jego buty, nienaganny frak. Trochę dłużej zatrzymała swoje spojrzenie w jego sympatycznej twarzy… Emanowało z niej jakimś szczerym ludzkim współczuciem i zwykłą dobrocią…- No naprawdę nie wiem, czemu tak bardzo panu zależy… – Odpowiedziała głosem, w którym nadal pobrzmiewały tony rezygnacji, smutku i braku przekonania. Ale po chwili, jakby ważąc w sobie „za” i „przeciw” znienacka odpowiedziała: – A właściwie, czemu nie? Rzeczywiście, jestem trochę głodna…

I wystawiła Babickiemu ramię.

– Zaproszenie przyjęte, dżentelmenie! Proszę prowadzić.

Dziesięć minut później siedzieli przy pięknie położonym stoliku pośród kwiatów i zieleni w małej uroczej restauracyjce nieopodal kasyna.

 

– 2 –

– Mam nadzieję, że zupę serową przygotują jak należy – powiedział do swej towarzyszki Babicki, a następnie spytał: – jakie życzy sobie pani wino?  Proponuję Muscat de Beaumes-de-Venise – rocznik milenijny – znakomita apelacja z Doliny Rodanu.

– Dla mnie wszystko jedno. Zdam się tu na pana… Proszę mi wybaczyć, ja… zdaje się, postąpiłam lekkomyślnie. Najzwyczajniej oprócz pieniędzy zatraciłam swój instynkt zachowawczy i rozum. Naprawdę nie mam w zwyczaju przyjmować zaproszeń na kolację od nieznajomych mężczyzn. Za kogo mnie pan teraz weźmie?… – I spuściła z autentycznym wstydem oczy.

– Proszę pani… Wino jest wyborne… Pyta pani, za kogo? Szanowna pani! Od pierwszej chwili zrozumiałem, że mam przyjemność rozmawiać z prawdziwą damą. A tak a propos: jestem Janusz. Janusz Babicki.

– Olga, Olga Winogradskaja. Jestem Rosjanką. A pan, chyba nie jest Francuzem?

– W rzeczy samej, proszę pani. Nie jestem. Pewno zdradził mnie mój akcent. Jestem Polakiem. Łączy nas, zatem cos szczególnego: oboje jesteśmy Słowianami!

– No, fakt… Ale słyszałam, że w Polsce, niespecjalnie lubią nas, Rosjan…

– To chyba niezupełnie tak, proszę pani, nasze narody zawsze znakomicie się rozumiały i przyjaźniły, gorzej, z politykami i przywódcami.

– Ma pan rację. Sama mam przecież kilka koleżanek w pana kraju.

– Doprawdy?

– O, tak! Dzisiaj poprzez Facebooka poznaje się przyjaciół na całym świecie. Jestem z wykształcenia pianistką. U was, w Polsce, macie bardzo wielu wspaniałych, kochających muzykę melomanów, z którymi uwielbiam dyskutować i dzielić się swoimi wrażeniami… Z niektórymi spotykałam się nawet u nas, w Rosji i w ogóle w różnych salach koncertowych Europy…

Do stolika podszedł kelner. W pięknej porcelanie rozstawił talerze z zupą, ukłonił się i oddalił…

– Powiada pani, pianistką… A czy jest pani czynną pianistką, czy daje pani koncerty?

– Od jakiegoś czasu, już nie… Ale przez kilka lat byłam koncertmistrzem w orkiestrze symfonicznej… Później wyszłam za mąż i jakoś ta moja kariera się sama ukróciła…

– Ach, z tymi karierami, – machnął ręką Babicki, – nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą i dlaczego nagle odchodzą. (I do siebie burknął po polsku: „zupełnie, jak kobiety”). Pani Olgo, bardzo proszę popróbować zupy. Myślę, że miejscowi kucharze nie psują tu jej ani trochę. Mam nadzieję, że filet z pieczarkami będzie równie doskonały…

Jakiś czas przy stole zapanowała cisza. Następnie Babicki spojrzał na zastawę i zachwalił:
– Sos do mięsa jest po prostu wspaniały. Nie skusi się pani, pani Olgo?
– Rzeczywiście. Bardzo smaczny.
– Dobry posiłek zawsze koi moje nerwy, – powiedział Babicki. – Mówiąc krótko: kiedy mam chandrę – natychmiast siadam do stołu. I najlepiej – w dobrej knajpce… I jeszcze lepiej: z sympatyczną towarzyszką, – kontynuował frywolny wywód, – niewątpliwie tak sympatyczną i elegancką, jak pani!

– Pewno ma pan rację, co do uśmierzania nerwów i jedzenia. Ale są takie problemy, których niczym się nie „zaje”… i niczym nie „zapije”.

– Myśli pani o swojej dzisiejszej przegranej? …Dużo pani straciła?

– Wszystko.

– Nie powinna pani uprawiać hazardu, pani Olgo.  Tak czarujące i urodziwe kobiety, jak pani, nie mają szans na jakiekolwiek wygrane ani w ruletkę, ani w karty. U nas w Polsce mawiamy: kto ma szczęście w miłości, nie ma w kartach… A pani – pani Olgo, pani nie ma prawa nie mieć szczęścia w miłości…Jest pani na to zbyt piękna.

Zarumieniła się lekko, choć wywód Babickiego pozostawiła bez słowa komentarza.

– A pan nie grywa?

– Nigdy!

– A mój mąż grał.

– I dużo wygrał? Bardzo się na tym wzbogacił?

– Nie wiem. Bogatym to on był i bez ruletki. Był właścicielem i naczelnym dyrektorem prywatnej huty stali w Czelabińsku.

– A teraz?

– Mąż niedawno umarł. Sam pan zresztą widzi, wciąż jestem w żałobie. Jego dzieci z pierwszego małżeństwa odziedziczyły po ojcu hutę i wszystkie inne pomniejsze biznesy, a mi zapisał naszą dużą willę nad morzem no i zostało też trochę „bieżącej” gotówki. Odziedziczoną willę planowałam przebudować na pensjonat…Ale na to potrzebne mi było dużo więcej pieniędzy. Bardzo dużo pieniędzy… Przyjechałam więc tutaj i poszłam do kasyna…

– Ryzykowne postanowienie, – uśmiechnął się chytrze Babicki.

– Teraz i ja to wiem. – Westchnęła kobieta, – teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko sprzedać willę, rozpuszczać przez całe życie uzyskane z niej pieniądze i pomału stawać się nikim… Przecież ja nic w życiu nie umiem, poza wydawaniem rubli, dolarów i franków! Nawet do koncertowania nie wrócę, bo do tego po latach się nie wraca… Taki to już fach. A być nauczycielką muzyki w szkole – to zajęcie, przepraszam, nie dla mnie.

Słuchając jej użalania Babicki coraz bardziej przekonywał się, że towarzyszka, z którą oto siedzi przy kawiarnianym stoliku – to idealna kandydatka na jego kolejne, wakacyjne łowy: bardzo piękna, inteligentna, a jednocześnie trochę naiwna i jakby na to nie patrzeć – niezależna finansowo. Przecież w takich kobietach gustował zawsze najbardziej. Nawet jej przejawy zakompleksienia i frustracji w jego oczach przydawały jej tylko dodatkowych walorów: łatwiej ją będzie owinąć sobie wokół palca, rozkochać i wykorzystać, a w ostateczności może nawet zaprowadzić do ołtarza? („No, nie, kolego – tylko się nie zapędzaj… Bogate Rosjanki kompletnie nie nadają się na żony. A przynajmniej nie dla ciebie, mon cher ami…”).

– Skoro taką ma pani sytuację, pani Olgo, to może miałbym dla pani coś do zaproponowania? – powiedział chyba nieoczekiwanie nawet dla samego siebie (Cholera! Czy ja nie zwariowałem?!”) – Ja, na szczęście, nie grywam w ruletkę, więc pieniądze jeszcze mam. – I, uprzedzając jej najprawdopodobniej silny sprzeciw, od razu dorzucił: – proszę mi tylko nie odmawiać, pani Olgo. Mogę je pani, oczywiście, nie podarować, a co najwyżej użyczyć, ale za to na najbardziej uczciwych, biznesowych zasadach. Bo tak w ogóle, to poza publicystyką i zmaganiem się z „piórem” – znam się na zarabianiu pieniędzy pewno wcale nie gorzej, niż pani świętej pamięci mąż. W końcu z wyksztalcenia jestem nie humanistą, a ponoć całkiem niezłym i całkiem dobrze zorganizowanym inżynierem…

– Ale… ale czemu? Dlaczego chciałby mi pan pomóc?

– Dlatego, pani Olgo, że tak piękna kobieta nie powinna zawracać sobie głowy zdobywaniem pieniędzy…

Haczyk został połknięty. Towarzyszka Babickiego westchnęła z niedowierzaniem i z podnieceniem. Jej policzki pokryła delikatna poświata.
– Ja … ja nie wiem, co panu odpowiedzieć – powiedziała. – Jestem w szoku! Trudno jest przecież odmówić propozycji, gdy się jest w takim położeniu, jak ja – tonącej osoby, której opacznie w ostatniej chwili ktoś rzuca na ratunek ratunkowe koło…

– Pani Olgo, ale najpierw musiałbym zobaczyć willę, w celu określenia zakresu prac, – rzeczowo skonkludował Babicki. Chyba powinniśmy to wszystko teraz na spokojnie sobie omówić i ustalić szczegóły…Ale na razie zaczekajmy na nasz deser. Zaraz zaserwują przewyborne rogaliki i znakomitego szampana…

 

– 3 –
Późnym wieczorem, gdy już biało-złotawy księżyc wzniósł się nad czarno-fioletowe niebo Monte-Carlo Babicki i jego towarzyszka weszli do hotelu „Excelsior” i skierowali się do rozkosznego apartamentu jego rosyjskiej zleceniodawczyni.
– Dziś, szanowny panie, przez cały czas postępuję wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości, – powiedziała u progu pokoju zalotnie uśmiechając się do Babickiego. – Jadłam kolację z mężczyzną, którego widziałam w życiu po raz pierwszy, piłam z nim szampana, wypiłam wcześniej całą butelkę Muscata i na koniec zaprosiłam go do swojego pokoju. I to wszystko dzieje się, gdy wciąż pozostaję w nieutulonej żałobie po mężu…

To, co miało się zaraz stać było dla nich jasne od samego początku.
W pokoju, który służył za sypialnię, ani przez sekundę nie zamierzała opierać się subtelnym i początkowo niewinnym uściskom i pocałunkom Babickiego. Za to ona – na jego nieśmiałe pieszczoty odpowiadała gorąco i namiętnie, jakby zachęcając do obowiązkowego ciągu dalszego. I dalszy ciąg, rzecz jasna, nastąpił. Bez rozłączania się od jej słodkich ust – Babicki podniósł ją i zręcznie zaniósł do szerokiego łoża. Ułożywszy w ledwie rozścielonej pościeli zaczął delikatnie i czule całować po każdym kawałeczku jej nieosłonionego długim dekoltem ciała. Miała miękką, wyjątkowo aksamitną skórę. Nie spieszył się muskając ją ustami i upajając się tym, jak spontanicznie i bez najmniejszego oporu poddawała się jego pieszczotom, jak stawała się gorętsza, coraz bardziej gorętsza i całkowicie mu powolną.

Po kilku minutach przejechał palcami po jej jedwabnej sukni od pasa do samego dołu nóg, ułożył dłonie na jej kostkach osłanianych przez cienkie, pończośniane stopki i wsunął palce tuż pod ich elastyczne koronki.

– Jakaś ty cudowna w dotyku, – szepnął do ucha Olgi. Całe Twoje ciało jest cudowne…

Przytuliła się do jego piersi, delikatnie masując Babickiego po torsie, po biodrach…
– Pozwól, że cię rozbiorę, – szepnął.

– Tak, – bardziej westchnęła namiętnie, niźli przemówiła.

Rozwiązał sznurówki sukni umiejscowione na plecach, nieco ściskające swą plecionką jej wcale nie obfitą talię, rozsznurowany jedwabny materiał następnie zaciągnął bezszelestnie z dołu do góry, jakby wyswobadzał węża z przenoszonej powłoki. Pozbawiając Olgę kolejnych fragmentów odziania na przemian nieustannie całował jej słodkie wargi i jej coraz bardziej poodkrywane części ciała, w tym cudownie odsłonięte wzgórki niedużych, acz bardzo seksownie śniadych piersi. Na końcu odpiął wąski pasek, wyciągnął go wraz z podwiązkami i ustami przewędrował po jej nogach aż do samych stóp.  Zatrzymał się tu kilka chwil, aby bardzo metodycznie i dokładnie dopieścić ustami każdy paluszek u każdej nogi z osobna.

…Zesztywniała, gdy zaczął zsuwać z niej bawełniane spodenki.

– Czy coś się stało? – spytał. – Coś nie tak?
– Nie, nie, wszytko dobrze, – odpowiedziała nieśmiało. – Po prostu jestem już prawie golutka przed tobą, a ty …nawet jeszcze ciebie nie zobaczyłam…
– Moja śliczna dziewczynko… jaka jesteś cudowna! – szepnął Babicki, chłonąc nieprzytomnymi oczyma jej niemal całkowicie bezbronną sylwetkę.– Takim powinno być i takie pozostanie w mym sercu po wieki twoje nieziemskie, twoje boskie ciało. Już, juz, już, już i zaraz mnie zobaczysz, moja kochana dziewczynko, już za chwileczkę.

Mówiąc to szybkimi ruchami pozbawiał się koszuli, spodni, resztek odzieży i bielizny. Po chwili stał już przed nią jak posąg mitycznego Adama.

– Jak na swój dojrzały wiek – twoje ciało też niczego sobie, – stwierdziła ze znawstwem Olga mierząc go śmiałym spojrzeniem od góry do dołu i znów od dołu do góry i jeszcze raz znowu.

Babicki stał spokojnie pozwalając jej uczyć się całej swej sylwetki na pamięć. Olga wolno podeszła do niego, przesunęła dłonią po jego krzaczastym torsie, po lekko naprężonym brzuchu a następnie z największą ostrożnością klęknęła przed nim, dotknęła i pogłaskała dawno już postawione na baczność jego buntownicze przyrodzenie. Za dotknięciem nowego impulsu jeszcze bardziej uniosło się do góry, a jego główka rozpaliła się jasną czerwienią jeszcze bardziej czerwieńszą, niż rubin.

Dziarskim, zdecydowanym ruchem uniósł ją na powrót o pionu, sprawnie ściągnął z niej krótkie bawełniane spodenki a wtedy ona na poły ze wstydu, na poły z afektacji upadła plecami na łóżko, zaciągając na siebie cały jego męski, nabrzmiały, sprężysty tors, a wraz z nim płonące z pożądania całe jego ciało. Bezzwłocznie osunął się do jej rajskiego zakątka, gdzie ujrzał rozkoszny, naprężony, różowy batonik rozpływający się w całej swej krasie. Rozczapierzonymi palcami i świdrującym językiem umościł wejście do jej tajemniczej głębi… Gdy po raz kolejny z rzędu muskał roztańczonym językiem różowy batonik, zlizując z niego i z płatków łonowych krople życiodajnej rosy – Olga wydała głośny, przeciągły jęk i jej całe spięte dziewczęce ciało zadrżało w żarliwych konwulsjach. Chwyciła jego głowę, przycisnęła do swego serca… Jak pozbawiona akwenu ryba z trudem chwytała oddech…
Babicki wyprostował się niczym huzar gotowy do ataku, wzdłuż całej jej spiętej postury przylgnął do ciała Olgi i powoli zaczął zagłębiać swój nabrzmiały i twardy jak stal członek w jej boskim zakątku kobiecości. Od doznawanej rozkoszy jego branka co chwila wydawała stłumione jęki i na przemian cicho pokrzykiwała. Trwało tak kilka cudownych, boskich minut. Nagle, cała jej sylwetka zesztywniała i wsparta sprężystymi nogami uniosła się nieco nad pościelą… Zaciskając Babickiego w biodrach krzyknęła z przerażeniem:

– Januszu! Ty mnie sobą zabijasz!! Ach, mój kochany…!

W jednej chwili scalili się ze sobą bez reszty w idealny, doskonały kokon a ich wspólne spazmatyczne okrzyki zlały się w jedno bezartykulacyjne brzmienie…

– Teraz jesteś mój, – po kilku chwilach niezbędnych dla powrotu do rzeczywistości przemówiła do niego zupełnie bezdźwięcznymi słowy, głosem jakby bezwolnym i wyzbytym z energii, – nawet, jeśli mnie porzucisz, odejdziesz do innej, nawet gdy znikniesz z mego świata – to i tak nikt mi ciebie z ciebie nie okradnie…

– Nie rzucę cię, jeśli mnie nie przegonisz, – odparł Babicki głaszcząc delikatnie po jej twarzy swą równie bezsilną, beznamiętną dłonią.

– Chodźmy do wanny. Cala jestem zalana potem i boję się, że za chwilę będę nieprzyjemnie pachnąć, – kontynuowała Olga nieco już nieco bardziej ożywionym głosem.

– Olgo, kochana, Ty nie jesteś w stanie nieprzyjemnie dla mnie pachnieć! – zaprotestował Babicki.
Mimo to Olga ciężko, ale jednak podniosła się i wstała o własnych siłach. Wstała i odeszła od łóżka ledwie na krok. Ujrzał ją wtedy całą od głowy do nóg i po raz kolejny popadł w nieskrywany zachwyt.

– Och, Olgo, ależ jesteś piękną kobietą! Tak piękną, jak olimpijska bogini! – spontanicznie westchnął po raz kolejny oczarowany jej nieziemskim ciałem…

– Chodź ze mną, kochany, do wanny, wykąpiemy się wspólnie. Przed nami jeszcze długa, jeszcze bardzo długa noc…

– 4 –

Śnieżno-seledynowy, majestatyczny dostojeństwem kształtów Majbach na rosyjskich numerach rejestracyjnych bezszelestnie sunie po strzelistej, sięgającej horyzontu autostradzie. Za kierownicą – Janusz Babicki, obok niego Olga Winogradskaja. Jadą już trzecią dobę z rzędu, po drodze zatrzymując się na noc w przydrożnych hotelach i przystaniach. Do celu jeszcze tylko kilka godzin monotonnej podróży…

*

Malownicza, przestronna willa należąca do Olgi, rozłożycie umiejscowiona nad brzegiem morza, ogrodzona była wysokim murem z białego granitu. Od bramy do piętrowej fasady prowadziła do niej aleja ułożona z identycznych, białoszarych płyt. Po obu stronach alejki pięły się do nieba wysokie tuje. Ściany willi miejscami zdobiły mozaiki przedstawiające dzikie kwiaty, lwią jednak część jej powierzchni pokrywały ciemnozielone, winogronowe pnącza. W przeszklonych ścianach komnat jaskrawym blaskiem odbijały się promienie południowego słońca. Te właśnie promienie już z oddali witały swym przedwieczornym blaskiem nadjeżdżających gospodarzy.

Pozostawiwszy samochód na podjeździe Olga chwyciła Babickiego za dłoń (nieoczekiwanie składając na niej buziaka) i dziarskim krokiem poprowadziła do swej nadmorskiej oazy. Wspinając się po szerokich, alabastrowych schodach już po chwili wkroczyli do jej słonecznego wnętrza.

Babicki ujrzał przed sobą olbrzymi salon gościnny z bardzo wysoko podwieszonym sufitem i podłogą wyłożoną płytkami z polerowanego kamienia. W głębi komnaty umiejscowiony był pokaźnych rozmiarów kominek, a przed nim rozłożysta kanapa. Wzdłuż ścian poustawiane były obite czerwonym brokatem fotele, stylizowane na staroweneckie krzesła. W zagłębieniu między okiennymi wnękami usadowione było potężne lustro; wznosiło się od podłogi do niemal sufitu. Na przeciwległej ścianie wisiały dwa obrazy. Jeden przestawiał romantyczny krajobraz: szaro-błękitne niebo, nad spokojnie rozpostartym morzem z odległą, samotną małą żaglówką, drugi – leśną polanę otoczoną gęstymi drzewami, na której grupa obnażonych mężczyzn i kobiet wesoło o czymś dyskutowała; pośród nich tylko jedna osoba była w surducie i niosła tacę w dłoniach – kelner. Pod obrazami stał mały stolik, obok sofa, pod sofą dywanik. Dalej za wysokimi drzwiami znajdowała się jadalnia z podłużnym, owalnym stołem. Pierwsze jej drzwi wychodziły na kuchnię, drugie – na korytarz. Z niego można było przejść do jednej z czterech komnat. W pierwszej stało szerokie łóże pod czerwonym baldachimem, toaletka z lustrem i garderoba z niezliczonymi drzwiczkami. Z sypialni można było dalej przejść do niedużej komnaty łaziennej, z białośnieżną dwuosobową wanną, dwiema umywalkami, kryształowym, kompaktowym sedesem i w identycznym w stylu – kryształowym bidetem.

– To była nasza sypialnia. – Poinformowała Olga. – Tu, z Andriejem Andriejewiczem prawie każdej nocy kochaliśmy się… do czasu, gdy nie zaczął pic. Z roku na rok – coraz więcej. W zeszłym roku, gdy hucie odebrano koncesję na produkcję dla wojska – zapił się na umór, – wyjaśniła bez cienia skrępowania. – Od jego śmierci już tu nie sypiam. Mam obrzydzenie do tej komnaty i poza tym… boję się.

– A skąd mieliście pieniądze, aby dorobić się takiego całkiem pokaźnego majątku? Przecież jeszcze niedawno wszyscy obywatele Związku Radzieckiego żyli jak w komunie?!

– Wszyscy, nie wszyscy… Nie wierz takim bajkom. Różnie bywało. Gdy ktoś umiał kombinować – nie brakowało mu niczego. Takim był mój Andriusza. Był naprawdę zaradnym człowiekiem. Gdy Putin doszedł do władzy nastąpił wtedy czas dla takich, jak on: młodych ludzi, żądnych sukcesu, przedsiębiorczych, obrotnych, z tupetem… Od razu zaimponował mi, gdy po moim recitalu dyplomowym kazał wnieść na scenę kosz z dwoma tysiącami róż (świętowany był wtedy rok dwutysięczny). Zresztą, tego samego lata kończyliśmy nasze studia: ja – konserwatorium, on – politechniczny instytut. Wcześniej, jeszcze za Gorbaczowa – ojciec Andriuszy był dyrektorem czelabińskiego sowchozu. Po prywatyzacji sowchozu, już za czasów Jelcyna, całe środki uzyskane ze sprzedaży jego udziałów ulokował w podupadłej hucie, licząc, że jego syn – student metalurgii dobrze będzie wiedział, co i jak w niej usprawnić, jak zmodernizować i co potem z niej wycisnąć? I nie pomylił się. Mój Andriusza, gdy tylko ukończył instytut został mianowany przez ojca dyrektorem huty – a ja, jego żoną…

– Teść mianował cię żoną?

– Oj, przestań, żartownisiu… Tak a propos: byłam jego drugą żoną. Z pierwszą miał dwoje dzieci (bliźniacy), ale szybko się rozstał, gdy tylko Rebeka oznajmiła, wykorzystując skrzętnie zdobycze pieriestrojki, że planuje na stałe wyjechać do Izraela.

– A wy, czemu nie mieliście dzieci?

– Nie było na to czasu. Najpierw ja – chciałam realizować się jako pianistka, a gdy w końcu zrozumiałam, że dużo łatwiej umiem wydawać pieniądze, niźli grać na fortepianie, mój Andriusza popadł w alkoholizm…

– Smutne…

– Takie jest życie… Ale zaraz, na czym ja skończyłam? Acha!…  Widząc jak sobie radzi w nowej rzeczywistości ojciec przepisał na niego całe aktywa i, krótko potem – zmarł. A Andriusza – łebski chłopak, niestrofowany wreszcie przez nikogo, a szczególnie przez ojca, za życia którego cały czas czuł do niego wielki respekt – dopiero wtedy rozwinął skrzydła: dowiedział się, z kim się ułożyć, do których drzwi zapukać, z kim wypić, z kim pojść do bani, komu posmarować, aby zdobyć zamówienia z wojska. Zresztą, nie tylko z wojska. I zdobył, i zdobywał: z roku na rok coraz więcej.

– Pieniędzy, więc nigdy nie brakowało?

– Nigdy…

Obok sypialni znajdował się gabinet, jak przystało na gabinet przedsiębiorcy – z wielkim hebanowym biurkiem i olbrzymim fotelem. (Oczyma wyobraźni Babicki ujrzał siedzącego za biurkiem właściciela huty, pochylonego nad grubą księgą przychodów. Pogrążony w lekturze wykresów i tabelek nawet nie zwracał na nich uwagi, jedną ręką przewracając karty w księdze, drugą dozując sobie szklaneczkę z drinkiem).

Jedna ze ścian – od podłogi po sufit – przykryta była regałem uginającym się od natłoku ksiąg i skoroszytów, na drugiej stał nieduży barek. Sądząc po zawartości barku – jego „właściciel” przepadał za wysokoprocentowymi trunkami. Wystrój pracowni uzupełniały wełniany dywan i para krzeseł naprzeciwko okna.

Dwa pozostałe pokoje miały charakter gościnny. Wyposażone były w lekkie meble przeznaczone dla niedługiego w nich przebywania. W końcu korytarza usytuowana była ponadto druga, nieduża łazienka z oddzielnym WC.
Po niezbyt szerokich schodach Babicki i gospodyni willi przemieścili się na piętro. Tu znajdowała się przestronna, słoneczna sala balowa i trzy nieduże pokoje.
Jeden – przeznaczony był do gier w karty, drugi – to taka typowa „babska plotkarnia”. Składał się z dwóch połówek: przód był miejscem wypoczynku dla strudzonych tańcem pań, gdzie na mechatych ławeczkach mogły chwilę odpocząć i poplotkować. W tylnej połowie – panie miały możliwość poprawić swoją toaletę i wygasić jakieś przypadkowe między nimi spory. Trzeci pokój służył, jako palarnia.

W trakcie inspekcji domu Babicki żywo dyskutował z Olgą próbując się dowiedzieć, jakie zmiany chciałaby wprowadzić do rozkładu willi, co trzeba naprawić, skorygować, co wyremontować albo w ogóle: co chciałby wyburzyć i postawić od nowa. Odniósł jednak wrażenie, że jej wizja i wiedza na temat sugerowanych zmian była, oględnie mówiąc, skromna.

– Trzeba będzie ściągnąć dobrego architekta, rzekł do Olgi. – Jestem pewien, że w willi można by umiejscowić siedem wygodnych apartamentów. Jeden na parterze, sześć na piętrze. Pięć apartamentów jednopokojowych i dwa – po dwa. Koniecznym także będzie lepsze zagospodarowanie terenu wokół domu.
– A ile to będzie kosztować? – Zapytała Olga. – Doprowadzisz mnie do takiego zadłużenia, że nigdy nie będę w stanie cię spłacić.
– Dom powinien generować niezły dochód, – powiedział Babicki. – Jeśli odstąpisz mi część willi i zostaniemy współwłaścicielami to żadnego długu u mnie mieć nie będziesz… Jak chcesz, to zaraz mogę ci z grubsza oszacować koszty przeróbek i napraw.
– Pomyślę o tym, – po krótkim milczeniu odpowiedziała Olga. – Obiecuję!

 

– 5 –
Remont domu oraz zagospodarowanie ogrodu zajęło niecałe trzy miesiące. Kosztowało Babickiego trochę więcej niż honorarium za publikację jego najnowszego netowiska. („Nic to – szybko się zwróci!”). Na szczęście bez trudu wynegocjował z Olgą, że za całość poniesionych kosztów ona, – jako właścicielka – odstąpi mu (odsprzeda) ¼ willi – a konkretnie: będzie miał do wyłącznej dyspozycji dwa apartamenty: jeden dwupokojowy i jeden pojedynczy. On – Janusz Babicki –  poważnie zastanowi się nad propozycją, aby przenieść się z Polski do Rosji, gdzie w zacisznej willi będzie mógł w spokoju kontynuować swą działalność misyjną („Chyba ta kobieta upadła na głowę! Ale skoro jej zależy na takiej obietnicy, – to proszę bardzo! On, Janusz Babicki, nie bez kozery uznawany jest za mistrza w rzucaniu podobnych słów na wiatr). Spisali w notariacie umowę. Wypili szampana.

W międzyczasie, przebywając tu, kilka tysięcy kilometrów od domu, wielokrotnie otrzymywał alarmujące telefony z Polski, w których jego asystent przekazywał mu coraz większe zaniepokojenie jego nieobecnością manifestowane przez środowiska nadwiślańskich literatów.

– Mistrzu, a ta Joanna z Kuriera Szaflarskiego, codziennie niemal mnie zaklina i prosi o namiary do pana. Już nie wiem, jak jej odpowiadać?…

– Wykombinuj coś, za to ci przecież płacę…

– Ostatnio, coś sobie ubzdurała i nawet zaczęła podejrzewać, że wyjechał pan na wakacje w towarzystwie redaktor Fille, bo, jak twierdzi: „… i dziwnym trafem redaktor Fille od kilku miesięcy zniknęła z Szaflarskiej anteny…”

– Spokojnie, Piotrze, spokojnie. Wkrótce wracam. Musze tu tylko jeszcze poukładać kilka prostych spraw… A redaktor Fille, jak ją spotkasz, pozdrów serdecznie ode mnie. Tu jej, w każdym bądź razie, nie ma… Z tego, co wiem, chyba wyjechała za mężem do Niemiec. Ach, jeszcze jedno… Możesz w moim imieniu obiecać pani Joannie, że będę miał dla niej sympatyczną niespodziankę.  Za jakiś czas ugoszczę ją w willi nad Morzem Czarnym… Ale tę informację, proszę, na razie pozostaw tylko dla siebie…

– Januszku, z kim rozmawiasz? – Zawołała z podwórza Olga

– To sprawy biznesowe, kochanie. Zaraz kończę.

– Musze kończyć, Piotrze. Mam nadzieję, że wrócę w przyszły weekend. Szykuj dla mnie jakieś nowe show i nowe ciekawe kontrakty, a pani Joannie obiecaj, ze najdalej jutro osobiście do niej zadzwonię!

– Się robi, mistrzu!

– Powodzenia…

 < poprzednia          następna >

powrót do Cyberprzestrzennych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *