Ostatnie delirium

– 1 –

Katarzyna stała przy oknie i patrzyła na podwórko. Jej kasztanowe włosy rozwiewał rześki, wiosenny wiatr łaskocząc śniade ramiona osłonione jedwabną lizeską. Błękitnoszare oczy spod długich drżących rzęs spoglądały na świat z ogromnym entuzjazmem i nadzieją.

Pierwsze piętro to idealne miejsce dla cowieczornych obserwacji współlokatorów. Lubiła się im przyglądać. O każdym mogłaby opowiedzieć odrębną historyjkę, a że miała wyobraźnię i dar do fantazjowania byłyby to z pewnością historyjki pikantne a już z pewnością nietuzinkowe.

Była w Warszawie przejazdem. Zatrzymała się w mieszkaniu swojego przyjaciela Patryka, wpływowej osoby w środowisku muzycznym, skądinąd – znanego także pedagoga i publicysty. Obiecał jej dopomóc w staraniach o zorganizowanie wywiadu ze światową znakomitością, divą scen operowych, wybitną interpretatorką partii sopranowych Mozarta. Niestety, dziś rano musiał nagle wyjechać do rodzinnego Poznania. Służbowe mieszkanie zostawił pod jej opieką. Samej – trochę jej w nim markotno, trochę smutno…

Stojąc przy oknie ujrzała, jak na drewnianej ławce, w podwórku, siedział schludnie ubrany młody mężczyzna: spodnie – Levisy, kurtka – Wranglera, na dłoniach gustowne, skórzane, białe rękawiczki. Siedział i czytał jakąś książkę. Był dość szczupły; sposobem poruszania sprawiał wrażenie osoby, dla której aktywny sport jest codziennością. Mięśnie, zwłaszcza w ramionach, silnie uwypuklone, ładny, prosty nos, jasne włosy. Dolną połowę twarzy miał lekko nieogoloną, prawdopodobnie nie za sprawą niedbalstwa czy porannego zapomnienia, raczej, oceniła, należał do mężczyzn, którzy świadomie i z poczuciem estetycznego smaku celowo pielęgnują kilkudniowy zarost. „Może też jest dziennikarzem? A może jeszcze studentem? …Też jest dziennikarzem? – przecież sama w tym fachu stawiam ledwie pierwsze kroki. Tak, czy siak – sympatyczny!” – pomyślała. „Prawdopodobnie mieszka w pobliżu. Tak! Zdecydowanie fajne ciacho!”

Wczoraj też go widziała. Dwa, lub trzy razy nie spiesząc się przechodził pod jej oknem. Gdyby mieszkali w Chinach – na pewno od razu zostaliby przyjaciółmi. Mężczyzna przecież widział, że na niego patrzy, ale on – bezdusznik – absolutnie nie zwracał na nią uwagi. Nawet wtedy, gdy ostentacyjnie wytężała wzrok chcąc dostrzec, jaką czyta książkę? W Chinach – zostaliby przyjaciółmi. „No ale tu – nie Chiny. Tu Warszawa.”- Westchnęła z rezygnacją i poszła spać.

 

– 2 –

W sobotę za dnia chłopaka nie było. Ale wieczorem otworzyła okno i zobaczyła go ponownie. Znów z książką w rękach, ale tym razem obok jego ławki leżała markowa, sportowa torba. „Przyszło moje ciacho, nie zagubiło się!” – Już raz na zawsze postanowiła tę ksywkę przypisać nieznajomemu. „Co też tak wyczytuje? Podręcznik? A może jakiś romans? Na pewno w domu nie ma warunków, by spokojnie sobie czytać… O! Biedaczyna!”

Katarzyna znalazła wśród patrykowych szpargałów jakąś czystą kartkę, ołówek i gumkę. Dokładnie wymyła deskę do krojenia chleba, starannie ją wytarła i przykleiła do niej skoczem kartkę. „Dobra! Zabawię się w rysownika. Może zresztą odnajdę w sobie prawdziwy ukryty dotąd talent?”. Lubiła takie zabawne wyzwania. W ogóle lubiła nowe zadania i nietypowe okoliczności.

Otworzyła logię, która też wychodziła w kierunku podwórka. Wyniosła krzesełko. Usiadła… Dawno nie rysowała. I niedziwne, że początkowo ołówek kiepsko słuchał się jej palców. Ale skupiając się na zadaniu z satysfakcją spostrzegła, portrecik z minuty na minutę staje się czytelny. Śmiałymi pociągnięciami kreski chwyciła charakterystyczne rysy nieznajomego: wąskie czoło, duże, jasne oczy, lekko nabrzmiałe, nieduże usta, zwyczajny, prosty, nieduży nos. I jasne włosy, z tyłu ukształtowane w elegancki kancik, z przylizanym przedziałkiem i z krótką grzywką z przodu. Portrecik robił się jak żywy. Starała się także oddać w nim nieco kwaśny obraz jego fizjonomii, szczególnie, gdy wziąwszy w rękę improwizowany portret wstała i spoglądając na „swoje ciacho” nanosiła ostateczne szlify. Chłopak, gdy oczywiście spostrzegł czym się zajmuje – natychmiast dosłownie podskoczył, jak sprężyna. Widać było, że jest bardzo zły. Natychmiast oddalił się i schował za stare topole, które rosły na tyłach podwórza.

„Za późno, mój malutki!” – z uśmiechem skwitowała Katarzyna, z satysfakcją lubując się efektami swojej pracy. „O tak! Thomas będzie ze mnie dumny”. Myśląc o Thomasie poczuła motyle w brzuchu. Jej narzeczony, zresztą – sam z upodobania artysta-amator wiele razy zachęcał ją do rysowania. Teraz, widząc takie akuratne dziełko z pewnością jej odpłaci buziakiem… „Pa! Pa! – słodki chruściku!” – i sama też posłała buziaka w kierunku, w którym mężczyzna postanowił zniknąć.

Zdrowo i szeroko przeciągając się po skończonym zadaniu pomyślała: „mimo wszystko fajnie w tej Warszawie!”. Przymknęła, lecz nie zamykała logi. „Niech się przewietrzy w mieszkaniu! W końcu – to już wiosna!”. Trochę zgłodniała. Przeszła do kuchni, zaparzyła herbatę, odgrzała sobie pierożki, które sama lepiła dziś rano.

 

– 3 –

Długie, skośne cienie drzew robiły się coraz gęstsze i dłuższe i wreszcie, wraz ze zmrokiem, pokryły całe podwórko. Zrobiło się już całkiem ciemno, ale latarnie wciąż pozostały niezapalone. Katarzyna znowu podeszła do okna, otworzyła jedno skrzydło  Chłopak wrócił i siedział na swej ławce, czytając niemal w ciemności. „Co on tam widzi? Dziwak chyba jakiś”.

W tym czasie, z sąsiedniej klatki wyszedł na spacer z małym psem Yorkshire Terrierem otyły mężczyzna w średnim wieku. Chłopak spojrzał na niego i szybko się poderwał. Wrzucił książkę do torby. Wyciągnął z niej jakiś futerał, zarzucił rzemień na ramię i ruszył w jego stronę. Szedł zupełnie bez pośpiechu, nie patrząc na niego, dopóki się nie zrównali. Potem jakoś leniwie odwrócił, powiedział coś do niego krótko i rozległ się głuchy trzask. Mężczyzna dziwnie się zakołysał, wyciągnął ku niemu dłonie, jakby próbował się go schwycić i upadł. Chłopak schylił się nad nim, przyłożył coś do jego głowy i rozległ się jeszcze jeden głuchy trzask, jakby trzepanie dywanu.

Chłopak szybko schował futerał do torby i rozejrzał się. Zobaczył Katarzynę w oknie. Ta z przerażeniem nagle zrozumiała, co się stało, głośnym walnięciem zatrzasnęła okno. Groza i absurdalność zdarzenia oszołomiła ją. Odskoczyła w kąt pokoju i zdrętwiała. Drobny, paskudny dreszcz trząsł jej ciałem. Nie mogła zebrać myśli. Czuła obrzydzenie i paniczny strach. Natychmiast pociemniało w jej oczach. Cały świat, wszystko nagle zniknęło, jakby przykryte jakaś niewidzialną ciemną zasłona. Było zimno i pusto. Po około pięciu minutach, kiedy szok opadł, ostrożnie, na drżących nogach podkradła się do okna. Stanęła z boku framugi i z bijącym sercem spojrzała na podwórze. Nic się nie zmieniło. Mężczyzna, jak leżał – leży, a wokół biega jego pies. Tylko tuż obok mężczyzny pojawiła się ciemna plama i powiększała z minuty na minutę. Chłopaka nie było. I w ogóle nikogo nie było wokół.

Pochłonięta swymi myślami i tym, co zobaczyła nie usłyszała, jak ktoś ostrożnie wspinał się po piorunochronie. Nie dojrzała subtelnego cienia, który szybko przemieścił się na jej logię. Gdy stanął przed nią nawet nie krzyknęła. W ogóle nie była wstanie wymówić żadnego słowa… Zabójca wyglądał na zmęczonego, a w jego oczach czaiło postanowienie doprowadzenie rozpoczętego dzieła do końca.

 

– 4 –

– …Domyśla się pani, po co przyszedłem? – Spytał chłopak krzywiąc uśmiech na twarzy.

Milcząc kiwnęła z rezygnacją głową.

– Sama pani sobie winna.

Znów kiwnęła głową.

– Jest ktoś jeszcze w mieszkaniu?

– Nie…, – odpowiedziała zduszonym szeptem, a głos wydał jej się jakiś obcy i nieznajomy i brzmiał jakby z oddali

– Pokaż, co narysowałaś.

Trzęsącymi się rękoma wyciągnęła z szuflady kartkę z jego wizerunkiem.

– No, no! – Zabójca z uznaniem spojrzał na Katarzynę.  – Obrazek niczego sobie!

Uśmiechnęła się z zażenowaniem i przepraszająco rozłożyła ręce. Chłopak bardzo powoli, dokładnie na cztery razy złożył kartkę i umieścił ją w bocznej kieszeni torby.

– Bierzemy na pamiątkę. Nie masz nic przeciw? – Powiedział i zaśmiał się uprzejmie.

– Nie mam, – westchnęła.

– Jeszcze by miała! Kogo to obchodzi. No, ale nieważne. Ważne co innego. Jeśli narysowałaś raz, możesz dla kogoś powtórzyć raz drugi… Możesz?

Katarzyna milczała cała w środku zżęta ze strachu. Uczucia, myśli, umysł, świadomość – wydawało się, przemutowały w niej w jakieś bezwładne jednokomórkowce, które kompletnie nie rozumieją, co się tu dzieje.

– Mogłabyś powtórzyć ten rysunek?… Pytam ciebie! – Podniesionym głosem ponowił pytanie.

– Tak! Tak! Mogłabym, – wzdrygnęła się, jakby w udarze.

– Nie kłamiesz… To mi się podoba. Zabiję cię bezboleśnie. Jak tamtego. Widziałaś – nawet nie jęknął.

Powoli wyjął z torby wąski pokrowiec, rozpiął. Wyciągnął pistolet, założył tłumik.

– Umieranie nie jest straszne, jeśli dokonywane przez profesjonalistów. Czasem tylko symbolicznie przyjdzie pocierpieć, a może nawet i nie. Ale na pewno jest lepiej spotkać profesjonalistę niż szczawika, który boi się i dla którego to pierwszy raz. Ja, na twoje szczęście, mam praktykę. Robiłem to więcej niż jeden raz, więc niczego się nie bój. Rozluźnij się. Rozluźniłaś?

– Nie!

-O! Głuptaska – z żalem powiedział zabójca. – Tym gorzej dla ciebie.

Pistolet był mały, ale długi, a może tak wydawało się z powodu założonego tłumika. Jego zimna stal połyskiwała matowym blaskiem, mimowolnie przyciągając wzrok Katarzyny. Z pewnością tak właśnie hipnotyzerzy – wykładając na seansie błyszczące kulki – pozbawiają swych pacjentów świadomości i woli. Wziął miękką bawełnianą szmatkę w szarym kolorze i, nie zdejmując rękawiczek, zaczął powoli wycierać broń z jakiegoś niewidzialnego pyłu.

– Głupia, mała kula. Śmierć od kuli w czaszce jest najłatwiejsza. Kula – jako narzędzie – udała się naszym przodkom. Oczywiście, być może przyjemniej jest po prostu umrzeć z powodu przedawkowania narkotyków. Ale to nie nasz teraz temat, prawda?

– Nie wiem, o co panu chodzi.

– Nie nadążasz? To nic. Nastrajam się do roboty… W śmierci, oczywiście, niczego nie może być przepięknego; no, chyba że w śmierci tej – ze starych, wojennych filmów. Najlepiej – radzieckich. Takiej – nie obiecuję. Zresztą, wszyscy filmowcy kłamią. Śmierć jest prawie zawsze straszna. Śmieszna, nawet powiedziałbym… Ale co zrobić? Ktoś musi się nią zająć. Wszyscy kiedyś zostaniemy nieboszczykami. I ty, i ja. Cóż… ty trochę wcześniej.

Zakończył przecierać broń. Tak, jak uprzednio starannie składał na cztery portret, tak teraz identycznie – na cztery złożył szarą szmatkę i umieścił w tej samej bocznej kieszeni.

– Gdzie chciałabyś?

– Co? – z przerażeniem zrozumiała, ale spytała bezdźwięcznym tonem, w nadziei, że jest w błędzie.

– Gdzie mam to zrobić? W kuchni? W łazience? Wybieraj…

– Nie wiem.

– A może tutaj? Ja i tutaj mogę, – łagodnym tonem zaproponował.

– Tutaj na pewno też można, – bezwolnie i w otumanieniu potwierdziła.

– Można, nie można… potulna, jak baranek! Może chcesz o coś poprosić przed śmiercią? Może papierosa zapalić?

-Ja… nie piję i nie palę… Jestem tu grzecznościowo u przyjaciela… To jego mieszkanie.

– Widzisz ją! „nie piję i nie palę…” – przeciągając, naśladował jej mowę. – Więc zdrowiuteńka umrzesz.

– …I mam jutro przeprowadzić bardzo ważny wywiad z wielką operową gwiazdą, a potem muszę wracać do domu. – dorzuciła.

– Mam, muszę… Każdy zawsze coś ma i coś musi… Masz szczęście. Ty już nic nie będziesz musiała… Zaraz, co powiedziałaś? Wywiad z operową gwiazdą? Ja lubię opery…

– Tak?

– Tak. A najlepiej Mozarta. Uwielbiam na przykład „Czarodziejski flet”, z karkołomną arią Królowej Nocy i przezabawnym duetem Papagena i Papageny. Każde wysłuchanie tego monumentalnego utworu-testamentu wprawia w drganie inną strunę mojego ja…

– Chyba.. Mamy… coś… ze sobą wspólnego. – Wydukała Katarzyna, – przecież to także moja ukochana opera, – kontynuowała już spokojniej, choć bardzo wyciszonym głosem. – No, może Wesele Figara postawiłabym ciut wyżej. Tak jednak naprawdę – kocham absolutnie wszystkie jego opery i każdą z osobna.

– No popatrz ty… No, chociaż przed śmiercią znalazłaś we mnie kompana od oper.

– Musisz mnie zabijać?

– Odpuść sobie te pytania. Powiedziałem. To postanowione.

– Proszę, nie zabijaj mnie, co ci tak zależy?…

– Starczy tego brania na litość. Więc jak? Wybrałaś już swe ostatnie życzenie?

– Tak. Nie chcę umierać, chcę żyć!

– Cóż począć? Taką mam robotę. Czekaj… coś wymyśliłem. Mówisz, że miałaś przeprowadzić wywiad? Pewno sama także trochę śpiewasz. Zaśpiewaj mi coś Mozarta.

– Nie potrafię.

– Nie wierzę. Nie chcesz!

– Naprawdę nie potrafię, przepraszam! Kiedyś mój chłopak zagrał mi na wiolonczeli przepiękny fragment z kwintetu Mozarta, powiedziałam wtedy: ta muzyka jest jak śpiew samego Boga i, pamiętam, wówczas też mnie prosił, abym zaintonowała mu własnym śpiewem. No i też się trochę zmartwił, gdy powiedziałam: nie potrafię.

– Wiolonczelista?…Kwintet smyczkowy Mozarta? A może i kwintet smyczkowy g-moll?

– ?? A smyczkowy. Kwintet. G-moll. Ciekawe… to przecież nie jest dość znany, a na pewno to bardzo mało spopularyzowany utwór…

– A czy przypadkiem ten chłopak nie miał na imię… Witek?

– O sfântă mamă, ce se întâmplă? – westchnęła w swym rodzinnym języku, – przepraszam… nie wiem, co powiedzieć.

– Zaraz… a czy ty? Ty masz na imię Kasia?

– Nic nie rozumiem? Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co tu chodzi?

– Kurwa! – Zaklął znienacka siarczyście, – powinienem był skojarzyć od razu! Twoje zdjęcia wciąż widnieją w jego albumach – na Picassie…

– Kim ty właściwie jesteś? – Drżącym głosem spytała? – I skąd znasz Witka?

– To już dla ciebie nie powinno mieć żadnego znaczenia. Jestem Paweł. Jesteśmy z Witkiem ze sobą.

– No tak, wszystko jasne. Mały ten świat… I co u niego?

– A co ma być? Jest szczęśliwy.

– Cieszę się, zawsze mu tego życzyłam.

– Zawsze? Ach te obłudne kobiety!… Jesteś jak inne! Podobno całkiem niedawno publikowałaś u jakiegoś faceta na blogu prześmiewcze teksty na jego temat, coś w stylu: „miarka się już przebrała, że jeszcze tak nisko nie upadłaś…” – I co ty sobie myślisz? Za kogo się masz? Jak śmiesz brukać imię Witka, ty…trująca purchawko…

– Pawle! To nie tak!

– Milcz, próżna niewiasto!

– Przepraszam!

– Do cholery z twoim przepraszam.

– Pozwól mi naprawić moje winy. Jutro wyjadę, zapomnę o wszystkim…Mówię to szczerze. Proszę, wypuść mnie!

– Nie, nie mogę ciebie wypuścić… „Moja Kasieńko”… Tak się chyba do ciebie zwracał, czyż nie?

– Pawle, proszę…

– Świadek, rysownik i w dodatku… była Witka… Kurwa rzesz mać! Ale mi się przytrafiło!

– Mam bilet na pociąg, zaraz ci pokażę. Mogę właściwie już teraz pojechać na dworzec, przenocować tam i zaraz o świcie wyruszyć do Niemiec, do mojego narzeczonego. A tu, obiecuję, tak jak by mnie w ogóle nie było.

– Na moim rynku sprawa jest prosta. Za najmniejszą fuszerkę usuwka.

– Usuwka?

– Mówiąc precyzyjnie: czapa. Wystarczy, że powtórzysz swój rysuneczek i mój portret trafi na każdy posterunek policji. Będą mnie szukać, ścigać i wcześniej, czy później dopadną. Potem odsiadka, a podczas odsiadki koledzy po fachu równają rachunki.

– Nie wiem.

– Czyli, co? Zostawić ciebie a dla siebie podcięte gardziołko?

– Paweł…

– No to gdzie przejdziemy?

– Zaczekaj! Przypomniała mi się aria. – Powiedziała z szeroko otwartymi ze strachu oczyma

– Długa? – z nutką niezadowolenia spytał

– Nie

– No to proszę, „moja Kasieńko”, słucham…

Napięła się, jakby z wymuszonym uśmiechem i znowu rozłożyła ręce.

– Znów zapomniałam.

– No tak. Sama sobie parę minut życia ukradłaś. Ale, ok. Parę minut i ja tobie podaruję. Może biorą cię torsje, może chce si się przed śmiercią do toalety?

– Chce…

– To idziemy. Tylko się nie zamykaj. Nogę wstawię. Patrzeć nie będę.

Poszli do toalety. Siadła, posiedziała chwilę i wstała.

– I co, nic?

– Nie mogę przy tobie.

– Mężczyzny się boisz? Mnie akurat nie musisz. Przecież wiesz…

Cicho i beznadziejnie skinęła głową. Jej oczy były wygaszone i pozornie zamknięte. Żadne myśli w nich się nie odbijały.

– Cholera, ale fuszeruję robotę, co tu właściwie ze mną się dzieje?… Jest w mieszkaniu jakiś alkohol? – z roztrzęsionym głosem w końcu spytał

– Jest. Wódka. Ulubiona mojego przyjaciela. Tam, w szafce – szepnęła pospiesznie, całym ciałem garnąc się w kierunku kuchennego regału.

-Nie chrzczona?

-Nie.

-Chodź. Wypijemy za twoją odwagę.

Katarzyna wyciągnęła szlachetną, fińską wódkę, w której od lat gustował Patryk. Litrowa butelka była wprawdzie naczęta, ale zostało jeszcze co najmniej ze trzy czwarte.

– Ten, którego dzisiaj zamoczyłem, zasłużył sobie, gadzina… – powiedział, jakby mówił sam ze sobą (nie mogąc, zresztą, się dogadać.) – Jesteśmy jak pająki w słoiku – jeden na drugiego poluje… No, dawaj! Lej całą szklankę. Dla mnie to norma. Stań tam w rogu, żebyś nie uciekła, jak będę pił.

Zamaszyście, jednym haustem wypił dwie trzecie. Odstawił szklankę na stół.

Pomyje-Kurwa! Proszę bardzo, – pchnął ostro w jej stronę resztki wódki, – nie brzydź się, pij z mojej szklanki. Chodź!

– Nie!

– Tak, wiem, że nie pijesz. Ale trzeba. Nie będzie tak źle. I jakaś zakąska by się przydała. Poszukaj w szafkach…

– Mam pierożki. Sama rano lepiłam.

– Cordon bleu! Dawaj…

Wypiła resztkę do dna i zakąsili pierożkami

– Smaczne! Moja matka też piekła kiedyś takie podobne…

– A teraz?

– Teraz już nie wstaje od dawna z łóżka

– Odwiedzasz ją?

– A jakżeby nie?

– Przykre…

– Taki już los.

– To, w zasadzie, jak moja druga praca. Jestem przecież normalnym człowiekiem… A ona – jest jak roślina. Jak kikut. Nawet nie wie, co się z nią dzieje. Dzisiaj u niej byłem. Jutro… Nie wiem…

– Zawsze chodzisz do niej po „robocie”?

– Dostajesz chyba kręciołki. Wódka ci na mózg padła. Good! Wlej jeszcze trochę, tyle, co ci zostawiłem… Nie! Tyle to za dużo.

– Za dużo?

– Okay. Zostaw. Masz więcej pierogów?

– Nie. Ale mogę upiec.

– Ot i przebiegła lisica! U was wszystkie na Rzeszowszczyźnie takie? Co sobie myślisz? Mam tu z tobą siedzieć do północy? Pif paf i spadówa!

– Tylko tak powiedziałam.

– Tyyyylko… A tam, co na tym talerzu? – Wyciągnął rękę w kierunku szafki kuchennej zakrytej przezroczystą kurtyną.

– Jabłka.

– Ujdą! Dawaj, zakąsimy jabłkami wódeczkę… Powiadasz, ulubioną przez twego przyjaciela… Myślisz, że jestem mordercą? Nie. To oni są mordercami. Ja jestem tylko wykonawcą. Zabija pistolet. Ja tylko pociągam za spust. Oni uruchamiają mechanizm i mordują. Ja tylko jestem jednym małym ogniwem w trybikach.

Zamilkł na chwilę pogrążony w swych myślach, a po kilkunastu sekundach wznowił:

– Nim naciska się na spust upływa wiele czasu. Czasem dwa tygodnie, czasem miesiąc. Różnie bywa. Jeździ się za klientem, sprawdza trasy, ustala marszruty, analizuje nawyki. Trzeba też przyjrzeć się rodzinie, jeśli ma ochroniarzy – ochroniarzom, kierowcom, kochankom. Trzeba rozpracować kody dostępowe do zamków w lokalach, telefony, zdjęcia, publikacje w Internecie… Uwierz, naprawdę ciężka robota!

– Ech! – Zjadł jabłko, i schował ogryzek do torby. – On ciebie ani razu nie widział, a ty wiesz o nim wszystko. Masz go, jak na tacy… Tymczasem nadawca – śpi spokojnie. Chłopcy zapewniają mu alibi. Zazwyczaj wysyła się gościa do innego miasta. Wtedy przychodzi kolej na mnie. Wybieram ostateczny czas i miejsce, zgodnie z przyzwyczajeniami klienta. Nastrajam się, jeszcze raz sprawdzam drogi ucieczki. Czasem przychodzi skobel na strychu zbić, przygotować jakaś legendę, skąd się znalazłem, po co… Ech! Roboto, moja roboto…

– Dawaj! I tobie malutko! – Znowu sięgnął po butelkę.

– Nie! Mam już dość. Proszę, przestań! – prosiła.

– A paszła! Zabieraj łapy!… Little-bit! Tylko odrobinkę! Dużo nie nalałem. Pij!

– No, ale dlaczego?

-Pij! Wiem, co robię.

Wypiła. Jabłka nie wzięła. Otarła usta wierzchem dłoni.

– I co, poszło? – Uśmiechnął się.

– Trochę czuje się wstawiona.

– To dobrze. Jedz. Jedz. Weź jabłko.

Obtarł rękawiczką duże jabłko i podał jej.

– Kręci mi się w głowie.

– Usiądź tutaj. Tak. W porządku. – Sam też usadowił się wygodniej, lekko odchylając się do tyłu na krześle. – Wiesz, jak zostałem zabójcą? Moja rodzina pochodzi ze Śląska. Gdy ojca zwolnili z kopalni, dali mu całkiem godziwą odprawę. Razem z matką postanowił przenieść się do Opola i zamierzali założyć tam interes. Na Śląsku wszystko sprzedali. Musieliśmy zbudować dom. I co? Dupa! Mój ojciec miał atak serca, moja matka zachorowała… Mieszkania nie ma…, Co robić? Ja byłem najstarszy. Brat w szkole baletowej, w internacie. Moja siostra – jak Ty, no może trochę młodsza, bez widoków na jakąkolwiek pracę.

Zabębnił palcami po stole, żyły na twarzy mu nabrzmiały.

Bank zaczynał dopominać się o jakieś niespłacone kredyty, prokurator naprzykrzał za rzekome przewinienia matki, siostrę jakiś sukinsyn wykorzystał i zostawił z dzieckiem… Zrozumiałem, muszę samemu dochodzić sprawiedliwości. Pomyślałem, zacznę od prokuratora. Musze go ukarać. Szybko zmieniłem zdanie: kopać się z koniem i samemu? Przecież jest się bez szans. Kupiłem na bazarze pistolet. Postanowiłem skontaktować się z opolskim półświatkiem. Zaoferowałem współpracę. Nikt jednak nie był nią zainteresowany. Zapukałem do jednego, drugiego, trzeciego…, Każdy miał swoich zaufanych i kilerów. Byłem dla nich bezużyteczny. To tylko w kinach pięknie się układa, w życiu – jak wszędzie: konkurencja, wyścigi, układy.

Po pół roku przyszła pierwsza propozycja. Mam załatwić gościa, ale kasy nie dostanę. Całość organizuję sam…, Poszło jak po maśle. Facet właśnie wyszedł z łóżka prostytutki i już nie musiał jej płacić… Co tak zamilkłaś?

– Nie zamilkłam słucham… A…Czy zabijanie jest straszne?

– Jeśli wiesz, że ktoś był kretynem – to nie. A innych w zasadzie w moim fachu nie ma. Jeśli u nas panowałoby porządne prawo – kilerzy byliby bezrobotni. Na przykład: ktoś dał słowo i nie dotrzymał. Co z takim można zrobić?

– Nic nie można?

– A niby, co? Słowo bez papieru – dla naszych sądów – to nie słowo. Trzeba zabić drania, jeśli nie ma sumienia. Jeśli nie sąd i nie prawo, to znaczy, że co, że ma być sprawiedliwie bezkarnym? My, kilerzy, jesteśmy ostatnią instancją sprawiedliwości.

– A ja?

– Co ty?

– Co ja komu zawiniłam?

– Z tobą to zupełnie inna sprawa. Masz pecha, dziewczyno. Niektórzy rodzą się szczęśliwi, niektórzy nie – tacy właśnie, jak ty. – Wyjął zapałkę i zaczął dłubać w zębach. – Mówisz, że jestem mordercą… Co za bzdura? A ci, w sądach – niby nie zabijają, nie wyrokują? A kto ich potępia? Nikt! W imię sprawiedliwości. Dlatego wiem jedno:, jeśli dziesięć milionów nie oddał ten – z małym psem, też musiał ponieść sprawiedliwą karę.

Urwał. Wypił jeszcze trochę. Jego twarz była czerwona, mimika i reakcje oblicza – opóźnione. Między wyrazami robił coraz dłuższe przerwy.

– Cholera, dlaczego tyle piję? Po tym, zawsze chce mi się pić, – powiedział z gniewem w głosie.

– I to pić dużo.

– Wiem.

– Bardzo dużo, a tu ledwo jedzenia – powiedziała dobrodusznie, jakby stwierdzając fakt.

– Hmm!…

– Nie, nie pij, jeśli nie chcesz.

– Nie chcę w ogóle – powiedział ostro.

– No, widzę.

– Nic nie widzisz.

– Przecież widzę ile zostało w butelce…

– A ty, co, „moja Kasieńko” – wychowujesz mnie teraz? Przed swą śmiercią jeszcze mnie wychowujesz?

– No, już dobrze!

– Tak w ogóle ja, ja nie pijam wódki… No, chyba ze chcę się akurat upić. Bo chcę się upić. Pić i to wszystko… że … że gdy jest ciężko…

– To żadne rozwiązanie, Pawle…

– Wiem. Ale łatwiej jest przejść przez to wszystko, – stwierdził z westchnieniem, wziął szklankę i zaczął kręcić ją w ręku.

– To tylko tymczasowa ulga… Pawle, a co z twoim ojcem, – nagle zmieniła temat, – jaki jest?

– Jest? Nie ma go już od trzech lat. Zawał… Matka pewnie też nie potrwa długo… Żal i brata, żal i siostry. Brat, w zeszłym tygodniu do Madrytu wyjechał na konkurs. On ma wielki talent. Ale został wyeliminowany. Nie miał układów ani poparcia. Nie zostawię tego tak. Bo to niesprawiedliwość. I tylko, gdy mnie kiedyś zabiją, wszyscy dostaną amnestię… – przerwał na chwilę, nagle jakby coś zrozumiał, z ożywieniem krzyknął – Słuchaj! Już wiem! Ogłosimy amnestie. Zagrasz ze mną w tę zabijankę? Zabij mnie.

Był tak pijany, że chyba nie rozumiał własnych słów i myśli.

– Nie rozumiem. O czym mówisz?

– Chodź, dam ci broń. Możesz pociągnąć za spust. Będziesz wolna. I ja też będę wolny, i nawet zęby przestaną mnie wreszcie zarywać (kurwa, kiedy one przestaną boleć?!)…– I zaśmiał się głośno i nerwowo, – Tutaj pociągniesz. Nie bój się. Trzymaj!

– Nie! Nie chcę – oponowała z obrzydzeniem biorąc ją w rękę.

– Tak, to śmieci. Po naciśnięciu. Delikatnie palcem.

– Nie! Przestań!

– Luck.

-Puść mnie. Ranisz mnie.

– Pull spust. Zamknij oczy, jeśli się boisz.

Katarzyna spojrzała na niego. Patrzył w jej oczy, nie mrugając. Trwali tak przez dłuższy czas.

– Starczy tego, – w końcu powiedziała stanowczo i odłożyła broń na stół. On podniósł się chwiejnie, zatoczył i prawie upadł.

– To… jest… twoja… szansa. Nie spiesz się z… poddawaniem.

– Nie będę grać w twe gry. Wypiłeś za dużo.

– Nie ma znaczenia, ile… wypiłem. Możesz… podpisać wyrok.

– Nieważne.

– Nieważne. Okay. Już

Zamilkł na dłuższy czas. Wpatrywał się w ciemny róg pokoju, z lekko zwieszoną głową. Następnie wznowił:

– Tak! A ty… na to?… Zabić człowieka… nie jest łatwe.

– Po co tobie to wszystko?

– Widzisz, dziś nie jest nawet. Premonition zmyliło mnie dzisiaj. Jak mu wierzyć. No fi-ha nie można mu wierzyć, i nikt w ogóle nic nie czuję. Tales to wszystko. Bajka, prawda?

– Pawle, nie mów już nic, proszę…

– Tak mi się podoba. Wlać więcej.

– Dość.

– Ty jeszcze lepsza idiotka. Pijany zabójca. Poczuj karty. Uciekaj szybko.

– Nie będę uciekać.

– Dlaczego nie… bęęędziesz?

– Ponieważ nie strzelisz. Pawle, chodź, pojedź ze mną na dworzec

– A ja chcę?

– Chcesz? Pojedziemy razem do Niemiec, do mojego narzeczonego. Tam nikt ciebie nie będzie szukał, nie znajdzie.  Thomas zaopiekuje się Tobą, twoimi zębami też, jest dentystą!

– I mam… ciebie… puścić? I jak… mogę puścić… ciebie. Nie mogę… tego zrobić.

– Co, zabijesz mnie?

– Oczywiście. Jestem pro. Dał ci szansę? Dał. Nie używać ich na coś. Teraz… „moja Sieńko”… trudno będzie.

– Nie będzie trudno. Jutro będziemy u Thomasa! JEDŹ ze mną!?

– I co Thomas? No, tak! Dentysta. Zęby mnie bolą. A co … tak … i masz narzeczonego. I czeka. Ale tu jest… brudna… robota. Kto idzie za mną, posłuszny schat?… Kurwa!… Co z tobą zrobić?

– Chodźmy na dworzec!

– Nie wiem… Nie wiem…

– Chodźmy.

– Nie wiem…

– Nie wiesz, bo jesteś pijany. A ja wiem. Wiec lepiej mnie słuchaj. A poza wszystkim… nie możesz tu spać! Znajdą cię od razu!

-Can. Mogę to zrobić. Morderca został złapany kurwa bezwartościowe! Natychmiast gwiazda Freestuff na pagonami.

– Pawle, idę się ubrać.

– Go. Madame. Tak! Idziemy. Jak twe imie?

– No przecież Kasia

– Very nice. Daj buziaka rękę, – pocałował delikatnie jej palce, – jakie są twoje palce… po… prostu… piękne!

– Już starczy, starczy! Muszę zamówić taksówkę!

– Na… ulicy… chwycimy…

 

– 5 –

W samochodzie zmogło go i zasnął. Gdy dojechali pod dworzec potrząsnęła nim intensywnie i przywróciła do częściowej świadomości. Trzymając go silnie za ramię doholowała do poczekalni.

– Czy może w czymś pani pomóc? – Nagle usłyszała głos starszego policjanta, pochylającego się nad półprzytomnym Pawłem. Obok niego stał młody podporucznik.

– Nie, nie… dziękuję, przyjaciel się trochę źle poczuł. Zaraz dojdzie do siebie.

– Proszę mu powiedzieć, że nie wolno spać w poczekalni. – Zasalutował.

– Oczywiście.

– Ukradną mu taką ładną dziewczynę, a on nawet nie zauważy, – zażartował podporucznik, i odeszli.

– Powiem.

Poszli do końca sali, a potem zawrócili.

– Coś słabowity dziś ten pani chłopak, – porucznik uśmiechnął się znowu do niej.

– Tak. Właśnie wyszedł z roboty. Jest bardzo zmęczony.

– No nic. Raz – każdemu kawalerowi może się zdarzyć. A dokąd państwo jadą?

– Do Berlina

– O! To jeszcze dwie godziny czekania.

– Tak, tak. Wiem…

– Hej! Kawalerze. Proszę się obudzić. Nie wolno spać w poczekalni!

Porucznik delikatnie trącił go w ramię. Ten – wymamrotał coś, obudził się i widząc policjanta, nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje, próbował chwycić za broń. Młody porucznik widząc bladą rękojeść rewolweru chłopaka instynktownie chwycił do własnej kabury. Wszystko trwało może sekundę, może dwie. Towarzysz Katarzyny pełną dłonią chwycił za swój pistolet, drżącą słabowitą ręką próbował wycelować w policjanta. Nie zdążył nawet jej podnieść. Porucznik strzelił pierwszy, bez celowania. To był jeden strzał w klatkę piersiową. Prawdopodobnie, nie chciał zabijać, i był to chyba bardziej odruch intuicyjny niż wynikający z jego braku doświadczenia.

Paweł wciąż jednak jeszcze oddychał. Patrząc na Katarzynę próbował coś powiedzieć. Krztusząc się ledwo mamrotał:

– Dlaczego, Kasiu… tak? Czemu tak się stało? Nie zrobiłem ci krzywdy.

Katarzyna pochylając się nad nim i bojąc się swoich łez, patrząc jak gaśnie w jego oczach świadomość powtarzała cały czas:

– To nie ja! Paweł, to nie ja! NIE JA!…

– 6 –

Co było dalej? A co miałoby być? Bukiet z głupich pytań na policji. Podpis o zakazie wyjazdu z miasta. Żółta od niewyspania twarz detektywa, który nie tyle prosił, ile wykrzykiwał, wymagał czegoś, groził, nalegał. Co zapytał, to zapytał, a ona odpowiadała mu losowo. Cokolwiek. Co mogła powiedzieć? Co ona w ogóle wiedziała? Patrzyła w jego twarz… w tą żółtą od niewyspanie twarz detektywa i pomyślała, że za ten jego zapał może i przybędzie mu kolejna gwiazdka na epoletach. Niech się tak stanie! Niech ten świat się zawali, do jasnego diabła!

Thomas przyjechał do Warszawy natychmiast. Przytulił ją w ramionach z cichym pytaniem na twarzy. Co miała powiedzieć kochanemu mężczyźnie? Nie wiedziała, jak nawet zacząć.

– Thomas, czy w Berlinie też wciąż nie ma wiosny?

– …

– Chodź, proszę, ze mną do Łazienek. Może tam odnajdziemy ją razem…

< poprzednia          następna >

powrót do Cyberprzestrzennych

7 myśli w temacie “Ostatnie delirium

  1. Îmi place la nebunie! (Podoba mi się do szaleństwa!) 🙂
    Znakomity tekst, Januszu brak mi słów (hehe, w pierwszej chwili myślałam, że to ja pożegnam się z życiem 😉 ) A rumuński – pur şi simplu de nota zece (po prostu pierwsza klasa!) 🙂

    • Niebanalny pierwowzór zawsze sprzyja moim inwencjom i nie szczędzi weny 😉
      Dziękuję, Caterino, za komplementy!
      Serdecznie pozdrawiam 🙂

  2. Januszu, przy najbliższym spotkaniu, stawiam Ci drinka mojego autorstwa na bazie fińskiej wódeczki… A zanim to, uderzymy w struny, grając na 4 ręce jakiś kawałek z „Zauberflöte”. Salut!

    • Przyjacielu… ale ja nie pijam wódki! 🙂 )))))
      Jednak, przyznam, propozycja Twoja jest absolutnie kusząca. Autorski drinek… No, no!
      Zatem, kto wie? 😉

      • Podobno pod jego inspirującym wpływem literacka fantazja jest jeszcze bardziej rozbudzona Who knows? 😉 Mogłoby to zaowocować przypowieścią nad przypowieściami… O zi bună!

  3. Januszu 🙂 , czytając płakałam non stop – na przemian ze śmiechu i wzruszenia… Îţi mulţumesc din inimă încă o dată! Jeszcze raz dziękuję Ci z serca! 🙂 (Tylko szkoda mi Pawła-chruścika 😉 ).

    Toate cele bune & salutări călduroase! Wszystkiego dobrego & serdeczne pozdrowienia! 🙂

  4. Panie Januszu,
    Prawdziwa perełka. Świetna trzymająca w napięciu do samego końca fabuła, barwne, wiarygodne postaci, dialogi… Pychotka!
    Powinien Pan częściej sięgać po ten gatunek thrillera!
    Dziękuję i pozdrawiam!
    Pana wielbicielka Elżbieta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *