Przepowiednia

– 1 –

Dziewczyna stała na zboczu góry. Rąbki jej długiej, białej, zwiewnej kiecki zdawały się różowieć w promieniach zachodzącego słońca, wieczorny wiatr od rzeki co rusz wzdymał spódnicę, niczym bańkę, odsłaniając zgrabne dziewczęce nogi. Konrad szybko wspinał się po stoku, przedzierając przez wysokie trawy. Bał się, że dziewczyna zaraz się zerwie z miejsca i ucieknie. na zboczuBiec za nią byłoby mu niezręcznie: on – poważny człowiek, biznesmen odnoszący sukcesy i nagle takie uganianki za nieznajomą. Ona – prawdopodobnie przestraszyła się, myśląc, że to jakiś nawiedzony ​​maniak… Choć, póki co, nie opuszczała swego miejsca w jakimś specjalnym pośpiechu. Po kilku metrach forsownego marszu, poczuwszy lekką zadyszkę i bicie serca Konrad Kozioł zwolnił.

Dziewczyna spojrzała na niego, uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę w jego stronę.

– Dobry wieczór! – zwróciła się do nieznajomego. – Jestem Wika.

– Konrad Kozioł, – odpowiedział, po czym zmieszał się i natychmiast poprawił: – dla znajomych Kondzio…

Wika nie odrywała od niego oczu, takich niebieskich, głębokich, słowem: jakby skrawki nieba zamieszkały na lśniącej świeżością twarzy, której nie mącił nawet malutki pieprzyk nad prawym rogiem zmysłowych ust.

– Jaka ona piękna … – zdążył jeszcze pomyśleć i obudził się.

Dyndrylił budzik. Stary budzik. Był jeszcze z czasów, gdy żyli rodzice, gdy mieszkali z nim na kwaterze ze zdezelowanymi okiennicami i zatęchłą wonią w kątach. Z grzybicą na ścianach matka wojowała przez całe życie, marząc, aby wreszcie kiedyś dostać nowe mieszkanie. Nie doczekała. Zmarła młodo. Nie miała nawet pięćdziesiątki. Dziewięć miesięcy później – zmarł i ojciec. Powiedział, że bez Marysi życie jest nieciekawe i nudne. Odszedł cicho, niemal niepostrzeżenie…

Czemu te myśli odzywały się w mózgu Konrada za każdym razem, gdy budził go stary budzik? – tego nie wie. I tym razem, nim ręka sięgnęła przycisku, aby ukrócić grzechot namolnika wspomniał matkę i ojca, i ich słowa:

– Kondzio, wstawaj! Bo się spóźnisz do szkoły… Kondzio, wstawaj! bo się spóźnisz na uczelnię…

Budzik ucichł. Konrad odwrócił się do leżącej obok kobiety, która w tym momencie otworzyła zaspane oczy. W życiu nie jest tak ładna jak w telewizji. Pod białawymi rzęsami matowe źrenice pop-wokalistki malowały się nijako i nudnie. Twarz cała pokryta była jakimiś drobnymi plamkami. Piersi, wyglądające spod osunietej kołdry, płasko rozjechane były na boki.

– Nie patrz tak na mnie, – poprosiła siadając na łóżku i sięgając po krzesło ze szlafrokiem.

Konrad także się podniósł, podszedł do lustra i spojrzał na swe odbicie. Nie wygląda na swoją czterdziestkę: wysoki, muskularny, silny. To dzięki pracy przy rozładunku TIR-ów, w latach studenckich. Co by nie było: prawie przez pięć lat po dwie noce z rzędu, z takimi jak on – kilkoma chłopakami, przenosił na swych barach setki worków i pudeł o najprzeróżniejszych treściach. Szczególnie upodobał sobie rozładunki samochodów z alkoholem. Skrzynka wódki lub wina musowo stawała się jego własnością poza ustawową zapłatą… Patrzył wciąż z podziwem w lustro. Nie odmówił sobie spojrzeć i na swego niestrudzonego po nocy wojaka. Teraz, oczywiście, odpoczywa. Spokojny i spracowany zwisa leniwie do dołu. W myślach udzielił mu pochwały: „Zuch! Jest jeszcze czym wojować… Nie dałeś panience powodów do skarg i byleś niestrudzony”

Jego myśli zostały przerwane przez głos „panienki”:

– Konradku, Martella z twym przyjacielem Babickim zamierza spędzić wakacje w Hiszpanii. A my dokąd pojedziemy?

„Ha! Już zamierza zorganizować sobie ze mną urlop – pomyślał sarkastycznie. – Raz się załapała tu na noc i już chciałaby na Hawaje…”

– Pojadę nad Biebrzę. – odpowiedział „panience”. – Wynajmę jakąś wiejską chatę i będę oddawać się błogiemu lenistwu na łonie natury…

– Pchi! – jak nieciekawie! – zdegustowała się „panienka”. – Nie chcę tak…

– A ja ciebie wcale nie namawiam, – odpowiedział Konrad. – Chcesz, to jedź sobie do Hiszpanii lub Turcji, skoro tego ci trzeba…

– Kondzio, – zreplikowała nieznacznie speszona, – wiesz dobrze, że czego innego mi trzeba, z tobą wciąż tego mi trzeba… – i przylgnęła obnażonym biustem do jego pleców.

– Okay, – odpowiedział bez specjalnego zachwytu, z jakiegoś powodu coraz bardziej zły na „panienkę”, którą jeszcze wczoraj dziko pożądał, i z którą ledwie przecież co skończył był burzliwą noc.

Wciągnął z kieszeni walającej się na fotelu marynarki portfel i wyjął z niego pokaźny plik studolarówek.

– To na twoją Hiszpanię. Myślę, że starczy, abyś mogła przyjemnie się tam zabawić i odpocząć… Wybacz, że nie Euro. Ale chyba potrafisz zamienić.

– Kondzio, nie traktuj mnie jak panienkę z agencji, – powiedziała „panienka”, z oburzeniem zaciskając blade, nieuszminkowane usta, ale pieniądze od dającej ręki wzięła.

– A co za róznica? – Zapytał Konrad. – Jak niby zarabiasz na te swe szmatki? Kręcisz przed kamerami gołym tyłkiem i potrząsasz cyckami.

„Panienka” obraziła się bez reszty. Zaczęła pośpiesznie ubierać się w ciuchy, podobno od topowego dizajnera mody. Konrad jej nie powstrzymywał. Nadal spoglądał z zaciekawieniem na swe krzepiące lustrzane odbicie.

A „panienka”, już ubrana, stała i nie wychodziła: czuła się obrażoną, ale jak widać, nie do końca, gotowa przyjąć przeprosiny od gnojka.

Ignorując „panienkę”, Konrad włożył szlafrok i skierował się do łazienki.

– Konradzie, – próbowała go zatrzymać, – może odwiózłbyś mnie do domu?…- szepnęła.

– Kochanie, stąd masz dwa kroki do metra, – odpowiedział Konrad.

Zagryzła wargi i wybiegła na korytarz trzaskając za sobą drzwiami.

 *

– Nie powinno się krzywdzić kobiety, – powiedziała Konradowi Sylwia, gdy zasiadł do śniadania.

Sylwia – trzydziestoośmioletnia niespecjalnie urodziwa niewiasta – to gospodyni, która służy w domu Konrada już drugi rok. Wynajął ją przez urząd pracy, gdy tylko kupił dom z widokiem na Wisłę. Ludziom o jego pozycji zawodowej i finansach nie godzi się mieszkać niewygodnie…

– Wykorzystać dziewczynę i wyprosić… To nie w porządku.

– Nie wykorzystałem jej, – odpowiedział Konrad. – Zapłaciłem jej za tę noc tyle, ile nawet ci się nie przyśni.

– Bogaty nie zrozumie biednego… – Uśmiechnęła się smutno Sylwia.

– Ta biedna sama lazła do mego łóżka.

Tego typu rozmowy stały się już tradycją od pierwszego dnia ich wspólnego zamieszkania. Sylwia mówiła mu w twarz wszystko, co tylko uznała za właściwe. Czy była to ich celowa gra, obliczona na wytrzymałość: kto, kogo? czy, po prostu, jej narzekania przypominały mu dzieciństwo? (kiedy jego matka, nauczycielka, strofowała go  za różne przywary i nieprzyzwoite czyny – a i tak na końcu zawsze przebaczała) – trudno powiedzieć. Chyba jednak Sylwia naprawdę przypominała mu matkę.

– Nie dawałbyś pieniędzy, to nie lazłyby. – Skwitowała z przekąsem. Po chwili dorzuciła: –  Może byś się wreszcie na poważnie zainteresował jakąś zaradną kobietą, a nie jak zwykły dupek kupował sobie tylko dziewczyny na kolejne noce.

– Widzisz, Sylwio, istnieją pewne korzyści z posiadania pieniędzy.

– Ożeniłbyś się. Miał dzieci. Uspokoiłbyś się, ustatkował. A nie tak dzień za dniem marnotrawił. Ileż już ich tu było?

– Dużo, Sylwio, bardzo dużo. Przecież wiesz. Myślę, że kobitek w Wawie, takich do czterdziestki, niezbałamuconych jeszcze przeze mnie, chyba już nie ma. – Zaśmiał się wesoło. – Oczywiście, nie licząc ciebie. Ale czekaj, kiedyś i do ciebie się dobiorę.

– Ech! – machnęła ręką Sylwia, – do tego czasu, ci się zetrze…

– On, nie gumka. Nie zużywa się, – zaśmiał się Konrad.

Prowadzić z Sylwią rozmowę na taką modłę pozwalał sobie wcale nie tak rzadko, bo traktował ją nie jak służkę, a życzliwego kumpla. Z tego powodu nigdy nie próbował zaciągać jej do łóżka. A być może i dlatego, że patrząc na nią przypominał sobie o swej matce. Tymczasem dalszą rozmowę na śliski temat zmuszeni byli przerwać. Do jadalni wszedł mały Stasio, syn Sylwii. Stasio razem z matką już blisko rok mieszka w jego mieszkaniu, wcześniej – rezydował u dziadków. Ale babcia zmarła, a u nadużywającego alkoholu dziadka Sylwia po prostu bała się zostawiać synka.

– A ty, co nie w szkole? – Zapytał brzdąca. – Dziś, coś mi się zdaje, nie niedziela.

– W naszej klasie od wczoraj remontują sufit, – radośnie odpowiedział chłopiec. – Mamy wolne do poniedziałku.

– Wow! – zawołał Konrad. – Zazdroszczę ci.

Stasio – to pamiątka po nieszczęśliwej miłości Sylwii. Długo czekała na swojego księcia. Gdy stuknął jej dwudziesty ósmy roczek – wreszcie się doczekała. Książę przysiągł jej miłość, zbałamucił i odpłynął pod czerwonymi żaglami na kolejne morza. Od tej pory Sylwia straciła zaufanie do wszystkich facetów. Do swego aktualnego pracodawcy – nie inaczej.

 

– 2 –

Po śniadaniu Konrad udał się do swego gabinetu i siadł przy komputerze – nastała pora, aby wziąć się za robotę i zobaczyć, co się dzieje na giełdach.

O dziewczynie stojącej na zboczu wzgórza, którą ujrzał we śnie szybko zapomniał. Co tam zresztą mówić o takiej, skoro pozapominał całe zastępy tych, z którymi obcował na jawie?…Dzisiejszy dzień może zaliczyć do udanych. Na obu giełdach zakończył pracę na plusach. Broker wypracowawszy sowitą marżę – teraz może spokojnie zażywać relaksu. Po krótkiej drzemce wstał i zaczął się ubierać.

Do późna w nocy bawił w „Zielonym koguciku” skąd wrócił z kolejną dziewczyną. Chyba miała na imię Julia?…

*

Nad Biebrzę – jak sobie obiecał, tak i się udał, latem, dokładnie: z początkiem lipca. Napompowana cyframi i zleceniami głowa wymagała gruntownego ‚remontu’ i wyciszenia. Gdzie takiego szukać w Turcji, czy na Ibizie? Morze, słońce, plaże, opalone laski w bikini, głośna przez całą dobę muzyka – bez sensu! Tam – spokoju i wytchnienia z pewnością nie znajdzie. Konradowi zachciało się świeżego mleka od krowy, w którym kiedyś, jeszcze gdy był dzieckiem i spędzał z rodzicami wakacje na wsi – rozsmakował się na całe życie. Spokojna wioska położona nad grzęzawiskami biebrzańskiego rezerwatu całkowicie mu będzie odpowiadać.

– Dobry pomysł, – decyzję o wypoczynku z dala od cywilizacji z uznaniem poparła Sylwia.

Konrad udał się tam swoim wiekowym Jeepem. Nieczęsto do niego wsiadał. Wolał na co dzień wygodne, czarne BMW dodające jego osobie stosownego szyku i elegancji. Jeepa pozostawiał na inne sposobności, na przykład gdy wybierał się na polowanie, albo czasem na piknik z panienkami, do leśnych podwarszawskich rewirów, gdzie kończy się asfalt i zaczynają polne drogi.

Nie zaplanował nic wcześniej, nie wiedział, gdzie się zatrzyma, ale postanowił, że zakotwiczy tam, gdzie podpowie dusza. I taka osada się znalazła. Od dawna na wpół wyludniona i cywilizacyjnie zapadła. Wydawało się, ze mieszkają w niej jedynie emeryci i leciwe wiejskie niewiasty. Za to Biebrza, a zaraz obok Narew, o brzeg której cicho pluskała woda, były dosłownie tuż tuż.

Szybko ugodził się z jedną z gospodyń co do pokoju. Izba była bez TV, bez Internetu, ale co tam… w końcu ten widok z okna prosto na rozlewiska Biebrzy… Bezcenne! A poza tym, pod oknem… pysznił się… krzak matowego jaśminu!

Posiliwszy się naprędce przywiezionymi jeszcze z Warszawy pierogami z kapustą (które na tę okazję specjalnie ulepiła mu Sylwia) i popiwszy je kawą z termosu udał się pospiesznie na spacer. Nie mógł się doczekać, aby dotknąć własnymi rękami biebrzańskich grzęzawisk. Jednakże, aby do nich dotrzeć i zanurzyć w nich ręce trzeba było spuścić się stromą piaszczystą ścieżką w dół.

Słońce wzdłuż błękitnego nieba zaczęło tulić się do linii horyzontu. Po niebie majestatycznie sunęły srebro-fioletowe obłoki.  Nad rzeką co chwila przefruwały stada czapli i bocianów.

Zanurzył dłonie w letniej wodzie, przemył twarz i poczuł przypływ witalności. Zmęczenie podróżne, które do tej pory czuł w krzyżu minęło, jak ręką odjąć.

Niespiesznym tempem ruszył wzdłuż krawędzi brzegu, tuż przy samej wodzie. Po prawej jego ręce wznosiło się gwałtowne urwisko, miejscami podmywane przez rzekę. Zdjął buty i skarpetki, aby ich nie przemoczyć, i te miejsca, gdzie woda docierała do samej ściany, przebywał w bród.

Nieoczekiwanie z łagodnego zbocza pokrytego ciemnozieloną trawą osunęła się połać piasku. Jeszcze bardziej nieoczekiwanie – na górze pojawiła się postać dziewczyny stojącej nieruchomo na stoku. Wieczorna bryza od rzeki nadymała w bańkę jej białą sukienkę, czasami podnosząc ją i odsłaniając zgrabne nogi. Wieczorne promienie słońca zalewały jej figurę złotem.

Konradowi wydawało się, że kiedyś już widział tę dziewczynę. Obawiając się, że zjawa może zniknąć, pierzchnąć, rozpuścić się w żółtym lipcowym zmroku pobiegł w kierunku szczytu wzniesienia w poprzek jedwabistych traw.

Pagórek okazał się stokiem, ale zdołał pokonać go bez zatrzymanki. Zauważyła go, kiedy zwalniając kroki zaczął się do niej szybko zbliżać. Przytrzymując dłońmi bezwstydnie wzlatujące do góry rąbki spódnicy spojrzała na Konrada.

„Ale ona jest piękna” – pomyślał.

Uśmiechnęła się wyciągając do niego rękę na przywitanie:

– Dzień dobry. Widziałam pana. Przyjechał pan z Warszawy i zatrzymał się u pani Miechowskiej.

Konrad nie znał nazwiska swej gospodyni, ale skinął głową i rzekł:

– Tak, u niej. A pani jest tutejsza?

– Nie. My z mamą przyjechałyśmy do mojej babci. Jest stareńka. Coraz trudniej samej jej żyć. Chcemy ją zabrać ze sobą do miasta.

– Też mieszkają panie w Warszawie? – spytał.

– Nie, nie w Warszawie. w Lublinie, – odpowiedziała dziewczyna i zapytała: – Czy może jest pan ornitologiem?

– Nie, pracuję w finansach, – odpowiedział Konrad. – Dlaczego uznała pani, że jestem ornitologiem?

– Bo tutaj każdego lata przyjeżdża ich mnóstwo, nie tylko z całego kraju, ale i z Europy. Mają tu liczne wieżyczki do obserwacji ptaków.

– A czyżby pani była artystką?

– Nie. Właśnie kończę Uniwersytet Medyczny. Przy okazji, mam na imię Wika.

– Jak? – Porażony zapytał.

– Wika. To od Wiktorii.

„Chyba śpię – pomyślał. – To się nie dzieje. To nie może się dziać, na pewno nie może”, – a po chwili odpowiedział:

– A ja: Konrad Kozioł, – po czym zmieszał się i natychmiast poprawił: – dla znajomych Kondzio…

– Miło mi, panie Konradzie… Lubię stąd oglądać zachód słońca, – powiedziała Wika. – Prawda, że ​​przepiękny widok?

Konrad nie był w stanie cieszyć się wieczornym zachodem słońca. Nie odrywał wzroku od dziewczyny.

Ta – poczuła się w końcu nieco zdezorientowaną i zapytała:

– Jest coś nie tak z moją twarzą? Być może coś się rozmazało?…

– Nie, nie! Wszystko w porządku, pani Wiko. Po prostu…

Zatrzymał się w pół zdania. I tak by tego nie zrozumiała. Miałby jej powiedzieć, że kilka miesięcy temu, przyśniła mu się? I tak by w to nie uwierzyła… a tu, cholera! nawet imię takie samo.

– To jest, po prostu… jest  pani taka piękna, byłem zdumiony… do nieprzyzwoitości. Przepraszam! – skończył.

– Cóż, – zarumieniła się. – Chodźmy już do wsi… Robi się chłodno…

Szedł za nią krok z tyłu. Podziwiał tę skromną ale piękną dziewczynę, z dumnie posadzoną na szyi głową, prostymi plecami, ramionami obnażonymi do dłoni i próbował sobie przypomnieć, czym i jak skończył się ów dziwny ongiś sen?

Odprowadził Wikę do samego jej domu. Tuż obok znajdowała się zresztą najmowana przez niego chata. „Przypadek? Kolejny?…”

Na zachód od Narwi  słońce jak opadająca złocista tarcza barwiło na pomarańczowo prawie pół nieba. Na południowo wschodniej jego części wzdymał się mętno-czerwony dysk księżyca. Od drzew promieniście rozchodziły się mroczne cienie.

Cały długi wieczór przesiedział na ciepłym ganku tkwiąc wzrokiem w rozgwieżdżonym niebie i medytując. Patrzył na zielonkawy księżyc i myślał o tajemnicach ludzkiego losu i o tym że bywają sny, które uprzedzają wydarzenia.

I skądś, zupełnie z niedaleka, doszedł go słodki śpiew słowika. I gdzieś w pobliżu, wcześniej tylko miał świadomość, a teraz czuł to całym sercem, była Wika…

Lista Cyberprzestrzennych

2 myśli w temacie “Przepowiednia

  1. Dzień dobry. Dawno tu nie bylam. Napisze szczerze: o ile opowiadanie ma jasną fabułę, o tyle jego konstrukcja zakłoca harmonie przekazów. Chociaż, oczywiście, jako autor, moze pan tak celowo zamierzył. Przepraszam, po prostu pozwoliłam sobie na gorącą refleksje. Ale w ogóle opowiadanie urocze. 🙂

  2. Z tymi harmoniamii, to pewno jak i w muzyce: jedni wolą Mozarta, inni Schönberga (obaj Austriacy). A słuchac warto i jednego, i drugiego. Najważniejsze, aby z satysfakcją.
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *