Dziewczyna ze szklanką pomidorowego soku

(pełen tekst)

– 1 –

Natalka nieoczekiwanie zaproponowała mi podwózkę własnym Fordem na Dworzec Zachodni. Stamtąd już tylko kilka minut podmiejską kolejką i jest się na lotnisku. Tak w ogóle zamierzałem zamówić taksówkę i nikogo nie musiałbym wtedy kłopotać. W końcu ze Starych Babic do dworca Chopina trasą s6 to ledwie pół godziny… Ale skoro proponują – korzystam! Zresztą, jeśli proponuje Natalka – odmowa z moje strony i tak byłaby z definicji nieskuteczna.

Do Madrytu lecę tylko na kilka dni. I prawie bez rzeczy. Ot – kolejna, szybka podróż służbowa, choć może prawidłwiej byłoby mówić: w sprawch biznesu. Niestrudzona madame Fille (czeka już tam na mnie) zaaranżowała kilka spotkań z przedstawicielami hiszpańskich mediów, w celu popularyzacji tomika „Nadwislańskich bajek”. Ciekawe, nigdy się nie uważałem za bajkopisarza, a tu proszę: kolejna promocja. Najpierw Kreta, potem Berlin i teraz Madryt…Nieźle, jak dla „bajkopisarza” na dorobku.

– A przywieziesz mi kastaniety?” – słodkim głosem spytała Natalka składając na moim nienagannie ogolonym policzku dźwięcznego buziaka.

– Przywiozę, kochanie, oczywiście że przywiozę… zapewniłem i od razu dorzuciłem w myślach: „tylko po co? Zamierzasz Natalko tańczyć Flamenco?… A właściwie, czemu nie? – Odpowiedziałem sobie prawie natychmiast. – Nigdy na to za późno. Ważne, żeby się chciało. Żeby się cokolwiek w życiu jeszcze chciało… Zuch dziewczyna!”

– Pilnuj Felicjana! – na odchodne dorzuciłem. – Tylko pamiętaj, jesteś uczulona na kocią sierść. Nie przesadzaj z pieszczotami!

*

Po nadaniu bagażu na stanowisku odpraw zostało jeszcze trochę czasu. Podjechałem więc windą piętro wyżej do strefy pasażerów VIP. Wydzielone lokale miały wspólną sympatyczną nazwę: „Blues”. Bo tak naprawdę były tam dwie kafejki, jedna o nazwie „Jazz”, a druga „Little blues”. Ta druga wydawała się i milszą, i spokojniejszą. Nie zastanawiając się długo – oczywiscie, wybrałem „bluesika”
Trzy urocze dziewczyny w jednolitych granatowych mundurkach przywitały mnie przeuroczym uśmiechem. „Ech! Januszu…Wiem, wiem! W innych okolicznościach za każde ze słodkich spojrzeń tych młodych dam gotów byłbyś oddać fortunę”. – Zaśmiało się ze mnie moje super ego. „Za twój uśmiech milion gwiazd, za twój dotyk słońca blask” – coś tam sobie nawet zanuciłem… Ale cóż – one w pracy, a ja – jak zwykle biegiem i w „przelocie”…

Jedna z dziewcząt poprosiła o bilet, zanotowała coś w swoim komputerze i powiedziała, żebym przeszedł do restauracji i niczego sobie nie odmawiał.

– Co do mnie, to na pewno pani nie odmówię… dwuznacznie zażartowałem i cokolwiek mając na myśli z durnowatym uśmiechem wszedłem do środka.

 

Restauracyjka urządzona była na modłę współczesną, utrzymana w konwencji blado-piaskowych barw. Tak naprawdę nie miałem ochoty na nic, ale skoro już jestem, wypadałoby cokolwiek skubnąć, wypić a może i zjeść. Czemu nie? Zresztą, tym bardziej, że wszystkie te cuda kulinarne i ekscesy wkalkulowane były w cenę biletu. Poprosiłem o kieliszek Martini i ułożyłem na swoim talerzyku małą piramidkę mandarynek. Martini z lodem plus mandarynki – czyż nie urocza asocjacja estetyki i smaku? Zupełnie, jak truskawki z szampanem… Tyle, że te ostatnie kojarza mi się ze zwieńczeniem romantycznej kolacji, a tu, co? Biznesowa proza… Siadłem za stolikiem na miękkim, obitym jasną skórą fotelu, rozejrzałem się na boki i od razu trafiłem na spojrzenie dziewczyny usadowionej dwa stoliki przede mną. Siedziała podpierajac prawą ręką brodę i z ciekawością przygladała się moim poczynaniom. Fille5Nieco speszony machinalnie spuściłem oczy, ale po chwili podniosłem je znowu, może, żeby się przekonać, czy cały czas na mnie patrzy?

A jakże! Patrzyła. Ciekawe, dlaczego? Może mnie kojarzy? W końcu lata obecności w mediach robią swoje – uznałem.

Przeniosłem wzrok na mandarynki i martini. Po chwili znów, jakby przypadkowo, od niechcenia, zerknąłem w jej kierunku. Tym razem jej spojrzenie skupiło się na leżącym obok niej białym iPhonie. Chyba czytała jakiegoś SMS-a. A może zamierzała dopiero coś pisać? Dla mnie najważniejszym było, że zajęta sobą umożliwiała mi bezkarne świdrowanie jej wścibskim spojrzenim. A było warto. Już sama kompozycja roztaczającego się przede mną widoczku, w postaci pięknej młodej kobiety o idealnej cerze, pociagłych policzkach, jasnych, czystych oczach, krótko przyciętych ciemnych włosach i stojącej przed nią kryształowej szklance soku pomidorowego – moim zdaniem zasługiwała, aby stać sie natchnieniem dla niejednego mistrza sztalug. Czyż nie podobne kadry utrwalał na swych płótnach ulubiony malarz krakowskiej bohemy – Bartosz Frączek? Podobne!

Wysoka smukła szklanka do połowy wypełniona krwisto-czerwonym pomidorowym sokiem… – kontynuowałem obserwację. – Dziewczyna bierze ją w dłonie i zmysłowymi ustami pociąga płyn przez słomkę… Mój Boże! Co za erotyczny spektakl!

Jej ciemnoniebiski żakiet, przy podmalowanych oczach zbliżoną kolorystycznie granatową kredką – rzeczywiscie – tworzył razem jakąś dziwną feerię kształtów i barw. Z jednej strony scenerii – ciemnoniebieska postać zagadkowej kobiety, z drugiej – mały biały iPhone na stole i czerwień soku pomidorowego w krysztłowej szklance. Czyż nie klasyka rodem z Williama Bouguereau? I jeszcze te jej oczy… tak jakby w tym samym czasie patrzyła i na mnie, i na samą siebie. Ciekawe świata, mistyczne, zagadkowe, piękne oczy zjawiskowej kobiety, która być może zaznała w życiu prawie wszystkiego, która wie o życiu prawie wszystko, prawie wszystko rozumie i… z nikim i z niczym się nie liczy. Bo ona nie z takich, które cokolwiek muszą… Skądś dobrze znam takie spojrzenia. Caterino Fille! – ona nawet wykradła twoje czarne rzęsy, i te twe artystycznie przerzedzone brwi i ciekawskie ogniki w źrenicach! A tak naprawdę całą ciebie zjadła, przyjaciółko. No, może poza obrączką na palcu, której u niej nie było.

Westchnąwszy z rozrzewnieniem samca, którego prozaiczne obowiązki ściagają z chmur na ziemię wypiłem jeszcze trochę koniaku, tak profilaktycznie – „na drogę”, i wstałem kierując się do drzwi. Czas bujania w obłokach dobiegł końca. Pora wracać do realu. Ale idąc do windy cały czas podświadomie czułem, że patrzy na mnie tak samo zagadkowo, może nawet i prowokująco, jak wcześniej.

Dziwne spotkanie, rodem z tych, w których nic się nie zadziało, ale zostaje poczucie, że jednak coś…

 

– 2 –

Przeszło trzygodzinny lot do Madrytu klasą business przebiegł planowo, bez specjalnych komplikacji i wrażeń. Jak zwykle, tak i tym razem wykorzystałem go bardzo pożytecznie: był czas na korektę własnych tekstów przeznaczonych do publikacji, ale także na korespondencję z moją osobistą menedżerką Cateriną Fille. Pokładowe wi-fi i tradycyjnie wysoki komfort podróżowania liniami „Iberia” znakomicie takim działaniom sprzyjały. Z satysfakcją stwierdziłem, że pieniądze zainwestowane w profesjonalny menedżment w osobie mojej sprawdzonej w bojach przyjaciółki procentują. Oto nawet podczas lotu otrzymuję od Cateriny informacje o bieżących wydarzeniach a przede wszystkim o najnowszych planach i potwierdzonych przedsięwzięciach. I właśnie teraz nadszedł najnowszy news: w najbliższym czasie czekają mnie wieczory autorskie w Wiedniu i Londynie. Potem Francja. Zapewne kilka kolacji w towarzystwie przeuroczego pana d’Artigny z „Le Monde” i cała seria spotkań z czytelnikami. Cóż… Nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny zawierzyć swój image w kasieńkowe władanie i podczas rozpoczynającego się mojego pobytu w Hiszpanii pokornie zaufać jej poczynaniom.

Caterinę, tak po prawdzie, prywatnie nazywam Kasią. Czasami nawet „moją Kasieńką” (głównie w osobistej korespondencji). Poza bowiem intensywnymi relacjami biznesowymi łączy nas wieloletnia przyjaźń, a nawet i sympatia. Ale nic więcej, w każdym razie nic, co by wykraczało poza ramy rutynowych konwenansów i zasad, o czym ja – admirator pięknych kobiet – nierzadko wolałbym nie pamiętać i zaklinając fakty popuszczać wodze erotycznych fantazji podsycanej barwnymi losami moich własnych bohaterów i postaci. Ale wówczas, ona – Kasia (nie tylko piękna, ale przede wszystkim bardzo inteligentna, roztropna kobieta) – demonstrując lśniącą na swym czwartym paluszku małżeńską obrączkę bezpiecznie sprowadza mnie z chmur na ziemię. Ona nie z tych – co to nie potrafią oddzielić życia prywatnego od służbowego. Wprost przeciwnie – ona, Katarzyna, zawsze czyni to z perfekcją pedantki. Dlatego ta zapewne nieprzypadkowo pokazywana obrączka ma mi o tym jednoznacznie przypominać. Gdy przeczuwa, że podczas kolejnej biznesowej podróży „jej Babicki” ewidentnie sposobi się się do intrygi, czyni sobie jakieś plany i nadzieje, innymi słowy: że ja – dobrze znany w środowisku lowelas – za bardzo zechcę odbiec od przyjętych norm profesjonalisty – odwołuje się do najbardziej skutecznej prewencji: w trybie pilnym sprowadza swą połówkę – Thomasa. I koniec bajki. W towarzystwie Thomasa nasze osobiste relacje grzecznie powracają na utarte, obopólnie pożyteczne zawodowe tory. Tak było w Paryżu, tak było w Berlinie… Czy tak będzie w Madrycie? Wkrótce się przekonam.

Lotnisko Barajas przywitało rejsowy z Warszawy całą feerią promieni zachodzącego słońca. W ich jaskrawym blasku piaszczyste pola od Puerta del Sol aż po najbardziej odległe punkty widnokręgu jeszcze bardziej odbijały kolorami burej, spalonej słońcem ziemi. Względnie wysokie położenie Madrytu nad poziomem morza (mniej więcej jak nasze Zakopane) sprzyja suchym aurom latem i ostrym promieniom słonecznym przez cały rok. Przybywając do Madrytu wskazanym więc jest posiadanie dobrych przeciwsłonecznych okularów. Na szczęście – nie jestem tu nowicjuszem: jak zawsze mam swe ulubione dwie pary.

„Teraz – tylko dwa kwadranse limuzyną – i będę w hotelu” – pomyślałem odbierając bagaż. Z ciekawością zastanawiałem się, w co będzie ubrana Caterina wyczekująca mnie w hali przylotów. Dobrze wie, jak bardzo lubię jej ciemnogranatowy kostium, bardzo zresztą podobny do tego, który miała na sobie dziewczyna ze szklanką soku pomidorowego… Czy specjalnie ubierze go dla mnie? A może zaepatuje czymś w zupełnie nowym stylu? Moją dociekliwość, jak tylko zalogowała się do sieci komórka, szybko rozwiał pisk SMS-a. „Januszu, spotkanie w kolegium redakcyjnym El Pais przedłuża się. Nie zdążę po Ciebie na lotnisko. Weź, proszę, taksówkę. Kasia.”

„No tak” – mruknąłem nieco podirytowany. Płacę za menedżement 3000$ dniówki, a gdy trzeba to „bujaj się Babicki sam”. Z drugiej strony, pomyślałem, w końcu dziewczyna dwoi się i troi, aby tylko podopinać jutrzejszy wywiad na ostatni guzik, trudno więc mieć pretensje, że nie przedkłada kurtuazyjnego towarzyszenie mi w podróży nad biznesowy bargain. „No importa! Poradzę sobie” – zreflektowany odpisałem. W końcu, co za problem? Jak na każdym lotnisku świata tak i tu długa na sto kilkadziesiąt metrów kolejka taksówek wyczekuje klientów. – „Zamówiłaś dla mnie pomidorowy sok?” – po kilku sekundach wysłałem kolejnego SMS-a. „Cała zgrzewkę” – Prawie natychmiast odpisała.

Nie zdążyłem dojść do postoju taksi, gdy na wyświetlaczu mojego LG ponownie Caterina.

– Tak, Kasiu? Witaj…

– Dzień dobry Januszu! Rozumiem, że właśnie doleciałeś… Jeszcze raz sorry, za…

– Dobrze! W porządku. Już akurat dochodzę pod postój taxi. Jak rozmowy w El Pais?

– Znakomicie. Właściwie mamy już wypracowany konsensus w sprawie promocyjnej kampanii na kolejny rok. Podpisałam także list intencyjny dotyczący wznowienia publikacji netowisk i poszerzenia współpracy medialnej naszego FPTB z grupą kapitałową PRISO.

– Pogratulować!

– Muchas gracias!… Januszu, ale dzwonię do Ciebie w pewnej… osobistej sprawie…

– Zamieniam się w słuch.

– Czy mógłbyś mnie zwolnić z obowiązku uczestniczenia w jubileuszu Gazety i zaraz po twoim wywiadzie pozwolić mi wracać do Wawy? Mam nóż na gardle…

– Ojej! Co się stało? Szpital w domu?

Po drugiej stronie linii na chwilę zapadło milczenie. Wydawało się, że Katarzyna pospiesznie kleci na podorędziu dla mnie jakąś wiarygodną wymówkę…

– No, w sumie tak… Thomas dzwonił… – zaczęła bez przekonania. – Tak. W domu szpital. I on, i Johannek chyba chwycili wirusa… Przyjechała do nich siostra Thomasa, aby ich kurować, ale okazało się, sama w niewiele lepszym stanie…

– Kasiu! Nie fantazjuj… (znam przecie Kaśkę, jak łysego konia). – O co tak naprawdę tu idzie? Co się dzieje?

– No dobrze… Widzę, że nic przed tobą nie da się ukryć…

– Śmiało, co jest?

– No, muszę pospiesznie opuścić Madryt z obawy przed skandalem obyczajowym…

– O rany! Coś ty Kaśka narozrabiała?!

– Januszu, ja to mam zawsze pecha! W madryckiej cukierni & herbaciarni ¡Que viva el amor! spotkałam się dosłownie na kwadrans z moją dawną miłością – Santiago Armando Lopez Rodriguez’em. Nie zdążyłam nawet podnieść filiżanki do ust, a już rozbłysły flesze paparazzich!

– Choliwcia!… Taka antyreklama, rzeczywiście, nie byłaby nam teraz na rękę…

– No sam widzisz, Januszu…

– Oj, widzę, widzę…Mam się ja z tobą… Czekaj zastanowię się… Jutrzejszy wywiad, mówisz, dopięty? Lista pytań, jak ustalaliśmy? Materiały i scenariusze poopisywane? Zlecenia i faktury wystawione? Bilety pobukowane? Rekomendacje, listy uwierzytelniające, poswiadczenia…

– Oczywiście…Wszystko według procedur i ustaleń.

– Dobra! Pakuj walizki i wracaj jeszcze dziś! – zadecydowałem bez zbędnej zwłoki.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Są sprawy ważne i ważniejsze. Uważaj tylko na siebie, żebyś i ty natychmiast nie dołączyła do listy swych „domowych pacjentów”… bo rozumiem, taką wersję mam zapodać naszym medialnym partnerom?

– Oczywiście. Januszu. Taką zapodaj.

– Okay! No to zbieraj się, dziewczyno i bez względu na powód wracaj na domowe pielesza.

– Januszu… Nie wiem jak ci dziękować…Chcesz? Zaraz zadzwonię po Clavię. Przyleci jutrzejszym porannym samolotem. Jest wprowadzona we wszystkie sprawy.

– Nie ma potrzeby. Dobrze mi się pracuje z Clavią, ale wolałbym tym razem nie być powodem kolejnego trzęsienia ziemi. Gdybyś tylko mogła nająć dla mnie tutejszą hostessę z językiem francuskim, najlepiej – jakąś przewodniczkę z biura turystycznego, koniecznie z samochodem…to już z całą resztą poradzę sobie sam.

– Oczywiście, zaraz się tym zajmę.

– No to bywaj, Kasieńko… Wracaj do Johannka i męża. Niechybnie potrzebują cię..

– Januszu, jesteś kochany!

– Już dobrze, dobrze… Cześć Kati. Do zobaczenia w kraju.

Po zakończeniu rozmowy zrezygnowany znamiennie trzepnąłem klapką smartfona. Kolejna podróż służbowa i znowu zamiast urokliwego towarzystwa mojej ulubionej przyjaciółki – po raz kolejny ledwie proza zawodowego życia. Skandal obyczajowy? Kasi?? Aż wierzyć się nie chce…  A bo to wiadomo, co tu z tego by narobili?… Lepiej nie ryzykować. „Así es la vida! Mi amigo poeta…”

 

– 3 –

Taksówkarz, który wiózł mnie z lotniska do hotelu Hesperia (alei Paseo Castellana 57) jak na hiszpańskiego taryfiarza zachowywał się nad wyraz powściągliwie. Być może działo się tak za sprawą transmisji radiowej z meczu piłki nożnej tutejszego Realu w ramach europejskich pucharów, która to sprawiła, że pan taksówkarz bez reszty zamienił się w słuch. Za poprzednich moich wizyt taryfiarze całą drogę terkotali, od czasu do czasu dorzucając do potoku słów nawet i polskie wrzutki, takie jak: wodka, dobranoc, Walesa. Od tego wszystkiego zwykle bolała mnie głowa, dlatego błogosławiłem, że po zimnym prysznicu, którego doświadczyłem zaraz po przylocie, tym razem przynajmniej odpocznę. Jeszcze przed wejściem do taksówki wyłączyłem swój telefonik. Odrobina spokoju przecież się należy! A jak znam życie – co rusz i bezustannie byłbym nękany przez różnych szarlatanów i petentów. Zgodnie z przewidywaniami po 35-u minutach niczym niezakłócanej jazdy podjechaliśmy pod hotel.

Bezszelestna winda błyskawicznie dostarczyła mnie na ósme piętro. Ledwie wszedłem do pokoju, nawet nie zdejmując marynarki dosłownie padłem na kanapę nieżywy. „Jutro, wszytko jutro, dziś nie mam głowy do niczego!” – usprawiedliwiałem samego siebie. Materiały Cateriny, które odebrałem z recepcji rzuciłem bez przeglądania na podłogę. Jutro będę miał przed południem jeszcze dużo czasu, aby im się przyjrzeć i ewentualnie podokonywać autokorekt. „Och!… Teraz tylko spać, spać!”. Chcąc nie chcąc trzeba mi było jednak rozebrać się, pójść do łazienki, ogarnąć… Ale i tego nie za bardzo się chciało. Rozsądek zwyciężył. Wstałem z trudem, ale wstałem. A gdy już podniosłem się i doprowadziłem do pionu – spojrzałem mimochodem na stolik. Leżał na nim jakiś nietypowy, zafoliowany pakunek. Jakby przesyłka kurierska, tyle tylko, że bez nazwiska adresata, za to z numerem pokoju. Z ciekawością rozpieczętowałem paczuszkę. „Ha! Pamiętała moja Kasieńka” – z rozrzewnieniem stwierdziłem. W środku był sześciopak kartonów z sokiem pomidorowym. „O rany! Co ja teraz z nim zrobię?” Gdybymż jeszcze nie mieszkał w tym hotelu sam?

I nie wiem dlaczego, ale nagle wszystkie moje myśli zaczęły wracać do Warszawy, do dziewczyny ze szklanką pomidorowego soku z lotniska Chopina. „Najprawdopodobniej wypiła już cały swój sok z wysokiego pucharku.” – Pomyślałem uśmiechając się na sympatyczne wspomnienie. – „A może zamówiła następny? Czemu nie podszedłem wtedy do niej, nie przedstawiłem się? Może teraz leżąc samotnie w naszych łóżkach odsuniętych od siebie do różnych zakątków tego bezdusznego świata opowiadalibyśmy sobie bajki na dobranoc?” – I aż do zaśnięcia rozmyślałem już tylko o niej, o mojej pięknej, intrygującej nieznajomej. Nawet nie wiem, w którym momencie zasnąłem. Wiem za to, że z dziecięcym rozmarzeniem na twarzy…

Co z tego, że słodko zasypiałem? – skoro w nocy śnił mi się jakiś absolutny koszmarek. Oto, nie wiedzieć czemu, musiałem pilnie nauczyć się języka mandaryńskiego. Było to warunek uzyskania przeze mnie dyplomu Politechniki Warszawskiej. Kurczę blade… Przecież, coś mi się wydawało, ja ten dyplom zrobiłem hen, hen dawno temu. O co tu chodzi? I jak tu w ciągu kilku dni zrozumieć język Chińczyków? Beznadzieja… Wiem! Poproszę Caterinę o korepetycje. Ona jest dydaktycznym geniuszem…Nauczy mnie w trymiga! Zaraz, zaraz… A czy Kati na pewno zna mandaryński? Bartus chyba kiedyś pisał, że Kasia zna wszystkie języki. No, ale jakoś nigdy nie słyszałem, aby z kimkolwiek prowadziła konwersację w azjatyckich slangach… A najdziwniejsze w tym moim śnie było to, że rozmawiając z rodowitymi Chińczykami w zasadzie wszystko rozumiałem, co do mnie mówili! Coś tam nawet próbowałem im odpowiadać. I także mnie rozumieli. A potem wspólnie się śmieliśmy z moich opowieści, przekrzykując się nawzajem. Pamiętam też, jak kruczoczarna, piękna chińska dziewczyna popijając chineczkapomidorowy sok zachwalała jego walory i zapraszała mnie do degustacji… Potem tajemniczym głosem zapytała po mandaryńsku: „a weźmiesz mnie ze sobą na wycieczkę dookoła świata?” Tylko… dlaczego w jej rysach twarzy nic, dosłownie, nic nie było azjatyckiego?! A tak, w zasadzie, czyżby Caterina miała bliźniaczkę? Przecież ta Chinka ze szklanką pomidorowego soku kropka w kropkę podobna była do… Cateriny. Jakby ją zjadła! No, może tylko złotej obrączki na czwartym paluszku brakło…

Rano, jeszcze przed budzikiem, który ustawiłem na 7:15 wybudził mnie z koszmarku i postawił na nogi telefon hotelowy.

– Monsieur Babicki?

– Tak… słucham panią?

– Nazywam się Josephine Pommier. Jestem pana przewodniczką z biura turystycznego „Madrid en el bolsillo”. Proszę mi wybaczyć, że tak wcześnie pana niepokoję, ale przez cały wczorajszy wieczór nie mogłam się dodzwonić na pana komórkę. Pani Caterina z FPTB poradziła mi, aby dzwonić na hotel.

– No tak, rzeczywiście. Zapomniałem włączyć… Przepraszam panią…

– Nic nie szkodzi, monsieur Babicki. Czy ma pan jakieś szczególne życzenia na dzisiejsze przedpołudnie?

– Przedpołudnie? Zaraz… A… przedpołudnie? Czy lubi pani sok pomidorowy?

– Przepraszam, nie zrozumiałam…

– A nie, nie! To ja przepraszam… Chyba jeszcze się nie dobudziłem. Przedpołudnie? Tak. Oczywiście! Proszę przyjechać po mnie do hotelu Hesperia punkt 11:00. Będę czekał na panią w restauracji hotelowej La Manzana. Pojedziemy do domu medialnego PRISO a potem na nagrania do RNE Radio 5 Todo Noticias.

– Oczywiście. Czy ma pan jakieś życzenia odnośnie limuzyny, którą będziemy się przemieszczać?

– Nie. Wszystko jedno. Proszę tylko zadbać, o chłodną mineralną wodę w aucie, lekko gazowaną, obowiązkowo z tonikiem. Acha! I może być także sok pomidorowy…

– Sok pomidorowy?

– Tak, gdyby miała pani ochotę…

– A nie, dziękuję. Jeśli idzie o mnie – nie przepadam za takim.

 

– 4 –

Pobyt w PRISO ograniczył się do złożenia krótkiej kurtuazyjnej wizyty w gabinecie owalnym dyrektora generalnego pana Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo. Podczas spotkania wymieniliśmy się życzeniami, aby tak dobrze zawiązana współpraca między domami medialnymi zgodnie służyła dalszemu zacieśnianiu kreatywnych relacji między środowiskami twórczymi i pen clubami Madrytu i Warszawy. Na zakończenie wizyty pan Hermenegildo Teódulo obdarował mnie pokaźnych rozmiarów statuetką niedźwiedzia wykonaną w brązie, której dwumetrowy oryginał uplasowany jest w samym centrum Madrytu, gdzie jako postument pełni także rolę heraldycznego symbolu stolicy Hiszpanii. Z mojej strony obdarowałem gospodarza oryginałami spisanym ręcznie kilku mych najnowszych bajek.

Po oficjalnej części spotkania pan Dyrektor Hermenegildo Teódulo podszedł do mnie i nienaganną francuszczyzną zapytał:

– A co u pani Cateriny? Słyszałem, że nie będzie obecna na święcie naszej gazety.

– Niestety, to prawda. Musiała pilnie wrócić do Warszawy z bardzo ważnych powodów rodzinnych. Prosiła pana dyrektora pozdrowić.

– Bardzo żałujemy, maestro. Proszę również pozdrowić ode mnie panią Caterinę. To przecież dzięki jej wielkiemu osobistemu zaangażowaniu nasze bilateralne relacje nabrały ostatnimi czasy prawdziwego blasku. Pana obecność, tutaj, panie Babicki, jest znakomitym i najlepszym mojej oceny potwierdzeniem.

Z dyrektorem Hermenegildo Teódulo rozstaliśmy się jak starzy, dobrzy przyjaciele obiecując sobie częstsze wizyty i obowiązkowo, w towarzystwie Cateriny, wspólną obecność na widowni podczas koncertu inaugurującego XVII edycję Konkursu imienia Fryderyka Chopina. Pan Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo, jako zagorzały miłośnik Chopina, specjalnie w tym celu zamierza przyjechać do Warszawy.

– Jak przeszła wizyta? – zapytała czekająca mnie w pobliskim pubie Josephine. – Wszystko było w porządku ?

– Nie mogło być inaczej ! – z satysfakcją położyłem przed nią na stoliku wielki pakunek ze statuetką. – Pan dyrektor Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo jest nie tylko wspaniałym menedżerem, ale także wielkim miłośnikiem ukochanego przez każdego Polaka Chopina. A w tym pakunku – przekazał mi symboliczny wizerunek waszej stolicy.

Zerknęła do pudełka. Skrzywiła twarz w ironicznym uśmiechu.

– A propos Chopina… Jako rodowita Francuzka pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, na narodowość ojca Chopina… I na zdarzenie, że gdy przebywał w Paryżu, kilkadziesiąt kilometrów od niego mieszkała i jego ciotka, i kuzynowie…

– Tak, to fakt. Skądinąd mi dobrze znany. Ale czemu pani o tym wspomina?

– Jako Polacy za bardzo afiszujecie się rdzenną polskością Chopina. To absolutna nieprawda!

– Hmm… A czy jako „rodowita Francuzka”, jak sama pani powiada, zna pani dobrze i stosuje się do francuskiej ortografii?

– Oczywiście! No jak mogłabym inaczej?

– A widzi pani… A tak się jakoś składa, że Fryderyk Chopin, mimo iż spędził we Francji połowę życia nigdy nie potrafił bezbłędnie napisać listu po francusku. Francuskiej korespondencji Chopina, ze względów dydaktycznych, nie polecane jest nawet pokazywać dzieciom. W przeciwieństwie do polskiej, nienagannej stylistycznie ale także i bezbłędnej ortografii. Proszę przyjechać kiedy do Warszawy, do naszego muzeum Chopina, a naocznie przekona się pani, jak wielkim był w tej francuskiej materii profanem… I jakim estetą, jeśli idzie o język polski…A co do ciotki i kuzynów… Ja raczej zadałbym pytanie, skoro to była dla niego jakaś ważna rodzina, dlaczego jej nigdy nie odwiedził?

– Widzę, panie Januszu, że jak każdy Polak jest pan bardzo zaciekłym polonofilem…

– Ja raczej bym określił – patriotą. Nic więcej.

Pomiędzy nami zapanowała przez chwilę jakaś złowieszcza cisza. Zdawało się, że ta krótka, być może zupełnie niepotrzebna dyskusja na świetlne mile oddaliła i tak wątłe uczucia sympatii, które od samego początku żywiłem do mojej przewodniczki i z jej strony, jak sądzę, vice versa. Aby nieco podreperować relacje powróciłem z dyskusją na bardziej bezpieczne tory:

– Podoba się pani niedźwiadek? – i ponownie wskazałem na leżący przed nami IMGP4738_edytowany-3pakunek.

– Tak się akurat składa, że na Puerta del Sol, gdzie oryginał tego zwierzęcia podskubuje palmowe liście, czyni to ledwie od półwiecza. Gdyby chciał pan poznać prawdziwy, wielowiekowy symbol naszej stolicy radzę udać się na plac główny – Plaza Major. Mówi się o nim, że jest „prawdziwym teatrem pod niebem Madrytu”. Jest przestronny, wybrukowany i zamknięty dla ruchu kołowego. Wspaniałe miejsce dla nocnych eskapad i nastrojowych kolacji we dwoje! Polecam…

– O! dziękuję… Z chęcią zatem zapraszam panią dziś na romantyczny wieczór! Mam nadzieję, nie odmówi mi pani, mademoiselle Pommier? (na jej dłoni nie dostrzegłem obrączki)

– Przepraszam, ale dzisiejszą noc obiecałam już spędzić z przyjaciółmi.

– Rozumiem. – Zakłopotany i z konsternacją podsumowałem. – Nic nie szkodzi. Może kiedy indziej…

„Co za zacięte babsko”, – pomyślałem. Już dawno żadna z kobiet nie czyniła mi tylu fochów. ‘A może ty się Januszu po prostu starzejesz?’ – zaśmiało się ze mnie moje super ego. „Zamknij się, głupku – natychmiast przyciąłem zarozumialca. – Ględzisz jak nadgryziony piernik. Martw się o siebie.”

– To co, jedziemy już do RNE Radio? – z lekkim zniecierpliwieniem w głosie spytała, przerywając moje wewnętrzne rozmyślania, Josephine.

– Tak, oczywiście. – krótko zadecydowałem. – Zaczekam tu na panią. Proszę przyprowadzić samochód i ruszamy.

Skinęła posłusznie głową i bez słowa wyszła.

 

– 5 –

Wizyta w studiu radiowym zaplanowana była jako nadzwyczajny wywiad. Prowadził go na żywo młody, choć bardzo już popularny w Hiszpanii redaktor Domingo Pantoja absolwent, zresztą, polonistyki na tutejszym Universidad Complutense de Madrid (nota bene: jednej z najstarszych alma mater świata – rok założenia: 1499). Oczywiście, cały wywiad przeprowadzany był po polsku i na bieżąco przekładano go na dwa równoległe języki: hiszpański i kataloński. Motywem przewodnim rozmowy był tomik moich niedawno wydanych „Nadwiślańskich bajek”, które tu, nad brzegami Manzanares, ku mojemu zadowoleniu, cieszą się równie olbrzymią popularnością, co i u nas, nad Wisłą.

Po wprowadzających, rutynowych pytaniach i moich odpowiedziach dotyczących początków działalności literackiej i podróżach po całej Europie przyszła pora na szczegółowe „tłumaczenie się autora” z przesłania „Nadwiślańskich bajek.”

– Panie Januszu… (od samego początku, w taki bezpretensjonalny, naturalny sposób zwracał się do mnie prowadzący wywiad redaktor), – gdy byłem jeszcze bardzo małym i grzecznym chłopcem, to na pytanie: skąd się biorą na świecie malutkie dzieci? – usłyszałem od rodziców odpowiedź: rozrzucane są przez nocnych elfów na zagonach kapusty. Z pana bajek dowiadujemy się czegoś zupełnie odmiennego…

– To prawda. Choć kapusta, o której pan wspomniał, jest zapewne uniwersalnym europejskim fortelem, wspólnym etnograficznie i kulturowo każdemu z narodów starego kontynentu, gdy trzeba tłumaczyć dzieciom fenomen pojawiania się ich na świecie. W Polsce, rzecz jasna, też. U nas, nad Wisłą, dzieci jednak dużo częściej słyszą od rodziców, że były przyniesione przez bociany.

– Bociany? A czemu akurat bociany?

– Przypuszczam z prozaicznego powodu… u nas w Polsce to bardzo popularne ptaki i darzone niezwykłym szacunkiem, z uwagi na liczne gniazda, które każdej wiosny zakładają na polskich polach a nawet na kominach i przydrożnych słupach. Odsetek tych gniazd, u nas – w Polsce, jest największy w całej Europie…

– Rozumiem… Czy taką odpowiedź usłyszał pan także od swoich rodziców? Że bociany przynoszą dzieci?

– Wie pan co? Nie pamiętam już… I pewno dlatego zanim rozpocząłem pisanie mojego tomiku udałem się, w celu pozyskania miarodajnej wiedzy, do zaprzyjaźnionych przedszkolaków z podwarszawskiego przedszkola w Starych Babicach. I wie pan, co mi najczęściej dzieci odpowiadały?

– Nie mam pojęcia!

– Najczęściej padała odpowiedź, że dzieci biorą się z hipermarketu. Można je tam dostać w ramach promocji, zwłaszcza przed świętami. Przedszkolaki mówiły mi także, że jeżeli dorośli chcą mieć dzieci to muszą się zalogować na jakieś stronie w internecie albo wejść na allegro.

– Allegro?

– Tak. To taki nasz rodzimy serwis zakupowy… odpowiednik eBaya.

– Rozumiem…

– Jeden z przedszkolaków mnie przestrzegał, że jak już się zaloguję na allegro, to muszę później być cały czas w domu, bo kurier może zostawić dziecko u sąsiada. Ale moją ulubioną odpowiedzią było, że dzieci biorą się z Kinder-niespodzianki.

– Przezabawne, panie Januszu. A jakie inne jeszcze madrości stały się pana udziałem, dzięki przedszkolakom?

– Oj, można by długo opowiadać… Na przykład: że dzieci można zasadzić w doniczce. Częstą informacją jest również, że dzieci biorą się z brzucha; przy czym mamusie rodzą córeczki a tatusiowie synków.

– To już całkiem bliskie prawdy – zażartował redaktor.

– Dowiedziałem się od nich i tego, że jak mamusia jest smutna i łuska fasolę to znajduje wśród ziarenek dzidziusia, i odtąd już przestaje się smucić i już tylko się raduje.

– Chce pan powiedzieć, że w Polsce kobiety jeszcze cały czas łuskają fasolę? – z autentycznym zaciekawieniem dopytał redaktor.

– Chcę powiedzieć coś zupełnie innego… A właściwie powtórzyć to, co same dzieci artykułują: w ich stwierdzeniu chowa się oto bowiem taka prawda, dlaczego rodzi się tak mało dzieci w Polsce? Dlatego, bo bardzo mało ich mamuś łuska dziś w domu fasolę…

– Rzeczywiście, logiczne tłumaczenie…

Nasza rozmowa, w konwencji humorystyczno-dydaktycznej trwała blisko godzinę. W międzyczasie dzwonili także radiosłuchacze i zadawali swoje własne pytania. Jedno z nich prawie zmroziło mi krew w żyłach.

– Panie Babicki, – pytał jakiś młody mężczyzna, – czy to prawda, że pana menedżerka jeździ za panem po całej Europie a w domu zostawia swoje niespełna dwuletnie dziecko i męża? Czy o takich obyczajowych bajkach też pisuje pan dzieciom?

Widząc, że prowadzący audycję zamierza natychmiast „sparować” pytanie jakimś tuzinkowym fortelem pospiesznie dałem znać ręką, aby pozwolono mi odpowiedzieć.

– Proszę pana… Jeśli ma pan na myśli Caterinę Fille, z którą, w istocie, współpracuję od lat – to tak. Ma pan rację. Podczas moich podróży wielokrotnie korzystałem z jej logistycznej i lingwistycznej pomocy, gdyż jest doskonałym menedżerem i wykwalifikowanym tłumaczem. Tu, do Madrytu, także przywiodły nas moje sprawy zawodowe. Ale jak pan myśli, dlaczego do studia przybyłem sam i nie korzystam teraz z jej pomocy i wsparcia?… Już panu odpowiadam. Jeszcze wczoraj uzgodniliśmy, że moja menedżerka Caterina musi wrócić w trybie pilnym do domu, do swego dwuletniego synka i męża. Dla nas, Polaków, są bowiem sprawy ważne i ważniejsze. A szczęście rodzinne i kontakt matki z dzieckiem, gdy pilnie potrzebuje dziecko matki, jak pan może się teraz przekonać, to wartość dla nas najważniejsza. Takich bajek, jeśli już o to pan pyta, nie pisuję więc dzieciom. Bo takie bajki – to nie bajki. To opowieści prawdziwe…

Prowadzący audycję redaktor Domingo Pantoja w geście uznania za moją replikę podniósł prawy kciuk do góry.

Audycję zakończyła prezentacja kilku moich bajek w przekładzie Cateriny i recytowanych przez znanego hiszpańskiego aktora Javiera Bardem’a. Jeszcze podczas ich trwania dyrektor programowy radia Jose Fernando Zapateria osobiście pofatygował się do studia i złożył mi autentyczne i szczere podziękowania za fantastyczny wywiad.

– No, panie Januszu, – przywitała mnie po wyjściu ze studia Josephine, – jestem pod absolutnym wrażeniem! Ma pan niezwykły dar przekonywania słuchaczy i… jednania kobiecych serc… – dopowiedziała z lekko filuternym uśmiechem.

Okazuje się, że przez cały mój pobyt w studiu, ona – Josephine, przesiedziała w limuzynie słuchając wywiadu transmitowanego przez RNE na żywo.

– Dziękuję… Wie pani… wywiady radiowe to mój chleb powszedni. To nie było nic szczególnego.

– Szczególnego, nieszczególnego – naprawdę szczerze panu gratuluję. I przepraszam pana, bo ja dopiero podczas audycji uzmysłowiłam sobie, ze przecież i u nas, we Francji, jest pan niezwykle lubiany i popularny. Gapa ze mnie… Że też od razu pana nie skojarzyłam… Jeszcze raz przepraszam! Panie Januszu…

– Pani Josephino, naprawdę nie ma za co przepraszać. To raczej ja powinienem siebie obwinić, ze nie wystarczająco byłem dziś dla pani szarmancki… Jedźmy już, proszę.

Gdy samochód ruszył i zmierzaliśmy w stronę hotelu na jednym ze skrzyżowań, gdy czerwone światło zatrzymało nas na trochę dłużej, niepewnym głosem odezwała się:

– Panie Januszu, jeśli pana zaproszenie na dzisiejszy wieczór pod niebem Plaza Major jest wciąż aktualne, chętnie panu potowarzyszę. Moi przyjaciele na pewno mi to wybaczą! – i ze szczerym uśmiechem próbowała zajrzeć mi w oczy.

– Wie pani co? – Wahałem się przez chwilę, – Jestem jednak troszkę zmęczony. Na dzisiaj wystarczy wrażeń. Ten wieczór spędzę z moją żoną na Skajpie. Może jutro… Mam na szczęście do pani telefon i gdy tylko znajdę czas – na pewno przedzwonię. („Ho, ho! – natychmiast odezwało się moje super ego, – nie poznaję ciebie, Babicki, starzejesz się, mój drogi!”)

Spojrzała na mnie z jakąś nutką rezygnacji, może nawet strachu…

Oczywiście. Nie zadzwoniłem. Nigdy więcej już się nie spotkaliśmy.

 

– 6 –

Do Hesperii wróciliśmy pod wieczór. Zanim jednak skierowałem się do wnętrza hotelu (Josephine podwiozła mnie pod same schody) postanowiłem jeszcze odbyć, już w pojedynkę, krótki spacer znanymi mi w końcu uliczkami Madrytu. Jestem w tym mieście nie po raz pierwszy więc tak naprawdę wszystkie, co ciekawsze zakątki nie są mi całkiem obce. W moim ulubionym sklepiku przy Calle de Juan Bravo nabyłem dla Natalki oryginalne castaniety. Sprzedawczyni zapewniała, że nie jest to żaden turystyczny souvenir, a wysokogatunkowy instrument, który chętnie u niej nabywają także i zawodowe tancerki. Skinąłem z uznaniem głową. Poprosiłem jeszcze o castaniety dla małej Sabinki (wnuczki Natalki), zaznaczając, że tym razem nie musi to być „zawodowy instrument” i kilkanaście oryginalnych, pięknych ręcznie malowanych hiszpańskich wachlarzy, którymi po powrocie do kraju zamierzam obdarować najbliższych przyjaciół (ściślej się wyrażając: przyjaciółki). Zastanawiałem się też, czy nie kupić czegoś oryginalnego dla Cateriny, ale znając moją „kompankę” miałem pewność, że w ciągu kilku dni, jakie spędziła w Madrycie, znalazła na pewno czas, aby pomyszkować po najróżniejszych tutejszych butikach i z pewnością niczym szczególnym chyba już zaskoczyć jej się nie da. Bo niby czym? – podsumowałem zrezygnowany. Poza wszystkim, jak znam Caterinę (a znam bardzo dobrze!) jej pasją nie są bynajmniej bibeloty, a ciuchy i buty, których, podobno, zgromadziła w swym buduarze ponad setkę. Samych szpilek od Louboutina u niej ci na pęczki! No chyba, że te walonki! – i spojrzałem z uśmiechem na mały straganik, prowadzony przez jakąś babcię, która na rogu ulicy wyprzedawała zapewne swe rodzinne skarby. Kasia w walonkach? Tak, to byłaby frajda! Oszczędzę jednak i sobie, i Kasi tego typu atrakcji. No chyba że obieca założyć, gdy pójdziemy kiedyś na wspólną randkę! „Czekaj tatka latka!” – i z politowaniem uśmiechając się do siebie ruszyłem w kierunku hotelu.

Ostatecznie do mojego apartamentu w Hesperii przybyłem tuż przed dwudziestą trzecią. Nocne życie w mieście dopiero nabierało specyficznego, iberyjskiego kolorytu. Na Puerta del Sol kilku magów rozpoczynało spektakl wody i ognia, grupa młodych ludzi ustawiona póki co w kolorowy, ruchomy szpaler przy dźwiękach dwóch gitar i tamburina intonowała ludowe pieśni i próbowała zaciągać przygodnych gości do grupowego tańca. Liczne żywe rzeźby, typu: motocyklista nad przeszkodą, a nawet narciarz w locie epatowały przechodniów oryginalnością kompozycji i zachęcały do robienia fotografii, oczywiście po opłaceniu symbolicznego datku „co łaska” (co łaska = dwa Euro). Urzeczony atmosferą feerii i zabawy nawet przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pójść teraz samodzielnie na Plaza Major i pod gwieździstym niebem nie porozkoszować się specjałami hiszpańskiej kuchni? Szybko jednak porzuciłem zamiar. „A co by było, gdybym natknął się tam na Josephine i jej przyjaciół?” Byłaby wsypa. Okazałbym się zwykłym nicponiem. Ostatecznie zaszedłem więc tylko do jednej z wielu śródmiejskich tapaserii i zaopatrzywszy się we wspaniałą kanapkę z oryginalnie sezonowaną „Jamón serrano(rodzaj tutejszej szynki) postanowiłem zakończyć te i tak nieplanowane, dzisiejsze, wieczorne atrakcje.

Przed pójściem spać na krótko połączyłem się z Natalką i podzieliłem wrażeniami z pobytu. O prezentach, rzecz jasna, nie wspomniałem. Natalka opowiedziała mi, jak to dziś wieczorem pod nasze okno nasz etatowy „Feli” przyprowadził swojego koleżkę o tak bardzo podobnej sierści, jak on, że aż miała problemy, aby oba kocury rozróżnić. Obcego kota zdradza brak czarnej kropki na nosie…Natalka oczywiście tęskni. Obiecała poczytać trochę moich bajek, bo być może po nich spokojniej zaśnie…  Potem przejrzałem pocztę od Cateriny. Ucieszyło mnie, że dziewczyna ciągle w ruchu i nieustannie zasypuje redakcję nowymi pomysłami. Ledwie wróciła do Warszawy (podobno w „megaśnieżycy”!! A w Madrycie 11 stopni ciepła i ileż słońca!) a już kolejna niespodzianka: Rumuński Klub Miłośników Polskiej Literatury „Prin pustiu şi junglă” („W pustyni i w puszczy”) serdecznie zaprasza mnie do Bukaresztu! Dobra robota, Caterino! Tylko kiedy na to wszystko twój biedny Babicki ma znaleźć czas?

Zanim wskoczyłem do łóżka nalałem sobie szklaneczkę pomidorowego soku. „Za zdrowie wszystkich moich ukochanych dam” – wzniosłem pogodny toast. A po chwili uzupełniłem:  „…I za pani zdrowie także, moja piękna nieznajoma damo z lotniska Chopina”. Ciekawe, czemu nie potrafię o niej zapomnieć? Niezbadane są zakamarki męskiej duszy… A już Babickiego duszy – na pewno. I znów przyszło mi zasypiać z rozmarzonym uśmiechem na twarzy.

 

– 7 –

Po śniadaniu, zgodnie z tym, jak się umówiłem uprzednio z panem Jose Fernandoz z RNE, czekał na mnie redaktor Pantoja – ten sam, który przeprowadzał ze mną wywiad. Dla niego towarzyszenie mi podczas spaceru po mieście było pożyteczną sposobnością podszlifowania swojej polszczyzny, dla mnie – oficjalnym pretekstem, dzięki któremu mogłem zrezygnować z dalszych usług Josephine. Nieoficjalny powód rezygnacji był zupełnie inny: od samego początku nie było żadnej chemii między nami. Niespecjalnie też darzę szacunkiem kobiety, które przydają przesadnych walorów celebrytom  z racji ich uczestnictwa w mediach, nie bacząc na „wszystko inne”. (Zastanawiałem się nawet, czy to, że akurat taka przytrafiła mi się przewodniczka nie zadziało się świadomie i z premedytacją za sprawą samej Cateriny, która jej osobą postanowiła skutecznie sprowadzić mnie na drogę cnoty i chwały? Jak widać teorie spiskowe w moim męskim jestestwie maja się całkiem nieźle!)

Nie przeszkadzało mi, że tym razem jeździliśmy po mieście nie limuzyną, a zwykłym Fordem, podobnym, do tego Natalki. To prywatny samochód pana redaktora. Tu, w przeciwieństwie do polskich realiów, mało kto nawet z najwyższego szczebla biznesu używa samochodów służbowych. W niespełna trzy godziny objechaliśmy wszystkie najbardziej urokliwe zakątki Madrytu. Jeszcze raz podziwiałem cuda Katedry z niezwykłym ołtarzem, od którego aż kapie złotem, a którego szlachetna forma jakże daleka jest od spotykanego gdzie indziej w świecie nachalnego ”jarmarcznego”, ociekającego po gzymsach bogactwa. Z odwiedzin muzeów zrezygnowaliśmy świadomie. Na każde przecież trzeba by poświęcić co najmniej pół dnia. Zresztą, od samego początku pan Pantoja nie ukrywał, że zwieńczeniem „naszego spaceru” ma być wspólny obiad w kultowym „El Club Allard”, gdzie stoliki zamawia się na dwa tygodnie na przód. (Nie dodał tylko, że nasz stolik zamawiany był nie przez kogo innego, jak „moją” Caterinę, choć – prawda: na koszt RNE).

Czy warto opisywać menu, nie mając na widoku potraw przed oczyma i nie mając żadnych szans, by skosztować? Pewno, nie warto. Ograniczę się więc do haseł: na przystawkę wkroczyły na stół parfait z foie gras z gruszkowym chutney oraz żabie udka z pietruszkową komosą. Oba startery, rzecz jasna, wyśmienite i ciężko było się zdecydować, któremu przyznać palmę pierwszeństwa. Parfait – delikatne, idealnie przełamane smakiem gruszkowej konfitury, a komosa… uff.. niezwykle aromatyczna z delikatną pianką… A to był dopiero początek! Następnie dwóch eleganckich kelnerów (właściwie po co to pisać? – w tym lokalu wszystko było super eleganckie) podawało danie główne: duszony policzek wołowy i królik na dwa sposoby. Pierwszy raz dane mi było spróbować, jak smakuje policzek królika. Rewelacja! Zaskoczyła mnie jego delikatność, no po prostu rozpływał się w ustach! A potem desery: pączki z roquefortem i rabarbar (podobno sprowadzany z Polski!) z lodami. Jeszcze raz mogę tylko powtórzyć: Re-we-la-cja!

Po obiedzie pożegnaliśmy się, wspólnie zapewniając, że przecież widzimy się na jutrzejszych uroczystościach z okazji jubileuszu zaprzyjaźnionej z radiem gazety („El Pais”) Poprosiłem pana Pantoję, aby nie podwoził mnie do hotelu, gdyż tym, na czym mi teraz najbardziej zależy, to na spokojnym spacerze po mieście, w którym, zapewniłem, czuję się jak ryba w wodzie.

Popołudnie było ciepłe i słoneczne. Wzdłuż Alei Raimundo Fernandez Yillaverde układał się cień wielkich drzew. Idąc osłonięty od bardzo jaskrawego tutaj słońca natknąłem się na niewielki kościółek, w którym właśnie odprawiana była msza. A może i nie msza, a raczej jakiś koncert, a dokładniej – pewna kobieta wykonywała barokowe arie z towarzyszeniem organów. Nieważne… Z afisza spisanego w języku katalońskim zdołałem jedynie odczytać, że koncertuje tu dzisiaj znana rumuńska śpiewaczka, której nazwiska, niestety, już nie pomnę. Usiadłem na drewnianej ławce i zasłuchałem się. Nie kojarzyłem utworów, które śpiewała. Rozpoznałem tyko „Ave Marię” w układzie Gounod’a. I rzecz bardzo dziwna: słuchając głosu śpiewaczki, z bliżej mi nieznanego powodu, znów wrócił do mnie obraz z lotniska Chopina i znów zaczynałem rozmyślać o dziewczynie ze szklanką pomidorowego soku. Zastanawiałem się, jaki miałaby głos? Wierzyłem, że byłby niezwykle piękny. Taki właśnie, jak u tej, którą teraz słucham? Może, a może i jeszcze piękniejszy… Ale przecież „jej mentalna bliźniaczka” – Caterina, jak sama mi kiedyś przyznała, niespecjalnie potrafi śpiewać. Pewno więc, moja przyjaciółka Kasia ma głos taki zwyczajny, tuzinkowy (choć, z drugiej strony – czy cokolwiek u Kasi może być zwyczajne i tuzinkowe?)… Ale może, mimo wszystko, tamta miałaby boski? Piękna, nieznajoma przyjaciółko, ze szklanką pomidorowego soku… Czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane się przekonać?

 

– 8 –

Po uroczystościach jubileuszu gazety, które trwały całe kolejne popołudnie, wieczór i noc – przyszła pora powrotu do Warszawy.

I oto, tuż przed moim wymeldowaniem się nagle pojawił się przede mną właściciel hotelu – Francisco José Folla Doblado. Słuchał wywiadu, który udzielałem na żywo ze studia RNE. Podarował mi dwie butelki czterdziestoletnich whisky „Macallan”. Tu, trzeba mi się usprawiedliwić, że dzień wcześniej, ja z kolei, w dowód podziękowania za liczne komplementy, którymi zasypał mnie pan właściciel wraz z całym swoim personelem na temat mojej działalności publicystycznej i „pięknemu wywiadowi w radiu” – podarowałem mu rękopis opowiadania „Paryż, miłość i fiołki” , którego akcja rozgrywa się w Paryżu, a niektóre z jej sekwencji w jego siostrzanym (do tutejszego hotelu) odpowiedniku. Treść nowelki (spisanej po francusku) tak bardzo go zafascynowała, że, jak mniemam, pochopnie, jeszcze wczoraj zaprosił mnie do swojego zamku w Szkocji, gdzie miałaby czekać na mnie wspaniała, wypasiona butelka „Macallan’a” rocznik 1935… Pan Francisco José Folla Doblado, jak sądzę, dobrze skalkulował, ze koszt takiej butelczyny (to prawda: niemały) i tak w pełni nie opłaciłby wpływu z reklam, które przynoszą mu moje opowiadania.

Cóż, oczywiście, grzecznie, ale jednak przeprosiłem. Przez najbliższe miesiące nie mam szans na tego typu wypad. Poza wszystkim, wytłumaczyłem mu, że nie jestem jakimś szczególnym degustatorem i fanatykiem tak bardzo wykwintnych trunków. Szkoda byłoby, dla mojego sprofanowanego gardła, a dużo lepiej, żeby te whisky uświęciło gardło jakiegoś kultowego znawcy, który właściwie doceni szlachetną jakość trunku. Pan Francisco José Folla Doblado ze zrozumieniem pokiwał głową. I dziś, na dowód przyjaźni, którą mnie obdarza, jedną butelkę osiemdziesięcioletniej whisky postanowił zamienić na dwie – czterdziestoletnie. Liczba lat się zgadza, a i z zawartości butelek mogę się bardziej ucieszyć, bo jest jej więcej.

I… Nie omylił się pan Francisco José Folla Doblado. Co dwie, to nie jedna… Okazuje się, droga Kasiu, będę miał jednak oryginalny prezent dla Ciebie za nasz wspólny „madrycki projekt”. Mam cichą nadzieję, ze popijając te whisky z Thomasem – wspomnicie swego dobrego przyjaciela… (A druga butelka? Tu – chyba nie ma wątpliwości: wypiję z Natalką)

Lot do Warszawy liniami Iberia, podobnie jak ten, sprzed kilku dni, w przeciwnym kierunku – przebiegł bez najmniejszych zakłóceń i ekscesów. Miałem znowu czas na przejrzenie korespondencji i dokończenie kilku swych tekstów. Zaciekawiła mnie siedząca obok pasażerka, przypuszczam szczególnie dlatego, że bardzo była podobna do śpiewaczki, tej z małego madryckiego kościółka. Próbowałem z nią porozmawiać i spytać; skąd wraca? Jakie ma najbliższe plany? ale okazało się, że jako rzekomo rodowita Mołdawianka podobno nie zna żadnego innego języka, poza rumuńskim. „To chyba raczej nie pogadamy, miła sąsiadeczko!” – skonstatowałem w myślach. Zaskoczyło mnie jednak, gdy na pytanie stewardessy, jaki życzy sobie do obiadu napitek? – pięknym, jak sądzę, a na pewno dźwięcznym językiem katalońskim odpowiedziała:  si us plau, suc de tomàquet! (sok pomidorowy!). Gdy spojrzałem na nią – nie wiedzieć czemu – w zakłopotaniu opuściła wzrok. Po chwili jednak wzięła do ręki szklaneczkę z pomidorowym sokiem, upiła łyczek, podniosła głowę i patrząc mi prosto w oczy sympatycznie uśmiechnęła się.

 

Lista Cyberprzestrzennych 

 

2 myśli w temacie “Dziewczyna ze szklanką pomidorowego soku

  1. Januszu :), „Macallanowi” daję 10/10, ale „Dziewczynie ze szklanką pomidorowego soku” 1 000 000 000 000/10! 🙂 Po prostu nie mam słów! 🙂 Leciałeś do Madrytu jako frankofil, a w drugą stronę wracałeś już jako prawdziwy frankofil & iberofil 🙂
    Hiszpanie mawiają: „Quien no ha visto Granada, no ha visto nada” (mała muzyczna dedykacja dla Ciebie: http://www.youtube.com/watch?v=BzuKDUiE5QE ), a ja parafrazując to przysłowie napiszę: Quien no ha leído Babicki, no ha leído nada 🙂
    Z Mołdawianami możesz porozmawiać także po rosyjsku (drugi język urzędowy obok mołdawskiego ergo rumuńskiego ;)). Z Rumunami to jednak nie przejdzie – mogą się nawet obrazić! W Rumunii najlepiej porozumiesz się po angielsku, włosku lub francusku; w Transylwanii zwanej także Siedmiogrodem również po węgiersku i niemiecku. Żaden z tych języków nie będzie Ci jednak potrzebny gdy weźmiesz ze sobą w tamte strony Caterinę Fille jako Twoją menadżerkę i tłumaczkę w jednym 😉

    • Z Cateriną, jak wyrazi takie życzenie, być może mógłbym ruszyć nie tylko do Rumunii, ale nawet w podróż dookoła świata…
      Nie wiem tylko, co na to Thomas i Natalka? 🙂

      Piszę „być może” – gdyż po ostatnich doświadczeniach z Madrytu muszę coraz bardziej mieć na uwadze niebezpieczny dar wywoływania przez Caterinę skandali obyczajowych. 🙂 Czy aby ich częstotliwość nie zacznie przyćmiewać moich własnych ekscesów?

      Mogłoby to w końcu doprowadzić do zgubnej między nami „obyczajnej” rywalizacji. 😉

      Proszę więc to przemyśleć, droga Caterino…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *