Z panem starszym rozmowa o butach

Rozmowa z przygodnie spotykanymi starszymi ludźmi miewa zwykle jakiś aspekt dydaktyczny. Nie, nie mam tu niczego uszczypliwego na myśli. Piszę to szczerze. Niedawno, utwierdziłem się w tym przekonaniu po raz kolejny. Czekając w przychodzi na wizytę u lekarza siedziałem obok pewnego dziarskiego staruszka. Ja, jak to ja – korzystałem z wolnej chwili i kartkowałem jakąś prasę, a mój mimowolny towarzysz niezmiernie gorliwie przyglądał się swoim butom.

Coś tam mruczał, mamrotał pod nosem, suwał po podłodze raz jednym, raz drugim butem, chwytał za sznurówki, rozwiązywał, zawiązywał na nowo… Nagle, odniosłem wrażenie, zaintrygowało go i moje obuwie. Spojrzał na nie z ciekawością, spojrzał na mnie samego, by po chwili nieoczekiwanie spytać:

– Przepraszam, czy jest pan zadowolony ze swych butów?

– Ja? A, dziękuję. Da się chodzić, – odpowiedziałem nieco zaskoczony.

– Da się chodzić, z konsternacją powtórzył, – no właśnie, tylko ciekawe, jak jeszcze się długo da?…

– No wie pan, buty – to nie rodowe srebra, jak trzeba, kupuje się nowe.

a7c2f24bbd9ab00af01fa1b767a1afeb

– Tak, tak,- westchnął starszy pan, – dzisiaj wszystko rychło kupuje się nowe: portki, rower, czajnik, kapelusz,  a nawet starą żonę zamieniają na nową… Czemu tylko nikt nie chce pielęgnować tego, co już ma ? No chyba, że nie ma czego pielęgnować, bo nasze buty – to nie buty a barachło.  – I tu mój rozmówca ponownie spojrzał na swe stopy.

– Wie pan, – po chwili z ożywieniem kontynuował myśl, – w moich poprzednich butach, bywało, chodziłem 35 lat i wciąż były nie do zdarcia!

– Nie do zdarcia, – z zaciekawieniem podchwyciłem, – 35 lat!? To chyba niemożliwe.

– A żeby pan wiedział, możliwe! Pamiętam, miałem 20 lat, gdy przestały mi rosnąć stopy. Ojciec kupił mi wtedy porządne buty. Oj, panie! Gdyby nie zginęły w czasach przesiedlenia pewno chodziłbym w nich jeszcze do dziś.

– Hmm… Coś nie bardzo moge w to uwierzyć. Przecież nawet najlepsza skóra – to nadal tylko skóra, a nie jakiś kosmiczny materiał i powłoka odporna na wszystko, – z naiwnością przekonywałem. Tak! Owszem, może i przetrwałyby 35 lat, ale nienoszone. – Spointowałem na wesoło chyba i tak już o ciut przydługi mój wywód.

– A noszone, noszone! – ze swadą zaoponował dziadek, – Tylko, widzi pan, dawniej buty to były buty, nie to co dziś. Dziś – bierze pan but, a on – cieniutka skóra, podkładka i to wszystko. A wcześniej: panie! Prawdziwa, garbowana skóra, gruba na palec,  wewnątrz torowana i solidny podkład. I rant przeszyty dwa razy po kręgu. Takiego buta nie przyszło przebić nawet nożem. Jeśli w transporcie ktoś depnął po palcach – nawet się nie czuło – a teraz… Panie! Obuwie cieniutkie, chwiejne. Ktoś panu nadepnie – pół dnia pan kuleje.

I, powiadam panu, nie tak opiekowano się obuwiem, jak dziś. Panie! Nie tak. Żaden prawdziwy mężczyzna nie zostawiał zabrudzonego buta! Przychodził z ulicy – i zrazu wilgotną szmatką przecierał, osuszał drugą, nanosił szuwaks, poczekał chwile i szczotką rozprowadzał, potem nakładał pastę, potem polerował drugą szczotką, aż do połysku. I dlatego takie buty służyły latami. Bo zawsze była na nich warstwa trwałego szuwaksu i pasty. I taki but nie przemakał nigdy! Oj, dbało się, panie, o buty – dbało! Nawet budki były na każdym rogu, od czyszczenia butów. A jakiż to było szyk kazać czyścić sobie buty w takich budkach. – Starszy pan rozkręcił się ze swym opowiadaniem do żywego… – Ale w domach też się czyściło but każdego dnia. Nawiasem mówiąc, często domownicy spierali się, kiedy lepiej czyścić: rano? – czy wieczorem? …Mój dziadek robił tak: wieczorem glansował, a z rana tylko barchatką jeszcze raz – i śmigał w nich potem przez cały dzień starannie omijając kałuże… I jeszcze coś panu powiem: kobiety w pierwszej kolejności zawsze najpierw patrzyły na buty – a dopiero potem na mężczyznę. Ot, taka praktyczna ich zasada. Jeśli but u mężczyzny nie był doczyszczony – to w ogóle nie zawierała z nim znajomości. I obok takiego nie poszła. Przecie wstyd było z brudasem iść. A gdy sama chodziła w brudnych trzewikach – marne były szanse na zamążpójście.  Dlatego dorastające panienki o swoje pantofelki  dbały, oj dbały! Ich trzewiki, dosłownie, świeciły. I wie pan, co jeszcze powiem? W domu – mężczyzna czyścił buty całej swojej rodziny. Takie kiedyś były obyczaje. A gdy dziewczyna dorastała – i ją uczyli czyścić, by i ona potrafiła być zaradną i schludną.

A teraz – co? Panie! Najważniejsza jest firma i marka. A w jakim stanie but – a co za różnica? Dziś nie po obuwiu oceniają. Zresztą: pył i brud szybko rozjeżdża każdą skórę i klej. Dziś ludzie nie mają czasu dbać o buty, wielu nawet nie chce schylać się i brudzić sobie rąk, dlatego buty rozpadają się im i po kilku miesiącach kupują nowe…

…I mój towarzysz spod lekarskiego gabinetu pewno jeszcze długo opowiadałby o butach, ale oto drzwi od lekarza się otworzyły i uśmiechnięty pan doktor zaprosił mnie do środka. Podziękowałem szybciutko staruszkowi za miłą pogawędkę, pożegnałem się tradycyjnym „do widzenia!” i… spojrzałem na buty pana doktora: miał na sobie bardzo praktyczne, schludne, z pewnością od niedawna noszone adidasy.

Księga II Pocztówek – Spis treści

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *