Ich hotelowa randka

– 1 –

Wziął w rękę szklankę z whisky i spojrzał przez okno: nie nazbyt wysoki w dali budynek majestatycznie rozpościerał się pośród morza nocnych neonów i ulicznych latarni. Lubi takie widoki – przypominają mu centra wielkich miast, w hotelach których wielokrotnie gościł przy okazji swych licznych koncertów i kursów mistrzowskich. Dziś – przybył do eleganckiego hotelu o swojskiej dla niego nazwie „Classic” najzupełniej prywatnie, w ramach krótkiego, artystycznego urlopu. hotelSiedzi przy barze pobliskiej knajpki obok eleganckiej kobiety. Popijają drinki.

– I w  końcu odważyłaś się na spotkanie poza salą koncertową. To dobrze, Gosiu. Zawsze lepiej porozmawiać gdzieś w zaciszu, na osobności a nie tylko w dusznych kuluarach… – mówił przekonująco i z uśmiechem do towarzyszącej mu dziewczyny.

Kobieta w wieku około trzydziestu lat podpierając łokcie o barek trzymała w dłoni kieliszek wina. Była w czarnej koszuli i granatowych dżinsach. Miała piękne szaro-niebieskie oczy, krótko przycięte kasztanowe włosy.

– Nic w tym chyba złego, Mark? – odpowiedziała śmiało patrząc mu w oczy. – Mam rację?

– Zupełnie nic, przyjaciółko. Masz całkowitą rację. Wypijmy za ten wieczór!

Wypili. Na niedużą scenę wyszło kilku muzykantów. Kobieta w średnim wieku, w czarnej sukni z cekinami subtelnie zaczyna przygrywać na saksofonie. Część gości usadowionych za stolikami odwraca się w jej kierunku, zaczyna słuchać. Muzyka falującym rytmem powoli ogarnia swą magią kolejnych kawiarnianych słuchaczy.

– Czyżbyś, Gosiu, sądząc po twym akcencie, pochodziła zza Buga? – zagadnął.

– Naprawdę to słychać? – zdziwiła się uśmiechając?

– Żartowałem! – zawtórował jej szerokim śmiechem, – Wiem przecież, że po innych pląsałaś łączkach…Ale, jako muzyk, sama rozumiesz, ucho u mnie wyczulone.

– Po części to prawda, panie artysto: mój tata był Ukraińcem z Odessy, a moja mama z Podola.

– No proszę! A tu, na przekór prawom genetyki i biologii, taka teraz przede mną ostoja słowiańskiej urody! Ech, moja ty Słowianko, Ech, Słowianki! Co tu gadać, najpiękniejsze dziewczyny w świecie!

– Jak zwykle żartowniś z ciebie, Mark! Niewiele we mnie z typowej słowiańskiej urody…

– Od razu żartowniś? Cała Europa zazdrości Polakom ich kobiet. Po ostatniej Eurowizji moi przyjaciele mawiają: Marko!… Polskie kobiety to wasze prawdziwe bogactwo narodowe! Poznaj nas z nimi… – To ja im mówię: no to przyjeżdżajcie! Może was zechcą!

Wypili kolejny kieliszek. Włożył okulary z cienkimi złotymi oprawkami, rozluźnił krawat i spojrzał w poprzek sali w stronę muzykantów. Wszyscy mężczyźni siedzący przy stolikach byli w towarzystwie kobiet, być może przyjaciółek, a być może innego rodzaju pań, z tych –  ledwie na jedną lub kilka nocy. „Tak… Raczej jednak tych drugich. – skonstatował. – Hotelowa normalka”. Nic w tym wedle jego opinii niestosownego. Nigdy nie korzystał z usług  profesjonalistek, aczkolwiek jako częsty bywalec hoteli doskonale rozumie motywy tych, którzy decydują się bywać ich klientami, bądź jak modnie sie teraz określa – „sponsorami”.
– Wiesz… Marku…. To takie dziwne. – Rozluźniona kilkoma łykami drinku kontynuowała zwierzenia. – Tak jak moi rodzice, o których wspomniałam, w zasadzie tak i ja jestem szczęśliwą mężatką, mamą dwuletniej córeczki, do bólu wierną żoną kochającego męża…

– Wierną żoną, która spotyka się teraz w przyhotelowej knajpce z jakimś facetem!? – przerwał z humorem grożąc jej palcem.

– No właśnie! – i uśmiechnęła się filuternie.

– Z mej strony udzielam pani pełnej dyspensy na dzisiejsze spotkanie!

– I, proszę pana, ze wzajemnością dyspensa i ode mnie!

Gdy rozmawiają pokrewne dusze rozmowa od razu zaczyna się kleić.

– To pięknie, Małgoś…Kochający mąż, przykładne małżeństwo, Tylko pozazdrościć.  Jak rozumiem, używając słowa „w zasadzie” – miałaś na myśli jakieś „ale”. Mylę się?

– Mąż jest zaradnym i opiekuńczym mężczyzną, przystojnym, nieźle zarabia…

– Hmm… Wspaniale! Zatem? – co to za ale, Gosiu? – uczepił się i ochoczo zaczął drążyć temat.

– No właśnie… Nie mylisz się, Mark. Tomek jest germanistą, pracuje jako tłumacz. Często bywa w delegacjach…

– Też taki meloman, jak ty?

– Czy ja wiem? Może nie aż taki, bo nie jeździ za tobą po koncertach, ale oboje uwielbiamy klasykę, a już w szczególności: Haydna, Chopina, Mozarta… Tom za to pięknie maluje!

– No dobrze, mówisz: często wyjeżdża, ale chyba wydzwaniacie do siebie codziennie?

– Tak. On dzwoni. – Wyjęła z torebki puderniczkę, cos tam poprawiła na twarzy… – I co z tego? Ja i tak czuję się podczas jego nieobecności samotną, odstawioną na bok, niepotrzebną nikomu kobietą.

– Nikomu? Wnoszę protest!…

– A najgorzej mnie drażni, – kontynuowała, celowo nie zwracając uwagi na jego wstawki, – gdy w przeddzień swych wyjazdów jestem z jego strony raczona taką nadopiekuńczością, taką… wiesz… nie wiem, jak to powiedzieć: hiper troskliwością, wyrozumiałością wzorowego małżonka – jakby próbował nadrabiać spodziewane zaległości, jakby chciał wynagrodzić mi to, czego się przecież nie da wynagrodzić żadnej kobiecie, młodej kobiecie, której…- i zawiesiła nagle głos.

– Życie przecieka między palcami? – dopowiedział kiwając z wyrozumiałością głową.

– No właśnie! – Ty, panie Maestro, nieźle rozumiesz kobiety, bo pewno nie jeden raz wysłuchiwałeś naszych zwierzeń… Te wszystkie twoje fanki, wielbicielki… no powiedz! To nieskończony akwen wiedzy?

– Muzyka to także kobieta…- zażartował, ale zaraz z powagą  dorzucił: – Gosiu, ale, jak mniemam, ty i Tomek kochacie się?

– Kochamy, nie kochamy… – Zamilkła na chwilę, po czym wyjęła i przypaliła papierosa. – Zgoda. Może i tak. Może i kochamy, – zaciągnęła się i wypuściła z ust biały dymek, – a na pewno on mnie… Ale powiedz, Mark, której kobiety nie znudzą te same komplementy, te same czułe słówka, a nawet te same bukiety kwiatów, które za każdym razem przywozi wracając do domu?

– Hmm… kwiaty! Co tam kwiaty, wszystkie do siebie podobne, a przynajmniej te, które dostaję na estradzie. – Bezmyślnie wtrącił. – Ale, przepraszam, chyba ci przerwałem…

Małgorzata uszczknęła kolejny, mały łyk drinka a po chwili, nieco ściszonym głosem dorzuciła:

– Której z kobiet nie obrzydną w kółko te same nawyki łóżkowe, te same rutynowe pieszczoty, no a szczególnie,  gdy po wszystkim przewraca się na bok i zaczyna chrapać?

Wypowiadając tę kwestię skuliła nieco głowę i zrobiła minę zawstydzonego kocięcia.

– Cóż… Nie wiem, co ci doradzić, – z zakłopotania chrząknął, – może chyba tyle, że według mnie tak bywa w niejednym małżeństwie i w niejednym związku…

– To, akurat wiem. – Weszła mu w słowo, – mam dużo koleżanek… Ale my, – i spojrzała Markowi prosto w oczy, – my z Tomem tak mało ze sobą rozmawiamy, tak rzadko, tak niewiele… – i znów zawiesiła głos.

– …Współżyjecie? – dokończył.

– Cóż…

– O! Małgosiu, to jak widzę, naprawdę poważna sprawa… trzeba tu jakoś zaradzić. Musisz o tym wszystkim z nim porozmawiać, a może nawet pójdźcie razem po poradę do psychoterapeuty małżeńskiego…. Już kilka seansów podobno przynosi spodziewane efekty.

– Do terapeuty? – powtórzyła bez przekonania – Wszyscy nasi znajomi uważają nas za wzorowe małżeństwo…

– Wiesz? – Po chwili zastanowienia przemówił, – nie jestem wprawdzie żadnym znawcą, ale chyba dostrzegam u was typowe objawy syndromu samotności we dwoje: na zewnątrz – wzorowy ogródek, wewnątrz: podsychająca łączka. mówie o tym tak z przekonaniem, bo u nas – muzyków – to normalka. Ciągłe rozłąki, przedłużające się trasy koncertowe… To częsty objaw towarzyszący młodym artystycznym małżeństwom, i w ogóle, jak sądzę, małżeństwom. Ale, podobno, to da się wyleczyć! Potrzebne tylko silne postanowienie, a czasem… – i tu zrobuł tajemnicza minę, – dobry ogrodnik!

– Ogrodnik? Nie rozumiem…

– A, to taki żarcik. Nieprzyzwoity. Proszę o kurtynkę milczenia!

– Poznałeś ten syndrom ze zwierzeń innych kobiet, twych fanek i wielbicielek? Pewno tak… Ale co z tym ogrodnikiem? Mówić mi tu!! – i z miną nastroszonej bokserki oparła głowę na dłoniach i wpiła wzrok w jego artystyczne czoło.

– Skoro już jestem proszony… Przez panią, proszę pani… No wiesz… Piękny ogród, którego zazdroszczą wszyscy sąsiedzi, ład i porządek jest zwykle zasługą nie tyle pani domu, ile jej ogrodnika…

– Nie panimaju. Poproszę jaśniej…

– Jaki by nie był ogród, myślę, że zgodzisz się ze mną –  i tak najpiękniejszym kwiatem powinna być w ogrodzie pani domu. Dlatego dobry ogrodnik to taki, który nie zapomina o najważniejszym kwiecie – pani domu, i wtedy ona przy jego fachowych staraniach bez przeszkód może rozkwitać najpiękniejszą kobiecością i cieszyć się z zycia. – To mówiąc zaśmiał się cicho i delikatnie poprawił kosmyk włosów opadający na jej lewe oko.

– Hmm… Taki sobie żart. Abstrakcyjny. Jakby cielę ogonem machnęło…

– Uprzedzałem… No dobrze!… – zmienił ton chcąc rozluźnić nieco atmosferę, – Wypijmy Gosiu, za nasze spotkanie! A tak w ogóle, szkoda że nie ma tu fortepianu, zagrałbym ci twe ulubione wariacje Chopina na tematy Mozarta!

– Przecież, mój panie Maestro, to utwór z towarzyszeniem orkiestry? – i spojrzała na niego z politowaniem.

– A widzisz! Jeszcze tego nie wiesz! – wykrzyknął odkrywczo, – Dokonałem transkrypcji na fortepian solo. W przyszłym sezonie włączę go na stałe do mego repertuaru.

– To faktycznie będzie gratka… – I spontanicznie silnie chwyciła dłonią jego pianistyczne palce, i przeglądając z nich każdy po kolei poprosiła: – napisz tylko wcześniej, kiedy dasz pierwszy koncert – na pewno przyjadę!

Dostrzegłszy lekkie zakłopotanie artysty pospiesznie zabrała z jego ręki swą dłoń. Dmuchnęła na kosmyk włosów, który w międzyczasie zdążył ponownie opaść na jej lewe oko. Dopiła na w pół pusty kieliszek.

– A wracając do twych doświadczeń ogólno-małżeńskich… – wznowiła przerwane wywody, – wypowiadasz się o nich z autopsji, czy raczej ze zwierzeń swych fanek, Marku?

– Uczciwie? – Raczej z autopsji. – Z wolna odpowiedział. – Jak wiesz jestem w stałym, szczęśliwym i wartościowym związku. Juz z trzecią żoną. Jak zwykle mam nadzieję, że wreszcie ostatnią. Zresztą niewiele dłuższym związku, niż twe małżeństwo. I wiedz, że z moją panią bardzo się kochamy…

– Jestem tego pewna… I co zatem?

– Jak myślisz? Dlaczego, pomimo to, siedzę teraz obok ciebie?

– Też bywasz w swym związku osamotniony?!

– Ja to nazywam trochę inaczej: poszukiwaniem.

– Poszukiwaniem? A czego ty, Marku, nasz narodowy klejnocie, jeszcze musisz szukać?

– Najwartościowszego klejnotu…

– Klejnotu?

– Może ciebie, moja Donno Elviro?

– Ach! Don Juanie, ach panie artysto… zaraz przed panem artystą omdleję!

– Mam silne ramiona. Uchwycę!

– Marku, przestań! Bo jeszcze uwierzę, ogrodniku, w te pana kuracje i słowa… – i mówiąc to niespodziewanie spojrzała na niego ze zdziwieniem i zapytaniem.

– No dobrze: – spoważniał, – nazwijmy to poszukiwaniem lekarstwa. Otóż wiedz, moja Gosiu, że nic tak ozdrowieńczo dla „osamotnionych we dwoje” nie działa, jak szczypta zawoalowanej zazdrości: raz – wyostrza wyobraźnię i pobudza zmysły, dwa – prowokuje do aktywności, trzy – uzmysławia zagrożenie i w konsekwencji zachęca do pielęgnacji i lepszego zadbania o swą domową trzódkę.

– I to u ciebie działa?

– Działa! A jakże! Moja pani nie jeden raz wyjeżdżała z domu na jakieś babskie spotkania z psiapsiółkami. Myślisz, że robiłem jej z tego tytułu wymówki? Skądże! Za to następnego dnia oznajmiałem krótko: dobrze – teraz ja jadę. I nieoczekiwanie wyjeżdżałem. Tak jak dziś.

– Chcesz powiedzieć, że ona domyśla się z kim teraz siedzisz i o czym rozmawiasz?

– Wie, nie wie… Nie interesuje mnie. Niech się domyśla, niech docieka, niech zazdrości… Za następnym razem bardziej będzie zabiegała, starała się, zachęcała mnie do pozostania i… sama nigdzie nie jeździła.

– Zadziwiasz mnie, Marku… Sądziłam, że jako pomnikowy artysta, tak naprawdę jesteś  statecznym mężczyzną i modelowo wiernym rycerzem swej damy.

– Jestem, nie jestem… Co w tym złego? Co dziwnego? Jak sama już zauważyłaś, no bywam także ogrodnikiem. Przecież to także potrzebna profesja i męski walor… A po chwili dorzucił: – no to wypijmy za tę profesję i za moje męskie walory!

– Walor, jak twój każdy… – odezwała się natychmiast po opróżnieniu szklaneczki i ponownie spojrzała na niego wzrokiem oczekiwania, nadziei i… sama zaczęła się sobie dziwić: czyżby i pożądania(?) „Co w tym złego, co dziwnego?” – jak echo zaczęło rozbrzmiewać w jej myślach.

– A co do Wariacji Chopina, – udał że nie dostrzegł jej tymczasowego zakłopotania, – mam u siebie w pokoju hotelowym oryginalne szkice transkrypcji. Chciałabyś rzucić okiem?

– Dobrze. – Odpowiedziała krótko i jakby, jednocześnie, trochę bez zastanowienia.

– To, chodźmy! – Szybko zadecydował, wstał, odstawił kieliszek i podał Małgorzacie rękę.

 

– 2 –

Prowadząc swą przyjaciółkę po szerokich hotelowych schodach, a potem przez krótki korytarz, ani razu się nie uśmiechnął. Wyglądał, jakby był po czymś bardzo zmęczony. Weszli do pokoju. Zdjął krawat i marynarkę, rzucił je na krzesło. Małgorzata siadła na kanapie. Na stojącym przed nią stoliku rozłożył tackę z ciasteczkami, z owocami, butelkę tequilli i dwie kryształowe szklaneczki. Zalał szkła. Pierwszy kieliszek podał Małgorzacie. Biorąc do lewej ręki drugi przysiadł się tuż obok niej i delikatnie objął dziewczynę prawym ramieniem. Nie oponowała.

– A może, Małgosiu, wypijemy bruderszaft?

– Dobrze. Wypijmy!

Wstali, skrzyżowali ramiona. Oba kieliszki po chwili opustoszały. A gdy zaraz potem ukradkiem spojrzeli na siebie – ich usta natychmiast i samowolnie złączyły się w namiętnym, gorącym pocałunku…

– Uff… Poczekaj, musze dojść do siebie. – odezwała się z zadyszką, gdy tylko zdołała wydostać się z przepastnych objęć pianisty.

– Dziwne masz imię. – Zadowcipkował. – Takie długie, jakby jakieś zaklęcie. – I zaśmiał się z własnego żartu. – Ja jestem Marek. Dla przyjaciół Mark.

– Małgosia… – Odezwała się po ochłonięciu, – dla przyjaciół Megi.

– O! Nie wiedziałem, Gosieńko… Mogę wiec mówić na ciebie Megi?

– Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.

– A ty, pewno jako ta James Bond w spódnicy, wiesz już o mnie wszystko?

– Oj, żebyś się nie zdziwił…

– Megi… fajne imię. Kiedyś miałem płomienny romans z pewną Megi. Po trzech latach rzuciła mnie dla kolegi po fachu.

– Też pianisty?

– Też. Na szczęście Pan Bóg go srogo pokarał za moje rogi: dziś uczy dzieci w szkole.

– A ona?

– Kto ona? A! ta Megi – z czasem żałowała, ale nasze drogi już nigdy więcej nie skrzyżowały się.

– Mark…

– Tak, Megi?

– Często tak pozwalasz swoim fankom, aby odwiedzały cię w prywatnym pokoju?

– Nie sądzisz chyba że… – i w pół zadania przerwał słysząc rozlegający się z jej torebki dźwięk komórki.

Małgorzata zaczęło nerwowo naciskać na ekran smartfonu, najpierw aretując połączenie, a potem wystukując długiego SMS-a. Marek chwilowo „niezagospodarowany” zadbał, aby kieliszki znów czekały na swych użytkowników w pełnej gotowości.

Pokój był wyposażony ze smakiem, choć prosto. Ciepłe kolory ścian i panujący w nim półmrok zachęcały do legnięcia w łóżko i zażywania w nim zdrowego odpoczynku, czymkolwiek dla gościa owy odpoczynek miałby nie być.

– Przepraszam cię, Marku, to dzwonił mój partner w interesach.

– Partner? No tak, rrozumiem… A czym ty się właściwie na co dzień zajmujesz?

– Różnie. Czasami pełnię funkcję asystentki menedżera celebrytów i artystów, ale póki co, udzielam się w branży jako fotomodelka.

– Fotomodelka? O, super!.

Wyciągnęła z torebki ostatni numer kolorowego żurnala. Na jednej z fotek miała na sobie bieliznę jednego z najdroższych butików. Inna fotografia ukazywała biżuterię zdobiącą jej eleganckie i piękne ciało pozujące w centrum uwagi i błysków fotokamer. Złoto i srebra, wraz z diamentami błyszczały na jej ksztaltnej szyi, a platynowe bransoletki przyciągały wzrok każdej zazdrosnej kobiety i każdego nobliwego mężczyzny. Na zdjęciach bardzo często uśmiechnęła się, ale jej uśmiech wydawał się nieco taki sztuczny, nawet trochę spięty. Ale bez wątpienia, cały magazyn dzięki jej fotkom był idealnie zredagowany i każdego przeglądającego stronice czytelnika przyprawiał o emocjonalny dreszczyk.

– No, no! Ładnie. – Uśmiechnął się do niej, upił tequili, zagryzł ciasteczkiem. – Od dawna mieszkasz w tym mieście?

– Praktycznie od zawsze. Tu skończyłam szkołę: jedną, drugą, tu robiłam studia…

– Studia, a jakie?

– Lingwistyka.

– Ach, rozumiem. Stąd twoja biegła znajomość tylu języków… przydałyby mi się podczas mojej codziennej pracy, a szczególnie podczas wojaży.

– Czy to propozycja?

– Hmm… To zależy…

– Od czego, mój Artysto?

– A jak myślisz? Od tego, czy dobrze by nm się współpracowało.

Spojrzała na niego badawczym spojrzeniem. Spuściła oczy.

– Ja… – coś próbowała odpowiedzieć.

– Dasz mi chwilkę? Ok? – I nie czekając odpowiedzi wszedł do przylegajacej sypialni.

Zastanawiając się tylko sekundę – ruszyła za nim. Utkwiła w jego sylwetce hipnotyczne spojrzenie. Stał do niej tyłem, bez spodni i koszuli, trzymając nową, czystą bluzę, którą zamierzał założyć w miejsce przepoconej. Przed nim rozpościerała się wielka szafa z przesuwnymi, szklanymi drzwiami. Gdy zamknął szafę i lustro stanęło przed jego sylwetką ich oczy się spotkały. Małgorzata dzięki odbiciu mogła podziwiać piękny relief jego pełnego, męskiego ciała i z przofdu i z tyłu.

– Jesteś naprawdę pięknym mężczyzną. Zwłaszcza w tym półmroku. – Wyszeptała. – Chodzisz na siłownie?

– Oj, sorry! Chciałem tylko się przebrać… – zaczął tłumaczyć się, jakby to on właśnie był sprawcą zaistniałej, całej tej dwuznacznej sytuacji.

Podeszła do niego, położyła dłoń na jego ramieniu. Stał cały spięty, niezdecydowany, odwrócony do niej plecami. Czuł jej oddech na szyi, przypomniał sobie jej zdjęcia i natychmiast na kilka sekund zamknął oczy.

– Zawsze lubiłam wysportowanych mężczyzn, – rzekła mu do ucha i zaczęła schodzić z ręką coraz niżej i niżej w kierunku barku, – czuję się przy nich taką pełną kobiecości i taką bezpieczną…

Po jego ciele przebiegły słodkie, gwałtowne dreszcze. Chciał się odwrócić, chwycić ją w ramiona, rozerwać jej koszulę, ściągnąć z niej spodnie… chciał się poddać ogarniającego go szaleństwu, zapłonąć, zawłdanac jej ciałem bez reszty… ale, i sam nie rozumie skąd takie nagłe w nim postanowienie – z całego planu poprzestał ledwie na pierwszym: pomału się odwrócił, delikatnie zsunął z ssiebie jej dłonie, przeprosił i wyszedł z sypialni w na wpół rozchełstanej koszuli i w pospiesznie naciągniętych spodniach.

– Boisz się mnie? – spytała wychodząc za nim.

– Nie. Megi. To zdecydowanie inne uczucie… – czuł jak zaczynaja drgać mu ręce, – Może jeszcze po kieliszku? – Nalał sobie kolejną szklaneczkę tequili.

– Chcesz mnie upić? Po co?

– Nie wiem…

Siadł na kanapie. Na stole leżał otwarty magazyn na stronie, na której były jej fotki. Kręcąc w ręku kieliszkiem spoglądał na zdjęcia. Usiadła obok niego. Jej oczy płonęły chęcią doznania czegoś tajemniczego, skrywanego, jakiegoś kontaktu z absolutem sztuki, której on – wielki artysta Marek – był żywym ucieleśnieniem. Mężczyzna przeniósl na nią spojrzenie, zdjął okulary, odstawił kieliszek tequili i powiedział:

– Nic na to nie poradzę… Kocham cię, Megi, to wszystko.  To miłość od pierwszego wejrzenia.

Zaniemówiła. Nie wiedziała jak się po takich niespodziewanych oświadczynach zachować. On zaś wstał i trzymając kieliszek wolno podszedł do lustra wiszącego nad kominkiem. W jego odbiciu ujrzał sylwetkę zmęczonego, nazbyt już często doświadczanego przez życie człowieka. Wypił do dna. Chrząknął i powiedział:

– I cóż poradzę? Tak! Kocham cię, ale wiem, że jesteś dla mnie owocem zakazanym. Ty masz męża, ja żonę… Ty masz dziecko, ja fortepian…

– Marku… – jęknęła wreszcie. – Chodź tu do mnie…

– Chcesz, mogę ci zaoferować upojny, najcudowniejszy seks, jaki może doświadczyć kobieta, mogę czynić cię moją księżniczką jednej nocy, mogę nawet na chwilę wyrzec się całego świata, ale co się stanie, gdy zrozumiemy, że to za mało? że ten zatrzymany czas wyrywa się z naszych objęć i rozpędza wskazówki zegara? Co się stanie, gdy zazdrosny fortepian przytrzaśnie pokrywą moje dłonie i zniewoli serce oskarżeniem o zdradę? Co się stanie, gdy wychodząc na estradę nie będę potrafił wygrać żadnych dźwięków, bo każdy nie będzie godzien dźwięku twego imienia, rytmu naszych unisono szalejących serc?

– Marku… kochany… Nie wolno ci mylić miłości do kobiety i miłości do sztuki!

– A czy kobieta dla męskiego umysłu nie jest podobnym tworem, jak dzieło sztuki? Dzieło Sztuki idealnej, wyrafinowanej, zagadkowej, uwodzicielskiej… Przecież w jej istocie, a dokładniej w jednej z jej odmian, leży prawda o ludzkim zniewalaniu uczuć. Ja takie zniewalanie nazywam miłością. A ty?

– Ale czy zawsze życie trzeba asocjować ze sztuką?

– Dobrze znasz język polski? Myślę, że jako Polka – tak. Czy więc rozumiesz, co ja do ciebie mówię? Co za asocjowanie!? Dziewczyno, ja cię chcę po prostu przelecieć, zniewolić, wykorzystać i zostawić. Bo ponad wszystko jedyną miłością mego życia jest moja Sztuka. Sztuka. Nic więcej. Chwytasz?! A teraz zdejmuj te swoje szmaty i rób mi laskę!

– Marku, ty chyba jesteś trochę pijany…

Zamilkł i chwiejąc się usiadł obok Małgorzaty. „Jestes pijany – dudniło mu w uszach”. Zrozumiał – ona jest naprawdę niesamowitą kobietą. Jeszcze żadna nie wyzwoliła w nim takiego zwierzęcego, orgiastycznego zwierzenia. Tak – bo dziś wreszcie pojął to bez reszty: on – wielki artysta – jest tak naprawdę najpospolitszym, małym ludzkim bydlęciem, które tylko w zaciszu pracowni i w hipnotycznej aurze koncertowych sal nakłada na siebie maskę i poprzez czystą, niepokalaną, na krótki moment ludzką powłokę wyciska ludziom łzy szczęścia i wzruszenia. Ale wewnątrz jest najzwyklejszym bydlakiem, jebakiem i gnidą…

– Przepraszam. Megi… Sam już nie wiem, co plotę…

Nalał sobie ponownie, stuknął o jej kieliszek i wypił. Potem chwiejnym ruchem wstał, podszedł do miniwieży, włączył muzykę. To była miła, spokojna, cicha melodia, taka z tych, które zazwyczaj rozpuszczają się w ciszy, lub podczas rozmowy.

– Chyba już sobie pójdę, Marku. Powinieneś odpocząć. Jeśli chcesz mnie jeszcze kiedyś zobaczyć, tu jest mój numer telefonu. Nigdy żadnemu mężczyźnie go nie przekazywałam. Jak wiesz… bardzo dbam o swą prywatność. Dla ciebie robię ten wyjątek, bo… bo ty jesteś dobrym człowiekiem, i nie martw się o nic, przyjacielu, wszystko będzie dobrze. Przykro mi, że doprowadziłam cię do takiego stanu. To moja wina. Nie powinnam była tu przychodzić… Nie powinnam!

– Megi, proszę, nie odchodź. Zostań! Kocham cię!

Wyszła z pokoju. Zamknęła za sobą drzwi. Przez około pięć minut siedział jeszcze nieruchomo zastygnięty, patrząc tępym spojrzeniem w przeciwległą ścianę. Następnie dopił z butelki całą pozostała zawartość i pustym szkłem rzucił w kierunku drzwi. Rozległ się charakterystyczny trzask i odłamki rozleciały się w każdą stronę.

– Tu jesteś! – z drugiego pokoju wyszedł jego kot, którego zawsze zabierał z sobą na krótkie wojaże i wypady.  – Ty jeden, mały bydlaczek, mnie rozumiesz – dużego bydlaka. Tylko tobie mogę odkryć całą swą duszę, opowiedzieć ci o wszystkim, bo ty jeden nikomu nic nie wypaplasz. Prawda? – i zrobił długą pauzę. – Do diabła z tobą, idę do wyra. Jutro z rana chyba wrócę do żony. A jak uważasz, powinienem?!

Mały szary kot spojrzał na swego pana. Zamiast miauknięcia skierował się do miski.

 patrz: cd. pt. „Ich hotelowa randka 2”

lista Meteorytów

 

4 myśli w temacie “Ich hotelowa randka

  1. Teraz mniej podobalo.Nie wiem czemu go wybielil,a ciekawa bylam od innego, chce powiem tyle: to inaczej bylo. To niedobry czlowik e lizus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *