Ich hotelowa randka 2

Nie, nie zamierza zniewalać mu serca, a tylko wciąż chciałaby słyszeć jego stukot, jego onirytm… Jej własne – ciągle głośno łomocze, zżyma się, płonie do wewnątrz. Uspokaja się bardzo powoli. Jest przekonana, że jeśli znów zaczną, ponownie wybuchnie ekstazą tysiąca fajerwerków, a potem, a potem niech się dzieje co chce, niech doszczętnie spłoną w ogniu namiętności i szaleństw…

Otwiera oczy – w ich hotelowym pokoju wciąż ciemno. Za oknem na pewno jest dzień, w pełnej krasie, ale obawiajac się paparazzi bardzo dokładnie pozaciągała na noc zasłony. I teraz nawet pojedynczy promień słońca nie przeniknie. Nie wie, co się dzieje za oknem. No, trudno!

Boi się odwrócić głowę by nie zobaczyć jego oczu. Wie, że jeszcze nie zasnął; słyszy oddech, czuje jego rękę wciąż mocno zaciśniętą na jej dłoni. Palce – bolą! Wydaje się, jeszcze chwila i chrupną kostki, ale nie! Nagle przerwał. Rozluźnił, rozwarł ucisk… Nic nie mówi, i ona nie wie, co powiedzieć, ale przecież nic nie zamierza mówić. Jej rozbiegane myśli nadal dręczą umysł nie dając szans na relaks.

No jasne, że nie! Nie żałuje niczego, i przypuszcza – on też nie. Mimo że dobrze wie – i wie, że on też wie, postąpili podle?… Nie, ona tak jednak nie uważa… Zastanowiła się jeszcze raz… Na pewno nie. Przecież nie jakaś chuć, a miłość połączyła ich tej nocy. I dlatego ten ogień nadal w niej teraz płonie… To prawda: myślała, stanie się lżej, ale stało się jednak jakoś trudniej, nijak? Ech, nic to! Wazne, że lody przełamane. Teraz bedzie z górki… Jego ręka, tak ciepła, jak on sam, i jej ogień w środku… Ale ten ogień nie grzeje, on wciąż pali… spala jej duszę! Ach, Marku! – mój artysto nie tylko fortepianu!…Jakże pięknie cię kochać!

Musi coś ze sobą zrobić. Gwałtownie podnosi się, patrzy rozkojarzonym spojrzeniem w jeden punkt. Prawdopodobnie musiało go to przerazić, bo i on wstaje, siada obok. Zaczyna głaskać ją po plecach, i wtedy, dziwne! – czuje jego dotyk każdą komórką ciała. Początkowo sprawia to tylko przyjemność, ale zaraz słodycz zamienia się w rozkosz nie do zniesienia. Chce miauczeć, wywijać się w spazmach, jak kocica, krzyczeć radośnie ze wszelkich sił, do utraty tchu. Jednak cudem powtrzymuje się. Milczy. Zastyga jak kamień. Patrzy jak zahipnotyzowana – w próżnię. Zresztą – przestał głaskać. Teraz siedzi z rękami na kolanach…

– Wróciłaś tylko po to? – Nagle głos jego zabrzmiał jak grom z jasnego nieba.

– Nnnie… – Odpowiedziała jąkając się, zaskoczona jego stwierdzeeniem.  – Gdy wyszłam wieczorem z hotelu na ulicach było tak… nieprzyjaźnie pusto…

Znowu zapada cisza, ale tym razem zdecydowała się przerwać ją sama.

– Kochasz ją, prawda?

– Kogo?

– Swoją żonę…

– Czy kocham? – uśmiechnął się z zakłopotaniem, – Tak, kocham, ale…

Nie dokończył, coś go powstrzymało. W końcu odważyła się spojrzeć mu w oczy i nie przestając w nie patrzeć cicho powiedziała:

– Kochasz, ale nie tylko ją… – zdecydowala się dokończyć za niego. – Nie bój się, nie chcę burzyć ci życia, nie chcę niczego w nim przestawiać. Ja też kocham swego męża, a z tobą będę tak długo i tylko wtedy, gdy zechcesz… Nasza miłośc będzie naszym wspólnym sekretem i skarbem, prawda?

– Hmm?…

– I jeszcze jedno… Bardzo mi zależy na ochronie prywatności. Dlatego, proszę, nigdy nie pisz do mnie na portalach społecznościowych, nie wysyłaj SMS-ów, a jeśli będziesz chciał się spotkać – po prostu zadzwoń. I krótko przekaż: kiedy i gdzie.  Nic więcej.

– Jak chcesz, – powiedział i wstał z łóżka. – Ale…

– Tak?

– Ale nie zadzwonię.

– Nie… zadzwonisz… Dlaczego?? – Spytała totalnie zbita z pantałyku.

– Po co?… – Niemniej zdziwiony odpowiedział. – Przecież to dalej nie ma sensu. Przecież mógłbym być twym ojcem, nie widzisz tego?…

– Ojcem?! Co to ma do rzeczy?! Ale nie jesteś! – krzyknęła cała nagle wzburzona. – Nigdy nie sądziłam, ze możesz być aż tak przesadny, niewrażliwy, taki nieczuły…

– Ja?? Jak ty mnie oceniasz? Niewrażliwy, nieczuły?! A gdzie w tym wszystkim moja Sztuka? Tu też odsądzisz mnie od czci i wiary?

– Kochanie, nie to chciałam powiedzieć…

– Zrozum! Przecież masz męża, dziecko, obowiązki, jesteś piękną kobietą, która każdego, jak zechce, owinie wokół palca… Tymczasem ja – zblazowany, podstarzały playboy, który już sam nie wie, czego chcieć od życia… Co taki  zmanierowany man może ci jeszcze ofiarować?

– Marku, nie mów tak, bo ty akurat wiesz dobrze, co. Poza tym kochasz swoją sztukę, swój fortepian, kochasz żonę. I ja to wszystko wiem i rozumiem.

– Skoro rozumiesz…

– Ale przecież możesz kochać także mnie. Tak jak tej nocy. A na co dzień, tak jak wstępnie rozmawialiśmy, mogę ci pomagac w sprawach impersariatu, najpierw jako asystentka…

– No tak… – westchnął. – I dorzucił w myślach: ‚tego się spodziewałem”.

– Prace mogłabym zacząć natychmiast. Rzucę wszystko inne, tylko daj mi szansę i zgódź się! Znam świetnie kilka języków. Mam doświaddczenie menedżerskie, szybko się uczę nowych obowiazków, zobaczysz! Będziesz ze mnie bardzo zadowolony, także na płaszczyźnie zawodowej!

Patrzył na nią, słuchał tej jej słownej kanonady bez specjalnego zdziwienia. Od początku był pewien prawdziwych powodow jej nagłego nim zainteresowania. Ale może się myli? Może lata kontaktów z róznymi szemranymi agencjami, menedżerami i hochsztaplerami wypaczyły jego opinię o asystentkach? A już tym bardziej o takich, gdy są tak pięknymi kobietami, jak ona? „Chyba jestem naprawdę przewrażliwiony” – z rezygnacją pomyślał. W koncu, mimo swego wieku, cały czas dbał o sprawność, zdrowie i jak pamięta, w kontakytacch z kobietami nigdy nie uskarżał się na brak wigoru.

– I naprawdę było ci ze mną dobrze, Megi?

– Było. Bardzo dobrze. To właśnie możesz mi ofiarować, to czyli prawo do bycia obok ciebie, z tobą, przy tobie, w twych ramionach, przy twoim sercu i …przy pracy. Nie jestem i nie zamierzam ograniczać cię w czymkolwiek. Proszę tylko o mały pokoik w twej duszy. I nieco większy dla prowadzenia biura. To tak dużo?

Jego wzrok był skupiony, myślał przez chwilę, a na jego twarzy pojawił sięcoraz bardziej ironiczny uśmieszek.

– Tak, wiem co chcesz powiedzieć. – Dostrzegając ów uśmiech kontynuowała wywód, – Zresztą już to raz powiedziałeś. – Podeszła do niego, spojrzała mu bacznie w oczy. – Marko, masz rację. Mam męża, dziecko i znam swoje powinności. Dlatego, jeszcze raz ci powtarzam, nie będę zazdrosna o nic i o nikogo, kto będzie pojawiał się w twoim życiu. Przy okazji – liczę z twej strony na wzajemność i dyskrecję. Rozumiesz? Ja naprawdę nie zamierzam rozbić nie tylko twojej, ale i swojej rodziny. Gdy trzeba – potrafię oddzielić sprawwy prywatne od zawodowych.

– Ale, – uśmiechnął się z przekąsem, – ja niezupełnie o tym myślałem.

– Nie? To o co ci chodzi?

– A gdy ja zrobię się zazdrosny? Gdy nagle zrozumiem, że za bardzo poświęcasz się pracy zawwodowej i że za malo masz czaasu, aby pamiętać o swym poecie?

– Oj! To byłoby fajnie! To oznaczałoby, że naprawdę mnie kochasz!, – powiedziała, a na jej ustach rozkwitł szeroki uśmiech.

– Myślisz, że tak, jak ty mnie?

– Nie wiem tego, mój panie.  Ale chciałabym…

Nagle roześmiał się tak szczerze i tak serdecznie, że przez chwilę poczuła się, w istocie, jak mała dziewczynka, jak jego córeczka, którą zaraz weźmie na ręce i ukołysze.

– Chodź do mnie Megi –  poprosił, jakby podpatrzył jej skrywane przywidzenie.

Gdy podeszła – objął ją w przepastnych ramionach, utulił, i po chwili lekko uniósłszy jej głowę delikatnie pocałował w nabrzmiałe, wyczekujące usta.

– Kocham cię, moja dziewczynko! – Potem puścił ją, podszedł do szafy i zaczął się ubierać.

Patrzyła na niego cały czas, wielkimi, szerokimi, nieco zdziwionymi oczyma jakby niewiele rozumiejącymi, a kiedy wreszcie zapakował do klatki kota (jeszcze wciąż śpiąceego na dywaniku) i zaczął zapinać kurtkę – jej najwyraźniej uśpione zmysły natychmiast załomotały na alarm.

– Kochany, ty wyjeżdżasz już?

– Tak. Na mnie pora.moja Megi. Jeszcze dziś chcę być w Warszawie.

I wtedy poczuła jak twardo ląduje zlatując z chmur na ziemię. Szara życiowa proza nagle pojawiła się przed nią w całej okazałości. Zdołała tylko szepnąć: „jasne, jedź.” On, oczywiście, zauważył tę gwałtowną zmianę nastroju i być może dlatego rzekł do niej stanowczo:

– Tak. Wracam do żony, bo przy niej moje życie, Megi… Ty, Małgorzato, nie obwiniaj się o nic.  Było mi z tobą super, ale żonę kocham nad wszystko, ciebie kochałem tylko tę jedną noc… Czy jeszczee kiedyś bedzie mi dane? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy ty jeszcze kiedykolwiek zechcesz… Co do zatrudnienia cię w moim impresariacie – przepraszam, na razie to niemożliwe… Ale będę o tobie pamiętał… Obiecuję! I nie obwiniaj mnie proszę, ani nie obwiniaj samej siebie o nic. My, ludzie estraddy, nie jesteśmy aniołami…

– Marku… – próbowała coś jeszcze wydukać.

– Ach! prośba… oddaj w moim imieniu klucz na recepcji.

I uśmiechając się na pożegnanie, wyszedł.

 

spis treści Meteorytów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *