Ryża kocica o zielonych oczach

– 1 –

Po czwartym piwie powietrze w knajpie stało się gęste i lepkie, jak syrop. Mgiełka dymu tytoniowego wisiała nad stolikami jak realna zasłona. Szum dochodzącego zewsząd ludzkiego bełkotu zaczynał przypominać napierające fale. Uff… Słowem – nieprzyjemne miejsce. Po na wpółogarniętej mrokiem sali snują się jakieś cienie, a powietrze w knajpie zatrute wonią tanich papierosów i aromatem tego, co przysmażało się na kuchni, przyprawiało chwilami o niepohamowane mdłości.

Dziś przyszedł tu sam. Bez planu. Siadł w kącie i patrzył,  jak relaksuje się gwardia ochlajów okupujących sąsiednie stoliki. Oto dwoje z nich zataczając się i wspierając jedno o drugie pełzną w stronę grającej szafy. Ciekawe, co zaserwują? Przez jakiś czas odprawiają przed maszynerią gusła (dwa guziki – jest się nad czym zastanawiać) i po minucie tę duszną, knajpianą atmosferę przeszywają pienia jakiegoś bożyszcza współczesnego chanson: „Jama zła, a to ja – zwal mi konia mordą modrą” …I tak oto ponury wieczór zamienia się w ohydny.

Przyszedł tu w określonym celu: napić się. Towarzystwo nie było mu potrzebne. „…Dlaczego mnie rzuciła? – rozmyślał – dlaczego to uczyniła ze śmiechem, z chęcią, aby dowiedział się o tym cały świat? Dlaczego?! Przecież ją kochałem?…  A teraz… A teraz czuję w sobie już tylko pustą powłokę, jak wydmuszka, z której wysiorbano duszę… Jest w ogóle coś takiego, jak dusza?” Piąty kufel… Najpierw krótki łyk, a potem jednym haustem do dna. „Do diabła z nią! Przyszedłem tu się zachlać”. To, uznał, najlepsze by zapomnieć o Oldze. Oczywiście, nie na zawsze, tak na jakiś czas… a może nawet do rana. Tak! tego teraz właśnie mu trzeba…

Towarzystwo zza sąsiedniego stolika wybuchło głośnym śmiechem, bardziej podobnym do rżenia koni i chrząkania świń jednocześnie.

„Bydlaki!… Choć w sumie im zazdroszczę: ani trwóg, ani śladów wątpienia, ani przebłysków myśli o odrzuconej miłości i zranionej duszy. Prymitywna, prostacka zwierzyna. Cholera, naprawdę zazdroszczę tępakom!… No dobra! Biorę się za szósty. Ech… z Bogiem! A w ogóle, jest jakiś Bóg? Dlaczego, podczas gdy to bydło  zza sąsiednich stolików rży i nie ocieka żalem, On pozwala na cierpienia porządnego obywatela bez powodu? Gdzieś słyszałem, że Bóg jest Miłością. Więc gdzie Ona jest, ta Jego wielkoduszna Miłość? Dla bydląt jest, dla mnie nie? Dlaczego, pytam?… A dlatego, kolego, że  Boga nie ma! A jeśli nawet byłby, to i tak nie dla takich jak ty! Zostawionych na łaskę niczyją. Nikt ci nie jest i nic nie będzie potrzebne: ani ta cholerna knajpa, ani Olga, ani Bóg z aniołkami, ani diabeł z widłami. Nikt i nic, do cholery!! Pij,  studenciku, trzeba pić!… chlaj!…”

I wtedy właśnie podniósł głowę znad kufla i zobaczył ją… JĄ! Od razu uderzyło go wkocica niej… Coś. Jakieś niejasne podobieństwo. Do Olgi. Nie mógł nawet sobie uzmysłowić, na czym polegało? Może to ten łatwy sposób chodzenia? Może subtelne pochylenie głowy? Może nienaganna czarna grzywka, która Olgę zawsze irytowała, gdy zachodziła nad brwi, a którą uwielbiał i nie pozwalał jej skracać? Może…

Wydawało mu się, że zjawiła się… znikąd. Albo, sądząc po rudej karnacji skóry, raczej przemutowała z ryżej kocicy, o którą niemal się nie przewrócił wchodząc do tej „mordowni,”, bo nawet podobnie, jak owa kocica – i ona miała niemal takie same, jaskrawe, zielone oczy.

– Czy tu wolne? Można się dosiąść?

„Przyjemny głos. Melodyjny. Zaraz będzie nabijać się z mej mrocznej, zapijaczonej gęby… Ale trudno. Niech się nabija. Za to głos jej brzmi jak srebrzyste dzwonki… Piękny głos. Albo jak dźwięk wiosennej kapeli. Niech dalej brzmi. Głupawo, oczywiście, ale cóż? Za ścianami tej stodoły smędzi jesienna smuta…Precz z jesienią!”

Co miał odpowiedzieć? Po prostu skinął głową. Najprawdopodobniej (miał tego świadomość) z głupim wyrazem twarzy…

Siadła naprzeciwko i przez kilka minut nieprzerwanie patrzyła mu w twarz. A on w jej. Wypadało coś mówić, ale w żaden sposób nie był w stanie sklecić najprostszej myśli ani frazy. Wreszcie zaparł się, zebrał w sobie i gdy już miał otworzyć usta… usłyszał:

– Hej! Przyjacielu… Nie jest ci wstyd? Chłopaki tam szaleją, bawią się wesoło, a ty tutaj piwko sobie popijasz w samotności i na smutno?…

Pierwsze słowa nieznajomej całkowicie pozbawiły go daru wysławiania…
– Eee… To jest… – jedyne, co był w stanie wydusić. A i tak transakcja ta sporo go kosztowała wysiłku.
– Co: ” ee? ” – Przedrzeźniała nieznajoma. – A czemu nie „bee!” ani „mee!”, albo nawet i „kukuryku!” – tego już nie umiesz?
Czuł, że cała jego twarz pokryła się jurną czerwienią. Nieznajoma, oczywiście, również to zauważyła i, na szczęście, wyluzowała.
– A tak między nami… na imię mi Lilianna. Lub Lilka, po prostu…
– Woj…tek… – wydukał z pauzą .

Brwi Lilianny uniosły się do góry, a ona sama dźwięcznie się roześmiała

– Jaki Woj? Wydaje się, że na dzisiaj już chyba starczy wojować, mój woju!

Ferajna z zza sąsiednich stolików z zaciekawieniem zaczęła patrzeć w ich stronę. A ścisłej: w stronę jego nieoczekiwanej towarzyszki.

– No, tylko się nie obraź, woju. Ja lubię sobie pożartować! – I subtelnie odciągnęła od niego rozpoczęty kolejny kufel. – Jestem „waszym” aniołem miłosierdzia. W ramach praktyki chodzę od knajpy do knajpy, aby wyciągać z melancholijnych tarapatów takich samotnych przystojniaków, jak ty, woju. – I z obrzydzeniem spojrzała na kufel. Po chwili uniosła szkło do ust, upiła mały łyk. – Fuj! Jak w ogóle coś takiego można pić? – szeroko skrzywiła się z niesmakiem.

Schyliła się w jego stronę, musnęła mu po dłoni. Dotkniecie było leciutkie, pewne i jednocześnie twarde .

– Wszystko będzie dobrze… przystojniaku. Najważniejsze, abyś teraz nie narobił głupot. Nie dzwoń do tej swojej Olgi i nie wysyłaj SMS-ów, dlatego, że nagadasz mnóstwo niepotrzebnych i nieprzyjemnych rzeczy. Pocierp dzień, może dwa, a potem… – spojrzała mu w oczy i mrugnęła filuternie – Co ja, kobieta, będę uczyć mężczyznę, co dalej?
Dziwne, ale nagle poczuł, jakby coś ważnego zrozumiał: „ona ma rację!”

I nie tyle oto uwierzył tej zagadkowej kobiecie, która  znikąd przybyła, słowem, jak za skinięciem czarodziejskiej różdżki, ale jej najzwyczajniej ZAWIERZYŁ. Inaczej tego wytłumaczyć się nie da.

– Dzięki za radę… – Wydukał – To znaczy: bardzo pani dziękuję – I nagle poczuł, jak oczy pokrywa mu wilgoć łez. „Ot i czort! Nie wystarczy już zabiadolić, teraz trzeba zapozorować i skruchę!” – pomyślał.

– Eee, nie! Mój woju. Chłopaki nie płaczą, to nie jest cool! – I Lilka pogroziła palcem.

Za jej plecami nagle pojawiła się jakaś barczysta figura. Jeden byk z rozbawionego stadła podszedł do ich stolika, pochylił się nad nią i zaczął coś jej szeptać, jak mniemał, sprośnego do ucha. Trwało to może sekundę, może dwie. I nawet nie spostrzegł kiedy, nawet nie zdążył zareagować a już po chwili szanowny Don Juan zwijał się z bólu w parterze, biodrami froterując podłogę, a Lilka niedbałym ruchem strzepywała ze swego łokcia kurz po udzielonym błyskawicznym kuksańcu.

– Hej, Wasyl! Ale ci przygrzała. Co ty myślałeś, że nasze panienki to takie jak te u was, na Ukrainie? – zaczęli naśmiewać się jego rozbawieni koledzy.

Gdy gość klnąc w konwulsjach oddalał się z niepyszna Lilianna wciąż siedziała nieruchomo i cicho, beznamiętnie przyglądając się swym paznokciom, pokrytym jasnoczerwonym lakierem. Potem podniosła wzrok. I wtedy on po raz kolejny stwierdził: „ma niezwykle przenikliwe, zielone oczy, ale całkowicie jest jednak niepodobna do Olgi. Ta miała oczy niebieskie. Lilka zielone…”

– Zapłać – powiedziała krótko. – I wynośmy się stąd.

Głos jej był jakiś… dziwny. Nie, nie dlatego, że wcześniej słyszał inny, życzliwszy, sympatyczniejszy. Ten wydał mu się teraz obcym, suchym i bezwzględnym…  I nagle poczuł strach?!

 

Nie pamiętał, jak wydobyli się na ulicę. Było już zupełnie ciemno. Zimny ​​jesienny wiatr siąpił w twarz małymi drobinkami deszczu.

– Hej, nie odprowadzisz mnie? – Głos Liki znów zabrzmiał delikatnie i zabawnie. Cholera, że po prostu to głupie piwo musi mu teraz wirować w głowie…

– Może wezwać taksówkę? – zaproponował.

– Po co? Mieszkam niedaleko stąd. Nie pomyśl tylko sobie za dużo. Poszłabym i bez ciebie, ale sam widzisz, jaka swołocz o tej porze może się napatoczyć.

– A, mówisz o tym Casanowie? Poradziłaś sobie niezgorsza. Nawet facio nie mrugnął powieką, a już leżał na patelni, jak placek.
Lilianna roześmiała się. Jaki cudowny miała śmiech!

– Czemu od razu Casanova? Pod względem inteligencji musiałby ździebko jeszcze nad sobą popracować. Albo ja, przynajmniej tyle wypić piw, co ty.

Tym razem wspólnie się szczerze roześmiali.

-Wiesz… tak na co dzień praktycznie nie pijam. Dziś po prostu nie miałem swego dnia.

Wolno szli po ciemnej ulicy. Nawet tak paskudna pogoda przy takiej towarzyszce wydała mu się czymś nieistotnym i absolutnie bez znaczenia. Najchętniej szedłby z nią, szedł i szedł bez końca. Bo przy niej zapomniał o złamanym sercu. I w ogóle zapomniał o jakichkolwiek problemach i zmartwieniach, które jeszcze całkiem niedawno wydawały się zupełnie nie do rozwiązania. Mijali jakieś domy, latarnie, poprzeczne ulice – a on szedł obok niej i nie zwracał uwagi na nic. Pamiętał jedynie biegnącą nieopodal ich kocicę. Ryżą kocicę, o zielonych oczach, pewno tę samą, której kilka godzin wcześniej niemal nie rozdeptał wtarabaniając się do knajpy.

– No to jesteśmy na miejscu. – Wyrwała go Lilianna z zamyślenia.
Stali przed niedużym czarnym ogrodem otaczającym szarą sylwetkę trzypiętrowego domu.

– To dzięki. Bywaj! – Lilka nagle przylgnęła do jego torsu cmokając w policzek.

Jej niespodziewany pocałunek wstrząsnął nim, jak uderzenie paralizatora. Zdało mu się nawet, że z jej i z jego oczu posypały się iskry. To było jak coś czego z niczym realnym w życiu porównać się nie da… W tej samej chwili na ich głowy lunęła istna ściana kipieli. Prawdziwe oberwanie chmury. Lodowata woda pomieszana z zimnym i porywistym wiatrem. Ale… praktycznie nie poczuł nawet. Rozgrzewał go wciąż nieoczekiwany, transcendentalny  pocałunek.

– Do diabła! Uciekajmy! – krzyknęła Lilianna zaciągając go do werandy. Człapiąc za nią jego nogi potykały się o siebie wzajemnie, jak u prawdziwego pijaka.

Dobiegli dość szybko, ale i tak przemokli do suchej nitki. Odgarniając pod zadaszeniem przylizaną grzywkę Lilianna spojrzała na niego niepewnie.

– I co ja teraz mam z tobą zrobić ?

– Spokojnie. Zaraz zadzwonię po taksówkę … – i wydobył telefon. Gdy ekranik komórki się rozświetlił z zaskoczeniem spostrzegł, że jest na nim ślad kilku nieodebranych połączeń. Wszystkie były od… Olgi!

„Dziwne… Dałbym głowę, że nie słyszałem żadnych dzwonków ani nie czułem wibracji”…

– No już dobrze… – Lilianna odsunęła mu spod oczu rękę z telefonem. – Schowaj to! Zapraszam póki co w gości! Razem z koleżanką wynajmujemy tu nieduże mieszkanie.

– I nie będzie się mną krępować?

– Nie zapraszam na stałe! – Znów się roześmiała.

Jak on kochał ten jej śmiech! Telefon zanurkował do kieszeni, grzebiąc ostatecznie nieodebrane połączenia oraz nagrane wiadomości, które Olga chciała mu przekazać…

Zostawiając za sobą mokre szramy wchodzili po schodach na docelowe piętro. Ściślej: wchodziła Lilianna a on tylko stąpał po jej śladach, nie całkiem wiedząc czemu przychodziła mu na myśl baśń Andersena o dzikich gęsiach. Może dlatego, że i w tej bajce, przy dźwiękach pastuszkowej fujarki i tam ktoś za kimś szedł?

Nie mógł się skupić, myśli przeskakiwały mu z jednego skojarzenia w drugie. W końcu, po prostu, postanowił z nimi nie walczyć.

– Doszliśmy! – Zakomunikowała Lilianna i zaczęła grzebać w kluczach. – Przyświeć mi, proszę!

Wyjął telefon i nacisnął pierwszy dostępny przycisk. Białe światełko ekranu boleśnie uderzyło po oczach. Ciemność na schodach stała się jeszcze bardziej nieprzenikniona. „Więc cały ten czas szliśmy na wyczucie i tylko na dotyk? O tyle dziwne, że mimo totalnej ćmy zdawało mi się, że wyraźnie dostrzegam pełzającą przed nami sylwetkę… Czyżby to była sylwetka tej rudej, zielonookiej kocicy, która od samego początku towarzyszyła nam w drodze? – Mimowolnie uśmiechnął się. – Co za bzdury!”

– A dlaczego po prostu nie zadzwonisz?

– Nie ma sensu. Gośki prawdopodobnie nie ma w domu. A jeśli jest – to już śpi.

Klucz, nie wiedząc dlaczego, nie chciał się przekręcić w zamku. Podczas gdy Lilianna walczyła z drzwiami jeszcze raz spojrzał na ekranik telefonu… „No, proszę, jednak! Do nieodebranych połączeń od Olgi dołączyło jeszcze jedno – od mojego sąsiada”.

„Coś ten telefon mi nawala. Czemu nie słychać połączeń przychodzących?” Nagle zapiszczał i zgasł. No tak. Niski stan baterii. Ale przecież pamiętał: dziś rano ją naładował do pełna… „Nie! No coś z tym telefonem jest nie tak. Będę musiał go zmienić. Zresztą, najważniejsza bieda zażegnana. Nie znajdziemy się znów w ciemności”. Oto zamek od drzwi kliknął głośno i mieszkanie stanęło przed nimi otworem.

– Wchodź!

Przestąpił próg na jej głos, ale zaraz po chwili mimowolnie się cofnął: jego noga natrafiła na coś miękkiego (sierść kota? Do cholery! Czyżby znów tego rudego?!), a w twarz uderzyła fala odoru, jakby z nieuprzątniętego od wielu dni rozbebeszonego śmietnika.

– Chodź, chodź, nie bój się. Jesteś u mnie. – Uspokoiła go dźwięcznym śmiechem.

Wcisnęła przełącznik. Zapaliło się światło. Stali na progu małego, ale bardzo przytulnego mieszkanka. Przede nimi roztaczał się widok puchowego dywanu z wyraźnie odznaczonym śladem po jego zabłoconej stopie. W przedpokoju sympatycznie pachniało świeżymi jabłkami. „Cholera! Co za bzdury się mnie imają?” – pomyślał.

– Zobacz, co narobiłeś!… – jednak, podrażnienia w jej w głosie nie było. – Teraz trzeba się umyć. Może świeże jabłuszko?

– Ja… Jabłko?

– Płyn do kąpieli, głuptasie! Zdejmuj buty i wskakuj do łazienki. Odzież możesz rozwiesić nad termowentylatorem. W kilka sekund przeschnie!

Czując się jak słoń w składzie porcelany, niezgrabnie przekręcił gałką od łazienkowego zamku…

– Kawa, czy herbata? – zapytała Liliana

Siedzieli na starej, acz stylowej kanapie, a on z jakiegoś powodu nie wiedząc co zrobić ze spojrzeniem utkwił nim w szklanych rybach zwisających z kryształowego żyrandolu uwieszonego pod sufitem. Odbijające się w ich płetwach kolorowe światło sprawiało, że nieruchome ryby jakby delikatnie pląsały się w swym powietrznym, domowym akwarium.

– Podobają się? To ja wymyśliłam. Więc w końcu herbaty? czy kawy ?

– Tak jakoś mi wszystko jedno…

– Wszystko jedno?! A co to ma znaczyć? Gość nigdy nie powinien tak odpowiadać! – I uśmiechnęła się rozbrajająco.

– No to herbata!

– Od razu tak trzeba było!

Wstała z kanapy.

– Gośka, prawdopodobnie, gdzieś zabalowała. To jest jej pokój. – Wskazała na szczelnie zamknięte drzwi. – Zwykle pozostawia je otwarte na oścież. Nawet gdy śpi… Ot i cały nasz bałaganik!

Zmarszczyła nos .

– Jest tutaj u was bardzo przytulnie.
– Thanks! A zaraz będziemy pili herbatę. Ale póki co… – wsunęła mu w ręce pluszowego kociaka (ryży i z zielonymi oczyma… zupełnie jak ten z jego zwidów) – zabawiaj go, please! I uważaj, żeby nie za bardzo mruczał! A ja tymczasem zaparzę herbatki i przygotuję coś na jeden ząbek.

I roześmiała się głośno. A on – po odprowadzeniu Lilianny oczyma aż do samej kuchni odstawił zabaweczkę na bok. Dziwne! Niby tylko pluszak, a sprawiał wrażenie jakby z jego braku chęci do zabawy nie do końca był usatysfakcjonowany… A  tak, poza wszystkim, ale się trafiła gościna! Kto by pomyślał… Szczerze mówiąc, teraz, o powrocie do domu nawet nie chce pamiętać. Ach, te kobiety! One mają niezwykły dar do nadawania swoim gniazdkom niepowtarzalnego stylu. Dla faceta ważne, żeby w domu było wygodne wyro, w miarę szerokie biurko z kompem, jakieś ze dwa krzesła. I jakieś super kino domowe. I starczy… A kobiety? Te świecidełka pod żyrandolem, te kolorowe firaneczki, puchate dywany, kilimy na ścianach. Dla nich dom to bombonierka. I spróbuj chłopie, do takiego wczłapać z zabłoconymi butami!

Podczas refleksji zauważył (chyba) jakiś obok siebie ruch(?!). Zaskoczony odwrócił głowę, spojrzał na pluszaka. O!  z jego buźki wystawały małe, choć ostre jak igły ząbki. A z miękkich łapek pazurki: szczerze powiedziawszy jak na małą zabaweczkę to już raczej nie pazurki – a prawdziwe pazury. Twarde i kostropate, jak u drapieżnego ptaka. „Dziwne… Na dodatek wszystkiego patrzy na mnie naśmiewającymi się, żywymi oczyma…” Poczuł, jak z gardła próbuje mu się wyrwać stłumiony krzyk.

– Oto i zamówiona herbatka i gorące kanapeczki dla miłego gościa! – zabrzmiało mu nagle nad uchem.

Wszystko, na co się zdobył w odpowiedzi, to tylko jakiś wyartykułowany, tępy pomruk.

– Zdrzemnąłeś się troszkę, prawda? – I nie czekając reakcji dorzuciła: – Tak, tak! Nie przejmuj się. To nic złego…

Pochyliła się nad nim. Wyobraził sobie, jakim horrendalnym musiał jej odpowiedzieć wzrokiem. Ma rację. Pewno musiał się zdrzemnąć. Szybkie spojrzenie w kierunku pluszowej kocicy rozwiało wszelkie pozostałe wątpliwości. Pluszak, jak pluszak. Za to jegoe nerwy, alkohol, zmęczenie…Szkoda komentować.

Potem pochylili się nad herbatą. Trochę dziwny miała smak, być może coś z kwiatów albo egzotycznych ziół? Nie miał pojęcia… Z każdym łykiem czuł, jak pogrąża się coraz bardziej i bardziej w lekkiej, ale jakby w na wpół sennej poświacie, walka z którą wymagała ode niego coraz więcej sił i mocy…

Koniec końców poddał się… Przytulne mieszkanie, pokój z duszą, piękna obok dziewczyna – czego więcej od życia wymagać? Niczego!…

Niosła go rzeka. Niosła gdzieś, gdzie tylko ona wiedziała, dokąd. A niech niesie!… Cichy szum wody, delikatny dotyk, lekki zapach …jabłka. Na chwilę lekki podmuch wiatru został zastąpiony przez zapach mułu i wodorostów z gnijącego bagna. Czemu się dziwić? Płynie razem z rzeką. W tropikalnym cieple…

Głosy. Skąd się wzięły? Być może ktoś przyszedł? „Gośka”? Chyba tak miała na imię?… Ale co ona tu robi, na środku rzeki? Ach, oczywiście, one są przecież na brzegu… Na brzegach spokojnej, bezimiennej rzeki. Tylko jakoś nijak nie może zrozumieć, która z nich i co mówi? Dochodzą jego uszu tylko jakieś strzępy zdań.

„…Hardy… przystojny … zawiść… zaprzeczył temu … sam powiedział … jego była … zapomniał i cieszy się z tego … tak, ty to potrafisz … nie, niech on sam … głodna … pocierpi…”

I znów obudził się w pokoju Lilianny. Siedziała obok i patrzyła na niego. Zielone jej oczy niemal świeciły w ciemności. Prawdopodobnie przygasiła światło… Ale, po co?

– Gosia przyszła? – wykrztusił zachrypniętym głosem, który sam z trudem rozpoznał.

– Jaka Gosia? – Odpowiedziała ze zdziwieniem. – Mieszkam tu sama. Wiesz, czasem czuję się tu taka samotna … Ale ty przecież będziesz obok, prawda? – Głos, przypominający odgłosy wiosennej kapeli.

Co miał jej odpowiedzieć?

– No, o…oczywiście.

– Chodź! Chcę się z tobą kochać, mój woju.

– Ja też, Oleńko!…

Coś przemknęło mu w pamięci. Coś zapomniane, jakby wyrwane z korzeniami obcymi, chciwymi rękoma.

– Ola?… Ty przecież nie jesteś Ola… – język się plątał a dusza rwała się na spotkanie tego cudownego głosu, na spotkanie tych cudownych, przenikliwych, zielonych oczu.
– Mam na imię Lilianna. Czyżbyś zapomniał?
– Nie… Lilio…
– Przyjaciele mówią na mnie Lilka.
– Piękne imię.
– No chodźże wreszcie do mnie… czekam!
Nie do końca siebie rozumiejąc rzucił się raptownie w objęcia Lilianny…

 

– 4 –

Pan porucznik zmiął  zgniecionego papierosa, a potem splunął rzucając nim pod nogi. Odwrócił się do lekarza sądowego, zasuszonego staruszka w okularach, z fizjonomii i z sylwetki bardzo przypominającego żydowskiego lekarza i aptekarza Doktora Dolittle.

– Niech mi pan powie, panie doktorze, co to dzisiaj za młodzież? Czego im brakuje? Życie dla nich nie ma żadnej wartości? Jak to się teraz u nich mówi: Ekstremum już tylko by chcieli? Jaki czort zaciągnął tego młodziaka do walącej się rudery przeznaczonej do rozbiórki, w której nawet bezdomni nie koczują?

Starzec westchnął ze znużeniem.

– Nie, nie extremum. Samobójstwo. Typowe i zwyczajne. Chłopak wszedł na trzecie piętro, poszedł do pierwszego z brzegu lokalu – sami przecież widzieliśmy – tam wszystkie drzwi są na oścież otwarte, przebywał tam przez jakiś czas, a potem podbiegł i rzucił się z okna.

Podniósł głowę, przytrzymując ręką kapelusz, i wskazując gdzieś do góry.

– O, tam, ta rozbita rama.

– To i mówię, co tu się do cholery dzieje! Już drugi tutaj samobójca tej nocy. Pierwszym – był ten ukraiński student… Wasylew, zdaje się, tak? Naćpał się jakiegoś świństwa i rzucił pod samochód. Pięć metrów przeleciał jak lalka, a nie człowiek…

– Biedna ta dzisiejsza młodzież – westchnął doktor.

– Biedna? Durna! – przerwał mu porucznik. – Żeby tak żyć bez wartości i zasad. I jaki oni mają w tym cel? Co nimi kieruje? Jakie ideały? No tego, od tych dwóch to już się nie dowiemy…

Odwrócił się i podszedł do radiowozu, ale zanim przebył kilka metrów, zamarł i zaklął głośno. Bezpośrednio przed nim, na stosie z gruzu, siedziała nastroszona jakby w obronie, a może do do ataku? – ryża kocica i patrzyła na niego przenikliwymi, jaskrawymi, zielonymi oczyma. Po chwili napastliwie syknęła i ocierając sę o łydki oszołomionego porucznika zniknęła w czarnym oknie piwnicznej okiennicy.

 

powrót do księgi Meteorytów

Be Sociable, Share!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *