W pomrokach Starych Babic

– 1 –

kobieta 123Pani Roy-Rozwadowska czekała na nią w Modlinie, w poczekalni podwarszawskiego lotniska. Ona – Andżelika – ujrzała tę kobietę po raz pierwszy w swym życiu, ale nie miała problemów z rozpoznaniem. Czerwone, opuchnięte od łez oczy, które próbowała schować pod kapeluszem z szerokim rondem i malutkie opakowanie chusteczek w ręku, zdecydowanie wyodrębniały ją spośród grona osób oczekujących.

– Dzień dobry! Jestem Andżelika, – Musiała odrobinę się schylić, aby zobaczyć jej twarz pod kapeluszem.

– Roy-Rozwadowska…

Ta, która ją przywitała niewiele mówiła. Praktycznie przez cały czas w milczeniu prowadziła ją do zaparkowanej niedaleko wyjścia taksówki. Po raz pierwszy przyleciała do Warszawy, i w porównaniu z deszczowym i pochmurnym Londynem, jesień w tym mieście sprawiała na niej wrażenie bycia tu relatywnie ciepłej. Dzień zdawał się być  słonecznym i zupełnie bezchmurnym, jakby postanowił przywitać ją błękitnym niebem i całym pięknem złotej polskiej jesieni.

– O której jest pogrzeb? – Choć trochę spróbowała rozładować napięcie.

– Za cztery godziny. Ale zawiozę najpierw panią do domu syna, do Starych Babic. Na pewno będzie chciała się pani ogarnąć.

Starsza pani mówiła do niej nie odrywając oczu od okna. Było jasne, że towarzyszenie Andżelice nie było dla niej obowiązkiem specjalnie przyjemnym. Ta, oczywiście, rozumiała, że śmierć jej syna – to straszna trauma, ale „tamta” mogłaby choć na minutę zauważyć, że ona również straciła rodzoną siostrę. I ona – Andżelika – nie płacze rzewnymi łzami, a zachowuje spokój, podobnie przecież jak „tamta” odczuwając po śmierci najbliższej osoby wewnętrzny ból i spustoszenie.

„A niby dlaczego miałoby nie podobać się jej moje ubranie? Mam całkiem przyzwoite dżinsy i lekki, biały sweterek. No nie jest tak źle… Czyżby sądziła, że jej kolorowa bluzka bardziej nadaje się do takich ceremonii?”

– W domu spotka się pani z moim najmłodszym synem. Ja jadę teraz do kościoła, tam już trwają przygotowania do uroczystości. – Na koniec wręczyła jej kilka kluczy i trzasnęła drzwiami.

– Dziękuję za ciepłe powitanie!… Jedyne, co jej zostało to tylko zażartować w ślad za odjeżdżającą taksówką. Nie miała pojęcia, jak spędzi w towarzystwie Madame tych kilka zaplanowanych dni?! – Cholerne słońce… dlaczego nie byłam na tyle inteligentna, aby zabrać ze sobą kapelusz? Ciekawe, to tu w tej Polsce – tak zawsze?

Zmrużyła oczy, aby lepiej zmierzyć wzrokiem willę, przed którą została wysadzona. Ładna, piętrowa posesja, cała ogrodzona stalowym płotem, po którego wewnętrznej stronie wysokie, zielone i gęste tuje skutecznie zasłaniały widok na rozciągający się dalej ogród! „O, tak! Gdyby nie te okoliczności – jakżeż chciałabym tu zamieszkać!”

Furtka była otwarta, i po chwili wahania postanowiła przekroczyć linię ogrodzenia. Nie chciała, aby pozostali domownicy musieli na nią czekać. Wystarczy, że matka śp. Grzegorza nie okazała już specjalnego zadowolenia z powodu jej przyjazdu.

– 2 –

– Niech to szlag! – Idąc po brukowanym chodniku utknęła na sekundę stopą w świeżo zabetonowanej dziurze. – To zupełnie nowe trampki! – żachnęła się i ze złością strząsnęła pozostałość cementu z białego buta. Nerwowo zapukała do drzwi, wyczekując pierwszej ofiary, która zmuszona będzie wysłuchać jej skargi! Nawet niech potem cała ta ich rodzinka znienawidzi ją jeszcze bardziej. Choć, prawda… Przyczyny podobnego odnoszenia się ich – do jej osoby wciąż są dla niej niezrozumiałe!

Drzwi otworzył wysoki młody mężczyzna, tak na oko – dwudziestolatek. Szczupły, o sportowej sylwetce i z lekkim zarostem na twarzy „Dlaczego to nie jego wysłano po mnie na lotnisko?”

– Cześć, jestem Andżelika, siostra Rozalii. – „Chyba będę musiała wypowiadać dziś swoje imię więcej, niż w całym życiu!” – dopowiedziała sobie w myślach.

– Tak, poznaję cię. Wchodź.

„Facet, musi być – ściemnia. Wcześniej nie miał okazji mnie przecież widzieć. Z Rosą nieszczególnie podtrzymywałyśmy kontakty, tak więc trochę trudno wierzyć, że opowiadała o mnie krewnym ze strony męża”. Idąc korytarzem, okazało się, że miał okazję. Na komodzie, jeszcze w przedpokoju, piękniła się jej własna fotografia, którą wysłała siostrze kilka lat wcześniej. Fotka była zrobiona podczas jej siedemnastych urodzin, w pobliżu Tower of London, gdzie nie krępując się paradowania w śmiesznych portkach z szelkami uśmiechała się bezwstydnie od ucha do ucha. Nie sądziła, że siostrzyczka obstaluje takie dziwadło w ramkę. Jak widać, nie znała do końca własnej siostry.

– Jesteś głodna? A tak w ogóle mam na imię Artur! – Wystawił głowę z kuchni i zaprosił gestem do siebie.

– Spoko, ale kawy wypiłabym.

– Może być cappuccino?

– Jasne… Acha! dodaj dwie łyżeczki cukru i dużo kremu. Pochylając się, aby zdjąć buty, znów przypomniała sobie o ślicznych trampkach. – Ot, i naleśniki!

– Co się stało? – Podszedł do niej Artur, wycierając ręce w kuchenną szmatkę.

– Upaprałam się cementem, tu na tym waszym podjeździe. Były zupełnie nowe. – Nie sądziła, że aż z takim wstydem przyjdzie jej teraz o tym mówić. Stojąc przed drzwiami wyobrażała to sobie trochę inaczej.

– Ekipa naprawiała dziś chodnik. Chyba zapomnieli umieścić jednej kostki. Sorry! Opłacę chemiczne czyszczenie. Masz jakieś buty na zamianę?

„No tak, oczywiście, wiadomo, że taszczę ze sobą przez tysiąc mil całą swą garderobę domową!” – Ale nie miała odwagi powiedzieć tego głośno.

– Nie planowałam długiej podróży, więc nie, nie wzięłam zapasowego obuwia.

Już sądziła, że facet zaproponuje jej swe własne, ale obawiała się, pewno słusznie, że rozmiar może być „nietrafionym”.

– Możesz wziąć buty Rozalii. Mam nadzieję, że podpasują.

– Dobra, przymierzę później.

– Przy okazji, kawa gotowa. – Odwrócił się i ruszył do ekspressu. „Z tyłu też niczego sobie, ciacho!”

Usiedli przy eleganckim drewnianym stole, w niewielkiej acz miło prezentującej się jadalni sąsiadującej zresztą z kuchnią. Na koronkowym ślicznym obrusiku czekały na nich gorące filiżanki i na szklanej tacce kilka lukrowanych rogalików. W milczeniu raczyła się kruchym ciasteczkiem i spoglądała na piękny widok za oknem. Takie kwitnące drzewa owocowe zawsze były jej marzeniem! Zawsze chciała mieć własny dom, ogromny ogród z kwiatami i drzewami, być może i z małym stawem. W ostateczności niech będzie tylko oczko wodne. Ale u ojca, w Londynie, było nawet i całkiem duże, ale co by nie mówić – tylko mieszkanie. Z jego okna roznosił się widok nie na kwitnące, jak tutaj, drzewa, a na ruchliwą ulicę i na cały czas spieszących się po niej dokądś ludzi. Nudno, szaro i nieciekawie. A tu, tutaj mogłaby podziwiać to sielskie, wieśniacze piękno bez ustanku!

– Wiesz, nie wyglądasz na specjalnie przygwożdżoną osobę. – Przerwał ciszę Artur, ciszę, która była jej do tej pory bardzo na rękę.

– Wydaje ci się!

Odpowiedź była niegrzeczna, ale i uwaga nietaktem!

– Pomyślałem, że ludzie zwykle płaczą, przyjeżdżając na pogrzeb kogoś bliskiego!

– Ty zaraz pochowasz swego starszego brata, więc dlaczego sam nie płaczesz?

Tego chłopaka, oczywiście, trzeba by jeszcze douczyć dobrych manier! Ale jego pytania w części nawet ją i bawiły.

– Ja, to co innego. Jestem facetem! Oczywiście, jest mi ciężko, ale w histerię popadać nie zamierzam!

– A ja, powinnam? Mam teraz paść na podłogę i zacząć rwać sobie włosy z głowy? Czy może lamentować, aż do utraty tchu?

Widać było, że ogarnia ją gniew i oburzenie! „Jak można powiedzieć człowiekowi, co powinien czuć i jak wyrażać swój ból?! – rozmyślała. – Czyżby nie wiedział, jak po telefonie od jego matki, dosłownie dławiłam się łzami, podczas gdy mój ojciec (sama nie byłam w stanie) spakował mi walizkę i zarezerwował bilet do Warszawy? On nawet nie dopuszcza myśli, że prawie przez cały lot wspomagałam się kroplami do oczu, aby usunąć zaczerwienienie i uniknąć niepotrzebnych pytań stewardesy!”

– Każdy doświadcza smutku na swój sposób! Dałam słowo ojcu, że będę dzielną! A jeśli moja twarz nie jest spuchnięta od łez i głos mi nie drży – to nie powód by sądzić, że nie mam serca! – wyrzuciła pospiesznie z siebie, jednym tchem.

– Chwileczkę, to znaczy, że twój ojciec nie umarł? – Jego oczy rozszerzyły się w wielkim zdziwieniu.

– Mamy różnych ojców, Rosa nie wspominała?

Była pewna, że akurat o tym jej siostra na pewno musiała napomknąć, ponieważ nie była to żadną rodzinną tajemnicą. Ojciec Rozalii, to prawda, zmarł z powodu udaru mózgu, gdy tamta miała zaledwie cztery latka. Mama, pracująca jako tłumacz, kilka lat później spotkała Simona, który już wówczas mieszkał w Londynie i przyjechał do niej, do małej podbeskidzkiej miejscowości na konferencję naukową. Nawiązana między nimi przyjaźń, a potem zażyłość miała swą kontynuację w Internecie, i następnego roku świętowali już ceremonię małżeńską w jego mieszkaniu, położonym przy jednej z centralnych ulic zamglonego Londynu.

– Gdy urodziłam się siostra miała siedem lat. – (uznała, że warto było stłumić jego ciekawość, wyjaśniając wszystko od podstaw), – ciężko znosiła przeprowadzkę, nową szkołę, nieznany język. W wieku siedemnastu lat, po kolejnej kłótni z ojcem, Roza uciekła z domu… z twoim bratem. Wszystko, co mu pozostawiła, to tylko jedno zdanie: „mam dość!”

– No, proszę! A nam powiedział, że odechciało mu się uczyć w Anglii. I przy okazji postanowił uratować twoją siostrę! – I uśmiechnął się, jakby rozwikłał w tym momencie najbardziej skomplikowaną zagadkę swego życia. – Moja matka była bardzo niezadowolona z powodu jego wybryku, bo bardzo chciała, aby ukończył studia w jakieś renomowanej londyńskiej uczelni.

Wszystko jasne! Prawdopodobnie nienawiść Roy-Rozwadowskiej do rodziny Rozalii narodziła się właśnie wtedy. W swych rzadkich listach siostra nie napomykała o relacjach z teściową, a ona – Andżelika, cóż… niespecjalnie była nimi zainteresowaną.

– Odnoszę wrażenie, że twoja mama postanowiła mnie znienawidzieć, tylko dlatego, że jestem siostrą jej synowej. „A co? Facet może być wobec mnie nietaktowny, a ja nie?” – dorzuciła po chwili w myślach.

– Mama uważa, że to Roza była winna śmierci Grzesia! Przecież to ona siedziała za kierownicą.

Takiego rozwoju sytuacji Andżelika absolutnie się nie spodziewała. Przez przypadek, dodatkowo, zakrztusiła się kawą, nawet nie nie wiedząc, czy była to taka niespodziewajka, czy symptom wyprawy na „złą drogę”.

– Brednie! To był po prostu przypadek!

Z oburzenia, najchętniej walnęłaby filiżanką o podłogę. „Niech potem czyszczą swe hrabiowskie dywany i dobrze mnie zapamiętają!… Jak można winić Rozę?! Pani Roy-Rozwadowskiej nie było w samochodzie! Skąd ona wie, co było prawdziwą przyczyną wypadku? Co i kto tak naprawdę był tą przyczyną?… Myślę, że wszystkie te myśli odmalowują się teraz na mojej twarzy. Musze się trochę wziąć w garść.”

– Ja z mamą także się nie zgadzam. Ona nie ma prawa wyrokować.

Od jego słów powiało jakimś cudownym uspokojeniem. Artur nie wydawał się już jej takim idiotą, na jakiego wyglądał jeszcze kilka minut temu. Wystarczy, że częściej będzie trzymał język na postronku, tak, jak czyni to ona, i będzie całkiem porządny z niego gość. A przecież i jej nie często się zdarza dbać o to, co ludzie mogą na jej temat myśleć, bo i ona nie raz miewała niewyparzony język. Szczególnie, gdy z kimś darła koty.

– Może pokażesz, gdzie mogłabym się przebrać? – Dopiwszy kawę odstawiła filiżankę na bok.

– Na piętrze znajduje się pokój gościnny, zaraz po prawej. – Mówił, nie zdążywszy połknąć resztek rogalika.

Ten zabawny facet widocznie tak szybko uznał, że już „zafunkcjonował” w jej przestrzeni, że nawet nie krępował się lecących z jego ust okruszków. Fajne! Świadomość tego, była dla niej nawet miła.

Weszła na piętro, zabierając ze sobą plecak z ubraniem. Solidne, dębowe schody, piękne obrazki wzdłuż ścian… siostrzyczka niegłupio się urządziła! Drzwi do sypialni gościnnej były otwarte. Skromne biureczko, trochę większe łóżko i regał. „No dobra i wielki regał z lustrem na całej ścianie… Ale w sumie nawet schody wyglądają eleganciej niż cały ten pokój”. – Na gościach gospodarzy jawnie się tu oszczędza, – zaśmiała się do siebie kręcąc głową.

Przyszło jej włożyć jedyną sukienkę, którą zabrała ze sobą. Czarna, prosty krój, idealnie pasować będzie do uroczystość i…jej stylu. Ale teraz… Jeśli byłby tu stolik, pewnie trzepnęła by nią w jego blat z całej siły!

 

– 3 –

– Jesteś gotowa? – Spytał Artur czekając jej u podnóża schodów.

– Już schodzę!

Czuła się nieswojo, bo wyglądało to tak, jakby zakochany kawaler wystawał nerwowo zza węgła wyczekując pierwszej randki.

– No, Andżeliko! Teraz już nic nie ukrywasz pod spodniami, a nogi masz naprawdę super!

– Nie powinieneś bardziej trzymać języka za zębami, Don Juanie?

Nie w głowie było jej teraz do flirtu. Jej towarzysz, bezsprzecznie, był atrakcyjnym facetem, a sądząc po braku obrączki na palcu – nawet do wzięcia, ale wszczynać z nim romans byłoby błędem. Po co pakować się w coś, co za kilka dni zostanie tylko śladem w życiorysie?

Czarne buciki Rozalii idealnie podeszły rozmiarem. Ale te cholerne obcasy! Boże, jak ona na nich chodziła? Klownom na szczudłach, uznała, łatwiej byłoby się poruszać. Jej miłość do wygodnego obuwia jeszcze bardziej w tym momencie urosła w jej sercu!

Na prośbę Artura jechali do kościoła z opuszczonymi szybami. Było okay! Dawno tak nie cieszył ją łagodny wiaterek, bo mimo października tu było całkiem ciepło, w porównaniu z Londynem.

– Na twojej głowie jest już nie wiadomo co. Może podniesiemy szybki? – Uśmiechnął się przewrotnie Artur.

– Po przyjeździe do kościoła uczeszesz i zapleciesz mi warkocze, mój ty opiekunie!

Ile można? Ten dowcip z opuszczonymi szybkami wkurzył ją, ale i jeszcze bardziej uczynił z jej towarzysza osobę atrakcyjną. „Jak to może być? W tym tempie jak się tak dalej to będzie rozwijać, to ja stąd nigdy nie wyjadę!… Zuchwały przystojniak, i jeśli na dodatek ‘do wzięcia’ – to już w ogóle sprawy mogą zakołować za daleko!”

Droga zajęła ledwie kilka minut. Zaparkowawszy na parkingu naprzeciwko starobabickiego kościółka (pośród wielu innych samochodów) wyszedł i skierował kroki pod jej drzwi.

– Jakby co, to udałoby mi się wydostać z „szanownego pana” automobilu samodzielnie!

– „…i wyjść” – to czemu „szanowna pani” czekała, aż podejdę?

Po raz pierwszy nie wiedziała, co powiedzieć; po prostu zagonił ją w ślepy zaułek. Tak naprawdę, rzeczywiście, siedziała i czekała. Na co?

Ujrzawszy przed sobą kościół na duszy zrobiło jej się nieznośnie ciężko. Wreszcie oto 1024px-Stare_babice_-_kościół_2zaczęło do niej dochodzić, co jest celem jej tutejszej wizyty i w ogóle wizyty w Warszawie.

Nie widziała Rozalii od dziewięciu lat, od kiedy uciekła z domu do swego przyszłego męża. Dziesięcioletniej dziewczynce trudno było wyjaśnić, że jej siostra smyrgnęła z chłopakiem. Przez długi czas sądziła, że powody tej ucieczki tkwiły w niej – Andżelice. Jej ojciec lubił przypominać sytuację, w której siostra, przez nnieostrożność zepchnęła ją do wody z małego molo, niedaleko ich domu. A ona nie umiała jeszcze pływać i nie pamięta, jak długo znajdowała się pod wodą, dość powiedzieć, że po tym wszystkim pozostawała w stanie śmierci klinicznej przez chyba sześć minut, to jest tak długo, jak długo ją wówczas reanimowano. Nie wini za to Rozalii, ale ojciec, jak się wydaje, długo jej tego nie mógł wybaczyć.

I teraz była w obliczu niezaplanowanego wcześniej spotkania. I w jakim miejscu? Jak to jest, że widzi ją dopiero na pogrzebie, na którym, w dodatku, jest smutnym bohaterem? Serce kuło od wspomnień wszystkich wymówek, aby tu nie przyjeżdżać, mówiących do niej: nie ma pieniędzy na bilet, zły stan zdrowia i inne… Myśli teraz, że jej ojciec miał rację, gdy pewnego razu powiedział, że ona i Rosa sprawiały wrażenie bycia jakby obcymi sobie ludźmi, udającymi tylko przynależność do wspólnej rodziny.

– Wchodzi pani? – Ponownie, Roy-Rozwadowska… Jak ma dość słuchania tego jej nienawistnego tonu.

Siedząc w jednym z ostatnich rzędów wyłapywała na sobie niemiłe spojrzenia krewnych Grześka. Sądząc po wielkiej fali negatywnych fluidów, na uroczystości nie była szczególnie mile widzianym gościem. Ale, niestety, była tu, w tym samym miejscu, i w tym samym celu, jak wszyscy inni.

Ksiądz zaczął swoje powinności. Mówił dużo i większość z tego, co powiedział, kłuło ją jak nożem w serce: że dusze znalazły spokój i po drugiej stronie czeka ich nowy etap i wkrótce wszyscy wrócą do nas i po nas w nowym jakościowo wcieleniu. I tak dalej, i tak dalej… Oczywiście, mówić o śmierci za życia – jest łatwo: siedzi się i obmyśla teoretyczne warianty. Ale, gdy się już będzie tam, to od pierwszej chwili zrozumie się, na ile nasze wyobrażenia były chybione, a na ile za nasze ludzkie fantazjowanie można by stawiać nam piątki z plusami! Ale tylko tu, na Ziemi. Ona, Andżelika, cholernie jest ciekawa, co tak naprawdę czeka wszystkich za tą czarną linią. Nieszczęśliwe istnienie w pobliżu nieosiągalnego życia, na starcie do ostatniej drogi? Szare ubranie, puste spojrzenie i żadnej nadziei na powrót? Cóż, po prostu ten nasz świat jest tylko jedną ogromną poczekalnią przed wysłaniem do miejsca przeznaczenia…

– Smutny widok, prawda? – Usłyszała cienki dziecięcy głosik.

Dziewczynka, tak z wyglądu na sześć latek, z błyszczącymi baretkami w blond włosach, siedziała obok niej, miło kiwając zwisającymi nóżkami i popukując nimi o ławkę.

– Mam na imię Aurora, – uśmiechnęła się.

– A ja jestem Andżelika. Jesteś prawdopodobnie krewną Grzesia?

– No tak. – Zrobiła sekundową pauzę i spojrzał na Halinę. – 55 Ty przecież przyjdziesz do mnie w gościnę? Mój numer dwieście cztery.

Ze zdziwieniem przyglądała się siedzącemu obok dziecku, nie potrafiąc odpowiedzieć na tak nieoczekiwane pytanie, i co tu dużo mówić – dziwnie wygłoszoną kwestię.

– Bardzo chciałbym wrócić, ale mi się nie udaje! – Odezwała się ponownie mała dziewczynka i spojrzała na Andżelikę takim przejmującym i dorosłym spojrzeniem, że aż serce Andżeliki zakuło ją ze zmartwienia. – Może on mi pomoże?

I mała Aurorka wskazała palcem na kapłana, kończącego swój rytuał.

– Pomoże, w czym? – Starała się uchwycić choćby maleńki sens tej ich dziwacznej konwersacji.

– Wrócić! Tak, jak ty pewnego razu wróciłaś, pamiętasz?

– ??

– Dziewczynka wstała i, wyraźnie zdenerwowana, odwróciła się do okna. – Szkoda, że tak mało czasu…

– Nie rozumiem! Dlaczego mało?… Stój!

Ale dziecko już szybkim krokiem skierowało się do wyjścia, rozglądając po drodze uważnie we wszystkich kierunkach.

Nie wahając się ani chwili, Andżelika ruszyła za nią. Musiała zrozumieć, co tak naprawdę i na ile realnie usłyszała, co usłyszała, chyba że w tych traumatycznych chwilach całkowicie zatraciła rozum! Ostrożnie otworzywszy ogromne drzwi postarała się przejść przez nie niezauważoną, aby potem nie musiała wyjaśniać, gdzie i tak nagle się podziała podczas tak ważnej uroczystości.

„Dziś pochowamy Rozalię i Grzegorza Roy-Rozwadowskiego, dobrze znanego nam mieszkańca, kolegę i przyjaciela. Pochowamy Grzegorza i jego żonę” – na ulicy, w pobliżu kościoła, młoda reporterka nagrywała reportaż o „naszym babickim” smutku – „Pamiętamy, że cztery dni temu, para zginęła w wypadku samochodowym, uderzając w przystanek autobusowy przy ulicy Warszawskiej. Dwie osoby, które były na przystanku autobusowym, zmarły w drodze do szpitala. Wersja o kierowaniu pod wpływem alkoholu nie została potwierdzona do tej chwili. Uważa się, że Rozalia Roy-Rozwadowska siedziała za kierownicą i nagle straciła panowanie nad samochodem. Przekazujemy nasze głębokie kondolencje rodzinom pogrążonym w smutku. Z rynku spod Starych Babic – mówiła do państwa Ela Stonowska”

Rozproszona przeprowadzanym reportażem straciła Aurorę z oczu. Straciła z oczu dziewczynkę, z którą odbyła najdziwniejszy dialog w swym życiu. Spojrzała wokół, zmieszana, mając nadzieję zobaczyć ją znowu, ale w zasięgu wzroku nie było jej nigdzie.

– Chodź! Pora pożegnać się z twoją siostrą. – Nagle pociągnął za jej rękę Artur.

– Śledziłeś mnie! – I klepnęła go w plecy.

– Przepraszam, nie chciałem. Tam już wszyscy się rozchodzą. Pora ruszać na cmentarz. – Spojrzał na odjeżdżającą furgonetkę ekipy reporterskiej TTV (miejscowa TV). – To za ich sprawą wyszłaś?

– Nie, musiałam coś sprawdzić. Nevermind! – Machnęła ręką i posłusznie ruszyła z powrotem.

– Zaczekam tu. – Artur wziął klucze i podszedł do zaparkowanego samochodu.

Krok za krokiem jej nogi jakby dociążał niewidzialny ładunek. Czym bardziej zbliżała się do trumny z Rozalią, tym trudniej jej było powstrzymywać łzy. Przez chwilę myślała, że byłoby lepiej, gdyby nie musiała jej oglądać, ale oto, ona – jej siostra, leży już tuż-tuż przed nią, uosabiając swą elegancką sylwetką i ciszę, i wiekuisty spokój.

– Siostrzyczko! Na złość wszystkiemu… wyglądasz świetnie!

Poczuła, jak serce podgryzały boleśnie jej… oczy. Zasłoniła więc je ręką. Chciała krzyczeć, bić pięściami w podłogę, może nawet głową o ściankę katafalku! Być może to taką właśnie furię spodziewał się zobaczyć u niej Artur przy ich pierwszym spotkaniu.

– Siostrzyczko! Chcę wierzyć, że wciąż mnie słyszysz, a nie tylko spoglądasz tak ospale, od dołu. Wiesz, ja naprawdę powinnam ci powiedzieć, choćby i teraz… – na chwilę zapanowała niezręczna pauza.  – O Panie! Dlaczego tak trudno wydukać mi mi te słowa?… – Urwane zdanie tkwiło w jej w gardle i odmówiło wybrzmienia.

– W ogóle, mama się na Ciebie nie obraziła!

Doskonale podmieniła jedno zdanie na drugie, i poczuła ulgę! Ale po tym, co teraz uczyniła nie sądzi, że ma prawo nadal nazywać się jej siostrą!

– Wybacz mi, że jestem takim okropnym człowiekiem! – Łzy spływały jej po policzkach, pozostawiając po sobie słony posmak w ustach. – Nawet teraz nie mogę nic zaradzić i otworzyć się dla Ciebie. Ale jeśli byś tylko mogła wiedzieć, co się dzieje teraz w moim sercu… Chyba byś mnie zrozumiała i wybaczyła…

I westchnęła, i spojrzała na Grzegorza.

– A ty… Dbaj o nią tam, słyszysz? – Cicho szepnęła, przełykając śline. Od tej chwili, już się więcej nie zobaczymy.

– Czy skończyła pani? – Pracownik z usług pogrzebowych skromnie stał z boku, czekając na odejście od trumny ostatniej żegnającej się osoby.

– Tak, chyba tak…

I powoli, nie spiesząc się skierowała się śladem pozostałych uczestników uroczystości, obracając się tylko raz, aby ujrzeć zamykaną trumnę. Od teraz będzie obwiniać się za to, czego nie zdołała powiedzieć o swych uczuciach, nie zdołała i tym razem… Ale jeśli czas by się cofnął, obawia się – postąpiłaby identycznie.

– Andżeliko, musimy już jechać na cmentarz! – Krzyknął do niej Artur stojący w pobliżu swego samochodu.

Tymczasem ona już praktycznie chowała się za narożem kościoła z zamiarem udania się nie na cmentarz, a na samotny spacer po pobliskich uliczkach. To było ważne dla niej, aby mieć teraz dla siebie krótką chwilę samotności. Bez potępiających spojrzeń, bez głupich uwag szeptanych na tyle głośno, aby były słyszalne. Bez tej całej cholernej rodzinki. Do diabła z nią!

– Arturze… Posłuchaj… Możesz mnie stąd zabrać, spod kościoła, za kilka godzin?

– Nie pójdziesz ze wszystkimi na cmentarz?… Okay. Rozumiem…  Dobra, ale teraz wcześnie robi się ciemno, więc nie łaź daleko!

Kiwnąwszy ze zrozumieniem odprowadziła wzrokiem samochód i ruszyła przed siebie.

– 4 –

Stopniowo coraz mniej myśli kłębiło się w jej głowie, a ich miejsce zajmowała jakaś dziwna emocjonalna cisza. Nieduże wille razem z niewielkimi podjazdami zastępowane były  kolejnymi, a kolejne – następnymi. Ależ były urokliwe. „Tu, w tej mojej Polsce, coraz więcej jest małych ślicznych uliczek podobnych do tych z podlondyńskich city”. Kolorowe, gliniane donice, strojące wejścia, ukwiecone ganki, prawie każdy upiększony owocowymi drzewami i przed każdym ładnie zaparkowane samochody…

Wędrowała po cichu, chodnikiem, trzymając w dłoniach niewygodne buty i słuchając przez słuchawki swych ulubionych nagrań oper Mozarta. Muzyka zawsze skutecznie zapełniała pojawiające się pustki w jej w duszy. Pod jej takt cichutko wspominała chwile z dalekiego dzieciństwa spędzanego z siostrą. Na przykład, jak Roza stłukła flakonik mamy z bardzo drogimi perfumami i łobuziara powiedziała, że to Andżelika. Albo ich pierwszy wspólny wyjazd na rowerach, gdy siostra wjechała „niechcący” na jej koło, i ona, Andżelika wywróciła się raniąc sobie kolano do krwi. Do tej pory pamięta, jak ta kłamczucha skarżyła rodzicom, że to także była wina Andżeliki. „Tak, nasze relacje nie układały się od samego początku. I pewno dlatego bardzo się od siebie oddaliliśmy”. Mama zawsze powtarzała Andżelice: „nie gniewaj się na swoją siostrę, na jej małe figle, ona po prostu w ten sposób buntuje się, że ty masz własnego ojca, a ona nie…”. Ale ona Andżelika, szczerze mówiąc,  i tak nie miewała do swej siostry pretensji o nic. Aż do momentu, którego konsekwencji nie może jej wybaczyć do dziś.

Czas samotnie odbywanego spaceru przeleciał jak błyskawica. Na ulicy robiło się coraz ciemniej, a ludzie spokojnie pochowali się w swych domostwach. Artur prawdopodobnie już na nią czekał w wyznaczonym miejscu. I, niestety, ona Andżelika wie, że musi wrócić do domu Roy-Rozwadowskich, bo przecież została tam jej torba z dokumentami i bilet powrotny.

Wracając zdała sobie sprawę, że zawędrowała chyba trochę dalej, niż miała to w planach. Światło dzienne niemal opuściło małe miasteczko, przyprowadzając za sobą szary, smutny mrok zmierzchu. Wokół zapanowała martwa cisza, wzbudzając w niej, Andżelice, czy chciała tego, czy nie, lewo zauważalny, mimowolny, ale jednak strach. Nawet od czasu do czasu poćwierkujące ptaki też nie tak samo ją cieszyły, jak jeszcze przed godziną.

Nagle przygasły światła w okolicznych uliczkach, bardzo komplikując powzięty plan na sprawne przebycie drogi powrotnej? („W tej Polsce to tak zawsze po zmroku gaszą na latarniach ulice?”). Tylko słabe światło z pobliskich domostw pozwalało dojrzeć linie chodnika. Iść dalej, czy nie? Zabłądzić do reszty, czy pozostać tu i drżeć ze strachu? „O, nie! Potrzebna jej trzecia opcja!”. Na szczęście tajemnica zbawienia skrywała się w małej, wewnętrznej kieszonce jej torebki. Wystarczy wybrać numer telefonu i spokojnie zaczekać na wybawcę. Wziąwszy w ręce instrument zbawienia, znalazła wśród kontaktów „Miłego Artura” (tak, zapisała sobie namiary zaraz po wyjściu z jego domu) i nacisnęła przycisk.

– Halo?! – usłyszała przyjemny męski głos.

– Artur, to ja, Andżelika. Tu jest tak ciemno, nie wiem, jak mam dalej iść!

– To ty wciąż nie doszłaś do kościoła? Ja właśnie podjeżdżam!

– Nie, ja już właśnie wracałam, ale światła pogasły! I nie wiem, gdzie jestem!

– Uspokój się i powiedz, co widzisz wokół? Może jest jakaś tabliczka z nazwą ulicy?

Rozejrzała się. Po prawej – jakiś ogród, po lewej mały segment z garażami(?), trawniki, jakieś nieużytki, i dom z czerwoną, chyba, dachówką. Żadnej tabliczki!

– Jest ogród, z ciemną bramą i skrzynka pocztowa! Czuję, że będzie niełatwo mnie znaleźć. Przepraszam!

– Cholera! Dokąd cię poniosło? Nie lepiej było iść po postu prosto? – Artur wyraźnie przejawiał oznaki zdenerwowania. – Masz w telefonie nawigację?

– Nie wiem, nie sądzę… Ale, czekaj! – Widziałam mały znak na słupie, w pobliżu jakiegoś skrzyżowania. Zaraz podbiegnę… Tam chyba pisze…

Czy wiedziała, jak brzmi prawo Murphy’ego? Jeśli nie, to właśnie teraz poznała jego majestat z autopsji. Tak, tutaj i teraz  – bateryjka telefonu po odsłuchaniu kilkudziesięciu arii najnormalniej uległa rozładowaniu!

– Nie, nie, nie! Szanowny panie telefonie, nie teraz! – szeptała do elektronicznego towarzysza. – Przecież była jeszcze połówka ostatniej kreseczki… No, dawajże! Działaj!

Głupie urządzenie za grosz nie wykazywało empatii ani przyzwoitości. Na namolne prośby dziewczyny pozostawało bezduszne i obojętne. „Na pewno ktoś tam na górze postanowił zrobić mi dowcip! „Wcale nieśmieszny! Słyszą tam?! Wcale!…”

Gorzej, że tak jak to zwykle bywa, nikt nie pamięta numerów do przyjaciół na pamięć, a już szczególnie – do tych „chwilowych”.  Ona, Andżelika – tym bardziej! Nie po to ma gadżety, aby głupimi liczbami zaśmiecać sobie głowę! Odpada więc nawet szansa zadzwonienia do kogokolwiek z telefonu uproszonego, na przykład, od jakiegoś przechodnia. „Na przykład? Jakiegoś?! Jakiego, koleżanko?? Tu nawet wokół nie widać ni żywej duszy. Zupełnie jakby całe miasto wymarło. Ani, nie ma zatem, jak zadzwonić, ani dokąd pójść, a i beznadziejny żołądek w najbardziej nieodpowiednim momencie dopomina się o swe prawa… Tak, proszę pani, zgubić się w pierwszym dniu wizyty, w obcym mieście, bez możliwości skomunikowania się z kimkolwiek i szans na ratunek to cudowne zwieńczenie podróży! Gratuluję…”

Ostatnie dwadzieścia minut wydawało się jej wiecznością! Okrążała ją taka cisza, że mogłaby usłyszeć tykanie zegarka. „Jeśli mieliby mnie teraz okraść, to oddam im go w pierwszej kolejności. Może przynajmniej uratuję tym życie!”

Usiadła na jakieś chłodnej, pustej werandzie, tuląc się rękoma do zimnej kolumienki. „No myśl, Anelko, myśl! Co by zrobiła myszka, zagubiona na otwartym polu? To prawda, wykopałaby dziurkę!” Za analogiczny atrybut mógłby posłużyć jej tu, na przykład, kontener ze śmieciami.

– No nie, co to, to nie! – powiedziała do siebie na głos.

„No dobrze, a może by tak zaszyć się w krzakach tych nieużytków po drugiej stronie ulicy?… Też nie. W takim miejscu nikt mnie nie znajdzie wciągu najbliższych godzin i to nawet fuksem! Nie pozostało chyba nic innego, jak zastukać w jakieś okienko ze światłem i poprosić o przenocowanie?… O, nie! Sadzę, że świt przyszedłby wcześniej, niźli mój język posunąłby się do czegoś podobnego!”

– Tak, myszka ma chociaż instynkt samozachowawczy, którego z pewnością mi brakuje. – Podsumowała znów na głos.

Po dalszej chwili zastanowienia postanowiła skierować się w stronę odległego skrzyżowania z nadzieją znalezienie ratunku. „Gdzie życie, ludzie – tam i ratunek”

W dali dostrzegała światła przejeżdżających samochodów, ale niestety! Żaden z nich nie podążał w jej kierunku. „Cudownie! Stoję tu sobie sama, bez ochrony – słowem przewyborny obiekt dla wszelkiej maści psychopatów. No, szybko, moja panno, nadszedł czas aby działać i zabrać się stąd gdziekolwiek!” Postanowiła iść po cichu, bez zwracania na siebie niczyjej uwagi, prosto i tylko prosto, przed siebie, nie odwracając się. Jest szansa, że w ten sposób dotrze do głównej drogi i zasiedzi się tam do rana na jakieś całodobowej stacji benzynowej. „O, tak! Jeśli przeżyję tę dzisiejszą przygodę będę miała o czym opowiadać kiedyś swym wnukom”.

Nagle, nieprzyjemny dreszcz rozszedł się po całym jej ciele. Ze strachu zamarła w miejscu i bała się spojrzeć, skąd rozlegało się owe straszne męskie charczenie. Nawet drzewa, zwykle przyzwyczajone do szelestu wiatru teraz także jakby zamikły ze strachu, przed czymś wiszącym w powietrzu.

– Zabłądziło się? – Odezwał się czyiś głos. – O takiej porze rzadko tu widuje się żywą duszę, tym bardziej panienkę. Tym bardziej – samą…

Powoli zbliżając się do niej od tyłu „głos” szczęknął zapalniczką, prawdopodobnie chcąc przypalić papierosa.

– Mój przyjaciel czeka na mnie przy końcu alei! – odezwała się do niego z drżącą chrypką.

Najwidoczniej jej wytłumaczenie nie wywarło żadnego wrażenia na zbliżającym się do niej psychopacie.

– No, no… Masz odważnego przyjaciela, który spotyka się z tobą w takim miejscu i o takiej porze.

„Chyba przysuwa się do mnie z prędkością pocisku? O Jezu, co robić?” Nawet nie zauważyła, jak wysoka, chuda figura pojawiła się przed nią, wypuszczając papierosowy dym prosto w jej twarz. Blada, prawie szara skóra świeciła się na tle małych światełek dalekich okien, do chwili gdy ciemnobordowe oczy drapieżnym wzrokiem zaczęły przypatrywać się jej nogom. Cała jego odzież przesiąknięta była obrzydliwym zapachem (krwi?), od którego aż zakręciło jej się w głowie. Nie było sensu, aby dociekać, co ten zboczeniec zamierza. Jego czarna jak smoła, aura, mówiła sama za siebie. To, że nie jest to jakikolwiek normalny jegomość było dla niej jaśniejsze, niż słońce. Jej oczy nie oszukują, a pozostałe zmysły tylko dodatkowo wzmacniały rosnące przerażenie. Od tego psychopaty emanowała niesamowicie ciemna energia przyprawiająca o panikę! Być może dlatego każda komórka jej ciała drżała, a umysł dawał zrozumienie dla nieodwracalności sytuacji.

– Hej, Lucas, zabawy ci się zachciewa? – nagle drugi nieznajomy głos rozległ się z tyłu, jakby obejmował ją ktoś w pasie lodowatymi dłońmi.

Gwałtownie rzuciła się do przodu, uwalniając się z niewoli od irracjonalnego zimna, a już po chwili ten drugi, w ułamku sekundy, był o krok od swego kompana i od niej.

– Tak, coś dzisiaj nie karmili nas do syta! – Uśmiechnął się i rzucił niedopałek papierosa w jej kierunku, prawie uderzając nim o jej ramię.

– Jestem Filip! – Długowłosy machnął dłonią na powitanie – a ty co, nie słyszałeś, Lucas? Mówią, że jeśli wcześniej poznasz się ze swą ofiarą to smakuje lepiej!

– Panowie, proszę, puście mnie! – Dosłownie błagała ich, – mam zegarek, tutaj! Nie jest oczywiście złoty, ale także cenny. Weźcie go sobie, proszę!

Szybko zdjęła z ręki chronometr i trzymała go przed sobą, jak medium wahadełko. „No zegareczku, please! ratuj moje życie!” Głośny śmiech przetoczył się przez ulicę. Patrzyli to na siebie, to znów powracali wzrokiem na nią, jakby wymieniali się wzajemnie myślami. A co ona miała robić? Nic? Tylko czekać na śmierć? Jezu! Jakie to smutne, ale jak sądzi, innego wyjścia już nie ma.

Stała, jak taka sierota, i wpatrywała się w asfalt. Chciałaby wierzyć, że jeśli sama ich nie widzi, to i dla nich jest niewidzialną. Ale gdzie tam!…

„Panie Boże! Wysłuchaj mnie! Ja nie tak znowu często zwracam się do ciebie, a raczej, zupełnie nigdy tego nie czyniłam, ale przecież zawsze wiedziałam, a teraz nie mam najmniejszej wątpliwości, że jesteś! Proszę cię o pomoc… Nie, nie proszę, błagam! Kiedyś umrę, wiem, ale nie w taki sposób…. I nie dzisiaj! Please! Modlę się, spraw, o Panie, cud! ”

Okazuje się, że modlenie wcale nie jest takie trudne. A już szczególnie, gdy zdajemy sobie sprawę, że nic innego nam już nie zostało.

– Spójrz mi w oczy! –  człowiek o imieniu Lucas chwycił ją za podbródek i podniósł głowę. – Boisz się?

– Ttt…tak!

– Czuję twój strach. Prawidłowo. To najprzyjemniejszy bonus, przed jedzeniem! – Przymknąwszy oczy zaczął obwąchiwać jej policzki, pomlaskując z przyjemności.

– Tylko nie daj się za bardzo ponieść apetytowi, mój amigo. Mi też coś zostaw! – Odezwał się gość o imieniu Filip, stojący na uboczu, czekający na swoją kolej. „Ot i wszystko! To tak ma się zakończyć moje życie? Co nabałaganiłam w nim, do cholery! aż tak, że zasłużyłam sobie na podobny los? Wydaje się, że trzeba mi było wcześniej zwrócić większą uwagę na moje czyny i być może nie przydarzyłoby mi się teraz tak stać, jak cielęcina, w tym pieprzonym babickim lesie!” Chwilę później zaczęła roztaczać nadzieję, aby przynajmniej, jeśli miało się już coś stać, to żeby stało się szybko i sprawnie.

– Spadać stąd, gnojki! Już zaspokoiliście swój głód. – odezwał się trzeci głos, jakby głos znikąd. – Mało macie gdzie indziej roboty?

Podniosła ze zdziwieniem opuszczoną wciąż głowę, spojrzała przed siebie. Mężczyzna wsparty o czerwoną skrzynkę pocztową, przypatrywał się dziwnym tatuażom na swym ramieniu.

– Chcieliśmy tylko pożartować, nic więcej… Odezwał się, ten z tatuażami do trzeciego. Ale po krótkiej chwili żwawo cofnął się, przyzwalając jej na głęboki oddech. Tymczasem gość o imieniu Filip nawet nie pozostawał już w polu widzenia. Czyżby się przestraszyli kogoś groźniejszego? To może oznaczać tylko jedno – teraz ona bać się będzie jeszcze bardziej…

– Do roboty, wałkonie! – „Trzeci” głos z tyłu krzyknął tak głośno, że echo rozbrzmiało po drugiej stronie ulicy.

Po kilku sekundach, wciąż bojąc się odwrócić pozostawała sama z nowym, nieznanym zagrożeniem, klnąc na siebie za to, że nie została w samochodzie z życzliwym jej mężczyzną. „Co będzie, to będzie” – i pomału odwróciła się na pięcie, chcąc stawić oblicze nowemu wyzwaniu.

– Proszę się mnie nie bać. Nie mam zamiaru pani krzywdzić. – „Nowe zagrożenie” stało w tym samym miejscu, co poprzednicy i patrzyło na nią ze współczuciem. – Jak się pani tu znalazła?

– No jak? Jak wszyscy, przyszłam pieszo… Nie zabijaj mnie, proszę.

I zupełnie nagle  i niespodziewanie dla niej samej upadła na kolana i zaczęła płakać tak bardzo, tak bardzo-bardzo, że gdzieś w jej wnętrzu musiała się zerwać jakaś tama ze łzami.

– Ostatnie dziesięć minut mojego życia, praktycznie prawie w ogóle nie płakałam, bałam się żeby  jeszcze bardziej nie rozsierdzić tych kolesi. „Po cholerę to gadam? Co ja w ogóle plotę? Dziwna logika, oczywiście, ale w tej chwili mój mózg odmówił mi w ogóle posłuszeństwa.”

– Ogłuchłaś, kobieto? Przecież powiedziałem, że cię nie tknę! Jak masz na imię? – Podszedł do niej i przykucnąwszy poklepał ją po ramieniu.

– Andżelika. Andżelika Watson. – Szepnęła, ocierając łzy spływające jej wciąż po twarzy.

– Nie wiesz, Andżeliko, że tu wieczorem, w tych podbabickich rewirach lepiej się nikomu nie pokazywać? Widzisz tu choć jednego człowieka?

– Nie, – pokręciła ze zrozumieniem głową.

– A dlaczego? Bo każdy wie, że to najbardziej niebezpieczne miejsce w naszych opłotkach. Prawda, nikt w zasadzie nie wie, co tu się tak naprawdę wyprawia, o tej porze…

I w milczeniu słuchała go, nie odrywając oczu jego od jasnoniebieskich oczu. Dziwne, ale ten facet ewokował w niej osobliwy spokój, taki, że aż bezwolnie chciało się jemu wierzyć. Prawdopodobnie dlatego, że chciałoby się jej naprawdę być zbawioną, a on był jedynym, który mówił do niej, jak do człowieka, a nie jak do żywności.

Ciemne, potargane włosy, słodkie rysy twarzy, wygląd… wyglądał jak zwykły człowiek, około trzydziestu lat. Czarna koszulka bez rękawów i w jego przypadku nie ukrywała dziwnych na rękach tatuaży. Ze względu na słabe oświetlenie trudno było je dojrzeć, ale jeden z nich wciąż mimowolnie przykuwał jej uwagę. Imiona i cyfry na wewnętrznej stronie nadgarstka, co jakiś czas zmieniały się jedno za drugim, tak jakby aktualizowała się jakaś lista. Złudzenie optyczne, czy pomieszany umysł? Najprawdopodobniej oba warianty. „Chociaż, czemu tu się dziwić po ostatnich wydarzeniach?”

– Proszę mi wybaczyć, panie wybawco… Ja nie jestem stąd i z lekka przesadziłam ze spacerem. Więcej się tu nie pojawię. Obiecuję! – Efektownie pokręciła głową, przerywając chwilową ciszę.

– Pewnie! – Podał jej rękę i pomógł wstać. – Na chwilę cię dotknę, teraz. Po prostu nie przejmuj się, dobrze?

– To zależy od tego, gdzie masz zamiar mnie dotknąć!

Nieznajomy uśmiechnął się tylko i przyłożył dwa palce do jej skroni. W tym momencie nie czuła zdziwienia, a jedynie tysiące mikroskopijnych uderzeń prądu przepływających łagodnie przez głowę i delikatnie łaskoczących po skórze. Czuła to w swym umyśle i bała się, że to miłe doznanie zaraz zagłuszy bicie jej własnego serca. Jego dotyk był tak superacki, że chętnie by poddała się jemu jeszcze raz. „Co za czort? Mam nadzieję, że nie umie czytać w mych myślach?” „Hmm! On chyba dokądś będzie dzwonił”.

I faktycznie. – „On” zakaszlał znacząco, najwyraźniej sugerując, że dowiedział się więcej, niż zamierzał i wyjął ze swej kieszeni telefon.

– Powiedz, aby zabrano cię z ulicy „Żurawinowe mokradła”, róg „Białej Brzozy”.

Kurczę! Magia! Dzisiejszy wieczór wyraźnie otworzył przed nią drzwi do krain daleko-daleko położonych poza granicami jej zrozumienia.

Podyktował jej numer telefonu, jakby znał go na pamięć, a ona posłusznie wybierała cyfry. Fala wstydu za swe myśli wciąż jej nie opuszczała i dlatego patrzeć na niego było jej trochę… niezręcznie.

– Artur, to ja! Przyjedź po na „Żurawinowe mokradła”, róg „Białej brzozy”, proszę.

– Wszystko w porządku? Jeździłem po całej okolicy! Będę za trzy minuty!

Artur odłożył słuchawkę, a ona oddała telefon właścicielowi.

– Zostań tu i czekaj na niego, nikt ciebie tu nie tknie.

Niesamowity Facet odszedł na drugą stronę ulicy.

– Tak nawiasem mówiąc, na imię mam Noel! – Powiedział, pomachawszy do niej ręką, ale nie odwracając głowy.

– Dziękuję za pomoc! – Krzyknęła za nim, ale jej nowy przyjaciel, zanim się odezwała, zdążył był jakby wtopić się w ciemność. Zostając ponownie samą, w tym przeklętym miejscu, nie czuła już strachu, ale raczej wstyd, że tak głupio się skończyło. Ma tylko nadzieję, że gdy minie stan szoku – jeszcze na spokojnie będzie mogła to wszystko sobie przemyśleć, a przede wszystkim powspominać a może pomarzyć o kolejnym spotkaniu z pięknym i tajemniczym Noelem.

 

– 5 –

Mijali migoczące światełka nocnych starobabickich zaułków. Zalegająca między nimi cisza, napięta została do granic możliwości, oddzielając ich od siebie nawzajem dosłownie na kilometry. Jej – nie chciało się mówić nic, po prostu brakło jej słów; Artur niewiele rozumiejąc też nie był gotowy do podjęcia dialogu a już tym bardzie wyjaśnienia wydarzeń.

– Szczerze mówiąc, podejrzewałem, że może ci się przydarzyć coś podobnego! Po prostu jesteś chodzącym nieszczęściem! – jako pierwszy przerwał długie milczenie Artur. – Jak? Powiedz mi, jak ci w ogóle mogło przyjść do głowy spacerować nocą po kompletnie nieznanym mieście? I to samotnie!…

– Skąd mogłam przypuszczać, że wszystko się przeciw mnie obróci! – Jej oczy zaszkliły się łzami.

Potem on – krzyczał na nią, dosłownie karcił, jak jakąś maleńką, niegrzeczną dziewczynkę. Ale kim on był, aby tak z nią rozmawiać? Oczywiście, to że przyjechał po nią w ciągu kilku minut i wydostał ją z matni było czymś bardzo szlachetnym, ale w dalszym ciągu nie dawało mu prawa do wypowiadania się w taki sposób!

– Tutaj, w tych moich Starych Babicach, oczywiście, istnieje wiele niespokojnych miejsc… ale tobie akurat musiało się udać trafić w najniebezpieczniejsze i najbardziej kryminogenne siedlisko. Dziwię się, że jeszcze żyjesz a nawet wygldasz zupełnie zdrowo.

Opierając się o okno nieco zamglone od mżawki przyjmowała z pokorą jego charczenia i starała się uratować wciąż jeszcze panujący między nimi „mir”… Gdyby Artur wiedział, jak słodko teraz dla niej wyglądał… Ta jego zawoalowaną urazą opiekuńczość coraz bardziej rozbudzała w jej sercu przyjemne ciepło. Jakże, a mimo to, jakże jest spokojnie przy nim, jak bezpiecznie…

– Artur… Dziękuję! – i utkwiła swym spojrzeniem w jego zielonych oczach – Pomimo mojego milczenia chcę, abyś wiedział: jestem ci bardzo wdzięczna!

– Tak, prawdę mówiąc, to ja nic nie zrobiłem. – szczerze zauważył.

– Przynajmniej nie patrzysz na mnie z nienawiścią, jak wszyscy inni! – I zagryzła dolną wargę, i odwróciła się do okna, żeby tyko nie rozkleić się do reszty..

Wydawało się, że wszystkie jej problemy zwaliły się na nią jednocześnie, jakby badając granicę jej dziewczęcego załamania. Jeszcze kropla – i legnie na tarczy, pokonana. Złamie się, jak krucha gałązka, udająca dotąd młode, silne drzewo.

Resztę drogi przebyli w zupełnej ciszy, przy obopólnym lekkim zakłopotaniu. Gdy w końcu padła na miękkie łóżko, stojące jakoś tak samotnie w przestronnym pokoju – zegar wskazywał pierwszą w nocy.

Ale to na dzisiaj nie wszystko. Musi jeszcze znaleźć w sobie siłę i dotrzeć do łazienki, która znajduje się obok sypialni Artura. Ma nadzieję, że on już za zamkniętymi drzwiami cicho sobie posapuje i że niezauważoną będzie mogła spokojnie prześliznąć się obok jego pokoju. Myśl o kolejnym spotkaniu się z nim wciąż jeszcze trwającej tej samej nocy z jakiegoś powodu zaczęła bezwiednie uciskać ją na sercu: bólem, zmysłami?… Jutro bilet powrotny uniesie ją do Londynu i będzie dla niej lepiej w ogóle więcej nie napotkać tego… tego kogo? Tego rycerskiego, Artura?! Fantastycznego chłopaka? Jak mógł tak szybko wkraść się w łaski jej serca, nic właściwie nie czyniąc? To zagwostka. Dlaczego spotkał ją w chwili życia, gdy wszystko zagrało przeciwko nim?… Wie, że odpowiedzi na takie pytania nie znajduje się łatwo. W ogóle ich się nie znajduje. Taka jest reguła prawa następstw, prześladująca ją od zawsze, a tej nocy – prześladująca, jak sowa ofiarę…

Wyjrzała na korytarz spoglądając uważnie w mrok ciemnego pomieszczenia. Wydaje się, że drzwi od sypialni Artura są zamknięte, droga jest więc wolna. Ostrożnie na palcach udała się do błogiej celi starając się z wszelką cenę nie przyciągnąć na siebie uwagi jedynego sąsiada w tym domu. Ciekawe, jak jego mata mogła zostawić ukochanego synka z tak znienawidzonym gościem? Ona, Andżelika, wyobraża sobie, jakie niestworzone obrazki muszą rysować się w wyobraźni „mamusi”.

Woda napełniająca wannę szumiała w jej uszach jak pieszczotliwa kołysanka. „No, tylko mi tu nie uśnij, moja panno, bo jeszcze i w tym miejscu przyjdzie mu ciebie ratować!” – Ta myśl, mimowolnie, przyprawiła ją o dobry humor i uśmiech, i przynajmniej na sekundę zamazała wspomnienie o niedawnym koszmarze,  który niemal pozbawił ją życia. Od dziś była świadoma takich rzeczy, o których wielu ludziom lepiej nie wiedzieć, ale ona już wie, wie także i to, że jakby się człowiek nie starał, to i tak zadzieje się co ma zadziać. Takie ssą prawa przeznaczenia. Ważne tylko, aby po wszystkim wszystko się dobrze kończyło.

Ale po co jej ta wiedza, skoro i tak raz za razem popada w kolejne tarapaty? Trzeba było słuchać uczuć, a nie rozmyślać o swym ciężkim losie, głęboko zakotwiczonym w pamięci. Ale w ten sposób, nie spotkałaby jego. Tego upiornego zbawiciela, niezwykle uroczego i tajemniczego Noela, o którym wciąż nie potrafi zapomnieć.

Dwa trafienia w tarczę, i dokładnie w dziesiątkę. Tak, jej serce potrafi wybierać mężczyzn, ale potem skutecznie komplikuje sobie tymi wyborami życie. I jak tu teraz wracać do Londynu i nie zwariować z tym wszystkim? Jak zmusić się do zaprzestania marzeń o przystojnym, opiekuńczym Arturze i nieosiągalnym Noelu? Pod ciężarem nie do uniesienia myśli, przyglądała się w ciszy wyimaginowanym rysunkom na białej ścianie, wygładzając warstwę pianki na wodzie. Ryby, meduzy i ośmiornice spoglądały na nią, jakby z uwagą wsłuchiwały się w te wszystkie nonsensy które nieprzerwanie zaprzątały jej myśli… Rozalia która kochała wszystko co tylko miało związek z głębinami oceanu, na pewno chętnie przebywała w tym specyficznym pomieszczeniu. Gdzie, jeśli nie tutaj, najchętniej wyrażała całą swą miłość do tych śliskich i jej, Andżeliki, zdaniem, ohydnych stworów?

Wychodząc z wanny, której tak bardzo nie chciała opuszczać, pośliznęła się na chłodnej płytce, prawie rozbijając głowę o szafkę. Co za pech, co za pech nieustający?!

– Tak, dziś nie jest mój dzień na pewno! – Szepnęła, wycierając lustro na ścianie.

Spoglądała z niego wyczerpana dziewczyna przykrywająca kształt ostrych kości policzkowych grubymi brązowymi włosami. Nagle szepnęła:

– Co za..?

Usunąwszy za ucho kosmyk włosów ujrzała ogromną bruzdę znajdującą się na policzku. Tylko jeden Nie-przyjaciel podszedł do niej na odległość gorącego oddechu – Lucas. Najwyraźniej z napływu emocji nawet nie poczuła jego dotyku, a teraz, pozostaje już tylko nadzieja, że bordowe jej oczy i czysta młodzieńcza dusza nie są napiętnowane podobną skazą!

 

– 6 –

Odziawszy wygodną piżamę poszła na spotkanie długo oczekiwanego snu. Drzwi do łazienki zaskrzypiały zdradliwe, sprawiając, że natychmiast zamarła w pozie flamingów. Przysłuchawszy się ciszy dochodzącej z pokoju Artura zerwała się jednak z miejsca, jakby prześladowana przez nieznanego stwora. Serce głucho skakało pod same gardło i nie chciało zatrzymać się w klatce piersiowej. „Obym zdążyła, obym tylko zdążyła!”

– Nawet nie spytasz, jak było na pogrzebie?

Westchnęła przepraszając, zdając sobie jednocześnie sprawę, że plan niezauważalnej ewakuacji z łazienki spalił na panewce. Artur znów ją zaskoczył, i to zaledwie dwa kroki od mety. Bez względu, jak to miałoby wyglądać  chciało się jej aż tupać nogami od takiej niesprawiedliwości…

– Po co? Nie sądzę, abym dowiedziała się czegoś nowego! – rzekła, odwracając się do niego en-face. Stał w samych spodenkach, odsłaniając pięknie umięśniony korpus.

Zastanawiała się, czy widzi on, w tej ciemności jej czerwieniące się policzki? Tęsknie zagryzając dolną wargę, spuściła ze wsydem wzrok.

– Więc po co tu w ogóle przyjeżdżałaś? Powiedzieć jej dwa słowa, do trumny?

Rozmowa przyjęła coraz bardziej nerwowe tony, przekreślając jakąkolwiek nadzieję na romans. „Może to nawet lepiej!” – pomyślała.

– Czy chcesz abym ci wyjaśniła? – Krzyknęła w odpowiedzi, podchodząc coraz bliżej. – Razem z ojcem pochowaliśmy matkę prawie dwa lata temu, i Rosa nawet nie pofatygowała się z nią pożegnać. Czy uważasz, że to było w porządku, że to było normalne? Swoją ucieczką to ona faktycznie wprowadziła ją do grobu! Wysłałam jej mnóstwo e-maili, ale na żaden nie otrzymałam ani jednej odpowiedzi, ani jednego choćby i parszywego wyjaśnienia. Taka to była ta moja siostrunia. Mama nie była złym człowiekiem, więc żeby aż tak wobec niej postąpić i tak odpłacić…

Jej głos powoli ucichł, a oczy wypełniły się łzami z powodu niechęci powracania do przeszłości. Oparła się o ścianę, coraz bardziej pogrążając się w wirze bolesnych wspomnień.

– Przed śmiercią prosiła mnie, – kontynuowała po cichu, – aby osobiście przekazać Rozalce, że nie trzyma do niej urazy. Oto, czego nie mogę jej wybaczyć do dzisiaj… – Obrazy na ścianach rozmywały się w jej oczach, z powodu napływających łez. – Wiesz…To obrzydliwe, gdy walczy w kimś nienawiść z miłością do własnej siostry…

Po tych słowach Artur nieoczekiwanie podszedł do niej tak blisko, że bez trudu mogła poczuć przyjemny zapach jego skóry. Musnął jej usta delikatnym pocałunkiem takim… odurzającym, przyjemnym i jednocześnie… gorącym.

– Nie!… – Z trudem zmusiła się do odsunięcia twarzy na bok. – To tylko wszystko skomplikuje…

Szalenie seksowny facet mamił ją już ledwie widokiem, a jeśli by ją dotknął… wie, że za nic nie zdołałaby uciec.

– Nie zobaczymy się przecież już więcej, więc może po prostu zrelaksujmy się i cieszmy chwilą? Co stracimy? – I znów zrobił krok w jej stronę.

– Być może ty… nie masz nic do stracenia, w przeciwieństwie do mnie…

Czyniąc tę subtelną aluzję dała mu do zrozumienia, że co do kontynuacji wieczoru sprawa jest jasna.

– Jesteś dziewicą?

Od tego pytania jej twarz pokryła się spontanicznym rumieńcem, a oczy znacznie rozszerzyły, dając poprawną odpowiedź. Fala niebywałego skrępowania przepływała po jej całym ciele, nie pozwalając podnieść wzroku. Paląc się wciąż ze wstydu w milczeniu skierowała się do swego pokoju.

– Dokąd idziesz? – Przystojniak rozłożył ręce zostając sam ze swym zdumieniem.

Drzwi do sypialni dla gości, z jakiegoś powodu, nie były wyposażone w zamek, choć teraz nie miało to dla niej znaczenia. Chciała sama zamknąć się w sobie na wszystkie zamki, zawinąć w koc i przykryć głowę poduszką. Ukryć się przed wszystkimi i udawać, że nie żyje. Gdyby miała opcję cofnięcia czasu – skorzystałaby z niej natychmiast!

Leżała w łóżku i patrzyła na biały sufit, biały – jak pusta kartka. Ciepły wiatr przeniknął ona 1do pokoju przez otwarte okno i owiał nieokryte kocem stopy.

– Wystawiłam na afisz całą swą głupotę. – Szepnęła do siebie, zaciskając małą, dziewczęcą piąstkę w kierunku niewinnej „kartki”.

Czasami robimy w życiu rzeczy głupie, których będziemy żałować w przyszłości. Czy nie lepiej byłoby, gdyby przyjęła jego pocałunki, i wszystko poszło swoim trybem, niż to co się stało, gdy poznał szczegóły stojąc w korytarzu, obserwując ją w piżamie jak płonęła ze wstydu?

Agonia w klatce piersiowej stopniowo ucichła, więc mogła się już zrelaksować i nie myśleć o niczym. Trzeba odpocząć. Przecież ten dzień zostanie zapisany do jej osobistej Czerwonej Księgi w nadziei, że nie powtórzy się więcej już nigdy! Sen wyciszał świadomość i powoli opanowywał ciało. Ulegając mu zamknęła oczy i spadała w pustkę, ciesząc się z doznawanego spokoju.


– 7 –

„Samolot wzlatuje ku górze, coraz wyżej i wyżej i zamienia się w malutką kropkę na niebie. Biegnie w ślad za nim, upada, i podnosi się ponownie. Uczucie okropnego strachu ogarnia ją od stóp do głowy, rozumiejąc, że była to już ostatnia szansa na zbawienie. Wyczerpana pada na mokrą asfaltową drogę startową i zakrywa twarz dłońmi. To koniec, nie ma już drogi do domu. Jest całkowicie samotną, pośród okrążających ją zjaw, wyciągających do niej swe blade ręce. Jeszcze sekunda – i przestanie istnieć. Wszystko, co zostanie potem – to tylko spadający na ziemię bilet powrotny, już bezwartościowy”.

Otworzyła oczy i mrużąc je od ostrego słonecznego światła zakryła głowę ciepłą kołdrą. W jej myślach co chwila przewijały się fragmenty niedawnego snu, po którym wciąż zżymało się jej serce. Nienawidzi takich snów, ale niestety, są zapamiętywane lepiej niż wszelkie inne. Najwyraźniej gdy już w pierwszej minucie wylewają na nas kubeł zimnej wody… i żółci – strach czając się w podświadomości zostaje w człowieku na zawsze. W Londynie, jej życie było tak spokojne, że czasem chciało jej się z takiej nudy uciec gdzieś, na skraj horyzontu, bez ostrzeżenia nikogo, nawet siebie.

Swymi oczekiwaniami naważyła sobie biedy i najtrudniejszy dzień uczyniła najgorszym. Wczoraj rzeczywistość już wystarczająco ją przerosła, a teraz jej wiara w naprawienie jej połamała się, jak krucha gałązka. Wcześniej wydawało się jej, że jest chroniona przed tym złowieszczym mirem, oddzielona od niego grubą linią, która ulega wytarciu, gdy kończy się życie na tym doczesnym świecie. Ale okazało się to nieprawdą. Prawdopodobnie, gdyby nie jej wycieczka na drugą stronę życia wiele lat temu, straciłaby rozsądek już w pierwszym kontakcie z czającym się na nią drapieżnikiem.

W drzwi cichutko zapukano przerywając jej nieskończone rozmyślania i nie miała wątpliwości, kto teraz wejdzie do pokoju.

– Tak, proszę!

Artur uśmiechnął się, siadając na skraju łóżka. Sądząc po wyrazie twarzy był równie zakłopotany, jak i ona.

– Jak ci się spało na nowym miejscu?

– Nieźle. – Uciekała ze spojrzeniem po całym pokoju byleby tylko ominąć jego wzrok.

– Muszę iść do pracy, o której masz samolot? Zdążę ciebie podwieźć? – Jego spojrzenie co chwila padało na jej górna część nie do końca zapiętej piżamy.

– O 11:30. Muszę się już zbierać, cóż…

Zrobiła demonstracyjną pauzę, mając nadzieję, że zaraz po niej oddali się zamykając za sobą drzwi. Serce rozpadało się na kawałki, ponieważ miała świadomość, że były to już ostatnie ich minuty i że jasno-niebieskie oczy nie będą już dłużej zachwycać ją swym rycerskim pięknem. „Zapomnę o nim, muszę o nim zapomnieć, daję sobie słowo!”

– Więc pospiesz się, bo nie mogę się spóźnić. – I Artur figlarnie mrugnął okiem i wyszedł z pokoju. Widocznie tylko jej jednej, Andżelice, robi się smutno z powodu zbliżającego się wyjazdu.

Przebrawszy się w swe ukochane dżinsy w lazurowym kolorze i w wygodny bordowy sweter, doprowadziła siebie do porządku i zaczęła pakować do plecaka pozostały swój skromny ekwipunek.

Zajrzawszy do wewnętrznej kieszeni małej sportowej torebki, w panice zaczęła przewracać jej całą zawartość. „Nie ma! Gdzie on się zapodział?” I gorączkowo zaczęła analizować wszystkie warianty, co mogło się stać z jej biletem powrotnym. Wybebeszyła wszystko na łóżko, ale nie znalazła choćby odrobiny potwierdzenia na jego istnienie! „Kurczę! Nie mógł tak po prostu się zgubić, ponieważ leżał w paszporcie, który pozostał na swym zwykłym miejscu, w przegródce torebki. Gdybym wyrzuciła go przez przypadek, to tylko z dokumentami!”. Tak więc, pozostaje tylko jeden wariant.

– Artur! – Krzyknęła głośno, nadymając się ze złości, jak mały balonik.

Siedział na kanapie w salonie i oglądał poranne wiadomości TV. Zupełnie, jak gdyby nigdy nic. W tym domu, oprócz ich dwojga, nie było nikogo innego, co jednoznacznie oznacza, że udział jego w zniknięciu biletu musiał być stuprocentowy.

Zbiegając szybko po schodach potknęła się o brzeg czerwonego dywaniku leżącego u podnóża schodów i spadła na kolana. Przedstawienie to z zewnątrz musiało wyglądać przekomicznie, bo Artur aż dusił się ze śmiechu. Dla niej nie było zabawne, ale i jej kąciki ust mimowolnie ułożyły się w przelotnym uśmiechu.

– Żyjesz? – Zapytał, drapiąc się w głowę.

– Żyję, ale za ciebie nie ręczę!

– Tak? A o co chodzi? – Spojrzał na nią w jakimś dziwnym podnieceniu.

– A o to, że zamorduję cię za takie żarty.

– I cóż takiego mógłbym nawywijać w ciągu nocy, będąc od ciebie oddzielony kilkoma ścianami? – uniósł brew.

– Gdzie jest mój bilet, humorysto? – Leciutko pchnęła go w klatkę piersiową, co było jasne, że sprawa jest dość poważna.

– Skąd mam wiedzieć? Na pewno leży tam, gdzie go położyłaś!

– Jeśli by tam leżał, nie zlatywałabym tu, jak kometa.

– Tak, tak… zaobserwowałem twój inspirujący upadek, niezła aranżacja!

– Artur!

Krzyknęła z całej siły i wdechnęła głośno powietrze, trzymając się za klatkę piersiową. Nie miała więcej mu nic do powiedzenia, bo najwyraźniej nie miał zamiaru rozmawiać na poważnie. Gdyby nie jego imponujące gabaryty przekraczające jej najmniej dwa razy, może i naskoczyłaby na niego z pięściami… Ale przy takich była bez szans!

– Oddaj go, proszę. Nie mogę zostać. – Próbowała go ubłagać.

– Nie wziąłem żadnego twojego biletu! Ja, oczywiście, chciałbym, no bardzo bardzo chciałbbym, żebyś została, ale czynić to w taki sposób to nie moje metody… („Hmm, jego tłumaczenie zabrzmiało przekonująco”). Może zgubiłaś go gdzieś po drodze? – ponownie usiadł na kanapie i wyłączył telewizor, który do tej pory cały czas towarzyszył im fonią w tle.

– Raczej nie. – Usiadła obok niego, – Artur, nie kłam, proszę. Nie chcę się tobą rozczarować.

– Ostatnią rzeczą, której życzyłbym sobie, to abyś się mną rozczarowała. Znam cię wszystkiego jeden dzień, a mam takie odczucie, jakby minęła ich setka. I cokolwiek się stanie, odlecisz, czy nie, i tak cholernie się cieszę, że cię poznałem.

Wziął ją za rękę i delikatnie dotknął jej dłonią swych ust. Po całym ciele Andżeliki, od góry do dołu przebiegł słodki dreszczyk pozostawiając przeciągające się po dreszczyku przyjemne mrowienie. Nieoczekiwane było to dla niej, ale czy… pożądane? Gdzieś w głębi serca pragnęła, aby nie pozwolił jej wyjechać, nie pozwolił bez względu na to, co by dalej robiła i jak pokierowałoby ją i ich razem – ich przeznaczenie. Z nim chciało się żyć jeden dzień, nie myśląc o następnym. Ale rzeczywistość dyktowała swoje warunki. Tydzień później musi wrócić do nauki, do tego samego ojca, który już raz nie zrozumiał wyboru córki, i rzucić wszystko w imię niepewnej przyszłości, jak jej siostra.

– Chcę cię pocałować, ale nie wiem, czego się spodziewać. – Uśmiechnął się Artur, wciąż ściskając jej dłoń. – Nagle rzucisz się na mnie z pięściami lub pozostawisz w milczeniu, jak wczoraj?

Jej usta bardzo marzyły, aby wreszcie dotknąć jego warg, ale pamiętając niedawne wypadki bała się, aby nie dopuścić do najbardziej nieprzewidywalnego postępku w jej jakżesz do tej pory niebogatym miłosnym CV. Owszem, miewała już różne pragnienia. Czasami tak zaborcze, tak bardzo natarczywe, że  powstrzymać je mógłby tylko kaftan bezpieczeństwa, i to wiązany na wiele węzłów. Tyle tylko, że tym razem, i taki by nie pomógł. Z każdą sekundą coraz bardziej oddawała się wszechogarniającej pasji i pożądaniu i coraz bardziej i bardziej cieszyła się się cudownymi nieznanymi dotąd doznaniami.

Przesunąwszy dłonią po jego zarośniętym policzku, po raz pierwszy wykonała pierwszy krok, czując przy tym wzrost niezwykłych emocji, na przeciwdziałanie którym nie miała sił. A może i nie powinna mieć?… Minęła mikrosekunda. Ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Utonęli wzajemnie w swych ramionach coraz bardziej wyzwalając się od każdego dotyku. Jego ręce tak silnie przyciskały ich do siebie, że nie dawały żadnych szans na ucieczkę. Ale nie chciała uciekać, nie uciekłaby nawet spod lufy pistoletu… Lekkim i szybkim ruchem jej sweter i jego marynarka poleciały na stojący obok stolik. Dotknęła chłodną dłonią jego twardego torsu, widząc, jak jego oddech przyspiesza i ostatnie okowy powstrzymujące jej wewnętrzną nieśmiałość zniknęły bez śladu. Oddawała mu całą siebie bez reszty.

To było najpiękniejsza rzecz, jakiej kiedykolwiek w życiu doświadczyła. Artur otworzył drzwi do jej własnego tajnego pokoju, o którym nawet nie miała pojęcia. Oto właśnie od teraz otwiera się nowy, najpiękniejszy, najbardziej kobiecy rozdział w jej życiu, zapewniając dalsze i jeszcze dalsze kuszące perspektywy. Będzie mu za to wdzięczna na zawsze i po zawsze i, ma nadzieję, że dla niego, to co zaszło między nimi było także wielkim i pięknym świętem ich wspólnej szczęśliwej miłości

 

– 8 –

Leżeli na wąskiej kanapie nie pamiętając o całym świecie.

– I co teraz? – Spojrzała na niego, czekając na odpowiedź.

Artur przytulił ją mocniej, wdychając zapach jej włosów i była to cała jego replika. Rozstanie wydawało się teraz niemożliwe, oboje tego nie chcieli. A jeśli przyjąć fakt, że los świadomie związał ich teraz razem, to widocznie miał w tym jakiś cel. Tak więc, zostawiając z tyłu wszelkie emocje, oni – będą go realizować.

– Leżałbym tak po wieczność, ale muszę spadać do roboty! – Roy-Rozwadowski pocałował ją w policzek i zaczął się ubierać.

Patrzyła na niego i powoli wracała do rzeczywistości. Na sercu robiło się jej ciężko, ponieważ  musiała podjąć decyzję i dokonać trudnego wyboru. Zostać tu nie jest zadaniem łatwym, bo studiuje w Londynie, ma dom, ojca. Jak wytłumaczyć tacie, że ma zamiar powtórzyć los Rosy i uciec, nie po prostu gdzieś, a mianowicie do tego samego punktu na kuli ziemskiej, gdzie pewnego razu rozpoczęła swe nowe życie jej siostra? Nie ma zielonego pojęcia… Nawet utrata biletu martwi ją znacznie mniej, niż pytanie o nowy związek i jego przyszłość.

– Twój? – Artur trzymał biały koronkowy biustonosz.

– Wydaje się. O ile, oczywiście, nie zapomniała go jedna z twych koleżanek. – Włożyła dżinsy i wyciągnęła rękę po bieliznę.

– Nie mam żadnych dziewczyn. – Uśmiechnął się, oddając Andżelice potrzebną jej rzecz.

– Trochę trudno w to uwierzyć, wszak…

Ich rozmowę przerwał nagle dzwonek do drzwi. Kto może przychodzić o dziewiątej rano? Spojrzawszy w okienko z widokiem na ganek, jej drogi facet ruszył do przywitania nadchodzącego gościa.

– Witaj, synu. Przybiegłam po klucze, które dałam tej, jak jej tam… Andżelice, chyba, tak?

Roy-Rozwadowska weszła do pokoju i lekko zmarszczyła brwi wyraźnie nie spodziewając się ujrzeć kontrowersyjnego gościa, na dodatek z wysoce podejrzanym nieładem uczesania na głowie.

– Dzień dobry pani! Zostawiłam je w korytarzu. – Andżelika starannie poprawiwszy fryzurę wskazała palcem na ciemnobrązową komodę.

– To pani jeszcze nie wyleciała?

– Były pewne trudności …

– Póki co, ona pobędzie z nami! – wtrącił się do rozmowy Artur przerywając dalsze wywody matki, a jego głos wypowiadając tak ważne dla Andżeliki słowa nawet odrobinę nie zadrżał.

Roy-Rozwadowska spojrzała na nich pytającym wzrokiem, wyraźnie doceniając powagę tego, co zostało powiedziane. Trudno sobie wyobrazić, jak wicher różnych myśli musiał wirować w jej umyśle!

– Nie rozumiem, dlaczego tu?

W jednym krótkim zdaniu sformułowała tyle nieskrywanego oburzenia, że w ciągu kilku sekund ona – Andżelika mogłaby milion razy zapaść się pod ziemię ze wstydu i niezręczności.

– Straciłam bilet powrotny. I proszę mnie nie pytać, jak? Gdyż nie wiem… Naprawdę nie wiem. Może wypadł z torby na lotnisku?

– Czy to aż taki problem? Niech Pani wyślą pieniądze na nowy bilet! – Jej głos nabierał coraz bardziej napastliwego tonu.

– Teraz nie ma nikogo, kto mógłby to zrobić.

– Nie ma potrzeby się spieszyć, ona tu pomieszka, aż razem coś nie postanowimy. – Mrugnął do Andżeliki Artur i spojrzał na matkę. – Tobie to nie powinno przeszkadzać.

– Nie przeszkadzałoby mi, mój synu, gdyby mieszkała w innym miejscu, ale nie w domu mojego zmarłego syna, który zginął z winy tej rodziny!

Szczypiąca samoocena nie pozwoliła jej dłużej tolerować takiego osądu w czyimkolwiek nie byłoby ono oświadczeniu. Przed „tamtą” znajduje się nie bezduszne stworzenie, a młoda kobieta, człowiek,  który odczuwa upokorzenie. I ona – Andżelika, przysięga na Boga, nikt nie był w stanie przez dziewiętnaście lat naruszyć jej cierpliwości do żywego. Do dzisiaj!

– Grzegorz zginął nie z mojej winy! Może zezłościł się na Rosę, jeśli tak by pani wolała, ale co do tego mam ja? Koniec końców moja siostra leży obok pani syna!

Łzy w oczach zakończyły krótką ripostę. I ona – Andżelika, która wyraziła prawie wszystko, co leżało jej teraz na duszy, ruszyła do sypialni dla gości.

– Nie odchodź! – Jej idealny mężczyzna zatrzymał ją, delikatnie chwytając za ramię.

– Nie mam dokąd odejść, Arturze, czy zapomniałeś? – I nagle wyprostowała się i ruszyła dalej.

Syn nie może ponosić winy za bezduszną nienawiść matki, i przykro jest jej, że stanął między młotem a kowadłem. Ale ona – Andżelika – nie potrzebuje jego obrony, więcej: różniąc syna z matką wie, że może być przez tę ostatnią przeklętą na wieki. Najgorzej jest zrozumieć, że w takiej sytuacji nie ma możliwości zrejterowania na neutralne terytorium, gdzie dałoby się przeczekać wichry i burze, gdzieś w pobliżu… Zamiast tego ona – mimowolny słuchacz – leżąc na chłodnej narzucie gościnnego łóżka wysłuchuje fragmentów ich sporu, zwrotów ewidentnie dryfujących w jej kierunku, które nie cieszą. Oto Artur co chwila powtarza, że od teraz jestem częścią jego życia, pa ani Roy-Rozwadowska co rusz mu mówi, że popełnia błąd.

Może ma i rację. Jeśli pospieszyli się, co szkodzi rozważyć wszystko od nowa? Przynajmniej będą mieć czas, aby poukładać wszystko na swoim docelowym miejscu, bo tak naprawdę w tej sytuacji, która zaistniała, ona – Andżelika, nie ma dokąd pójść.

Frontowe drzwi trzasnęły, a na schodach dały się słyszeć kroki. Serce jej wali, bo wciąż nie zna wyniku rozmowy.

– Poszła sobie, nie martw się. – Artur stanął przed nią trzymając w dłoni znajomy pęk kluczy.

Odetchnęła z ulgą, ciesząc się, że widzi właśnie jego. Nadal wygląda na to, że weszli w nieznane i niebezpieczne rewiry, ale zrobili to we dwoje. I ani ona, ani on nie wie, jak zakończy się awantura, i czy zakończy się w ogóle. Wiem za to, że ona – Andżelika i on – Artur wdzięczni powinni być losowi za utracony bilet. Dał im wiarygodną przepustkę do ich wspólnej dorosłości.

ee3124b81301c5502e8f7f27faa6b453

A w Starych Babicach powiało pierwszym zimowym chłodem. Małe uliczki pokrył puszysty śnieg. Idą święta. Czy dla Artura i Andżeliki będą wspólne? La vie verra…

 

 

 

lista Meteorytów

 

2 thoughts on “W pomrokach Starych Babic

  1. Podoba mi się, Januszu, moja historia. To nic, że podretuszowana do prawie granic czytelności, ale nadal moja. A czemu w niej ciebie nie ma?

  2. Cieszę się, Andżeliko, że Twoja protoplastka nie całkiem „odleciała”. Nie ma mnie, ale to nic. Artur za to wyrabia rolę z nawiązką 😉 A w ogóle noszę się z myślą kontynuacji. Parę wątków warto byłoby chyba rozwinąć i z racji ich babiczaańskich „pomroków” – najzwyczajniej rozjaśnić 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *