Zwyczajna nowelka o miłości

Gdy pociąg w końcu się zatrzymał pewnym ruchem otworzył drzwi wagonu, zeskoczył ze schodków na peron i z ciekawością przyjrzał się znajomym dworcowym budynkom. Pięć lat nie był w tym mieście. Pięć długich lat…

Szpital przywitał go niezapomnianym zapachem neuroleptyków i zabielonych ścian. W głównej recepcji było cicho. Na szczęście – żadnych petentów. Przedstawił się. Recepcjonistka – młoda pielęgniarka – skinęła potwierdzająco głową: „…tak, czekamy na pana. Pani dyrektor jest teraz na spotkaniu w starostwie, tymczasem pokażę panu gabinet… A spotkanie o 11.00 i proszę się nie spóźnić – szefowa nie byłaby zadowolona”

W pomieszczeniu czekało na niego kilka starannie przygotowanych segregatorów z dokumentacją. Przekartkował ją sprawnie i odłożył na bok. Zapukano do drzwi. Do pokoju wszedł zastępca dyrektora kliniki ds. medycznych. Z zaskoczeniem rozpoznał w nim kolegę ze studiów – Patryka.

– No i proszę! Wraca podróżnik do domu i przyjaciół! Gdzie to się bywało?, – z ożywieniem zagadnął Patryk. – Od tak dawna żadnych  wiadomości… Ok, później opowiesz, teraz chodźmy, wszyscy już na sali.

Siedzi na sali konferencyjnej, ukradkiem patrzy na pozostałych uczestników, myśli, że tym razem nie będzie się spieszył z wyjazdem.

Pięć lat temu pracował w tym szpitalu. Razem z nią. Dziś – panią dyrektor. Tak. Ona nadal tu pracuje. Teraz będą widywać się twarzą w twarz na cotygodniowych inter-wydziałowych  pięciominutówkach. Zastanawia się, jak Małgorzata wygląda dziś? Czy i na ile się zmieniła?

Wciąż pamięta jej niedługie ciemne włosy, duże piwne oczy. Gdy uśmiechała się do niego  – pląsały w nich złote iskierki. A uśmiechała się do niego prawie zawsze. I w każdej chwili, o każdej porze, przy każdym pocałunku, pieszczocie jej uśmiech, jakby wtedy rozświetlał ją od wewnątrz. Znajomi nie na próżno nazywali Małgorzatę „Sunshine” – Jej słoneczny wyraz twarzy zawsze był bowiem widoczny już z dala, i tak zaraźliwy, że inni natychmiast wtórowali jej swym własnym uśmiechem w odpowiedzi.

Tak! Przez wszystkie te lata tęsknił do jej uśmiechów. Bardzo za nimi tęsknił. I wiele razy karcił siebie, że tak tchórzliwie wtedy uciekł, biorąc ze sobą  ledwie podręczny neseser, dokumenty, paszport. Była wtedy na dyżurze. Zostawił klucze na stole. Zatrzasnął drzwi… i to wszystko. Wszystko.

Stukot kobiecych obcasów wyrwał go z zadumy. I Patryk szturchnął go w bok: „nie śpij. Pani dyrektor przyszła”.

Na jej twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień: „Szanowni Państwo, chciałbym przedstawić Państwu  naszego nowego kolegę, Tomasza, znakomitego stomatologa, który po latach nieobecności wraca do naszej kliniki, aby wesprzeć nas swym wybitnym doświadczeniem chirurgicznym.”

Niezdarnie wstał, jakby chciał, raczej, zapaść się pod ziemię, ukłonił się…

Odczytywała kolejne zarządzenia, a on patrzył na nią i nie mógł zrozumieć, co tak naprawdę się w niej zmieniło? Stylowa krótka fryzura. Ciemne włosy na skroniach, a wśród nich kilka subtelnie czających się srebrnych pasemek. „No tak, poza tym wyszczuplała! Rubens na pewno nie wziąłby jej dziś na modelkę.”

Ale wygląda nadal dobrze – zmarszczek nie widać, nawet tych drobnych wokół oczu, zawsze iskrzących kiedy się uśmiecha…

lekarka

Stop! Kiedy się uśmiecha…

Uśmiecha?…

I odwrócił się do Patryka. Spytał:

– Powiedz, czy nasza szefowa często się uśmiecha?

– Pani dyrektor? Znam ją już prawie pięć lat – i w tym czasie ani razu…

do spisu Meteorytow

1 myśl w temacie “Zwyczajna nowelka o miłości

  1. Pingback: Janusz Niżyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *