Maleńkie Zło – wybrane fragmenty

. . .

Od Wielkiego Zła, ubranego w stylowe dżinsy i modną bluzę, ciągnęło wonią drogich perfum i nęcących nozdrza balsamów do ciała. Modna fryzura, klucze z breloczkiem „Aston Martin”, ogólny urok… Konkludując: trudno uwierzyć, że to indywiduum to nie człowiek, a szatan, który zstąpił na Ziemię, przybierając formę rasowego playboya. Tymczasem ja, będąc w głębokim odrętwieniu, czy chciałem czy nie, musiałem z lękiem wysłuchiwać, jak takie mroczne indywiduum wpływa na mój los i zamierza zadecydować o moim przeznaczeniu. (…)

Na dodatek, ku mojemu przerażeniu, w pomieszczeniu kliniki, w którym wciąż przebywaliśmy tylko we trójkę, nagle pojawiła się kolejna postać.

Od stóp do głów cała była kudłata, potargana i w ogóle prezentowała się jakoś tak… obrzydliwie. Równocześnie, na swój sposób wyglądała interesująco: ni to dziwaczny szczur, ni kulejąca wiewiórka, świnka morska, chomik, ni to jakiś inny szkaradny gryzoń. Ogólnie jednak na jej widok wzdrygnąłem się i gdzieś głęboko na sercu zrobiło mi się niedobrze.

– Maleńkie Zło… Mówiłem ci kiedyś o nim. – Z dumą odezwał się szatan, przedstawiając szkaradę. – Jego zadanie będzie diabelne, ale bardzo proste, możemy więc być pewni, że poradzi sobie bez trudu. A polegać ma na tym, iż w każdy możliwy sposób Maleńkie Zło będzie mieszać mu szyki, krzyżować plany, sprawiać, że zawsze ta biedaczyna podejmować będzie nietrafione decyzje. (…) I jak ci się podoba moja tak skrzętnie sklecona machinacja? Moim zdaniem jest idealnie dopasowana do zadania. Genialna!

Najwyższy powoli, z rozwagą kiwnął przytakująco głową. A więc klamka zapadła. Mój los został przypieczętowany.

. . .

Ledwie wszedłem do wody, i od razu poszedłem na dno jak kamień, bezradnie przy tym i nieporadnie poruszając rękoma. Maleńkie Zło – ze mną. Toniemy razem… Metr za metrem, coraz głębiej…

Z początku widziałem cicho płynące obok mnie ławice ryb. Wszystkie bez wyjatku pozostawały wobec mnie obojętne i niewzruszone. Nie zwracały na mnie absolutnie żadnej uwagi, powoli poruszając płetwami i wibrując skrzelami. Potem, wraz z dalszym zagłębianiem się w wodnej czeluści, robiło się coraz ciemniej. Nie od razu, jednak stopniowo. Zdążyłem więc jeszcze dostrzec orki, płetwale błękitne, kaszaloty, rekiny (dziwne, że te ostatnie nie próbowały nawet mnie pogryźć…), widziałem też, przemieszczając się po swej pionowej ścieżce (w końcu spadałem), takie ciekawe stworzenia jak: ogórki morskie, syfonofory, pogonofory, krewetki, homary, wodorosty, mątwy, ośmiornice, kalmary, jeżowce, koniki morskie i różne bliżej mi nieznane tajemnicze nautilusy.

Opadanie moje spowolniła rafa koralowa, która nie była częścią dna, a po prostu gdzieś jakby nad nim się unosiła. Miałem wrażenie, że zbiornik, w którym tonę, w ogóle nie miał dna. Rozglądasz się – a wokół sama ciemność, cichość i spokój jak w trumnie. Na szczęście wkrótce tu i tam zaczęły pojawiać się pierwsze nieokreślone przebłyski. Okazało się, że powstawały za sprawą nieznanych mi wodnych stworzeń. W moją stronę płynęły jakieś dziwne, straszne, świetliste ryby. Połkną mnie zaraz – i tyle, i po wszystkim… Na szczęście spokojnie przepłynęły obok, nie połknęły… 

Jednak elektryczne flądry i węgorze ze starożytnego świata były ledwie zapowiedzią spektaklu, którego widzem stałem się od teraz. Moje opadanie na dno nie miało końca. Woda już dawno zalała mi nos, oczy, uszy; otumaniła, uśmierzyła przenikające na wskroś całego ciała zimno, a zatem, zgodnie z tym, co od początku stwierdziłem, powoli, ale systematycznie tonąłem. Miałem wrażenie, jakbym przebywał w jakiejś nicości, jakbym był jakąś kometą, która w zwolnionym tempie mknie przez nieskończoną otwartą przestrzeń, mijając kolejne na swej kosmicznej drodze planety… Teraz, przed moimi oczyma, jeden żywy obraz został zastąpiony innym.  I wszystko to, co ujrzałem do tej pory, było wprawdzie jak piękne, mistyczne kwiaty, jednak… Jednak wszystko to było co najwyżej pięknymi kwiatami. A to, co ujrzałem po chwili, to już nie kwiaty, to był jakiś prawdziwy raj, którego nie da się opisać. Jednak mimo wszystko dla was spróbuję.

Oto otoczyło mnie całe stado olśniewająco pięknych rusałek – kuszących zarówno swymi hipnotyzującymi ruchami, jak i uwodzicielsko-apetycznymi ciałami. Patrzyłem na nie oniemiały, a one pląsały przede mną w namiętnie uwodzącym tańcu. Były tak blisko… Wystarczyłoby wyciągnąć rękę, a dłoń głaskałaby po słodkich twarzyczkach, biodrach, biustach… Cóż z tego, skoro nie mogłem? Nie byłem w stanie! Moje ręce i nogi – skute jakąś niemocą – czyniły ze mnie kogoś na podobieństwo bezwolnego manekina, szmacianej lalki, której przywiązano kamień do szmatek i wrzucono do stawu. Jestem gdzieś głęboko pod wodą, nie czuję ani zimna, ani ciepła, nie doświadczam żadnych ani negatywnych, ani pozytywnych emocji, i tylko wciąż chłonę i chłonę oczyma roztaczany przede mną spektakl.

W pewnym momencie takiej bezwolnej oniemiałości, uwodzicielskie stworzenia wciągnęły mnie do mrocznej podwodnej jaskini, gdzie leżały stosy ludzkich kości i czaszek. Jedna z rusałek (z jędrnymi, nagimi piersiami) wyciągnęła do mnie dłoń, trzymając w niej jabłko, inna – na moich oczach – to raz zlizywała wilgoć z ponacinanej do obrania pomarańczy, to połykała kęs za kęsem banana i z ukradka obserwowała moją reakcję.

– Chcesz? – Zapytała z wymownym, z lekka uwodzicielskim spojrzeniem. (Tymczasem reszta stada syren cicho do nas podpłynęła i otoczyła kręgiem) – Będziesz miał wszystko… Mmm… Wszystko czego tylko chcesz… Po prostu spróbuj, spróbuj przynajmniej ugryźć… Poczujesz, jakie pyszne… No, chodź, skosztuj przynajmniej kawałeczek…

. . .

Nie pamiętam, abym za poprzedniego życia spotkał kobietę, która choćby w namiastce była tak bardzo zmysłową, podniecającą, zniewalającą, jaką podczas nocy poślubnej okazała się Helenika. Kochając się, była jak dzika kocica, jak jakiś drapieżnik rzucający się i zniewalający ofiarę. Siedząc na mnie, wyginała plecy w łuk i pieszcząc waginą mego rycerzyka, co rusz gardłowo wzdychała, krzyczała, zaciskała zęby, by raz za razem odpływać w swój kosmos. Wracała po kilku chwilach, zbierała siły i na powrót przystępowała do miłosnych egzekucji. Trwało tak całą noc, do świtu. Czy byłem dla niej tylko bezwolnym, posłusznym, potulnym kochankiem? Nie! Jasne, że nie… Z drugiej strony: owszem! Kiedy kończyła kolejne szczytowanie, za każdym razem starałam się być dla niej najdelikatniejszym poetą pieszczot. Ale kiedy się ono zaczynało i kiedy ja razem z nią przemieniałem się w głodną, ​​nienasyconą bestię, która od dawna nie jadła, działy się rzeczy niewyobrażalne. Podczas orgazmów tak bardzo jej pragnąłem, że odchodziłem od zmysłów… Dosłownie! Nie wiedziałem, czy nasze ciała splatały się na małżeńskim łożu, czy pośród cudownie woniejącego kwiecia na leśnej polanie, czy wreszcie w jej kosmosie, do którego co jakiś czas razem się z nią zabierałem, eksplodując do jej wnętrz pośród gwieździstych rozbłyskujących w naszych umysłach galaktyk. A i potem jej czarny, dyszący, rozwarty trójkącik kusił mnie i hipnotyzował nieustannie. Całowałem każdy jego milimetr. Pieściłem językiem, przygryzałem wargami i próbowałem ssać każdy centymetr opalonego, aksamitnego ciała…

A gdzie się podziało moje zmęczenie nabyte w okresie próbnym? – Zniknęło, uleciało jak jedna z wielu przelatujących nad nami podczas kochania się gwiazd.

. . .

Pewnego dnia zjawił się u nas arcykapłan Ptahmes. Najpierw długo i impulsywnie kłócił się o coś z Amenhotepem (oczywiście z tym architektem), a potem zawezwał mnie przed swoje sataniczne oblicze. 

– Całuj! – rozkazał, wskazując głową na swe stopy. 

Postanowiłem schować chwilowo swoją godność na cztery spusty i z lekka musnąłem je suchymi wargami. Kto wie, jak długo tu jeszcze pobędę? Tu przynajmniej dają wikt i pryczę do spania… 

– Słyszałem o tobie – powiedział – Chcesz zmienić pracę? 

Jedyne, co jak dotąd umiałem robić w „tym” bieżącym życiu, to nosić kamienie i mierzyć konstrukcje. Jednak byłem już wykończony na tej parnej pustyni, na której nawet do Nilu nie jest łatwo dotrzeć, choć przepływa całkiem blisko. Dlatego z góry gotów byłem zgodzić się na każdą zmianę, licząc, że jakość mojego życia, gdybym trafił do jakiejś atrakcyjnej świątyni, na pewno się nie pogorszy, a przecież jest szansa, że mogłoby obrócić się na lepsze.

– Wiem, dlaczego tu jesteś. – Ptahmes powiedział to tak, że tylko ja go zrozumiałem: oczami, bo ust nie otwierał. – Wciąż musisz się jeszcze wiele uczyć, wywłoko! – to z kolei wypowiedział na głos, tak, że było słyszane przez wszystkich. 

– Na czym miałaby polegać moja praca? – naiwnie chciałem od razu się dowiedzieć. – Czym miałbym się zajmować? 

– Pierdol się… – zaklął niegodziwie. – Z półżywym żaden pożytek z rozmowy. Jesteś nędzniku wydojony jak koza z mleka. 

Wygląda na to, że Ptahmes był przyzwyczajony do rządzenia twardą męską ręką. W jego słowach nie było ani krzty empatii, ani litości dla takich jak ja. Co miałem robić? Upierać się i próbować dyskutować o swych przyszłych prawach i obowiązkach? – Bez sensu. Co najwyżej skończyłoby to się dla mnie chłostą, a o zmianie pracy mógłbym raz na zawsze zapomnieć. Tak więc bez dalszej zbędnej rozmowy zgodziłem się.  

Zabrali mnie do jakiegoś głuchego i ciemnego lochu i miast nakarmić głodzili przez trzy dni! Wszystko dla wzmocnienia we mnie hartu ducha. „Nie czyń dobra – a nie doświadczysz zła” – ta z piekła rodem zasada, którą wyznawał Ptahmes, miała być odtąd i moją. 

Plusem przebywania w lochu było z kolei to, że jego chłód po nieznośnie gorących słonecznych dniach w kamieniołomie był dla mego ciała jak raj – rodzajem wyzwolenia. Jednak w każdym innym aspekcie stawał się mordęgą… A na dodatek ta cisza przyprawiająca o zawrót głowy

– Chcę… Chcę chociaż kawałek życia! – Krzyczałem. – Miej litość, panie! Dajże uszczknąć choć łyk wody…

I chyba, na moje szczęście, zostałem wysłuchany.

Ptahmes chodził korytarzem tam i z powrotem, bez peruki na głowie, za to z figurką wszechpanującego w dłoniach. Wreszcie podszedł do krat mojego lochu. Ręce nerwowo przebierały palcami po figurce, na twarzy poruszały się nerwowe guzki. Oczy połyskiwały wściekłością. 

– Sprawdzam i miarkuję hart twego ducha, kreaturo… – i okrutnie, bez cienia współczucia przeszył mnie na wskroś lodowatym spojrzeniem. 

– Duuat ashshhirru, duuat ashshhirru, duuat ashsh-hi-rru… – wypowiadał coś w kompletnie nieznanym mi języku, a słowa te brzmiały, jakby demon przenikł do ciała kapłana i przemawiał jego ustami. Myślałem, że za moment pożre mnie żywcem ze wszystkimi podrobami!

Na szczęście nie doszło do tego. Oto bowiem Ptahmes, dosłownie w jednej sekundzie, uleciał, rozproszył się i zniknął. Czyżby tu, w Starożytnym Egipcie znali już teleportację? Czyżby jej użył?! Czy tylko moje zmysły coraz bardziej odmawiają mi posłuszeństwa?

I ponownie w lochu zrobiło się cicho i pusto jak w wielkim mrocznym grobowcu. Wraz z pustką powróciło do mnie nieznośne zabójcze poczucie samotności. 

– Hej! Może chociaż ty jesteś tutaj, ze mną? – Zdesperowany zawołałem w ciemny mrok lochu do Maleńkiego Zła.

– A gdzież miałbym być? – Usłyszałem…

1 komentarz do “Maleńkie Zło – wybrane fragmenty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *