Jesienna baśń – rozdział 5b

…Nie jestem w stanie szczegółowo opowiedzieć panu całej historii mojego życia, które było tak długie…

Co stało się potem? Po ozdrowieniu mojej ukochanej żony? – Otrzymałem prestiżowe miejsce elektora, łącząc od teraz sprawy państwowe z zajęciami naukowymi. Wynająłem dobrze wyszkolone wojsko, odniosłem spektakularne zwycięstwa w kilku potyczkach, pokazałem sąsiadom ich miejsce „w szeregu”. Wszystkie moje utracone rodowe wioski i terytoria wróciły znów pod moją kuratelę. I tym razem – na zawsze.

Nasze małżeństwo z Cateriną przeżywało drugą młodość. Kochaliśmy się bardzo. Często i słodko. Wkrótce przyszły nam na świat dwie ładne dziewczynki, które z czasem udanie wyszły za mąż. A ja – nadal aktywnie zajmowałem się nauką. Moje nazwisko stało się znane w całym naukowym świecie. Nawet słynny zaonegdaj hrabia Michel de Saint Babique, znany później także jako Fritz von Bernstein, pobierał u mnie korepetycje przy dopracowywaniu swej formuły wieczności.

…Lata mijały. Starzałem się, ale nie umierałem. Musiałem doświadczyć straszliwego żalu – śmierci mojej najukochańszej Cateriny. Odeszła z tego świata nie wskutek choroby, wypadku, wojny czy czegokolwiek niedobrego, a najzwyczajniej i po prostu: ze starości, jako starusieńka szczęśliwa gołąbeczka. Potem uczestniczyłem na pogrzebie moich córek i wnuków. Do prawnuków czułem już obojętność, zresztą – tak samo jak i oni do mnie…

Aby nie powodować niepotrzebnych podejrzeń z powodu mojej długowieczności, zacząłem podróżować, często zmieniając kraje, miasta, wymyślając dla siebie nowe życiorysy i biografie. Od chwili, gdy zbliżyłem się do wieku około sześćdziesięciu lat, mój widok się zatrzymał i przez pozostałe lata pozostawał niezmiennym. Nadal studiowałem nauki i literaturę. Jako wzięty pisarz i poeta publikowałem wiele prac pod różnymi pseudonimami, ale w miarę upływu czasu – i to było dla mnie za mało, za mało, aby sprawiać mi radość i być powodem choćby niewielkiej satysfakcji. Wciąż będąc wierny mojej ukochanej, świętej pamięci Caterinie, postanowiłem więcej się nie żenić, ale, bynajmniej, nie odmawiałem sobie zabaw i uciech, których może doświadczyć mężczyzna kochając się słodko nie tylko z kochającymi go kobietami, bo i ze sprzedajnymi kobietami także.

Oprócz starutkiej „matki Europy”, którą zjeździłem niemal całą, podróżowałem także do Nowego Świata i Afryki. Postanowiłem zgłębić tajniki czarnoksiężej magii i przezwyciężyć Swiatsiłę grawitacji. I nawet miałem tu pewne sukcesy: przy konieczności wykonania gwałtownego lotu, na przykład w przypadku zagrożenia, mogłem używać szybko montowanych na plecach skrzydeł, które do dziś figurują na mych plecach jak brzydki garb. Taki był między innymi rezultat moich magicznych eksperymentów, który, jak widać, służą mi skutecznie do dziś. Oczywiście, moja czarna magia także sprawiła, że garnęły się do mnie całe tabuny kobiet. Pociągało je już nie tylko moje bogactwo, ale i moje tajemnicze moce, więc każda, której zapragnąłem, ochoczo zostawała moją nałożnicą. Czarna magia pomogła mi także znaleźć swoje miejsce pod słońcem i daleko pozostawić w tyle wszelkich moich konkurentów i rywali.

Byłem świadkiem upadku monarchii w Europie, wspierałem ruch Oświecenia. Zaskakujące jest, że doktryny wielkich idealistów i ideologów nigdy nie były sprzeczne z moimi przekonaniami religijnymi. Podczas Rewolucji Francuskiej stałem się doradcą Robespierre’a i, aktywnie sprzeciwiając się dechrystianizacji, udowadniałem, że zniesienie katolickiego kultu do niczego dobrego nie prowadzi. Tak bardzo moje nowatorskie poglądy w czasach wielkiego terroru okazały się, na onegdaj, jednak zbyt odważne. W końcu spowodowały, że jak wielu wywrotowców-wizjonerów wtrącono mnie do Conciergerie. Ledwie co uszedłem spod gilotyny, uciekając podczas transportu na egzekucję dzięki swym skrzydłom. Potem osiadłem w Anglii, silnie się angażując i finansując kampanię przeciw Napoleonowi.

Mogę być dumny ze swej znajomości z wieloma wybitnymi ludźmi epok. Wszystkich nawet tu nie wyliczę, ale powiem, że naocznie podziwiałem talent Goethego, Heinego, Chopina, Schillera, Kanta, Hoffmanna, Dickensa… Tę listę mógłbym kontynuować jeszcze długo, jeszcze bardzo długo. Na przykład wspólnie z Mozartem przez jakiś czas należeliśmy do tej samej loży masońskiej. Za moją radą wielki Wiedeńczyk chciał nawet założyć własną lożę, do której mogłyby należeć kobiety, ale to, co mógłbym doprowadzić do pomyślnego końca ja, w żaden sposób nie zdołał – on. W tamtych czasach takie pomysły były nazbyt rewolucyjne. Wymagały koronkowych, długich i żmudnych konsultacji politycznych. On – na to nie miał ani czasu, ani głowy, a ja – ochoty. Odwiedziłem też Chopina na Majorce. Chodząc pod celami klasztoru Valdemsosa, w którym zatrzymał się poeta i król wszystkich pianistów, zaświstałem mój ulubiony temat znanego w całej Europie poloneza „Witaj królu” (niejakiego maestro Kurpiński), i jak widać, nie pozostało to bez echa. Kilka dni później maestro Chopin zapewne pod wpływem mojego świstania, skomponował własną wersję tegoż właśnie poloneza przenosząc główny temat z oryginalnej tonacji durowej do swojej własnej tonacji c-moll. Polonez ten dziś skatalogowany jest w opus czterdzieste i ma numer 2.

Niestety, już pod koniec dziewiętnastego wieku liczne podróże, spotkania i polityka zaczęły mnie najzwyczajniej nużyć. Od tego czasu poświęcałem się jedynie naukom i literaturze, publikując różne traktaty i artykuły. Dom rodzinny, w ciągu całego tego czasu odwiedzałem bardzo rzadko. Już na samą myśl przyjazdu do domu – moje serce zżymało się, pamiętając, jakie wcześniej przeżywałem w nim cudowne lata razem z moją najukochańszą, nieodżałowaną, niezapomnianą Cateriną.

Z początkiem dwudziestego wieku, po kolejnych wyzwaniach i ciągłych zmianach w życiu byłem już bardzo zmęczony. Dosłownie: jakby całe moje wnętrze wypaliło się. Zresztą, a i wydarzenia bieżące nie radowały! Byłem przerażony przebiegiem Pierwszej Wojny Światowej. Tak potwornej rzezi i samozniszczenia ludzkości ja do tej pory nie pojmuję! Wszędzie widziałem same szaleństwa! Magia i nowoczesna ekonomia – moje ulubione nauki, przestały mnie fascynować, zrozumiałem, że nie prowadza one do poprawy ludzkiej cywilizacji, a wręcz przeciwnie – do jej upadku. Ogromne bogactwo burżuazji, bankierów i kupców, władza oligarchów, bieda i głód niższych warstw, nieskończona ludzka próżność, degrengolada korupcji, wzrost przestępczości – to wszystko napawało mnie coraz większym pesymizmem, ale i przerażeniem. Bardziej fatalnego okresu dla całej ludzkości ja – aż do czasu tego stulecia, nie znałem!

Nic dziwnego więc, że po raz pierwszy w moim życiu zaczęły mnie nawiedzać samobójcze myśli. Zrozumiałem, że aby się ich pozbyć – trzeba mi było uczynić coś konstruktywnego. Wydawało się, że ocalić mnie mogło tylko coś zdecydowanie nowego i niezwykłego. Takim czymś, uznałem, był eksperyment socjalny w Rosji Radzieckiej. Przyjechałem więc do ZSRR z zamiarem rozpoczęcia zupełnie nowego życia.

Ponieważ legitymowałem się doskonałym, jak to dziś mawiają CV – zostałem głównym inżynierem w jednej z kluczowych budów drugiej pięciolatki. Wówczas jeszcze – specjaliści z zagranicy byli w Związku Radzieckim byli bardzo w cenie. Musiałem przyzwyczaić się do życia i niezwykłych norm cywilizacyjnych w zupełnie dla mnie nowym społeczeństwie. Mając niemałe zdolności do języków i najlepszych nauczycieli szybko opanowałem do perfekcji trudny, słowiański język, ale przyszło mi to łatwiej niż przypuszczałem. Może dlatego, że już wcześniej czytałem w nim, w ostatnim stuleciu, dzieła takich gigantów literatury, jak: Gogola, Tołstoja, Turgieniewa i Dostojewskiego.

Moja praca została doceniana, dostałam tymczasowo dom z ogrodem i dobre wynagrodzenie. Prośba o obywatelstwo radzieckie też została pozytywnie rozpatrzona. Było to dla mnie bardzo ważne. Po tym wszystkim, czego tu dokonałem, postanowiłem bowiem zatrzymać się w tym nowym, zróżnicowanym i tak interesującym mnie w kraju i nadal mu służyć i przyczyniać się do jego rozwoju. A tymczasem po roku 1937, po czystkach partyjnych zapoczątkowanych przez Stalina – kontrakty z zagranicznymi ekspertami zaczynały być bezwzględnie rozwiązywane. Na szczęście – ja przezornie zadbałem wcześniej o przyznanie mi obywatelstwa radzieckiego. Nic mi to jednak nie pomogło, gdy nastało to, co zaczęło się w roku 1941. Druga Wojna Światowa. Ten rok Rosjanie wtedy uznawali za jej rzeczywisty i słusznie historycznie początek.

Generalissimus Stalin przez pierwsze tygodnie schował się przed całym narodem i nie potrafił podjąć jakiejkolwiek decyzji. Wojska niemieckie nieodparcie parły na Moskwę. I nagle, któryś z towarzyszy przypomniał sobie, ze jestem z pochodzenia Niemcem. Z tego powodu natychmiast zostałem aresztowany i uwięziony w obozie. Nie miałem problemów, by uciec z więzienia, ale nie chciałem tego czynić, nie chciałem opuszczać mojej nowo-przybranej ojczyzny. Przecież tak jak wszyscy Rosjanie i ja zaciekle znienawidziłem nazizm we wszystkich jego przejawach, przewidując, że moją rodzoną ojczyznę – Niemcy, doprowadzi do totalnej zguby. Zrozumiałam, że tylko ten kraj, w którym aktualnie przebywam, może być zdolny horrendalnym poświęceniem pokonać Hitlera. A jeśli Rosjanom się to nie uda, cały współczesny cywilizowany świat stanie na krawędzi zagłady.

Aktywizując wszystkie moje możliwości, wiedzę i talenty, udało mi się przekonać sowieckie władze o swej przydatności wojskowej, co wkrótce skutkowało przeniesieniem mnie z koszmarnej ciemnicy do tak zwanego „szaraszka” – czyli więzienia z podstawowymi wygodami, stwarzającego nienajgorsze warunki do twórczej, naukowej działalności.

I gorączkowo rozpocząłem pracę nad nowym wynalazkiem. Moja wyrzutnia rakiet znana powszechnie pod nazwą „Katiusza” (tak, tak! imię to nadałem na część mojej najukochańszej i nieodżałowanej Cateriny) na froncie sprawowała się nad wyraz efektywnie. Wróg został wygnany i wielka Armia Radziecka rozpoczęła zwycięski pochód na Berlin. Wkrótce zostałem wypuszczony na wolność. A zaledwie dwa tygodnie później w gazetach pojawiły się doniesienia o przyznaniu mi Orderu Stalina pierwszej kategorii. Tak więc w zwycięstwie nad nazizmem i ja, i moja Caterina-Katiusza mieliśmy być może niewielki, ale jednak bardzo istotny udział. I do dziś jestem z tego dumny. I mam nadzieję, Caterina, tam w niebie – także!

*

Po zakończeniu wojny, takim jak ja, przydatnym dla gospodarki i socjalistycznemu państwu fachowcom – praktycznie było zakazane wyjeżdżanie z kraju. Dlatego poza granice ZSRR właściwie nigdzie nie wyjechałem. Trudno bowiem nazwać eskapadę do Polski, za zagraniczny wojaż. U Rosjan funkcjonowało popularne powiedzenie: „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. Ale o tym wyjeździe, o mimo wszystko zagranicznym wyjeździe do mojej z czasem nowej ojczyzny – Polski, za chwilę… W tamte dni, zresztą, świat jako taki, opanowany przez cywilizację konsumpcji, występku i bogacenia się – coraz mniej mnie fascynował. Ja – kochałem życie nie dla zdobywania pieniędzy i władzy, a dla realizowania się jako naukowiec i odkrywca. Żyłem więc i pracowałem tam, gdzie mogłem się rozwijać i dawać upust swej pasji. W tym okresie był to przemysł obronny i technologie kosmiczne. Obroniłem pracę doktorską, uzyskałem tytuł profesora. Swoją wiedzą i doświadczeniem wspierałem między innymi Igora Kurczatowa – twórcę radzieckiej bomby atomowej, ale także prowadziliśmy wspólne seminaria lotnicze z Siergiejem Korolowem – ojcem radzieckiej kosmonautyki.

Moja każda doba życia dzieliła się na dwie części: godziny szczęśliwe – czyli te, które poświęcałem nauce i pracy, i godziny nieszczęśliwe – w których dane mi było wracać do pustego domu. A w domu, po pracy pokutowałem z nudy i samotności. Czekałem na godzinę, kiedy będzie można po raz kolejny iść do pracy. I, rzecz jasna, najchętniej nigdy nie brałbym urlopów i nie wyjeżdżał na żadne wakacje. A gdy, mimo wszystko, kadrowe wypychały mnie już na siłę, godziłem się, aby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Tak więc godziny spędzane w domu bywały nie do zniesienia. Ale musiałem sobie jakoś radzić. Chodziłem od ściany, do ściany. Telewizja niczym nie potrafiła mnie zainteresować, przyjaciele, którzy wpadali na wódkę byli nudni i monotonni, a od całkowitej degrengolady ratowała mnie czasem dobra książka.

Najgorsze bywały noce. Te – zamieniały się w nieustające godziny męki. Próbowałem czytać gazety, książki, pisać wiersze (które po napisaniu natychmiast paliłem), spędzałem wiele godzin na balkonie, patrząc w gwiazdy, wspominając niezapomniany złoty okres mojego życia spędzany u boku ukochanej Cateriny… Koniec końców zmuszony byłem stworzyć dla siebie, według autorskiej receptury, nowy rodzaj dość silnego środka nasennego. I dopiero po jego zaaplikowaniu udawało mi się zasnąć i zapominać o wszystkim.

I pewnego dnia zdałem sobie wreszcie sprawę, że jeśli na poważnie nie wezmę się za siebie – zwariuję do reszty. Postanowiłem więc dokonać w swym prywatnym życiu rewolucji: ponownie założyć rodzinę. Postanowienie o tyle w tym czasie było dla mnie łatwe do podjęcia, że już od dawna wpadła mi w oko pewna urocza, młoda Polka, która przyjechała do naszego instytutu na staż. Miała na imię Magdalena. Średniego wzrostu, szczupła, o ciemnobrązowych włosach i miodowych oczach bardzo przypomniała mi moją ukochaną Caterinę. To właśnie podobieństwo do Cateriny ostatecznie zadecydowało o moim wyborze.

To, że na mnie nie zwracała uwagi (chyba uznała, że jestem dla niej zbyt… stary) – to było jeszcze pół biedy. To dałoby się szybko zatuszować. Ale ona była już mężatką. Jej mężem był kuzyn znakomitego matematyka Wacława Sierpińskiego, znakomicie znanego w Rosji, za sprawą przełomowych dokonań w dziedzinie algebry całkowitoliczbowej… Cóż, trzeba było pokonać i tę przeszkodę. Postanowiłem więc odświeżyć swoje stare zdolności i poprzypominać sobie różne pożyteczne czary, skryte przed wiedzą współczesnych ludzi w tylko mi znanych starych książkach.

I tak oto pewnego jesiennego wieczoru, na mej podmoskiewskiej daczy, gdy głucho szumiały uginając się pod wiatrem wysokie wierzby i sosny, zawezwałem ciało psychicznej mojej wybranki, aby podporządkowało się mojej woli… Czary zadziałały bez pudła. Już następnego dnia z wyraźnym zadowoleniem w oczach, ale i promiennym uśmiechem na ustach, zgodziła się, abym przysiadł się do jej stolika podczas obiadu w zakładowej stołówce. Nie muszę dodawać, że po wspólnym posiłku chętnie udała się ze mną na spacer do ogrodów Instytutu botanicznego.

Moje zaloty i smalenie cholewek do Magdaleny naprawdę bardzo mnie zmieniły na lepsze. Ponownie wróciłem do słuchania muzyki, czytania literatury pięknej, a nawet pisywania wierszy. Czary, oczywiście, nadal bywały przydatne. To dzięki nim stałem się w oczach Magdaleny bardziej szarmanckim i atrakcyjnym, niż chyba byłem w rzeczywistości, a i nawet niewielki guz na moim czole niewiele jej zdaniem mnie szpecił.

Zaczęliśmy się często spotykać i w końcu udało mi przekonać Magdalenę, aby wyjechała ze mną nad morze. Tam, na samym brzegu Czarnego Morza, wśród krymskich skał wyznałem Magdalenie miłość i złożyłem ukochanej matrymonialną propozycję. A kiedy, na dodatek, poznałem Małgosię, to jest – córkę mojej przyszłej żony, zdałem sobie sprawę, że znalazłem najprawdziwszy skarb. Już wtedy w głębiach oczu Małgosi ujrzałem przyszłość, swoje i jej przeznaczenie… nasze wspólne.

Dopiąłem swego. Magdalena Sierpińska rozwiodła się z mężem i powróciła do swego panieńskiego nazwiska – Babicka. Ożeniłem się z nią i też początkowo chciałem przyjąć to nazwisko. Uczyniłbym to naprawdę chętnie i z pewną sentymentalną nostalgią: jeden, przecież, z moich wielbionych profesorów matematyki, nazywał się Sierpiński. Jak się zresztą okazało, pan Wacław Sierpiński – polski profesor o renomie europejskiej, prekursor i teoretyk algebry całkowitoliczbowej był dalekim kuzynem Magdaleny. Niestety! Towarzysze radzieccy i ich restrykcyjne prawo cywilne nie zezwoliło mi na takie ekstrawagancje. Pozostałem więc przy swym rodowym niemieckim nazwisku Braun (oczywiście – bez przedrostka „von”, z którego już dawno musiałem zrezygnować, to jest w chwili, gdy otrzymywałem obywatelstwo radzieckie), i które, na dodatek po rosyjsku brzmiało bardzo barokowo: Wiktor Wiktorowicz Braun.

Tak wiec ożeniłem się i chyba przez krótką chwilę byłem naprawdę szczęśliwy. Jako „młody” żonkoś zostałem też w konsekwencji oficjalnym tatą uroczej dziewczynki. Obiecałem Magdalenie, że będę dla jej córki bardzo troskliwym i odpowiedzialnym ojcem.

Nasze szczęście małżeńskie trwało, tak jak już powiedziałem, niestety bardzo krótko. Okazało się, że Magdalena, poza walorami urody, w niczym więcej nie przypominała mi mojej ukochanej Cateriny. Nudziły ją moje rozmyślania i moje odważne, dalekosiężne plany naprawy świata, nie potrafiła prowadzić ze mną ciekawych rozmów, była kiepskim nawet słuchaczem. Była, na dodatek, marną gospodynią, nie dbała o moją dietę, nie lubiła zwierząt domowych, nie kochała muzyki i nawet nie lubiła czytać specjalnie dla niej układanych przeze mnie i skrzętnie utrwalanych na papierze wierszy i opowiadań. No i może, i nie najważniejsze, ale przecież w każdym małżeństwie dość ważne: była nijaka i bardzo wstrzemięźliwą kochanką. Po prostu: seks mógłby dla niej nie istnieć.

Przyznam się waląc w pierś: pewnego dnia zupełnie straciłem kontrolę nad sobą i jak z przysłowiowej puszki Pandory wypuściłem swoją złość na wolność. Nająłem motorówkę, przepłynąłem z Magdaleną po wzburzonym morzu do skalistej wyspy, gdzie zagroziłem, że jeśli się natychmiast nie zmieni – zostawię ją tu na kilka dni i nocy samopas. Powiedziałem jeszcze, że jeśli nie chce pożegnać się z życiem musi mi być posłuszną. Oczywiście, był to z mojej strony żart, i muszę teraz przyznać – wyjątkowo ponury. W drodze powrotnej towarzyszyła mi już zupełnie inna kobieta: skruszona, delikatna, powolna… Strach zrobił swoje!

Ale takie spektakularne i, przyznam to jeszcze raz: nikczemne i prymitywne działania, w niczym nie odmieniły mojej żony na dłużej i nie przynosiły mi szczęścia. Cierpiałem coraz bardziej dzieląc życie z kobietą, która była tak kolosalnie daleka od ideału, który wciąż nosiłem w sercu. Zrozumiałem, że czasy złotego okresu i szczęścia, które współdzieliłem z ukochaną Cateriną, minęły bezpowrotnie i żadna kobieta nigdy mi ich nie przywróci.

Nie wiedziałem, jak wyjść z sytuacji. Całymi dniami chodziłem smutny i przygnębiony. Nawet swoje służbowe obowiązki zacząłem traktować po macoszemu, co dla wielu współpracowników było wielkim zaskoczeniem. Do tej pory, przecież, dla każdego z nich byłem wzorem odpowiedzialności, uczciwości i pracowitości. A tu, teraz taka wielka i niezrozumiała dla nich negatywna odmiana.

Nadzieja na rozwiązanie naszego małżeńskiego kryzysu, tak jak to zwykle bywa, pojawiła się nieoczekiwanie, lecz nie do końca przypadkowo. Towarzysze z zakładowego komitetu partii, widząc i rozumiejąc po swojemu nasze problemy rodzinne, a jednocześnie uczciwie doceniając moje zasługi i osiągnięcia dla rozwoju ZSRR zaproponowali mi wyjazd do Warszawy gdzie miałbym objąć stanowiska dyrektora-rezydenta Instytutu Podstawowych Problemów Komunizmu na Europę Środkową (kraje postsowieckie), po odchodzącym ne emeryturę poprzedniku. W międzyczasie staż Magdaleny w naszym Instytucie również dobiegł końca. Nie było więc się nad czym zastanawiać. Z całym naszym skromnym dobytkiem, jako małżeństwo „po przejściach”, z kilkuletnią córeczką, postanowiliśmy na nowo rozpocząć życie w niewiele dotychczas znanej mi Polsce, ojczyźnie mojej aktualnej żony i… uwielbianego przeze mnie Chopina.

Nasz wyjazd zaplanowany na 18 sierpnia 1991 odbył się bez przeszkód. Ledwie jednak przekroczyliśmy granicę państwa, gdy gruchnęło informacją, która zaważyła na całym moim dalszym życiu. W Związku Radzieckim w nocy z 18-go na 19 sierpnia doszło do przewrotu politycznego. Prezydent Gorbaczow został uwięziony w domowym areszcie. W Moskwie doszło do krwawych wojskowych zamieszek. W kraju zapanował chaos i niebezpieczne bezprawie… Tak więc obejmowanie w takim okresie posady dyrektorskiej w rezydenturze, która tak samo, jak i całe państwo radzieckie, praktycznie z dnia na dzień przestawała funkcjonować – traciło rację bytu.

Poprosiłem władze polskie o azyl polityczny. Oprócz względów merytorycznych na poparcie swego wniosku – miałem także i inny silny argument: byłem mężem polskiej obywatelki, miałem też wciąż skrycie dotąd przechowywany przedwojenny paszport niemiecki. Okazało się jednak, azyl nie będzie potrzebny. Przyobiecano mi polskie obywatelstwo. Musiałem tylko podszkolić język i odczekać ustawowy okres rezydentury. Do tego czasu dostałem, oczywiście, pozwolenie na pobyt stały.

Moje małżeństwo i w ogóle całe moje życie prywatne i zawodowe dokonało kolejnego resetu. Za niewielką cząstkę zgromadzonych oszczędności kupiliśmy z żoną piękną willę w podwarszawskich Starych Babicach. Przeprowadziłem urzędowo także coś, co nie było możliwe w Związku Radzieckim, a czego bardzo chciałem – zmieniłem nazwisko na panieńskie nazwisko żony. Zostałem Januszem Babickim.

Wreszcie przyszła pora na znalezienie sobie nowego zajęcia. Zanim cokolwiek jednak postanowiłem, chciałem poznać bliżej kraj, do którego rzucił mnie los, jego historię, kulturę i, oczywiście, Warszawę, o której martyrologii wojennej wiele się w Związku Radzieckim nie mówiło. Wędrowałem po mieście, zwiedzałem zabytki, przesiadywałem w licznych kawiarenkach. Z każdego mijanego zaułka emanowało czymś dla mnie prawie rodzinnym, dawno zapomnianym, innymi słowy: czymś zupełnie odmiennym, inną aurą niż ta, którą przesiąkłem przez długie lata pobytu w Rosji…

Lata mijały. Zmęczony zastojem w moim życiu, zmęczony nieudanym małżeństwem jeszcze częściej udawałem się na spacery po mieście, szukając w jego murach natchnienia do nowych wyzwań i planów. Nic jednak to nie dawało. Coraz bardziej popadałem w apatię. Pewnego dnia wszedłem do małej, uroczej kawiarenki „Honoratka” przy ulicy Miodowej, w której, jak się dowiedziałem, podczas studiów muzycznych w pobliskiej szkole, wielokrotnie wpadał na ciastka mój ukochany Fryderyk Chopin. Siadając przy stoliku mimowolnie wspomniałem sobie swój krótki pobyt w Valdemosie i dobiegające zza klasztornych okiennic dźwięki fryderykowego pianina. Tu też stało pianino, ale na tym instrumencie z pewnością nigdy nie grywał Chopin, ot choćby dlatego, że wyprodukowane zostało co najmniej sto lat po jego śmierci… To, z pozoru, mało znaczące spostrzeżenie po raz kolejny uzmysłowiło mi, jak wszystko wokół się zmienia, jak jedni z tego świata odchodzą, inni przychodzą, jak zmieniają się rządy, społeczeństwa, obyczaje – i tylko ja ciągle i niezmiennie pozostaję ten sam… Odechciewało się żyć.

Zamówiwszy białą kawę z rogalikiem otworzyłem lokalną gazetę. I natychmiast zamarłem. Był w niej artykuł o niezwykłym profesorze, lekarzu-bioenergoterapeucie, który od ponad roku prowadzi praktykę w Warszawie i który ma na swym koncie udokumentowane przypadki całkowitego wyleczenia pacjentów, wobec których współczesna medycyna była bezradna. Lekarz ten miał na nazwisko… Patricjo.

Szybko spisałem adres lekarza, jego telefon i umówiłem się na wizytę. Kiedy wszedłem do jego gabinetu, spojrzał na mnie wysuszony wysoki mężczyzna, w wieku lat około sześćdziesięciu, z czarnymi włosami spiętymi w warkocz i orlim nosem. Czy był to „mój” don Patricjo, czy zupełnie ktoś inny – nie obchodziło mnie. Upadłem przed nim na kolana i zacząłem prosić, aby anulował nasza umowę.

Pan profesor spojrzał na mnie jak na pacjenta, który potrzebuje psychiatry. Wizyta zakończyła się przewiezieniem mnie do kliniki psychiatrycznej przy ulicy Nowowiejskiej, gdzie wstrzyknięto mi jakiś silny środek uspokajający. Przez kilka dni pozostawiono mnie w szpitalu do obserwacji. Ale już następnego dnia „przybiegła” żona z pretensją, że zostawiłem ją bez środków do życia. Gdy dałem jej całą bieżącą zawartość portfela pożegnała mnie chłodno i bezzwłocznie wyszła.

Gdy nazajutrz siedziałem w małym przyszpitalnym ogródku na ławeczce, całkowicie oderwany od wszystkich ziemskich przyjemności i cierpień, podeszła do mnie pielęgniarka i oznajmiła, że przyszedł ktoś do mnie w odwiedziny. Byłem pewien, że to ponownie żona. Kiwnąłem ze zobojętnieniem, żeby osobę tę przyprowadzono mi tutaj. Opierałem się odrętwiały o oparcie ławeczki, gdy ktoś, a z pewnością nie była to moja żona, podszedł do nie… I zamarłem. Serce zaczęło mi bić, jak zwariowane, całym mym jestestwem zawładnęło totalne oszołomienie! Przede mną stał… don Patricjo.

– Chciałeś mnie widzieć, więc oto jestem – rzekł doktor. – Rozumiem wszelkie twoje problemy. Ale kto powiedział, że całe życie będzie takie słodkie, jak początkowo było? Otrzymałeś wszystko, co było zapisane w umowie. Dlaczego teraz narzekasz?

Tak bardzo byłem zaskoczony tą nagłą wizytą, że nawet nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zebrawszy się na odwagę, rzekłem, najzwyczajniej, ze smutkiem:

– Jestem, po prostu, zmęczony już życiem. Wszystko zdążyło mi się znudzić. Bardzo trudno jest żyć, ciągle widząc śmierć swych kolejnych bliskich… To prawdziwa męka. A ma przecież tak trwać to wiecznie! Ja już doszczętnie zatraciłem poczucie miłości i współczucia. Nie chcę wiecznego życia, ono nie ma żadnego sensu, choćby dlatego, że przestaje się czuć i odczuwać cokolwiek… Człowiek zamienia się w głupią idącą przez życie maszynę… Nie chcę tak dalej.

– No, a co z tym twoim dociekliwym umysłem, nieugaszonym głodem wiedzy? – Zapytał sceptycznie don Patricjo. – Już tego nie ma?

– Sięgnąłem dna. Poznałem wszystko, zaznałem wszystkiego. Teraz mój umysł jest zamknięty. Wieczność dla mnie – to kara istnej męki. Teraz, ta wieczność, nie ma dla mnie żadnego sensu. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakimże świetnym wynalazkiem służącym ludzkości jest śmierć! „- Powiedziałem z goryczą.

– I o co mnie prosisz?

– Albo zabierz mi moje życie! Albo je odnów!

– Odnowić? Ale jak mam odnowić, co odnowić?

– Wiesz, czego by mi się chciało? Daj mi taką miłość, dla której ponownie wyrosną mi skrzydła, daj mi taką miłość, żebym znów nabrał odwagi cieszyć się miłością i bliskością ukochanej osoby przez wieczność. I daj także życie wieczne tej, w kórej się zakocham.

– Hmm… A jak nie dam?

– Walnę sobie w łeb, otruję się, skończę ze sobą…

– Czy nie nazbyt wcześnie spieszysz się do następnego świata? Tym bardziej, że masz świadomość, na co będziesz tam skazany i komu będziesz służył, jako wieczny więzień?! Tu – przynajmniej jesteś wolny… – Powiedział don Patricjo.

– Nie, nie jestem wolny. Wałęsam si po tej kuli zwanej Ziemią zupełnie bezcelowo. Jestem już śmiertelnie tym zmęczony. Teraz chcę do drugiego świata, – powiedziałem ze znużeniem i próbując przechytrzyć „wysłannika”.

Don Patricjo westchnął i zabłysnął na twarzy znanym mi uśmieszkiem.

– Oczywiście. Nic nie kosztuje mnie odebrać ci życie, choćby i zaraz. Ale byłoby to niezgodne z naszym cyrografem, który podpisaliśmy… Prosisz, aby zmienić naszą umowę? Cóż, da się zrobić, ale wiesz przecież, że za wszystko trzeba płacić.

Uśmiechnął się chytrze, pochylił się do mnie i dopowiedział cicho:

– Zdradzę ci pewien wielki sekret: tam, w Piekle, też nie wszystko jest takie gładkie. U nas jest konkretna hierarchia. Ponadto, podobnie jak wszędzie indziej, i tam na swą pozycję i władzę trzeba zapracować. Tak więc, płacić trzeba za wszystko, a zapłatą będzie dusza osoby, którą pokochasz… Prosiłeś o wieczne życie, a przeżyłeś ledwie kilka stuleci. To tylko niewielkie mgnienie czasu. Ale, co racja – to racja: nie ma nic wiecznego. I, oczywiście, kiedyś twój ziemski żywot także się skończy. Teraz, owszem! Możesz rozpocząć swoje życie na nowo. Pamiętaj jednak, że będzie to twój ostatni życiowy krąg. Jak masz to zrobić? Już tłumaczę… Znajdź sobie młodą piękną żonę. Nam potrzebna jest młoda krew! Niech z tego małżeństwa urodzi się dziecko. A gdy przejdziesz w końcu do naszego świata – twoja żona i dziecko też będą nasze!..

Babicki zrobił dłuższą pauzę. Być może próbował ocenić, na ile swą opowieścią wzbudził w swym rozmówcy litość. Po chwili wznowił mowę

…Dlugo jeszcze dyskutowałem z don Patricjo. Przekazałem panu tylko skrót naszej rozmowy. Zdałem sobie sprawę, że ON i ONI są bardzo zainteresowani Małgorzatą. Przyznam szczerze, że i sam od czasu, jak tylko wydoroślała, zapałałem do niej afektem. Ożenię się z Małgosią i będziemy mieli dziecko. Umrę, ale pozostanie mój ślad na Ziemi… Podjąłem więc ostateczną decyzję. Nie poddaję się! Nie muszę chyba dodawać, ze Don Patricjo wyszedł ode mnie bardzo zadowolony…

 

Podleczywszy się wróciłem do domu. Ale tu – od razu zwaliło się na mnie nieszczęście. Podczas absurdalnej małżeńskiej kłótni, już nawet nie pamiętam, kto i o co ją wywołał? – Magdalena zranila się nożem. Doszło do jakiegoś niefortunnego zakażenia krwi, od którego, wkrótce, umarła.

Nie minęło tak dużo czasu od nagłej śmierci mojej drugiej żony, a ja – już zacząłem intensywnie zabiegać o rękę Julii. Zabierałem ją do teatru, chodziliśmy na rausze i przyjęcia. Obdarowywałem ją drogimi prezentami. Oczywiście, dość szybko zaczęła się domyślać, do czego to wszystko zmierza. Zaczęła odrzucać moje kolejne starania, unikać mnie. W konsekwencji – pewnego dnia uciekła.

Nie było mi trudno odgadnąć – dokąd? Wiedziałem, że od dawna chciał odnaleźć ojca. Choć nie byłem tak całkiem tego pewien. Zacząłem ją śledzić. Kiedy przybyła do miasta, to jest: Warszawy, w którym jej ojciec zamieszkiwał przed laty – wynająłem samochod i potajemnie ruszyłem jej śladem.

Wszystko zakończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie pana syn. Okazało się, szukając ojca – znalazła jego. A potem pański syn brutalnie na mnie napadł i wykorzystując moje  chwilowe zamieszanie pomógł Małgorzacie uciec! W rzeczywistości, on mi ją ukradł! jak zwyczajny złodziej! Ukradł coś, co należało do mnie i za co powinienen być srogo ukarany.

…Cóż, opowiedziałem już panu wszystko. Mam nadzieję, że teraz więcej znajdzie pan dla mnie wyrozumienia.

Piotrowski ciężko westchnąwszy odezwał się wreszcie:

– W to, o czym mi pan opowiedział, panie profesorze, trudno jest uwierzyć! Pana historia mnie przerasta. Czyżby stał przede mną człowiek żyjący od kilku stuleci? Tak bywa tylko w bajkach!

– To pan mi naprawdę nie wierzy?! Czyżbym nie przekonal pana wcześniej o moich nadzwyczajnych możliwościach? – Krzyknął Babicki.

– Ach, tak, te pana skrzydła… A skąd ja wiem, czy to wszystko mi się teraz nie śni?

– To proszę się uszczypnąć! Przed panem naprawdę stoi swego rodzaju odwieczy tułacz…

– Tak, to jest szokujące! Nawiasem mówiąc, jeśli naprawdę żyje pan tak długo, jak żyje, to…  dlaczego nie zajął się spisywaniem historii? Na pana książki nie byłoby ceny, tak bardzo sprzedawne byłyby na pniu!

– Być może ma pan rację. Ale przeszłość mnie nie interesuje. Zmęczyłem się nią. Jedyną rzeczą, która może mnie uratować – to młodość, świeża krew, przedłużenie gatunku!

– A co się tyczy mojego syna… On postąpił jak dżentelmen. Zgodnie z honorowymi zasadami. Zawsze mu je wpajałem, – pewnie podsumował Piotrowski.

– Uczył go pan napadać na obcych ludzi?

– Uczyłem męstwa i odwagi, pomysłowości i umiejętności stwania w obronie kobiety! Nawiasem mówiąc, pomyślałem – Gosia jest pana córką! A pan zamierza wziąć ją sobie za żonę? Panie szanowny…

– I co z tego? Nie jesteśmy spokrewnieni. Poza tym, nie jestem biednym człowiekiem. Za pieniądze mogę zarejestrować nasze małżeństwo w dowolnym kraju. I poza wszystkim, proszę mi uwierzyć, zagwarantuję jej takie luksusy, o których nawet nie śni. Co z tego, że dzisiaj mnie być może jeszcze nie kocha? No to pokocha jutro, gdy się przyzwyczai, gdy zrozumie, jak dobrym i odpowiedzialnym jestem mężem i jak dobrym będę ojcem dla naszego przyszłego dziecka.

Mówiąc to Babicki zamachał rękami, a jego oczy błysnęły zarozumiale. Zerkając surowym spojrzeniem na swego rozmówcę Piotrowski powiedział:

– A nie nie boi się pan tego, co gotuje Małgosi i waszemu jeszcze niepoczętemu nawet dziecku? Przecież pan, w imię swych egoistycznych pobudek, zamierza wystawić ich na wieczne zgubienie!

Babicki westchnął, zrobił pauzę, jakby się nad czyms zastanawiając, a potem powiedział:

– Jest mi wszystko jedno… Nie mam już innego wyboru. A Małgosia jest młoda i piękna. Każdego dnia o niej myslę i pragnę się z nia połączyć małżeńskim węzłem!

Zapadła cisza. Słychać było, dosłownie, jak rura kominowa kominka szumiała spalinami. Zalegającaącisze w końcu przerwał Piotrowski:

– Proponuję panu wycofać się z tego przedsięwzięcia. Pojść do kościoła, klasztoru, pokajać się za swe grzechy, wymodlić przebaczenie…

Babicki roześmiał się:

– Nie zniósłbym czegoś takiego! Żyć i cierpieć przez kolejne wieki w klasztornych murach? Nie, to nie dla mnie!

Piotrowski poważnie zmarszczył brwi:

– Zawsze może pan zaaplikować sobie truciznę.

Babicki machnął ręką:

– Don Patricjo przestrzegał mnie przed samobójstwem. Wtedy będzie jeszcze gorzej. Wieczne męki w piekle… Ta droga, którą zaproponował, stwarza większe nadzieje i jest dla mnie wygodniejsza pod wieloma względami, i jest znacznie przyjemniejsza.

– To, przynajmniej, proszę mi oddać moją żonę. Co ona tu zawiniła?!

Sierpiński zmarszczył brwi:

– Zwrócę tylko w zamian za Małgosię, jeśli przyprowadzi ją pan do mnie.

Piotrowski ponuro spojrzał na płomienie.

– A mogę teraz przynajmniej zobaczyć żonę?

– Oczywiście! Ale ostrzegam, żadnych sztuczek. Bo to mi się nie spodoba. Widział pan mego cerbera? Jedno słowo, a rozszarpie pana na strzępy!

Weszli do pokoju obok, tak ciemnego, jak poprzedni. Zza gęstych zasłon sączyły się pojedyncze szaro-srebrne kosmyki światła. Na szerokim łóżku widniała czyjaś sylwetka.

Piotrowski próbował rzucic się w kierunku leżącej kobiety:

– Oleńko…

Babicki zatrzymał go dotykając jego ramienia.

– Niech się pan tak nie spieszy. Jest jeszcze w letargu. Zaraz ją z niego wyprowadzę.

Schylił się nad leżącą kobietą i zaczął czynić nad jej sylwetką posuwisto-okrężne ruchy dlońmi. Na ścianie ledwie odbijał się cień jego rąk z zakrzywionymi pazurami. Po chwili Aleksandra obudziła się. Stopniowo zaczęła postrzegać otoczenie i przedmioty. I nagle rzuciła się w kierunku męża.

– Jędrzeju, to ty… Dobrze, że tu jesteś!

Piotrowski uścisnął żonę, czując drgające ciało ukochanej osoby.

– Kochanie, jak się czujesz?

– Ujdzie… Wiem, że się o mnie martwiłeś. Uwierz mi… Wsiadałam do tego samochodu wbrew swojej woli… nie wiem jak to się stało. Chyba musiał czymś na mnie odziaływać pan Babicki…

Na ponurej twarzy stojącego obok Babickiego pojawił się słaby uśmiech.

– Zrobiłem to, aby zademonstrować swoją siłę, a nie po to, aby wyrządzić szkodę pani Aleksandrze. Myślę, że nie odmówi mi pan oddania mojej Małgosi, którą ukrywa rzem ze swym synem. Jak pan widzi, ja nie lubię żartować. Za to, gdy się ze mną wspólpracuje – potrafię odwdzięczyć się hojnością. Jeśli sprobuje mnie pan oszukać – naprawdę pożałuje pan. I zanim się zorientuje – pańska żona znów będzie u mnie! Tym razem już na zawsze. Ona jest od teraz w mojej pełnej władzy i mocy. Czasu na rozmyślanie ma pan niewiele. Mam już zakupione bilety na pociąg, paszporty i przyznane wizy do innego kraju. Wyjeżdżam jutro o piątej po południu! Proszę zapamiętać i proszę się pospieszyć… A teraz – jest pan już wolny.

Piotrowski opuścił mieszkanie do reszty otumaniony przygnębieniem.

 

Jesienna baśń – lista rozdziałów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *