Rozdział 11

Airbus oderwał się od pasa startowego i zaczął szybko nabierać wysokości. Wszyscy przylgnęli do okien, ciesząc oczy rozpościerającą się w dole panoramą Wiecznego Miasta.

– Finito. Bajka się skończyła. – Westchnęła smutno. – Przed nami znów szare codzienne życie. Ciebie to nie martwi?

– Tyle o ile, – pokręcił spokojnie głową. – Pozostają wspomnienia. Dopiero teraz pojąłem całą mądrość twojej filozofii uczestniczenia w tego typu podróżach: pieniądze łatwo stracić – v22ograbią, albo zgubisz… ale wspomnień nie odbierze ci nikt. I nic. Pozostaną na zawsze.

– Wiele można zachować w pamięci komputera, ale najważniejsze, co zachowa dusza. – Smutno szepnęła.

– Co to było? – Zapytał. – Powtórz, nie rozumiałem To jakiś cytat? Skąd?

Uśmiechnęła się.

– Nie, nie cytat. Po prostu, kto z kim przestaje takim się staje. Twój wpływ, Stanisławie. Wiele rzeczy zabieram stąd ze sobą, aby ożywiać sobie, co jakiś czas, pamięć. Ale tylko jedną rzecz – dla duszy.

Skinęła głową na stojący przed nią na składanym stoliku „zegar prawdy.”

– Dobry nabytek. Staję się przy tej klepsydrze prawdziwym nałogowcem, ręce same wyciągają się po nią. Mam nadzieję, nie masz nic przeciw?

– Na litość boską! – Wzruszył ramionami.

Rutynowym ruchem odwróciła klepsydrę.

– Zacznę od siebie… Pokajam się, trudno… Posłuchaj, proszę.

– Stanisław w geście przyzwolenia, a może bardziej: zwątpienia – spuścił oczy.

– Przez całą wycieczkę byłeś przeze mnie okłamywany. Opowiadałam ci o moich „przygodach-bajkach”. Rysowałam portret takiej wyluzowanej, współczesnej „feminy”, ale prawda, Stasiu, była inna… Tak! Siedzi tu obok ciebie totalnie zakompleksione strachajło, produkt purytańskiego wychowania rodziców, osobnik z wygórowaną dumą… Żebyś ty wiedział, jakich strasznych doznawałam katuszy, gdy przychodziło mi od kierowniczki grupy wyłudzać informacje o mężczyznach, żebyś wiedział, jak potem jeszcze bardziej cierpiałam, gdy musiałam udawać namiętność i doświadczenie w seksie, o którym niewiele, co wiem i niewiele rozumiem, o co w nim chodzi, gdybyś wiedział – to uciekłbyś ode mnie już podczas pierwszej nocy… A jeśli chodzi o odczucia – to już zupełny dramat… Wiedz, że podczas seksu prawie nigdy nie czułam nic, a tylko miewałam wrażenie, jakbym przyzwalała na procedurę gwałtu. Nawet nie wiem, co to orgazm… Nigdy go nie doświadczałam. Z nikim…

Nie odważył się spojrzeć na nią, ale mimo to nie wytrzymał, żeby nie dookreślić:

– Tak było też ze mną?

Skinęła głową.

– Tak. Choć nieco inaczej. Starałam się… Pukałam, pukałam do ciebie, ale nic się nie udawało. Czułam, jakbym miała do czynienia z chłopcem, pozapinanym na wszystkie guziki.

Milczeli przez długi czas. Wreszcie odwróciła głowę w jego stronę.

– No, ale nie mówmy o rzeczach smutnych. O swej bajeczce opowiedziałam, a jak sprawy się mają z twoim marzeniem? Mówiłeś, że nie na darmo przyjechałeś i dowiedziałeś się wszystkiego, co chciałeś. Wybacz, że mimowolnie po raz kolejny powraca ten temat, ale co poradzę? Dla mnie jest on bardzo ważny. Pomogłeś mi już w wielu kwestiach, przy tobie i dzięki tobie na przykład zrozumiałam, że przyczyna wszystkich moich porażek ma swoje korzenie w moim życiu osobistym, a raczej – w zupełnym jego braku… A może ty teraz podzielisz się ze mną tą twoją ostatnią tajemnicą? Jestem gotowa zapłacić każdą cenę, bo pieniądze są akurat tym czymś, czego mi nigdy w życiu nie brakowało i nie brakuje, a dla ciebie mogłyby być bardzo użyteczne.

Pokręcił wolno głową.

– Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Zwłaszcza, gdybyś płaciła nimi za moje osobiste sprawy. Takimi rzeczami się nie handluje… Przepraszam cię bardzo.

Znów na długo zamilkli. Wreszcie z uporem potrząsnęła głową.

– Dobrze, pozostała mi ostatnia deska ratunku, – i położyła rękę na „zegarze miłości” – Jak podejdziesz do  kolejnej i ostatniej już przed nim spowiedzi?

Zamyślił się.

– Chcesz powiedzieć, że mam odkryć przed nim cząstkę swej duszy? Cóż… Ten zegareczek, w istocie, może być przydatny. Tak wiele nakłamaliśmy wobec siebie podczas tej całej podróży, że teraz dobrze byłoby to i owo poodkłamywać. Może racja… A zatem, cóż, proszę bardzo… Co zrozumiałem? Pamiętasz tę moją frazę: „W miłości wszystko jest prawdą, ale prawdy o miłości – nie ma”? Jak wiesz, długo rozmyślałem na tą sentencją, ale nijak nie potrafiłem jej zrozumieć, a trzeba mi było ją przewrócić, jak choćby tę tutaj zabaweczkę. Nie ma jednej, jedynej dla wszystkich prawd prawdy, ona jest niepowtarzalna dla każdego poszczególnego przypadku. Tak samo jest i z miłością, ona – sama jak życie, zlewa się z życiem. Rozumiesz?… Ale jest jeszcze inna fraza, która usłyszałem w którymś z rodzimych filmów, (chyba „Pociąg” Kawalerowicza): „Każdy chce być kochanym, ale nikt nie chce kochać siebie.” Ta sentencja też długo siedziała we mnie cierniem, ale teraz, po podróży, odbieram ją inaczej: każdy kocha, jak umie, reszta jest filmem. Znowu wyrażam się niejasno? Dobra, przyjmuj ją jak chcesz. Ty – swego trupa z szafy wyciągnęłaś, mi – nie pozostaje nic innego, jak uczynić to samo. Tak, przyznaję, miałeś rację, nie wierząc, że nie miałem „kogoś”. Oczywiście: młoda, skąd miałbym wziąć inną, oczywiście – studentka: ulubiona, piękna, namiętna – miała w sobie wszystko, co sobie wymarzyłem. Byliśmy mistrzami w skrywaniu naszych relacji, a gdy nagle odeszła żona (nie układało nam się od samego początku, mariaż dwóch kompletnych niezgodności charakterów), choć czułem ból, koniec świata dla mnie nie nastąpił: w miejsce, gdzie spadłem, słomka od dawna była podścielona. Pełen radości pobiegłem do mojej ukochanej i oznajmiłem, że nic nam już nie stoi na przeszkodzie i w końcu możemy się połączyć. Prawdopodobnie, domyślasz się, co było odpowiedzią? Jako „cichy wielbiciel” i pomagier na studiach byłem idealną partią, ale jako mąż? W tym charakterze w ogóle jej nie pasowałem… Co mi zostało? Nagadałem jej wiele raniących ją słów, nazwałem zdrajczynią i zdecydowanie zerwałem z nią wszystkie relacje. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie by powiedzieć, że przecież byliśmy zadowoleni, że było tak wspaniałe, dlaczego wszystko mamy teraz zepsuć? Ale byłem nieugięty. Potem znowu zadzwoniła i powiedziała, że jeśli nie zmienię zdania, zgodzi się za mnie wyjść. Ale teraz to ja zacząłem się zastanawiać. Dałem sobie czas na refleksję, cały rok, podczas którego, nie powiem, starałem się znaleźć inną kobietę…

– Czekając na dobrodziejstwo losu? – Z uśmiechem mu przerwała. – Ach, jak brzmi znajomo… Tyle czasu straciłam na podobne bzdury, a kiedyś przeczytałam w kolorowej prasie śmieszne, choć prawdziwe zdanie: „dawać ogłoszenia na portalach matrymonialnych, to tak, jakby pisać do Komitetu Noblowskiego z prośbą o przyznanie sobie nagrody…” I rzeczywiście – był to szczyt naiwności… Ach wy, Chłopaki, – westchnęła, – jak kiedyś odnajdywały was nasze mamy?… Ale nigdy do końca się nie uwierzy, póki nie przekona się na własnej skórze.

– Cóż, jestem matematykiem, – westchnął smutno, – znaczy się: nie tylko liczyłem na dobrodziejstwo losu, ale przeanalizowałem i przerobiłem wszystkie opcje: portale społecznościowe, agencje matrymonialne, spacery po parku… Jak pewno już zgadłaś – Nagrody Nobla mi nie przyznano. Wtedy pomyślałem, że tak zdziczałem w ciągu tych moich lat pożycia małżeńskiego, a jednocześnie i w konsekwencji – zatrzymałem się w rozwoju, więc może przyczyna niepowodzeń tkwi tylko i wyłącznie we mnie samym? I że te moje poglądy na temat miłości, na temat współczesnych kobiet, a także ogólne – o życiu, są z gruntu przestarzałe i niepasujące do realiów? Dziwne, czemu w międzyczasie nie poduczałem się życia razem z własnymi córkami? W ten sposób narodziła się myśl o podróży do Włoch. To wszystko, co mogę powiedzieć. Rozumiem, że spodziewałaś się usłyszeć czegoś zgoła innego, a tu – wszystko takie ogólne, a jednocześnie zbyt indywidualne. Ja nawet nie wiem, jakie konkretne działania podejmę względem swego osobistego życia po powrocie, ale punkt oparcia – znalazłem. I wiele w tym wszystkim zawdzięczam, o dziwo, tobie.

Uśmiechnęła się kwaśno.

– Jak rozumiem – mojemu smutnemu doświadczeniu?

Pojawiły się stewardesy z wózkiem. Lunch. Kabina samolotu ożywiła się. Każdy się zastanawiał, jaka wybrać przekąskę, co do picia… On także się ożywił. Na brak apetytu nigdy się nie uskarżał.

– Jak myślisz, nie przeszkadzamy im swymi rozmowami? – Zapytał, korzystając z ogólnego zgiełku, – boje się, czy w końcu nie zaczną nas tutaj szykanować; kiedyż, gaduły, w końcu zamilkniecie?

Zmarszczyła nos, jak zwykle.

– Po pierwsze, nie mówimy głośno, a szeptem, a po drugie, każdy tu ma swoje problemy. Jeden śpi „opalony słońcem”, inny słucha na discmanie zakupione płytki, ktoś myślami jest już w domu. No, a jeśli komuś zostało jeszcze z kimś do pogadania – to ostatnia teraz możliwość. Podczas tej wycieczki zapewne wiele się między wszystkimi zadziało, a i tak na lotnisku wszyscy od razu rozbiegną się w różnych kierunkach. Prawdopodobnie na każdego ktoś będzie czekał, chociażby z nadzieją otrzymania pamiątki. Może beda i Twoje córki…

Prychnął.

– Ba-aa-rdzo mało prawdopodobne.

– Tak, tak, dwie twoje córki. Ty teraz urosłeś w ich oczach: tatuś po Italii podróżował. I jeszcze szczupła postać w rogu…

– Myślisz, że przyjdzie?

– Oczywiście. Ale prawdopodobnie już męczą ciebie moje rozmowy, pewno chciałbyś się także przespać, odpocząć?

– Nie, nie! – Pokręcił głową. – Na początku, tak, rzeczywiście byłem nawet zły, pomyślałem: „O mój Boże, było tak dobrze, po co ona to wszystko psuje?” Ale teraz myślę inaczej: to, co było piękne, pięknym i pozostanie, a i nasza rozmowa na swój sposób także jest wyjątkowa, niewątpliwie, będzie jednym z najlepszych wspomnień z całej podróży. Jak to powiedziałaś – wszystko dla pamięci i coś dla duszy. To właśnie było dla duszy.  Wiesz… tym swoim niezwykłym zwierzeniem całkowicie mnie dobiłaś. Dlaczego postanowiłaś wcześniej przede mną udawać i robić z siebie nimfomankę?

– Przecież gdyby nie to, natychmiast uciekłbyś ode mnie do innej kobiety. Komu potrzebne lodowate sople? – Zatrzymała się na chwilę, po czym westchnęła. – Nie powinnam chyba była zwierzać się. Czujesz się zraniony? Ale wiedz, że jak dla mnie – i tak było świetnie, ale potrzebuję jeszcze dużo czasu, aby to w sobie przetrawić.

Nie mógł się powstrzymać, przerwał jej, chociaż wiedział, jak ważne było, aby wysłuchać, dać człowiekowi się wygadać…

– Czekaj, czekaj, znowu coś nowego. To znaczy to: dla pamięci i dla duszy… – zaczął głośno rozmyślać, – w końcu zrozumiałem tutaj…

– Dobrze – uśmiechnęła się. – Zanim zrozumiesz prawie wszystko – zajdźmy we mnie jeszcze głębiej… Kwestia moich rodziców…  Moi rodzice – to ludzie dość zamożni. Piękny apartament z kilkoma sypialniami, na elitarnym osiedlu w centrum Warszawy. Brat i siostra również ustawieni życiowo. A ja – byłam ich najmłodszą, najukochańszą córeczką – wzorem posłuszeństwa, we wszystkim doskonała i nagle… ląduję na uboczu. Wywierali na mnie naciski, a ja tak bardzo chciałam wolności i niezależności… Resztę już znasz. Tam – u brata i siostry, naoliwiony przenośnik do przywożenia wnuków, a tu – z mojej strony nie ma nikogo. Oczywiście, po wszystkich doświadczeniach powinnam była do nich wrócić i zamiast zarabiania pieniędzy, a jak wiadomo – nigdy ich dość, skupić się na poszukiwaniu odpowiedniego męża. Wszyscy tak robią, więc czemu próbuję wyważać otwarte drzwi? Teraz w końcu zdałam sobie sprawę, że przyczyna tkwi we mnie,  nie w moich rodzicach. I tą przyczyną jest mój własny perfekcjonizm. Bodajże Babicki, którego dwukrotnie spotkaliśmy w Weronie, w którymś z felietonów pisał: „perfekcjonizm – to prosta droga do samozagłady”. Podążałam tą drogą. Zbyt wysoko podniosłam poprzeczkę, którą, wprost przeciwnie, powinnam była obniżać każdego roku coraz niżej: młodszą przecież już się nie stanę. Dam taki przykład, tylko boję się, że po nim zaczniesz uważać mnie za schizofreniczkę: jak już ci mówiłem, mam pełne „raporty” z każdej podróży, ale… Nie znajdziesz w nich choćby śladu mężczyzn, z którymi byłam. Pamięć o nich świadomie i stopniowo zacierałam. Początkowo jedna fotografię uznawałam za nieudaną, potem kolejną, a ten kadr na DVD – o mój Boże, jak łatwo ulatywał po ledwie jednym kliknięciu myszy! Myślisz, że to jest normalne?

– W świetle psychiki – nic w tym chorobliwego. A reszta – kwestia wyważenia proporcji. Po latach wspominamy tylko dla nas najważniejszych…

– No, tak, choć bardziej na odwrót, – prychnęła. – Wszystko efektem, jak to ująłeś, złego wyważenia proporcji.

– Niech i tak będzie…

– Więc co teraz powinnam czynić? Dokąd iść? Do rodziców pod skrzydełka, czy dalej zasilać szeregi ambitnych i gniewnych?

– Nie wiem, – pokręcił głową – zbyt gęsta to materia. Nikt poza tobą się w niej nie rozezna.

Odwróciła się do okna.

– I kto to mówi! Wiesz, w pewnym momencie podczas tej wycieczki wydawało się, że zamieniliśmy się duszami. Od samego początku wyjmowałeś mi z ust zdania o nadzwyczajnej, wiecznej miłości, ludzkich ideałach, bo to naprawdę były moje opinie i moje myśli. A ty teraz, co? Jesteś taki bezdusznie trzeźwy, taki realista… Tak powoli, mądrze, racjonalnie o tych samych rzeczach rozsądzasz? Zaczynam mieć wątpliwości, czy ty przypadkiem od samego początku wycieczki mentalnie nie zostałeś tam, w Warszawie, a wyjazd – był dla ciebie tylko czystą formalnością?

Spojrzała na stojący przed nią zegar.

– Dobra, w każdym razie, są to twoje osądy. Masz do nich prawo. Uważaj siebie za wygranego… Ostatnie pytanie: nie powiedziałeś mi w końcu, co napisałeś w swym liście do Julii?

Wolno pokręcił głową:

– Nie, nie gniewaj się, to naprawdę bardzo osobista sprawa. Ale powiem tak: napisałem jej, po prostu, o swym losie, nic więcej. W życiu zwykle otacza nas dużo ludzi… ale gdy zamierzasz podzielić się swymi najbardziej skrytymi myślami – nie masz z kim. Ona została moja spowiedniczką.

Podniosła na niego wzrok, zupełnie oszołomiony:

– Nie wierzę. To do ciebie niepodobne. Żebyś ty – racjonalista, przewidywalny w każdym calu matematyk, nagle postanowił odsłonić duszę przed jakąś fikcyjną postacią? Wychodzi  jedno z dwojga: albo przez całą podróż udawałeś kogoś innego, albo ja… w ogóle nie rozumiem ludzi.

Westchnął, uśmiechając się:

– Tak, ja rzeczywiście nigdy wcześniej nie posądziłbym siebie o coś podobnego, ale cóż? Wiesz… bardzo zmieniłem się w ostatnich latach, a ta podróż zakończyła pewien mój umowny proces dojrzewania. Nagle zdałem sobie sprawę, że mogę wiele stracić, jeśli pójdę w złym kierunku. Że najlepiej wrócić do samego siebie. Ty – stale powtarzałaś: marzenia, bajka. To, czego zaznaliśmy, to było z jednej strony i spełnianiem jakiś tam moich marzeń i twojej bajki. Dla mnie teraz jest tylko jedna wartość, której chcę zaznać w miłości – szczęście. Wszystko inne, jak już ci mówiłem, miałem.

Przysunęła do niego bliżej zegar. Wziął go w dłonie, przytrzymał przez chwilę, jakby uważnie się jemu przyglądając, ale tak naprawdę – aby kątem oka zaobserwować jej reakcję. Obserwował tylko przez moment: jej smutna twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

Po chwili westchnął:

– Cóż, co miałem powiedzieć – powiedziałem… – i ostatecznie cała swą „prawdę” i „miłość” schował w szczelne opakowanie.

Samolot podchodził do lądowania.

 

Kochankowie z Werony – spis rozdziałów

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *