Rozdział 6

– No i widzisz, – uśmiechnął się radośnie, – A ty co wczoraj mówiłaś? Patrzyłaś na mnie jakbym był jakimś ekscentrykiem albo szaleńcem, a okazuje się – nie jestem jedynym. Ci ludzie przyjechali tu ze wszystkich zakątków świata, jak myślisz, po co? Już odpowiadam. Z tego samego powodu co ja. I wiek nie odgrywa żadnej roli. Jak widzisz, jest wielu młodych, verona-romeo-and-juliet-copyjak i my, ale są i bardzo starusieńcy, ze swoimi starusieńkimi damami. Czyli, istnieje wielka miłość, aż do grobowej deski? Istnieje!

Ze sceptycyzmem milczała, nie zamierzając podzielać jego entuzjazmu, ale i nie sprzeciwiając się. Potem spróbowała zmienić temat:

– Tak, widzę… Jest tu też niewątpliwie mnóstwo psychów. I powiem ci szczerze: dla mnie nawet bardziej ciekawym jest obserwowanie tych ostatnich, niż patrzenie na omszałe mury włącznie z kamiennym balkonem. Nie rozumiem tylko jednego: czemu tak bardzo ci zależało na pogłaskaniu piersi Julietty?

Zakłopotał się.

– No, wszyscy tak robili, to i ja też…. Nie powinno się, ale tak robili… Rozumiesz, po prostu postąpiłem, jak inni.

– Rozumiem. Typowe tłumaczenie jednostki podporządkowanej regułom stada. Ech, ty marzycielu, i ty rozpowiadasz wszem i wobec o czystej miłości!? Wszyscy faceci na świecie są tacy sami. Tylko jednego od biednej Julietty potrzebują! O jakiej miłości tu mowa? Można było pocałować ją w rękę, klęknąć przed nią na kolanach, wypowiedzieć przygotowaną jeszcze w Warszawie romantyczną przemowę, ofiarować jej jakiś drobiazg, pamiątkę… cokolwiek. Ale żeby targać ją po piersiach?…

– Na szczęście, – westchnął, – Zrobiłem to na szczęście. Pomyślałem życzenie. Teraz będę czekał aż się spełni.

Prychnęła pogardliwie.

– A gdy tulisz się po nocach do mego biustu też robisz to na szczęście?

Zarumienił się.

– Być może.

– Czyli, to jest to samo?

– Nawiasem mówiąc, miłość Romea i Julii, zgodnie z przekazem Luigi da Porto, to jest – pierwszej osoby, która opowiedziała ich historię, nie była platoniczna. Co noc uprawiali seks i byli nim bardzo usatysfakcjonowani.

– Ale dopiero po ślubie, – zauważyła z namysłem. – Chyba że Szekspir nie zadbał o fakty i opisał inaczej.

– To prawda, – zgodził się i spróbował z pamięci wyrecytować: – „Chodźmy, chodźmy, nie traćmy czasu, we dwójkę nie zostaniecie, dopóki kościół nie połączy was w jedno”

Ziewnęła.

– Dobra, wybaczam. Chociaż, szczerze mówiąc, to nie był dobry pomysł głaskać ją po piersi na moich oczach.

– Czyżbyś była zazdrosna?

– Nie, tylko ostrzegam.

Nagle ożywiła się, jej oczy rozświetliły się pod przypływem jakieś nowej nawet dla niej samej niespodziewanej idei.

– Chcę się tam znaleźć, – wskazała palcem na balkon Julii.

Wzruszył ramionami.

– A kto ci nie pozwala?

– Nikt. Po prostu chcę tam być razem z tobą i zastanawiam się, jak uchwycić tę obecność na mojej kamerce, bo inaczej nikt mi nie uwierzy, że tam byłam. Może kogoś stąd poprosić o przysługę?…

– Wątpię, czy po takiej przysłudze kiedykolwiek jeszcze zobaczysz swoją kamerkę, – uśmiechnął się. – Tak więc, czy chcę czy nie, przyjdzie mi tu zostać i zmierzyć się z rolą operatora.

Zamyśliwszy się – w swój ulubiony sposób zmarszczyła nos.

– Ciekawy pomysł! Tylko…. No właśnie! Z kim wtedy będę się tam całować?

Jednak po krótkiej refleksji bez wahania ruszyła do drzwi wejściowych.

– Jak to tam mówiły te dwa koty z hotelu: Filemon i Bonifacy? Giovani sposi! Nowożeńcy! – krzyknął za nią.

Po pewnym czasie pojawiła się na balkonie wraz z miejscowym nadzorcą, którego całkowicie oczarowała, a to swym  słabiuteńkim, że aż sympatycznym językiem włoskim, a to absurdalnie wysokim napiwkiem, który mu zapewne wręczyła.

– Vi auguro tanta felicità per la vostra nuova vita a due. Congratulazioni!  – Na cały głos furkotał Italianiec, robiąc w jej kierunku tajemne znaki. – Perfetto, Bellissimo!

Do „męża”, jednakowoż, zza balustrady nie pomachała. Potem, uroczyście trzymając się za ręce z nadzorcą podnieśli głowy i wyjrzeli z balkonu. Podobnie jak każdych innych i ich także, pąsowiejących ze szczęścia, nagrodzono oklaskami. Operatore kamery także pomachał do nich ręką nie odrywając od wizjera swego oka.

Wróciwszy na dół, dumnie spojrzała na miejsce, skąd ledwie co przyszła i upajała się krótkimi chwilami swego tryumfu.

– No… Tak jak i powiedziałeś: nie wolno wycofywać się widząc przeszkody – a trzeba je pokonywać.

Jej nastrój wyraźnie się poprawił i była teraz całkowicie w swoim żywiole.

– Dobra, zdradzę ci coś… Ja też postanowiłam spróbować.

– Co konkretnie? – Spytał.

– Chwycić Juliettę za biust. Może i mi, w samej rzeczy, ten gest przyniesie szczęście? Chociaż w ogóle to jest straszne. Spójrz, nawet dzieci ją łapią. Po prostu jakiś koszmar!

W tej samej południowej sesji pozwolili sobie jeszcze na zaszczyt zobaczenia domu Romea i wielu innych atrakcji. W każdym miejscu uwieczniał swą towarzyszkę i na filmie, i na fotografiach. W końcu zmęczeni, przepełnieni wrażeniami postanowili gdzieś ulokować się na obiad i jednocześnie dać trochę odpoczynku obolałym nogom.

– Spójrz, znowu Babicki! – Zawołała nagle. – Przecież ten gościu w przeciwsłonecznych okularach i białej bluzie, który stoi przed wejściem do restauracji to Janusz Babicki.

– Kurczę! Faktycznie…

– Jakie to dziwne… – Westchnęła dziewczyna – Nasz rodak, którego nigdy wcześniej nie widziałam na żywo w Warszawie, a tutaj, proszę bardzo: spotykamy dzień za dniem… Można oszaleć!

Stojący kilka kroków od nich Janusz Babicki chcąc nie chcąc dostrzegł ożywienie dwojga młodych ludzi i zorientowawszy się, że przyczyną tego stanu rzeczy jest jego skromna osoba podszedł do nich, sympatycznie się uśmiechnął i odezwał:

– Dzień dobry państwu… Jak słyszę rodacy?

– Tak! Rodacy… Dzień dobry mistrzu… – przywitał go w swym własnym imieniu i w imieniu dziewczyny Stanisław.

– Miło mi powitać. Skąd państwo jesteście?

– My, z Warszawy… – odpowiedział.

– O Warszawa, moi krajanie, jakże sympatycznie!.. W ogóle, jakże zawsze miło mi spotykać w Italii przesympatycznych, młodych rodaków, a już szczególnie w tak uroczym, w tak magicznym mieście zakochanych i miłości, jakim jest Werona. Jesteście państwo turystami?

– Tak! – Kiwnął głową Stanisław. – Podróżujemy od kilku dni po Włoszech i teraz, na krótko, wpadliśmy do Werony.

– Prawda, że piękne miasteczko? Dom i grób Julii, jak widzę, właśnie co państwo zwiedziliście. A byliście już na placu Dantego?

– Plac Dantego? – Odezwała się wreszcie dziewczyna, – Nie. Jeszcze nie. A co to jest za plac?

– Plac, dla rodowitych Włochów, jak plac. Jakich w Itali bardzo wiele… Ale jakich w Europie bardzo niewiele. Piazza Dante wraz z romańskim dziedzińcem Palazzo della Ragione należy do najbardziej romantycznych miejsc w całych Włoszech. Dlatego, wam młodym, polecam zrobić sobie, wycieczkę wczesnym wieczorem, kilka minut po zachodzie słońca, przejść się pięknie rzeźbionymi schodami z różowego marmuru pod sklepienia średniowiecznych arkad, przysiąść na ławeczce, posłuchać śpiewu tutejszych cantanti di strada… I, oddając się marzeniom, pomyśleć życzenie. Jeśli tylko życzenie dotyczyć będzie miłości, to, jak głosi tutejsza legenda, nim zapieje kur na pewno się spełni.

– Och, to koniecznie musimy! Prawda Stasiu? – Zagadnęła podeksyctowana dziewczyna urzeczona osobowością pisarza.

– A gdybyście państwo zostali do weekendu, to serdecznie zapraszam też na Piazza Brà, a konkretnie do górującego nad nim teatro Arena. To jeden z symboli miasta, jeden też z największych rzymskich amfiteatrów na świecie funkcjonujących nieprzerwanie od pierwszego wieku naszej ery, do dziś… W ten weekend wystawiana na nim będzie moja sztuka pod tytułem: „Kochankowie z Werony”, którą perfekcyjnie zaadoptowała dla potrzeb tej niezwykłej sceny i wyreżyserowała znana zapewne państwu Caterina Fille, nawiasem mówiąc: wieloletnia moja współpracownica…

– O, tak… to ta pani redaktor z domu medialnego FPTB, znamy, znamy! – Przytaknęła z entuzjazmem dziewczyna.

– No właśnie… Bardzo mnie to cieszy. A musze państwu powiedzieć – tutaj, na półwyspie, znają ją i kochają chyba jeszcze bardziej niż u nas, w Polsce. Być może dlatego, że w żyłach pani Fille płynie autentyczna południowa krew, a część jej rodziny do dziś mieszka nawet we Włoszech…

– Tego nie wiedziałam, – ponownie odezwała się dziewczyna wpatrując się w oblicze pisarza, jak w jakiś święty obrazek.

– Niestety, nie będziemy na spektaklu. – Wtrącił się do rozmowy Stanisław. – Wyjeżdżamy jeszcze dziś wieczór. Musimy dogonić naszą grupę.

Pisarz Babicki sprawiał wrażenie nieco rozczarowanego.

– Mówi się trudno…- krótko skwitował, po czym zapytał: – Państwo, prawdopodobnie, jesteście młodożeńcami? – Stanisław nie śmiąc zaprzeczyć kiwnął bez przekonania głową. – Skoro tak, to wszystkiego dobrego na nowej drodze życia! Zapraszam zatem na przedstawienie u nas w kraju… Miłego pobytu w Italii!

Gdy Janusz Babicki pożegnał się z nimi i odszedł, spojrzała na swego compagno ze zdumieniem.

– Dziwne. Dlaczego nie chciałeś przyjąć zaproszenia na spektakl? I jeszcze skłamałeś, że wyjeżdżamy?

Wzruszył ramionami.

– A przecież tak bardzo chciałaś odwiedzić Florencję. Czyżbyś zamierzała i ją sobie odpuścić, podobnie jak Wenecję?

Pospiesznie przyznała mu rację.

– Nie, oczywiście. A ty… już zobaczyłeś tu wszystko, co chciałeś? Tak szybko?

– No, prawie wszystko.

– Podzielisz się swymi wrażeniami, co-nieco?

– Przy okazji…

Klamka zatem zapadła. Byli już zdecydowani na rozpoczęcie kolejnego etapu trasy.

– Taaak… Trzeba jeszcze raz przeliczyć ile zostało nam czasu…

Wykonał gest, jakby przesuwał z zatyłku na czoło wyimaginowany kapelusz.

– Może się mylę, ale stąd mamy wszystkiego tylko trzy godziny jazdy pociągiem, żeby dogonić naszych. Wieczorem będziemy na miejscu. We Florencji chciałbym przede wszystkim zwiedzić Galerii Uffizi. Co o tym sądzisz?

Zmarszczyła nos w swój zwyczajowy sposób.

– Mówisz serio?… I że co? Że mam zadzwonić teraz do kierowniczki grupy?

– Jasne, dzwoń!

 

Kochankowie z Werony – lista rozdziałów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *