Rozdział 21 – Impreza w Baden-Baden

„Jak podaje agencja DPA dziś w nocy w pięciogwiazdkowym hotelu Brenners Park-Hotel & Spa w Baden-Baden doszło do krwawego zamachu terrorystycznego, w wyniku którego wielu gości oraz liczny personel hotelowy przeniosło się do krainy wieczystego spokoju. Przebrana za postać prorosyjskiego watażki polska dziennikarka Clavia poodstrzelała z kałasznikowa świętujących biesiadników, jak kaczki. Podobno przyczyną heroicznego porywu młodej kobiety był zawód miłosny i nielojalność jej byłego kochanka, skądinąd dobrze nam znanego i cieszącego się nieposzlakowaną opinią doktora Patryka Trazoma. Pan doktor nie zapraszając swej byłej panienki na bankiet (z okazji pierwszego jubileuszu kliniki w Schwarzwaldzie) doprowadził lalunię do szału. Trwa dochodzenie śledczych. Po zakończeniu przesłuchań wszyscy, którzy uszli zuchwałej zamachowczyni proszeni są o powrót do hotelu w celu dokończenia egzekucji przez zdesperowaną pannę Clavię.”

– Boże! Babicki, schlałeś się i bajdurzysz bez sensu, jak durak! – głośno wyrażał nad sobą ubolewanie autor świeżo skleconej notki, nie kto inny, jak Janusz Babicki. – Kto dzisiaj kupi od ciebie takie dyrdymały? – No, nikt!.. A w ogóle, czemu tak szybko urwałeś się z imprezy? Mam nadzieję, że chociaż zapamiętałeś z niej cokolwiek?

I przez głowę strapionego pisarza Babickiego zaczęły przewijać się jak w wyblakłym filmie wspomnienia sprzed kilku godzin. Początek uroczystości; gospodarz bankietu kończy przemówienie słowami: …Panie i panowie… drodzy, kochani goście! Cały bar jest do waszej dyspozycji. Firma płaci dziś za taksówki do hoteli i waszych domów. Drodzy pracownicy Klinki: przypominam – jutro zaczynamy pracę o 11:00. Życzę fajnego wieczoru!” – urwał z humorem, zaczekał chwilę na oklaski, ukłonił się z wdziękiem i szusnął do stolika. A potem – potem już tylko: toasty, koncerty, balanga, tańce, przyśpiewki… – Że wytrwałem do północy to i tak prawdziwy sukces. Zwykle chodzę przecież spać przed jedenastą… – Usprawiedliwiał się…

Zaczął przeglądać nawrzucane „żywcem” do Facebooka foty: oto, na pierwszej – Patryk przy białym fortepianie gra nokturny opus 9 Chopina: włos rozwiany, orle spojrzenie na madaminy z pierwszych rzędów, na ich ckliwe facjaty, słowem very och! i ach!… Oto na drugim Carmen Muzicianu szepcze coś na ucho Caterinie prychając ze śmiechu, a ta przykłada palec do ust, jakby radziła być czujną, bo tajemnica uleci, jak balonik… oto na trzecim Bartus pochylając się nad Niną zachwala swe bicepsy i próbuje zachęcić ją, aby sama własną rączką namacalnie sprawdziła twardość… na kolejnym – Thomas z Mariną, a właściwie sam Thomas podziwiający futerał Stradivariusa, bo Marina stojąca kilka metrów dalej wpatruje się tylko w przyjaciela, jak w święty obrazek. Ale najlepsze ostatnie: znów Patryk przy fortepianie, tym razem w rozchełstanej szkarłatowej koszuli; Uśmiech od ucha do ucha, białe zęby lśnią, jak z reklamy Colgate; z tyłu stoi za nim Stentgraf i próbuje obiema rękoma wyrwać z ust Patryka olbrzymie cygaro. Czy wyrwał w końcu? – on Babicki tego już nie pamięta.

W ogóle niewiele co pamięta… Zmartwiony przysiadł na skórzanej otomanie, chwycił się oburącz za czerep, jakby zamierzał wyrywać zaraz sobie włosy. Nie byłoby to dla niego jakimś specjalnie trudnym zadaniem, jakoż zasobów ich uchowały się ledwie poletka. „Czort z bankietem, pomyślę o nim później, teraz muszę napisać opowiadanie, które obiecałem Patrykowi… Ale, cholera! Nic nie przychodzi do głowy! Co robić?… Wiem! Muszę zmienić scenerię, – skonkludował, – Zdecydowanie zmienić… Tylko na jaką? Tu – trzy piętra pode mną wszyscy nadal świętują i zachlewają się w trupa, aż chciałoby się nasłać babę z pepeszą, co by uciszyła… A ja męczę się i stękam, jak na jakim kibelku… Ach, jak ciężkie jest życie pisarza wiedzą tylko ci, co piszą!”

Wstał, podszedł do małego stolika z drinkami, nalał sobie malutką szklaneczkę toniku (dość już ma alkoholi!) wrzucił parę kostek lodu i ze zwinnością konesera natychmiast uszczknął łyczka przelewając w gardziołko. Głośno przepił napitek i cichutko sapnął.

„A może by tak coś zupełnie przeciwnego, niż tam, na dole… coś spokojnego, w pastelowych kolorach i odcieniach południa? – zastanawiał się.

– Co masz na myśli? – wtrąciło się do „rozmowy” super ego.

– Co? Co? – wkurzony odpowiedział, – a choćby i… Wenecja?!

– Hmm… Romantyk!… Ale, zaraz, zaraz… Niegłupi pomysł! Czyż nie tam, właśnie, jak zwierzył ci się przed kilkom godzinami Don Patrycjo, czyż nie tam zaczął się jego i Cateriny rozpoetyzowany młodzieńczy romans? No tam! Nie gdzie indziej! Good idea, Januszku! Siadaj i do roboty! Niech prawda o współczesnej Heloizie i Abelardzie wreszcie trafi pod strzechy!

Babicki udobruchany rozmową ze swym „aniołem”, autentiko podrajcowany nowym pomysłem skacowanej głowy ponownie zasiał do komputera. Po kilkunastu sekundach z szybkością światła (a przynajmniej z prędkością kałasznikowa użytego wcześniej przez Clavię), na świetlistym ekranie zaczęły migotać i przemieszczać się czarne literowe robaczki. Z minuty na minutę relacja nabierała tempa i rumieńców…

– Wreszcie! – zawołał Babicki, z chłopięcym zadowoleniem kiwając głową i uśmiechając się do swej kostropatej facjaty odbitej w lustrach apartamentu Numer Jeden.

*

Doktor Trazom niechętnie otwiera zaspane oczy. Nie może zrozumieć, co go tak nagle zbudziło? – Przeraźliwy krzyk mewy? Czy może skrzypienie okiennic wąskich domów wzdłuż kanału?… Spojrzał na zegarek: druga piętnaście. „No tak… – najbardziej wredna pora jaka tylko może być dla samotnego faceta, takiego właśnie, jak ja. Debilizm!…” – Zaklął cicho doktor. Wstał, podszedł na bosaka do wysokiego okna. Spojrzał na zamarłe w głębokim śnie miasto.

Księżycowy blask drżał na czarnej tafli i miejscowo fikuśnie połyskiwał po zabazgranych, niebieskawych, zaniedbanych ścianach. Zapach wody przemieszany z odorem zbutwiałych dachówek (przegrzewanych niemiłosiernie za dnia) – o tej dziwnej nocnej porze cisnął się zewsząd i małym lufcikiem ulewał do wnętrza jego izby. Otworzył na oścież okno. „Proszę bardzo! Śmiało, zapraszam was, weneckie pomroki! Moja izba do dyspozycji!”

Zdając sobie sprawę, że to tym razem nie sen, ani mara przeszedł przez łuk wieńczący olbrzymią sypialnię do niezbyt już wielkiej, choć przecież wcale niemałej, przytulnej kuchni. Jej ściany – od podłogi do sufitu obstalunkowane były antyczną mozaiką. Herb dawnego właściciela odlany w brązie ale i ciężki stół z hebanu – dodawały pomieszczeniu dodatkowej sekretnej dystynkcji i mistycznej aury. Za oknem – pod fioletowym niebem, nieruchomo ciemniał bujny tajemniczy ogród.

Zatrzymał się przy ekspresie do kawy, nacisnął włącznik. Potem podniósł telefon i w słabym świetle nocnej lampki jeszcze raz przeczytał SMSa: ‘We wtorek o 18:40 na naszym miejscu. Kasia’.

Zostały jeszcze dwa dni… i każdy z nich, – drobiły mu się myśli, – każdy z nich będzie okupiony długim i bolesnym wyczekiwaniem. Taką swoistą pustką w tym dziwnym i tajemniczym mieście zakochanych, pustką i oczekiwaniem na spotkanie z Cateriną… Ale, czy nadal moją?… – zastanawiał się. – I czy to w ogóle nadal ma jeszcze sens? – Nie formułując odpowiedzi uśmiechnął się do samego siebie z przekąsem. – Wszystko jedno. W końcu ja też już jestem zupełnie innym człowiekiem. A Kaśka – to zawsze będzie Kaśka. Z nią wciąż będzie można konie kraść!

Napełnił filiżankę czarnym plynem, wrzucił dwie łyżki śmietanki i zaczął wpatrywać się w białą rozetę krążącą w środku parującej porcelany. W końcu ocknął się, zorientował, że trzeba wymieszać. Wziął do ręki srebrną łyżeczkę i po chwili nocną ciszę ukróciło dzwonienie.

Ta… Cztery lata temu, no… w zasadzie cztery – będzie w czerwcu, siódmego… – i skracając sobie czas bezsenności mimowolnie zaczął przywoływać wspomnienia. Tu, w tej mrocznej izbie, w środku nocy były tak bardzo realne, jakby oglądał je na hologramowym ekranie…

Był piękny poranek. Gdy wyszedł na ulicę, aby odetchnąć świeżym powietrzem budzącego się dnia, gdy jego oczy wciąż koiła ścielącą się pod stopami mgiełka (od której błyszczały wilgocią ściany domów a barchata ciągnącą się pod dachy zieleń wdzięcznie okalała ramy okien), tego ranka, gdy szelest jego kroków zabawnie przekomarzał się z poszumem wody w weneckich kanałach – to właśnie tego poranka i w takich okolicznościach usłyszał jej ciepły głos:

– Pat, witaj!

Odwrócił się. Poprzez mleczną mgiełkę najpierw ujrzał szczupłą posturę gondoliera bujającego się na kanale, w takt wysokiego traumatycznie wypolerowanego nosa gondoli. Dopiero po chwili, tuż przed flisakiem, na wybetonowanym nabrzeżu dostrzegł sylwetkę kobiety. Nadchodziła właśnie od strony południowego słońca. Tak! To była Caterina! Zatrzymała się niepewnie, stanęła tak jakoś półprofilem i może dlatego w prześwitach porannej mgły łatwiej było mu dostrzec jej wzruszające niezdecydowanie, jej sylwetkę oblekaną promieniami słońca, jej przejrzystą i radośnie kolorową sukienkę, jak uciekające mgły, niźli dostrzec jej twarz… Podeszli do siebie: krok za krokiem – pomału, jak na filmie ze zwolnionymi klatkami, by w końcu bez słowa przytulić się jedno do drugiego. Wziął ją za rękę, zaprowadził do cierpliwie czekającej na „kochanków” gondoli, pomógł wejść na pokład i bezpiecznie usadowić się na wąskiej ławeczce. Miedziane obicia łodzi zabłysły w uśmiechu porannego słońca, w oknach kamieniczek zalśniły szyby. Tak dopełniło się ich romantyczne spotkanie.

Siedząc obok, czując ciepło jej biodra, opowiadał Caterinie o Wenecji. Ta – słuchała go bardzo uważnie i z zaciekawieniem wpatrywała się w twarz przyjaciela. Do miasta zakochanych przyjechała po raz pierwszy. Z mężem Witoldem. Ale Witold przybył do Wenecji tylko w interesach. Nie ma dziś dla swej żony czasu, i do późnego popołudnia mieć nie będzie.

W chwilowym cieniu przesłaniającego ich mostu – młody doktor decyduje się spojrzeć w twarz towarzyszki. Na jej miękkim prawym policzku dostrzega urokliwy mini-pieprzyk; jest tak przecudnej urody, tak subtelny, jak biedronka chwilę po powrocie z nieba. Czemu go wcześniej nie wypatrzył? Może dlatego, że zawsze hipnotyzowany czernią oczu Cateriny nie był w stanie widzieć nic więcej? A teraz ona siedzi obok niego, siedzi prosto, ze szczelnie zamkniętymi kolanami, ja dziewczyna z obrazu Marieschiego. „Tarasują? Czy raczej świadomie pobudzają moje męskie ego do zadziorności?” – zastanawiał się.

Wiosło w prawo – i gondola wślizguje się do wąskiego srebrnego kanału. Ona – lekko tracąc równowagę, szukając wsparcia mimowolnie wtula się w jego obrończe ramiona. On – chwyta za jej rękę. Przywraca swej współtowarzyszce spokój i bezpieczeństwo. Trzyma jej palce w swej dłoni. Są delikatne i nieważkie, tak bardzo nieważkie, takie efemeryczne, że sam nie wie: dotyka ich? Czy wiąż o dotyku ich tylko marzy?

Po kolejnym zakręcie znaleźli się w gorącym słonecznym kręgu. Tutaj – kanał jest szeroki, zapełniony licznymi bujającymi się na niewysokich falach gondolami. Czy to aby gondole? Czy li tylko kremowe plamki unoszące się na wodzie? Któż to może wiedzieć?… A te ciemne zielone cienie, czy to jakieś mistyczne stwory, czy zwykłe weneckie wodne tramwaje, których o tej porze na pęczki? – Raczej jednak te drugie…

Łódź płynęła i płynęła jakby w takt szopenowskiej barkaroli, a srebrzysto-perliste fale, gardłowe krzyki gondolierów i ich pełne wdzięku w oślepiającym cieple słońca ruchy wioseł – dopełniały beztroską aurę weneckiego poranka.

Budynki po prawej i lewej błyszczały bielą aż do bólu oczu. Caterina mruży powieki, wyciąga nogi, rozprostowuje w kolanach. I oto młody pan doktor widzi nieduże kobiece stopki z polakierowanymi na wiśniowo paznokietkami, otoczone białą pajęczyną cienkich rzemyków. Jakże chciałby je wszystkie porozpinać, by ucałować te małe, śniade paluszki, każdy z osobna…

Niedostrzegalnym ruchem – tak zrywa się do lotu kolorowy motyl wystraszony pojawianiem się cienia… Tak włosy Cateriny, gdy nagłym ruchem głowy odwraca się do Patryka – rozsypują się na opalonych ramionach. Z jej ust pada miła jego uszom i fotolia_11057704_subscription_labsolutnie piękna  propozycja:

– Idziemy, Patryku, tam na śniadanie?

I Caterina oczyma pokazuje na pedantycznie ustawione stoliki naprzeciwko garbatego kamiennego mostka. Każdy z nich ochrania przed słońcem stożkowa kopułka z frędzlami. Okrągłe stuletnie jamniki – ze śnieżnobiałymi obrusami otoczone czarnymi weneckimi krzesłami łaszczą się do przypadkowych przechodniów i zapraszają w gości. Ale nie ma przy nich nikogo i w cieniu budynku pokrytego czerwoną dachówką stoją zupełni puste. Czyż nie czekają właśnie na Caterinę i Patryka, by zasiedli przy nich i pośniadali?

Z parapetów drugiego piętra zwisają liliowe pnącza jakiś egzotycznych roślin. Mijając pierwszą kondygnację zatrzymują się na markizach nad oknami parteru. Mimo późnego ranka nadal co jakiś czas wzdrygają się po doznaniach nocnego chłodu a wykroplona rosa skapuje z ich liści na kolejny liść, by zakończyć podróż na płatkach białych róż usadzonych w glinianych wazonach.

– Gondoliere! Si prega di attraccare qui! – zawołał Trazom do flisaka.

Nadbrzeżna ulica parzy ich podeszwy słonecznym żarem. Powietrze drży duchotą palącego słońca. Zapach kawy, świeżych wypieków i południowych owoców miesza się z wonią mocnego tytoniu i wody w kanale.

Siedli do stolika naprzeciwko siebie. Pewno dlatego, by każde mogło patrzeć w oczy drugiemu. I gdy zasiedli – na chwilę między „weneckimi kochankami” zapanowała krępująca cisza.

– Żałujesz, że zgodziłaś się potowarzyszyć mi na spacerze? – przerwał pustkę Patryk, subtelnie patrząc, nieco z ukosa, w oczy Cateriny.

– Ani trochę! Zaczynam żałować, że mogłoby to się nie zdarzyć. – Intrygująco odpowiedziała, wyciągając rękę ku mokremu kwieciu, na powierzchni którego rozbija się kolejna kryształowa kropla – ta znad markizy.

Cud letniego poranka, elegancja kobiecej dłoni o subtelnym delikatnym rysunku, piersiowy śmiech Cateriny – to wszystko ulewa się w duszę Patryka słodkim napojem, jak pachnący miód. Długo jedli śniadanie doznając niezwykłych kulinarnych rozkoszy. Co rusz rozsmakowywali się nowym rodzajem sera, kolejnymi warzywami, ostrygami, owocami morza, i wreszcie na zakończenie – ich usta delektowała czerń rozpalonej kawy serwowanej w maleńkich pozłacanych filiżankach.

Sylwetkę Cateriny od dołu do biustu pokrył półcień, ale twarz w promieniach słońca cała jaśniała. Spiekotą i rumieńcem płonęły także jej policzki. Przesunęła się z krzesełkiem nieco obok (bliżej Patryka), aby lepiej schować się w cieniu. A potem już – z właściwą sobie kobiecą zręcznością – wyciągnęła z torebki niezbędne instrumenty i po kilku trickach szybko odzyskała poranną świeżość oczu, warg i całej twarzy. Szparko spoglądając w małe lusterko, zadała pytanie:

– Naprawdę musisz dziś wyjeżdżać, Pat?

Pat spojrzał na nią sentymentalnie, smutno się uśmiechnął.

– Naprawdę, Kati! – odpowiedział. – Czekają na mnie w szpitalu. Nie mogę zawieść pacjentów, przecież wiesz…

– Szkoda… – cicho westchnęła.

– Zerkniemy jeszcze na Piazza San Marco? – zaproponował, – Zgadzasz się?

– Pewnie! Ale chodźmy na piechotę! Będziesz moim własnym przewodnikiem…

Caterina lekko wstaje od stołu, wystawia mu ramię i pod eskortą męskiego silnego barku wchodzi pod ciemnoniebieskie niebo z bufiastymi obłokami. Za to z drugiej strony nieba szare deszczowe chmury zdążyły już zakryć lwią część słonecznego kręgu. Idzie na burzę? – pewno tak… Ze splecionymi wciąż ramionami przechodzą przez ulicę i… schowawszy się pod niskim łukiem nad dziką ścieżką, w tej samej chwili obydwoje zaznają czegoś, na co Francuzi od dawna mają stosowne określenie: „coup de foudre”. Nie widząc i nie słysząc wokół siebie absolutnie niczego (i nikogo) – zaczynają się nieprzytomnie całować. Ona pierwsza zaczęła? On zaczął? – żadne z nich nie zapamiętało. Ile trwały pocałunki? Minutę? Pięć? Dziesięć? – i tego nie wiedzą. I tylko co pewien czas odklejają się od siebie, nabierają powietrza i znów łączą się w gorących, namiętnych nawałnicach Erosa.

Przy kolejnym „postoju” – gdy zobaczyła, że ujrzał jej pociemniałe od doznawanego szczęścia oczy – spłoszona cofnęła się o krok i z zawstydzeniem przyłożyła dłonie do policzków. Były całe rozpalone.

– Co my narobiliśmy! – cicho, bezwolnie jęknęła Caterina … – Pat, proszę… chodźmy już stąd, no chodźmy, Pat!…

I wtedy on, acz niechętnie, ale także i samemu doświadczając lekkiego zawrotu głowy, zaczął prowadzić ją wzdłuż niezliczonych, ciasnych uliczek, między mrocznymi domami z nierzadko rzeźbionymi balkonami, wzdłuż pokrytych zielenią wiekowych murów, przez wrośnięte w ziemię prymitywne mostki nad zielonymi kanałami, przez nieliczne klomby i ogrody… Wolno, szybko, szybciej! Niebo coraz bardziej ciemniało. W suchym wciąż powietrzu wirowały przedburzowe paprotki i mieszając się z ostrymi zapachami kwiatów i tysiącletnim kurzem – dudniący pomruk zza pleców nadrabiał zaległości i doganiał ich. Smalił już prawie po ramionach. Dokładnie wtedy, gdy postawili stopy na Placu Świętego Marka nad ich głowami rozpętała się nawałnica.

Pod eksplodującą w powietrzu topielą dobiegli do najbliższej arki Pałacu Dożów. Tam ponownie ją objął, a czując pod cienką bluzką jej rozszalały stukot serca a na twarzy jej gorący oddech zaczął zbierać ustami z policzków i czoła Cateriny krople deszczu. Jeszcze raz przytuliła się do niego mocno i bardzo mocno. I ponownie ich wargi łączyły się w namiętnych, niekończących się pocałunkach… Jeszcze, zanim się w końcu ocknęli – nieznacznie rozstawiła nogi i uwięziła w potrzasku mimowolnie cisnące się w pułapkę jego kolano. Uśmiechnąwszy się jak zwyciężczyni jakiś bliżej nieokreślonych zmagań z nieskrywaną szczerością szeptała mu do twarzy:

– Dziś doznałam czegoś najpiękniejszego w życiu, czegoś, o czym dotąd tylko mogłam marzyć w snach: radości z pływania gondolą po weneckich kanałach, cudownego śniadania przy krzewach białych róż, naszych pocałunków w ciepłym deszczu… I teraz już tylko się zastanawiam: prawda li to była, czy nieprawda?… Ten plac, na którym tulimy się w ramionach mówi mi jednak wyraźnie: Prawda!

– Bo to naprawdę Prawda, Kasiu… i dla mnie był to jeden z najpiękniejszych dni…

Bala się tego, co zaraz zrobi, ale przecież musiała: spojrzała na zegarek!

– Pat, drogi mój, tak mi przykro… ale… ale już muszę wracać do hotelu… Wracać do swych szarych obowiązków, do Witka, którego od dawna nie kocham, do pracy i projektów, którymi coraz bardziej zasypuje mnie Janusz… Takie jest właśnie dziś całe moje życie. Puste i bez miłości. Chciałabym wierzyć, że kiedyś jednak będzie inne: szczęśliwsze, ciekawsze, u boku kochanego mężczyzny…

– Wiem, że od dawna żyjecie obok siebie, z Witkiem… Te nasze pocałunki, Kasiu… Nigdy by ich nie było, gdybym miał pewność, że się jeszcze kochacie…

Spuścił na chwilę oczy, jakby czegoś szukał przy stopach, po chwili jednak wziął jej dłoń, uniósł do swych ust i delikatnie pocałował.

– I zapamiętaj to miejsce… – kontynuował, – To już na zawsze będzie „naszym miejscem”, Kasiu… to, w którym padły teraz te nasze słowa i gdzie na zawsze połączyły nas pocałunki!

– Zapamiętam, Pat… – i odpowiedziawszy próbowała się wyrwać z ramion Patryka… żeby uciec? Ale dokąd? Z jakiego powodu?… Uciec, byle szybciej, byle dalej.

– Zaczekaj! – przewidując reakcję Cateriny chwycił ją mocno za rękę i nie pozwolił, aby odeszła bez pożegnania, – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz…

– Wiem, Pat, Wiem… będę wierzyć!

– Zadzwonię po taksówkę…

Wybrał numer telefonu, wytłumaczył, gdzie trzeba podjechać, poprosił, aby szybko. I obydwoje uświadamiając sobie konieczność niechybnego rozstania, przerywając jedno drugiemu nawzajem wygłaszanymi zapewnieniami o wierności i pamięci, znów rzucili się sobie w ramiona i tuląc się, łącząc w kolejnych pocałunkach, na powrót się tuląc przypominali sobie zapachy kawiarenki, niski łuk, dziką ścieżkę, gorące pieszczoty i przyspieszony oddech Kasi w „ich miejscu”…

Taksówka podjechała niestety! dosłownie po trzech minutach. Usadziwszy ją i pocałowawszy w rękę na ostateczne pożegnanie, jakby przestrzegając kierowcę, aby dowiózł Kasieńkę szybko i bezpiecznie do hotelu – wcisnął makaroniarzowi w dłoń – w formie zobowiązania – stueurowy banknot.

Nie minęła północ, jak jego samolot wylądował na dworcu lotniczym w Poznaniu…

I w końcu minęły te trudne, męczące, samotne dwa dni. Na wyznaczone miejsce przyszedł pół godziny wcześniej. Robi tak zawsze w odniesieniu do przyjaciół. Cierpliwie czekał na Caterinę patrząc na gołębie, na zmierzchające niebo, na rozświetlające się w przedwieczornym mroku latarnie. Minęły kolejne dwie godziny. Ruszył powoli w kierunku skarpy kanału, wdychając wiosenne – napojone zapachem kwiatów powietrze. Już wie na pewno: ona – Caterina – nie przyjdzie, nie przyjdzie ani dziś, ani jutro. Zresztą, przed chwilą na potwierdzenie dostał krótkiego SMS-a: „Nie czekaj. Muszę lecieć z Januszem do Sztokholmu”. Gdyby nawet nie leciała, w sumie: po co miałaby przyjść? W ciągu tych czterech lat w życiu i jego, i jej zaszło tak wiele zmian, że w ich następstwie obydwoje stali się zupełnie innymi ludźmi. Czyż nie podobny los spotkał filmowych bohaterów „Parasolek z Cherburga”? Kochali się, z konieczności rozstali – ale czy po kilku latach przymusowej rozłąki zdołali wrócić do siebie? Nie! Każde z nich ułożyło sobie przyszłość na nowo. Ot! Życie. Ona – Caterina Fille – powtórnie wyszła za mąż, urodziła dziecko, On – Patryk Trazom – po wielu miesiącach alienacji i nawet choroby psychicznej cudownie został uzdrowiony, stając się jednocześnie zupełnie nowym, innym człowiekiem, z innymi perspektywami, celami życia, marzeniami, planami. Czy Caterina nadal mogłaby być kamykiem w mozaice jego marzeń? Już chyba nie… Na pewno nie. Nie wchodzi się przecież dwa razy do tej samej rzeki… A gdyby jednak się weszło? – co wtedy?…

– Januszu, jesteś tam! – nagle zza drzwi apartamentu Franka Marrenbacha – właściciela Brenners Park-Hotel & Spa – rozległy się czyjeś niecierpliwe nawoływania i stukot. – Janusz! Otwórz, proszę!

*

Nie. On – Janusz Babicki – nie miał oczywiście żadnego trudu z rozpoznaniem natręta (tu raczej: natrętki). To była, rzecz jasna, ona – Caterina. Tylko skąd, na Jowisza! wytropiła go w tym, jak mu się zdawało, anonimowym i absolutnie bezpiecznym azylu? I Babicki raz kolejny przekonał się, że przed Sherlockiem w spódnicy – on – jej od niedawna pobratymiec z Zakonu (a ściślej: od niedawna Ona – jego) nigdzie się nie schowa, donikąd nie ucieknie, a przynajmniej nie ucieknie bez jej wiedzy…

Niepocieszony przerwał eksplozję weny twórczej, odryglował zamek i ostatecznie dekonspirując się przed swą wszechwiedną przyjaciółką – z niepyszną miną otworzył.

– Mój Babicki, co się z tobą dzieje? – Zapytała mierząc go od stóp do głów przenikliwym, prawie groźnym spojrzeniem, – Wszyscy na dole pytają, gdzie Janusz? Co się z nim dzieje? Czy może źle się poczuł?… Patryk już nawet chciał lecieć po swe utensilia…

– Jak mnie tu namierzyłaś? – wciąż z nieco obłąkanym wzrokiem spoglądał na Caterinę.

– Jak, jak? Też problem… Przecież wiem, że przyjaźnicie się z Frankiem. Kto mógłby ci tu użyczyć swego „cichego” apartamentu, jak nie on? Wystarczyło więc, mój Babicki, wyniuchać na recepcji, gdzie szefa gniazdko i czy puste…

„No tak… Nie bez powodu zwali ją 007″ – pomyślał.

– Napijesz się czegoś? – wciąż z głupkowatą miną zachęcił.

– Przestań! Nie brakuje drinków na dole! – skarciła go. – Zbieraj się, Babicki. Ratuj Marinę, bo zupełnie traci rozum i nie da spokoju mojemu Thomasowi. A i Patryk chciał wreszcie przekazać wam spóźnione dla maluszków prezenty, a tu – raz ty out, raz twa żoncia, bo gdy zziajana jest tańcem natychmiast wystawia ramie i przykazuje Thomasowi oprowadzać się po ogrodach…

– Marina z Thomasem? O czym ty mówisz? – i pomału zaczął wracać z zaświatów na ziemię.

– Bierz marynarę i biegiem na dół! Nie ruszę się stąd bez ciebie… O czym mówię? Przekonaj się sam! Dosłownie wiesza się, ta twoja ‚honey” Tomkowi na szyi (na szczęście tylko podczas tańców). I tak od godziny!

– Acha. – Bez emocji skwitował. – To nic.

– Co, acha? Jakie, nic? Babicki, nie poznaję ciebie. Ty żyjesz w ogóle? I co ty tu robisz od prawie pół nocy?

– Ja? No, piszę…

– Wariat! Naprawdę wariat z ciebie, Januszu! Tutaj wszyscy się bawią, szaleją, a on – pisze… Znalazł sobie miejsce na biuro i pisze.

– …piszę o Patryku, a właściwie dla Patryka, przecież to jego święto. – Próbował klecić naprędce jakieś wiarygodne usprawiedliwienie.

– Rozumiem, pracusiu…. Dobrze. Napiszesz, ale po powrocie. To jest mój rozkaz! A teraz zbieraj się, powtarzam, bo zaraz sprowadzę tu całe towarzystwo!

– Kasiu…

– No co jeszcze?

– Skoro jesteś, może moglibyśmy, no wiesz… może wskoczylibyśmy razem na naguska do jakuzzi? Tutaj jest całe pozłacane i oprócz wody można napełniać je szampanem… Właściwie już jest napełnione szampanem i tylko czeka na „gości”. Marrenbach mówił, żeby się nie krępować. Kilka razy nawet można zmieniać rodzaj szampana.

– Oj Babicki, Babicki… – ciężko, a może na pokaz, westchnęła. – Tylko jedno ci w głowie. Masz szczęście, że nie słyszy twych słów mój Thomas, ustawiłby cię, mój ty niepoprawny kusicielu, do pionu! – I zanim wygłosiła dalszą kwestię pomyślała chyba o czymś zabawnym, bo za sekundkę uśmiechnęła się od ucha do ucha i rzekła: – Muszę porozmawiać z Marinką. Niech weźmie cię na trochę wyższe obroty. Może wtedy znormalniejesz…

– A ja sądziłem, Kasieńko, że normalność faceta przejawia się tym, że okazuje żywe zainteresowanie seksapilem pięknych dam…

– No dobra. Koniec filozofii. Idziemy! – odpowiedziała niby stanowczo, a niby z przekomarzaniem.

– Szkoda, bo miałem nadzieję, że gdy wskoczymy do jakuzzi zrobisz mi przyjemność…

– Cholera, no zaraz go czymś walnę, – przerwała mu, na szczęście z uśmiechem na ustach, tym samym łagodząc groźbę, a nawet zamieniając ją w żart.

– …i podczas kąpieli zechcesz odsłuchać spisanej przeze mnie historii swego młodzieńczego romansu.

– Że czyjego… Mojego?? Babicki, co ty znowu smalisz na mój temat? Ileż razy ci powtarzałam, abyś znalazł sobie wdzięczniejszy obiekt dla swych czytelników?! Nie dość ci skandali, których ci nieraz dostarczałam za friko?

– Widocznie, moja Kasieńko, nie dość… – i uśmiechnął się chwytając ją leciutko za rękę.

– I nie szkoda ci pióra i klawiatury na tę zakichaną highfashionistkę i generalnie pustaka przez duże P? Niemożliwy jesteś po prostu! (- Nie zabrała ręki)

– Nie. Nie szkoda. – spokojnie odpowiadał. – lubię pustaki przez duże P. Z nich inżynierowie budują Pałace. Przypominam – jeden z budowniczych stoi właśnie przed tobą!

– No, pokaż, co żeś tam ponawklepywał do kompa… – nieco udobruchana poprosiła.

– Chwila, chwila… To jak z tym jakuzzi? Dobijemy targu?

Babicki od początku wiedział, że gdy kobieta poświęca swój zawsze cenny czas na pobrany plikodszukanie schowanego przed całym światem mężczyzny, by odnaleźć go w końcu w eleganckiej kryjówce, w najdroższym apartamencie pięciogwiazdkowego hotelu, to bynajmniej nie po to, aby ciosać mu kołki na głowie… Wiedział też i doskonale znał brzmienie uniwersalnego prawa dotyczącego pięknych dam: ich głośno artykułowane „Nie”, to dokładnie to samo, co w myślach wyszeptane, wymarzone: „TAK”!

– Janusz, tam na dole naprawdę czekają…

– Tylko kwadransik i sfruniemy do nich na dół, obiecuję!

– I w jakuzzi naprawdę jest już szampan?… Kurczę! nigdy czegoś takiego jeszcze nie doświadczałam…

– No przecież! Babicki nigdy nie rzuca słów na wiatr.

Caterina podeszła do drzwi od apartamentu, które przez cały czas były lekko uchylone i delikatnym kopnięciem zatrzasnęła je na wewnętrzny zamek.

– Tylko pamiętaj: jakuzzi, nic więcej… I musimy się spieszyć. Bo zaraz jeszcze zaczną szukać nie tylko ciebie, ale i mnie.

– Twój wielbłądzik już czeka na swą amazonkę, – i gwałtownie zrzuciwszy z siebie wszystko, oprócz bielizny, klęknął i zaraz po chwili stanął na czworakach, gotów na plecach przenieść swą panią do znajdującego się w sąsiednim pomieszczeniu mini-spa.

Tymczasem Caterina w ciągu sekundy odpięła z obu stron dwa guziczki i jej malinowa princessowa sukienka od Diora z pozłacanymi falbankami (warta co najmniej ze cztery tysiące euro), jak zwykła kolorowa, choć oczywiście piękna szmatka zsunęła się i wylądowała na podłodze. W ślad za sukienką szybciutko i stopy uwolniły się od bucików, oczywiście – w identycznym malinowym kolorze, ale, co dla Janusza było najciekawsze – te szpilkowane buciki wcale nie były od Louboutina!

Tak! Trzeba to powiedzieć jasno: jest kilka rzeczy, które Babicki wielbi nad wszystko. Na przykład szpilki od Loubutina pod stopami pięknych pań. Ale nie tylko. Bez wątpienia jego listę zaczynają nieziemsko seksowne nogi Cateriny, zawsze skrywane pod osłoną pięknych, stylowych pończoszek. Te, które dziś miała na sobie i na które grzecznie spoglądał z perspektywy podłogi, były doprawdy przeurocze: w górnych partiach bogato zdobione koronkami ze srebrnymi detalami i kokardkami. Z tyłu – wzdłuż całej pończochy – fantazyjny wielowzorkowy szew, po którym nawet ślepiec posuwając paluszkami bez trudu trafiłby do celu.

Podszedł na czworaka do swojej treserki. Zaszczekał: chał, chał! (swoją drogą, od kiedy wielbłądziki szczekają?)

– Wariat jeden! – zaśmiała się wesoło i gdy siadła na jego plecach – od razu ruszyli do przodu.

Po minucie dotarli do pomieszczenia ze złotą misą. W istocie: po brzegi wypełniona była zupełnie znośnym szampanem. Wetknął palec do wanny, oblizał:

– Francois Voyer XO 1er Cru – prima sort! – pochwalił.

– Zgaś światło, Januszku, i zapal świeczki… Lubię kąpiel w półmroku, – to mówiąc, podobnie jak już wcześniej uczynił to Janusz, szybko zdjęła z siebie resztkę odzieży i po chwili, jak Pan Bóg ich stworzył, pławili się nagusieńcy w słodko-orzeźwiajacych bąbelkach.

Kąpiel – zgodnie z obietnicą trwała w zasadzie tylko kwadransik, drugi jednak z konieczności musieli poświęcić na „prysznicowanie”. Wszystkie zakamarki ich ciał kleiły się wszak ‘szampańskim miodzikiem’. Aby nie stwarzać sobie dalszych pokus (czas przecież naglił!), z kabiny natryskowej korzystali bardzo rozsądnie: po kolei i osobno.

– Miło było, – podsumowała Caterina po skończonych zabiegach, ubrana i doprowadzona do porządku. – Chętnie kiedyś skorzystałabym raz jeszcze.

Wyrażając życzenie nawet nie przypuszczała, jak krótko przyjdzie jej czekać na realizację… Tymczasem także Janusz doprowadziwszy się do porządku, i nieco posprzątawszy w pomieszczeniach, przepił z Cateriną przed wyjściem kieliszeczek Chardonnay, po czym opuścili apartament udając się niedługim korytarzem do windy.

– Że też od razu nie wykumałam, iż apartament właściciela ma numer Jeden i jest w tym samym korytarzu, co wasz z Riną i ten, wiadomo: Patryka. Szybciej bym cię wtedy odszukała. – Podzieliła się poniewczasie uwagą Caterina.

„Może i lepiej, – pomyślał Babicki” – dzięki temu więcej udało mi się napisać… Szkoda tylko, że nie zdążyłem z epilogiem. Rozważania Patryka robiły się ciekawe… Ale może i dobrze? Może samo życie dopisze Patrykowi epilog?!”

– W końcu cię nie spytałem, – zagadnął Janusz, – spodobało ci się spisane przeze mnie wasze „Love story”?

– Spodobało, mistrzu, choć nie wiem, czy spodoba Patrykowi?… On nie przywykł, do ujawniania sekretów swego serca…

– Sam mi się zwierzył… I dał wolną rękę…

Naciskając guzik przywołujący windę Babicki przycisnął Kasię do swego torsu poddając się refleksyjnym rozmyślaniom. Lubi tę dziewczynę. Bardzo lubi. Nie ma drugiej takiej na świecie, która tak dobrze rozumie go i wspiera. Jako inteligentna, wykształcona, odpowiedzialna ale i niepruderyjna kobieta jest idealnym człowiekiem, któremu może ufać i powierzać najbardziej intymne sekrety, na której pomoc, ofiarność, dyskrecję zawsze może liczyć, podobnie zresztą, jak Ona na jego. Czyż taka symbioza dwojga ludzi biznesu nie jest idealna? W świecie wielkiej finansjery zaufanie i odpowiedzialność to najważniejsze wartości. Te – u nich funkcjonują perfekcyjnie. Tak! Jest idealna ich symbioza. A że lata wspólnej pracy bardzo ludzi do siebie zbliżają – jest nie tylko idealna, ale i praktyczna. Zahamowania, bariery, hipokryzja, wyzysk, upokorzenie, odgrywania się i małostkowość – jak w otoczeniu tego typu słabostek można wygrywać i odnosić sukcesy? Obojgu od początku było wiadomo, że nie da się. I oboje budowali tę symbiozę ab Iove principium. Owszem, oboje mają swe własne rodziny, oboje kochają swe własne drugie połowy, swe własne dzieci, ale gdy drzwi domu zamykają po zewnętrznej stronie i gdy oni – Janusz i Caterina – stają się jedynymi podróżnikami rakiety mknącej do gwiazd, to czemu na czas podróży ich związek miałby być czymś gorszym, od każdego innego związku, wątpliwym moralnie i nagannym? Oni uważają, że nie ma ku temu powodu. A że taka ich relacja mogłaby być dziwną dla kogoś? – to i co z tego? Czyż cały świat nie jest w każdym ze swych aspektów dla kogoś dziwnym? Jest! Dlatego mądrość człowieka, a w efekcie uzyskiwana przewaga nad konkurencją polega właśnie na tym, aby nie dziwić się, że świat jest dziwny – i robić swoje. Robić, ale też nie zdradzać całemu światu – jak? i z jakimi kodami? Wtedy jest szansa pozostania wśród pierwszych. Oni z tej szansy korzystają idealnie. Kochają się, gdy są ze sobą. Kochają własne połówki, gdy wracają do domu. Jeśli więc nigdy nie mówi, Caterinie, tak po prostu, zwyczajnie, że ją kocha, jak wskazywałby na to charakter ich zawsze tymczasowej, ale zawsze głębokiej i poważnej relacji, to tylko dlatego, by przynajmniej to jedno, to jedno krótkie symboliczne słowo „Kocham” odróżniało Caterinę od Mariny, a jego – od Thomasa. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. I tylko tyle. „Musi być jakiś odróżnik” – konkludował. – Toutes proportions gardées.

Gdy wraz z sygnałem dzwonka drzwi od bezszelestnej windy otworzyły się, nie dopuszczający do myśli faktu Babicki, że za nimi mogłoby być coś więcej niż pustka, niemal oniemiał widząc uczepioną pod ramieniem Thomasa Marinę.

– A państwo… dokąd? – ni żartem, ni oficjalnie zapytał Janusz, mierząc oboje karcącym spojrzeniem.

Thomas z Mariną niepysznie wygramolili się z wagonika.

– Jaśku? Je-e-steś! O! jak doo-obrze! – i dość nieporadnie próbowała wyczepić się spod ramienia swego towarzysza zupełnie niespeszona Marina. – Szukaliśmy ciebie z Thomasem, – mówiła nieco rozchwianym głosikiem, – Thomas zzzgo-odził się zerknąć na moje szszkiice. Mój kotuś, nie ma nic przeciw, prawda? – i spojrzała na Janusza pytającym, słodko-uwodzicielskim wzrokiem.

Thomas, który w międzyczasie mógłby zadać podobne pytanie w kierunku Januszów (rzecz jasna: pytajnik dokąd? zastępując bardziej dwuznacznym zapytaniem: skąd?) najwyraźniej uznał, że nie ma ono sensu, i tylko jowialnie spuścił oczy i westchnął.

– Marinko, sądzę, że najlepiej byłoby dla ciebie zakończyć zabawę i udać się do łóżka, bo coś mi się wydaje jesteś już bardzo zmęczona. Ale mamy jeszcze pewne wspólne zobowiązanie wobec gospodarza, także proszę zaraz zejść na dół… A w ogóle, rysunki Thomasowi najlepiej gdybyś pokazała jutro. – I kończąc perorę wymownym wzrokiem spojrzał na męża Cateriny.

– Tak Marinko, Janusz ma rację, jedźmy z powrotem, na dół!

– No skoro mój Jasiek i Tomuś tak uważają, to jedźmy! – i uśmiechnęła się gapiowato.

Cała czwórka weszła do windy, która w międzyczasie zamknęła drzwi i bezszelestnie zjechała na dół. Po przyciśnięciu guzika powróciła jednak natychmiast. Przestępując próg kabiny Babicki kątem oka zauważył, jak Caterina wymieniając spojrzenia z Thomasem zastukała się wskazującym palcem kilka razy po czole.

*

– O! Januszek, Kati… witajcie ponownie, kochani! – zwołał Bartus widząc zjawiających się przyjaciół, po, jego zdaniem, nieobecności trwającej zgoła całą noc.

– Pogadaliśmy sobie trochę, na temat naszego miłego przyjaciela Armand-Sébastien Papillon. – naprędce wymyślił usprawiedliwienie Janusz.

– Ach tak? I co u tego biedaczyny? Jak jego zdrówko?

– No właśnie… Wydaje nam się, że ostatnio jakby trochę zmizerniał. – Podchwyciła temat Caterina. – Zastanawialiśmy się, czy to przypadkiem nie za sprawą nie zaproszenia go do wspólnego świętowania, tutaj, w Baden-Baden.

– Tak, tak… Dobrze, że tak troszczycie się o przyjaciół… – ironizował prześmiewczo Bartus, mając ubaw po pachy. Mam nadzieję, że jak zawsze razem doszliście… hmm… do… konsensusu, oczywiście, to mam na myśli.

– Oczywiście, Bart… Gdy nam zależy zawsze dochodzimy. – odparował Janusz i poklepał przyjaciela po ramieniu.

Caterina niespecjalnie zainteresowana kontynuowaniem rozmowy przeprosiła Bartusa i pobiegła szukać Patryka, którego już podczas rozmowy próbowała namierzyć oczyma na Sali, ale nigdzie po nim nawet nie było śladu.

– A tak, a propos, gdzie jest gospodarz uroczystości, nasz szlachetny Don Patrycjo? – spytał Bartusa Janusz.

– Dobre pytanie… Tutaj wszyscy ulatniali się, jak para wodna, znaczy się: parami. Najpierw Nina z tym ochlajem Stentgrafem, potem ty z Cateriną…

– Spoko, Bart. – ostro przerwał mu wyliczankę, – Z Cateriną spotkaliśmy się na korytarzu, ledwie przed godziną…

– No dobrze, dobrze… Ja tam o nic nie pytam!… potem twa kobitka z Thomasem… – kontynuował listę, – Ej chłopie! – tym razem samemu sobie przerwał, – tak a propos: uważaj na własna babę… mizi się do Tomaszka, jak jaka niedopieszczona laska.

– Bart, miarkuj słowa, bitte… Mówisz o mojej żonie!

– Sorry! Tak jest szefie! – i zasalutował. – A co do Pata… Ten to chyba sobie nieźle teraz używa. Byleby nie jak pies w studni. Uważasz – już od trzech godzin zniknął razem z tą swą najnowszą lalunią – Carmen i tyle tu po nim… Swoją drogą, ja tam się doktorkowi nie dziwię: super z niej dupa. Czy wszystkie Rumunki to takie kociaki, Januszku? Ty masz w tym temacie już chyba niezłe rozeznanie?

– Wszystkie, nie wszystkie. Te które znam, w istocie, śmiało mogłyby konkurować z naszymi polskimi huryskami…

– Huryskami, ładne słowo, muszę zapamiętać… No ale, Januszku, przegina ten nasz Pat, nie uważasz? W końcu co to za impra bez gospodarza? Nawet Ninka, widziałem, chyba pochlipuje, bo doktorek przyobiecał jej jakiś prezencik w różowym flakoniku, no i jak widać o panience zapomniał. Chciałem ją tak czy owak pocieszyć, ale cały czas robi te swoje maślane oczy tylko do ochlaja Stena, a mi – nie da się namówić choćby na krótką pościelówę. A przecież wiesz, Januszku, jak ja potrafię uspokajać kobiety…

– Bart, zaczekaj… – przerwał mu Janusz, – coś się chyba zaczyna dziać! Przepraszam, na chwilę…

Babicki nerwowo rozejrzał się po Sali szukając oczyma Mariny. Dostrzegł ją siedzącą, o dziwo! samotnie, z dala od Thomasa, który już jakiś czas temu przeniósł się do pierwszego rzędu ( na swe przypisane imiennie miejsce) i tępym spojrzeniem przyglądał się przygotowaniom estrady do kolejnego punktu programu.

– Marinko! Proszę do mnie, – zawołał, – zaraz będą końcowe przemówionka i toasty!

Marina posłusznie dołączyła do męża i oboje udali się również do pierwszego rzędu przed estradą. Każdy gość miał imiennie przypisane dla siebie miejsce. Te – przeznaczone dla Babickich były tuż obok miejscówek państwa Fille. Gdy żona Janusza grzecznie siadała, jej spojrzenie na krótko skrzyżowało się ze wzrokiem Thomasa. W obu parach oczu odmalowywało się melancholijne rozrzewnienie, jakby coś w rodzaju czułości, wzruszenia, jakby obojgu ktoś nakazał powiedzieć „przepraszam”, a tymczasem żadne z nich nie wiedziało, kogo? Czemu? i za co?

Na estradę, na której romski zespół od dłuższego czasu wykonywał podrasowane jazzowo manele weszła dziewczyna z obsługi hotelu i chwilę potem wszyscy grajkowie szybko opuścili parkiet. Nastała krótka chwila ciszy, po której dźwięczny gong oznajmił powrót Gospodarza do swych gości… Wirklich! Boczne drzwi od estrady otworzyły się z hukiem. Patryk trzymający oburącz wielki bęben i Caterina ciągnąca ogromniasty kosz na kółkach z podarkami wesoło zakuśtykali po scenie.

– Panie i panowie, drogie, kochane gościaki! – odezwał się z humorem Trazom waląc wałkiem od ciasta w bęben, – ja tu do was z prezentami, a tu puchy! A tu syberyjski step, słowem: „embarras”, nie mylić z „en bras”! Hej! Gdzie reszta sali, gdzie całe towarzycho? – I przyłożył dłoń nad czoło, jakby próbował zajrzeć do najdalszych zakamarków. – No nie ma! Poszli pewno kimać, albo leżą gdzieś pod stołami…

– Albo pod krzakami w parku! – wykrzyknął Bartus. – No słowo daje, ażem się o jednych potknąłbym.

– Spytałbym mojego ukochanego barciaka, czegoś ty chłopie szukał pod krzakami? ale, sza! Może był za potrzebą! – zaripostował gospodarz.

– …Tak! za potrzebą odnalezienia pewnej panienki, alem nie znalazł!

– No dobra, Bart, skoroś taki dociekliwy, aktywny imprezowicz jako pierwszy załapiesz się ode mnie na prezencik. No, choćże tu na scenę! – i wałek od ciasta ponownie zrezonował z bębnem. – Brawa dla Bartusa!!

Wszyscy rozweseleni goście, których wbrew „zgorszeniom” Gospodarza wcale nie ostało się na sali tak mało – ochoczo i zgodnie zaklaskali.

– To dla ciebie mój prezent, – i wskazał wyciągnięty z kosza przez Caterinę rulonik papieru przewiązany złotą wstążeczką. – Zanim jednak wejdziesz w jego posiadanie, będziesz musiał wygłosić jakiś super toast… Ej reszta! Uważać! Każdego będzie to czekać!.. No słuchamy, Bart…

Stojąca przy estradzie dziewczyna z obsługi restauracji nalała kieliszek szampana z trzylitrowej butli, zaniosła i wręczyła go skwaszonemu, stojącemu z nietęgą miną Bartusa; tego czego nigdy nie lubił – to wygłaszania toastów.

– No, Bartuśku, słuchamy ciebie, słoneczko ty nasze! – zachęcał swego przyjaciela pan gospodarz.

– Ja, no ja chciałem powiedzieć…

– No mówże, mów, bez krępacji!

– Dobra! – Wziął w końcu głęboki oddech i wyrzucił z siebie, jak z karabinu, – Najlepsza chwila poranka: jabol i marihuanka!

– Hmm… chrząknął pan gospodarz.

„Buu!” – rozległo się zgodne buczenie wzdłuż całej Sali.

– Bart, ludziaki chyba nie zachwyceni! – ocenił Trazom, – Zaliczamy Bartusowi toast?! – zawołał do widowni.

„Nieee!” – zgodnie zagromili.

– Bart, sorry, nie zaliczają. Musisz się jeszcze wysilić. Takie tu reguły. Słuchamy cię, wieszczu skrzypiec!

Bartus podrapał się po głowie i przez chwilę niezłomnie wykonywał pracę myślową. Efekt „pracy” zapewne musiał być dla niego samego więcej niż zadowalający, bo czarcio uśmiechnąwszy się przemówił:

– No więc tak… Idę kiedyś przez park, księżyc świeci, a na ławeczce całują się chłopak z dziewczyną. Idę innym razem… księżyc, gwiazdy, teges de la neges, a na tej samej ławeczce chłopak z inną dziewczyną. Dobra. Idę znów tą drogą: noc, księżyc, gwiazdy… i ten sam chłopak na tej samej ławce całuje się z trzecią dziewczyną…

– No i? – zapytał wyraźnie podintrygowany Patryk.

– Pije za stałość mężczyzn i zmienność kobiet!!

Ledwie to wymówił a już całe towarzystwo owacyjnie zaczęło bić brawa.

– Bart, przyjacielu, okazałeś się niezrównanym mówcą! Oto zatem Twój prezent – i wałek od ciasta ponownie zaprzęgnięty został do dzieła. – Egzamin zaliczony! Oto dla ciebie kontrakt podpisany przez mojego przyjaciela Marka Volpe – dyrektora Zarządu, na cykl koncertów z towarzyszeniem Boston Symphony Orchestra. Startujecie od nowego sezonu. Zakasuj zatem rękawy, odkurz swego Amatiego i do roboty, amigo!

Bart ukłonił się lekkim skinieniem głowy, najpierw gospodarzowi, potem całej widowni – odebrał zwijątko z rąk Cateriny (całując jej dłoń po każdym paluszku) a następnie czeplinowskimi kroczkami odmaszerował na salę.

– Żegnamy Barta oklaskami! – zawołał za przyjacielem Trazom. – Okay! Moi drodzy, kogo następnego mam tu teraz zaprosić na toast? Tylko pamiętajcie, prezenty trzeba kwitować u mojego księgowego.. bo inaczej będę miał przechlapane.

Na widowni zapanowała twórcza licytacja. Nie widząc szans na konsensus zadecydował samemu:

– A co ja tam będę wybierał? – Ona wybrała się sama, stoi tu parę kroków ode mnie, nasza niezłomna, zawsze zapracowana, ale i zawsze uśmiechnięta i wesoła nasza Madamina Caterina! Brawa dla naszej Kasi!

Na widowni, oczywiście, rozległ się od razu wielki aplauz.

– Thomasu, podejdźże do żoneczki. I dla Ciebie prezencik czeka! Chodźcie tu razem!

Państwo Fille trzymając się za ręce czcigodnym krokiem podeszli do l’incontro principale dottore di Trazom.

– Co ja tu kochani dla was mam?… Hmm… Kaśka, co ja właściwie dla was przygotowałem? bom zapomniał! – Zażartował głośno gospodarz. – Dobra! Ja sobie będę przypominał, a wy wygłaszacie toast!

– Misiu-Patrysiu, a musimy?! – próbowała przekomarzać się Caterina

– Musimy musimy. Jak wszyscy, to wszyscy… babcia też!

– No skoro babcia też, to od babci i dziadka – i pocałowała swego Thomasa w policzek, – jest taki…

– Słuchamy, słuchamy… – i jeszcze raz bęben zgromił

– Drogie córki! Drogie wnuczki! Pragniemy z moim Thomaskiem życzyć wam, by każda z was zawsze miała na stanie cztery zwierzaki: lisa na ramionach, jaguara w garażu, lwa w łóżku i osła, który za to wszystko zapłaci! Wasze zdrowie, śliczności nasze! Niech wam osiołek tylko nigdy nie zapłacze! – zakończyła rymem Caterina.

– Brawo katiuszka! – krzyknęła z widowni rozbawiona Carmen. „Brawo, brawo!” – zawtórowała cała sala.

– Toast zaliczony, babciu. – Podsumował Trazom, oczywiście walnięciem w bęben (no, wiadomo czym!) A oto mój prezent dla waćpaństwa… – i z trudem wyciągnął z kosza całkiem dużą szczelnie zapakowaną paczkę, tak, aby nikt wcześniej (Caterina?) nie zobaczył, co w środku? Pospiesznie ją rozwinąwszy ukazał najpierw małżonkom Fille potem całej widowni. – Ta makieta, – kontynuował, – cała wykonana z inkrustowanych złotem bursztynów, to jak pewno wszyscy poznają – Plac Świętego Marka w Wenecji. A tu, w tym narożniku pod samotną arkadią całuje się dwójka ludzi… Łoj! Aż chciałoby się chyba każdemu znaleźć na ich miejscu, czyż nie, drodzy małżonkowie i kochani goście?

– No chciałoby, chciało! – krzyczeli z Sali.

– Thomas! Dziś od ciebie zależy kiedy swą ukochaną żoncię zawieziesz do tego miejsca! Bierzcie zatem makietę i zamawiajcie bilety na najbliższy samolot!

Gdy wzruszony Thomas odbierał prezent z rąk gospodarza, Caterina znamiennie spuściła oczy i nie podniosła ich nawet wtedy, gdy na pożegnanie gospodarz Uroczystości całował ją po obu dłoniach. – Dziękuję, Pat!, – odchodząc, zdawało mu się, że cicho szepnęła?…

– No kto tu następny?… – zastanawiał się pan doktor. – Kto, kto?…moi drodzy, pozwólcie, że wybiorę teraz sam! Bo to facet którego cholernie lubię, a jego małżonkę jeszcze bardziej. Wiecie dlaczego i za co? To dzięki nim do naszej wielkiej rodziny przyjaciół przybyły niedawno dwa malutkie dzieciaczki: Moncia i Leksio. Januszu, Marinko – zapraszam do mnie!

– Honey, uśmiechnij się chociaż tam, na scenie, bo od godziny nic tylko siedzisz z nosem na kwintę. – Wstając z krzesła ni to poprosił, ni upomniał małżonkę Babicki.

– Kochani, wiem, że dzieci dla rodziców to coś więcej niż duma. – Uśmiechnął się do wchodzących na estradę Janusza i Mariny. – To obowiązki ale i przyjemności. To codzienna troska ale w zamian za ogromne szczęście. Sam wprawdzie nie ma jeszcze dzieci, ale wiem, że nie ma chyba piękniejszego cudu, niż cud narodzin nowego człowieka, a w waszym przypadku – dwójki kochanych małych człowieczków. Podobnie też nie ma bodaj niczego wspanialszego i bardziej zaskakującego oraz fascynującego, niż obserwowanie rozwoju tych maluszków, od pieluch po własny samochód, od kredek – po kredyt hipoteczny… No, ten ostatni, w ich przypadku chyba jednak nie będzie konieczny, Januszku, czyż nie?

– Mam nadzieję, Pat!

– Tym ciekawsze, pełniejsze i głębsze jest to przeżycie, kiedy to nam samym przypada w udziale zaszczytny i piękny obowiązek wychowania naszych małych dzieci, na jak najlepszych ludzi. – Kontynuował swa piękną, mądrą orację Gospodarz. – Moi kochani! Czeka was teraz jeszcze więcej pracy, na którą będziecie musieli poświęcać niejednokrotnie cały swój wolny czas, dotychczas przeznaczany na odpoczynek. Pozwólcie, że choć trochę spróbuję wam w tym pomóc i przyjmijcie ode mnie te oto dwa flakoniki. – I odwracając się w stronę na powrót stojącej już na scenie Cateriny zawołał: – Katiuszko! Przynieś je proszę, naszym rodzicom!

Caterina, która już od minuty trzymała w swych obu dłoniach obie buteleczki, pewnym krokiem podeszła do Mariny i Janusza. Wciąż jednak nie podnosiła wzroku w stronę oczu Patryka.

– Zobaczcie moi kochani, ta z krzyżykiem i literką „M” przeznaczona jest dla waszej ślicznej córeczki o przepięknym imieniu Montserrat, ta druga – ze strzałka i literą „A” to dla waszego chłopczyka Aleksandra – przyszłego Aleksandra Macedońskiego naszych współczesnych czasów. Tego faktu, akurat, jestem Januszu całkowicie pewien!

– Bóg zapłać, Pat, za piewcze słowa i zapewnienia. Dla mnie są one ważniejsze, niż weksle w banku!

– Moi kochani, jeszcze raz życzę wam, abyście dzięki waszym dzieciom stali się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Dzielcie się potem tym szczęściem z waszymi dziećmi i ze wszystkimi swoim przyjaciółmi, o nas, mam nadzieję, nie zapominając. Niech wasza powiększona rodzina żyje w szczęściu i pomyślności! – I kończąc już swoją przemowę zawołał do publiczności: – brawa dla Janusza Mariny! Wielkie brawa! Bierzcie z nich przykład, kochani. Nasz kraj potrzebuje dzieci!

Gdy sala otrząsnęła się po kolejnej fali aplauzu Pat zapytał stojącego obok swej małżonki Janusza:

– A będzie teraz dla nas jakiś toast?

– Oczywiście! – krótko odpowiedział Babicki

– No to słuchamy…

– Szczęść Boże! – zawołał przykładając prawą dłoń do serca. Potem tą samą dłonią chwycił za rękę Marinę i wspólnie ukłoniwszy się nisko do gospodarza, jeszcze niżej do publiczności – żegnani wielkimi oklaskami opuścili scenę.

Po małżonkach Babickich na estradę proszone były wszystkie najbliższe przyjaciółki Patryka, a pośród nich, oczywiście i Carmen Musicianu, i Ninka – córka Mariny, i wiele wiele innych, których imion on – Janusz Babicki nawet już nie kojarzył. Wszystkie panny obdarowywane były przez gospodarza jednakim, za to ponoć zupełnie niezwykłym prezentem: specjalnym rodzajem perfum, w różowym flakoniku, które poza urzekającym zapachem miały silne właściwości odmładzające cerę kobiecą i po użyciu natychmiast regenerowały włosy i naskórek. Podobno przy okazji były to także silne afrodyzjaki i co ważniejsze: w ich skład wchodziły feromony zdolne zmiękczyć serca najbardziej nawet zatwardziałych, nieczułych na wdzięki kobiece mężczyzn. Odbierając z rąk gospodarza flakoniki i słysząc, jak opowiada o ich cudownych właściwościach kobiety aż piszczały z zachwytu.

Uroczystość rozdawania prezentów trwała w najlepsze, jak za oknami nieśmiało zaczęły połyskiwać pierwsze promienie budzącego się nowego dnia. Praktycznie nikt jednak z gości nie spieszył się do domu, impreza toczyła się swym zaplanowanym rytmem, jedni tańczyli, drudzy śpiewali, trzeci grali na instrumentach, jeszcze inni chodzili po przyjaciołach i plotkowali. Do nielicznych wyjątków należała Marina, dla której uroczystość właściwie mogłaby się zakończyć już po niefortunnym spotkaniu w windzie, podczas którego o mały włos byłaby przyłapana przez Janusza, jak próbowała całować Thomasa w szyję. Nie czekając więc zakończenia zabawy, za radą męża, udała się do małżeńskiego apartamentu i poszła spać.

Gdy po odprowadzeniu Mariny Babicki wrócił na salę postanowił pogadać sobie z Bartusem na temat Kontraktu z Boston Symphony Orchestra i swej pasierbicy, którą chciałby podrzucić przyjacielowi na staż do jego impresariatu. Widząc go na drugim końcu sali klejącego się do nikogo innego, a właśnie do Ninki przyspieszył kroku.

– Januszu, zatrzymaj się! – podbiegł za szybko przemieszczającym się przyjacielem Jean-Pierre d’Artigny – redaktor Le Monde.

– Co się dzieje, mon ami? Sorry, trochę akurat się spieszę…

– Januszu, ty jeden możesz mnie uratować! Sprawa wagi najwyższej… Tylko minutkę ci zajmę.

– Skoro minutkę, Ok, nadawaj! zamieniam się w słuch…

– Januszu… kolczyk Cateriny…

– Co kolczyk Cateriny?!

– No wiesz, Kati poszła przed północą ze mną na spacer, potem wpadliśmy do mnie na małego drinka, przy okazji pouprawialiśmy trochę jogi

– …przy okazji, czego?

– No nie łap mnie za słowa… Gdy Kati wyszła znalazłem pod moją kanapą jej kolczyk!

– To intensywnie się zaćwiczaliście… Ale co za problem? Idź i jej oddaj. I tyle.

– Ale ja go zgubiłem!!

– No to masz problem, – zaśmiał się Babicki, – a gdzie zgubiłeś?…

– No… no nie wiem jak ci to powiedzieć…

– Wal śmiało!

– W waszym apartamencie! To jest: Twoim i Marinki.

Babicki zatrzymał się wolno, zmierzył przyjaciela mrożącym krew spojrzeniem i krótko spytał:

– Chyba źle dosłyszałem…

– Dobrze dosłyszałeś, przyjacielu. Gdy nie było cię przez kilka godzin zgadaliśmy się z Marinką…, ach, mój Boże! jak ona pięknie mówi po francusku… i zaproponowała, że pokaże mi swoje szkice, jakie przywiozła z waszego krótkiego kiedyś pobytu w Paryżu. No i wiesz…

– Nie wiem, cholera, gadaj bo mnie zaraz szlag trafi!

– I postanowiłem pokazać jej kilka prostych ćwiczeń z jogi, które bardzo się przydają malarzom po ich długich sesjach nad sztalugą. I wtedy kolczyk musiał mi wylecieć z tej małej kieszonki w rękawie, bo gdy odprowadziłem Marinkę na salę, to już jego nie było!

– Jean-Pierre! – i Babicki demonstracyjnie zacisnął swe dłonie na szyi przyjaciela, – zaraz zamorduję cię tymi oto rękoma!

– Januszku, ale przecież wiesz, że ja nigdy niczego złego bym…

– Jeszcze mi tego brakowało, aby odnalazła go Marina. Jezu Chryste, aleś mi nawyrabiał… – jęknął autentycznie załamany Babicki. – Dobra, zaraz pobiegnę na górę i spróbuję go znaleźć. Ale jak znajdę, to wybacz, przyjacielu, zrobię z niego użytek na właściwy sobie sposób.

– Oddasz go Caterinie?

– Nie martw się. Tak czy siak wróci do niej!

I przerażony Babicki w trymiga ruszył na powrót do windy nie żegnając się nawet z przyjacielem.

Gdy ponownie wkraczał do sali  – sądząc po rozluźnionym korpusie i zrelaksowanej twarzy – wszystko musiało pójść po jego myśli. Zadowolony przysiadł do barku i poprosił o tradycyjną szkocką z podwójnym tonikiem. „Mam nadzieję, że tę caterinkową ósemczkę bez pięciolinii nasz Patryczek odnajdzie we właściwym czasie i odda komu trzeba” – powiedział cicho do siebie i wesoło zachichotał pod nosem. Potem poddając się nastrojowi sali zaczął podmrukiwać jakieś miłe-uchu kawałki, które właśnie co dolatywały z estrady. Od czasu do czasu podglądał w lustrze, jak bawi się reszta towarzystwa? Bawiła się wybornie! I tak trzeba! Okay, on – Babicki nikomu nie będzie się ani naprzykrzał, ani wadził. Posiedzi tu jeszcze troszkę i pójdzie spać tuląc się do żoneczki

– Pogadamy, panie Januszu?

Nagle zza siebie usłyszał, jak jakaś zapewne piękna i młoda dziewczyna staje za nim tak, aby nie widział kto? I zadaje mu to retoryczne pytanie. Od blisko kwadransa samotnie siedzi przy barze i siorbie drinka. A tu, proszę! Będzie miał towarzystwo. Z ciekawością odwrócił głowę…

– Ach, to ty? No miło mi, Car, że próbujesz umilić czas samotnemu panu… Jak się bawisz, kochanie?

– O, dziękuję! Jest superacko. – odpowiedziała Carmen Musicianu. – Co pan tak siedzi tu samotnie, mistrzu? Proszę do nas! – na kręgielnie. Patryk, Sten, Bartek i te ważniaki ze Szwecji będą grać o moją podwiązkę. Chciałabym, aby i pana nie zabrakło, bo zbieram fanty na zacny cel…

– O cel, nie pytam, ale nagrodę wymyśliłaś super! A co ty mi tak „panujesz”? Nie przypiliśmy czy aby bruderszaftem wtedy, podczas spływu kajakowego w delcie Dunaju? Bo jakby co, i nie pamiętasz, chętnie mogę powtórzyć teraz z tobą rytualik.

– Ach, prawda!… Janusz, a co tam, możemy powtórzyć, lubię się całować z dojrzałymi facetami. – I nie czekając chwili obcałowała mu policzki na trzy.

– No, no!… intrygujesz dziewczyno. Uważaj, czarodziejko… bo jeszcze dam się ci zaczarować. Takim panom, jak ja – łatwo to przychodzi.

– Ha, ha! No liczę na to.

– I co wtedy?

– Dobijemy targu… bo ja mam taką „mała prośba”…

– O! no proś, proś… słucham, może i ja potem od ciebie czegoś się doproszę…

– …Podobno ma pan… kurczę!… Podobno masz…no ten klucz do apartamentu, tym na trzecim piętrze.

– Owszem, kilkoro z nas ma na tym piętrze swoje pokoje…

– Oj, mistrzuniu, nie udawaj, że nie wiesz, co ma na myśli czarodziejka…

– Tak? A co ma czarodziejka na myśli?

– No, to złote jakuzzi! Choliwcia!…

– Uff! A skąd ci o tym wiadomo?

– Skąd, skąd?… ptaki ćwierkają, mistrzu Januszku.

– Hmm… jakby ci to powiedzieć… – zastanawiał się przez chwilę Babicki, – trudna sprawa.

– Ale Januszku, please!

– I jak tu nie ulec czarodziejkom? Zróbmy tak: zagramy w te kręgle tylko we dwójkę: ty i ja. Przegram – dostajesz klucz. Wygram – dostaję od ciebie fant w postaci prawa do własnoręcznego zdjęcia z twej pięknej pończoszki tego zapewne prześlicznego podwiązka…

– Hę?! Że jak? – lekko zmieszana spojrzała na Babickiego.

– …ale wiesz, Car.. mi, jako „młodemu” żonkosiowi byłoby niegodziwe zapuszczać paluszki tam, gdzie zakazane. A że jest tu na sali wielu pięknych i zacnych młodych rycerzy, którym ów fant można by podarować, tak i chętnie wtedy bym to uczynił. Na przykład doktorowi Patricjo? Co ty na to? …Acha! Do przekazanego fantu dołączyłbym wtedy i kluczyk…

Dziewczyna słysząc tak nieoczekiwane słowa zrobiła wielkie, okrągłe, jaśniejące ze szczęścia oczy. Czy bardziej malowała się w nich radość, uwielbienie, czy podziw dla gestu Babickiego? – sama pewno tego nie wie.

– Kurczę! Rację miała ta moja Kati mówiąc, że cholernie równy z ciebie facet, mistrzuniu. – i znów dała Babickiemu buziaka w policzek.

Nagle, po drugiej stronie sali ‘mistrzuniu’ dojrzał wilka, akurat o którym mowa. Wilk, a właściwie wilczyca wyglądała na zaaferowaną i gwałtownym gestem pokazywała Babickiemu, że bardzo pilnie chce z nim porozmawiać.

– Sorry, Car, chyba muszę cię na jakiś czas przeprosić, ale obiecuję, wrócimy do rozmowy… A kluczyk, jakby co, jeszcze dziś przed śniadaniem zdeponuję u Patryka.

– Kocham cię mistrzuniu! Jesteś wielki!

– I ja ciebie kocham, moja czarodziejko!

Nie minęła minuta, jak pozostawiona przez Babickiego Carmen zobaczyła przechodząca nieopodal baru Ninę.

– Hej, Ninka, siadaj, kochana, pogadajmy! Nie lubię tak samej popijać Martini…

– Widziałam, że ktoś ciebie tu namolnie emablował, – przysiadła się Ninka do baru i zamówiła colę z tonikiem.

– Kurczę! Super ten twój ojczym, Ninko… Ma gest!

– Super nie super, ja tam na jego gesty radziłabym ci uważać… Sama przed chwilą mało co nie spoliczkowałam Bartusa…

– Przestań, znam się na nadzianych facetach. Jak obiecują – dają potem z nawiązką. A uwierz mi, wiem co mówię, poznałam już niejednego ważniaka i celebrytę!

– Jak ci się podobają perfumy od Patryka? Są boskie, prawda? – zapytała Ninka dając jasno do zrozumienia, ze temat celebrytów, a już na pewno Babickiego jest dla niej zamkniętym .

– No prawda, prawda… ale to, co mi wcześniej ofiarował Patryk, jeszcze przed początkiem impry, to jest także takie coś, co do teraz zwala mnie z nóg.

– O! a co takiego?

– Ha! Coś, co mogę głaskać i głaskać bez końca… Ma taki jasnoróżowy kolor, no wiesz… my kobiety taki lubimy… a jego korpus ozdobiony jest miluśnymi rzeźbionymi wzorkami!… I jakież one miłe w praktyce!

– O rety, gadaj, co ci dał?

– A zgadnij?… taki, całkiem całkiem duży, no dobra: dla mnie w sam raz i różowy!

– Hmm, różowy…

– No, różowy i ma taką miłą powierzchowność.

– Choliwcia, już zaczynam się rumienić… to co w końcu ci dał? Gadaj że!

– No, Ninko, pomyśl… To nawet ma przyciski i tak miło… wibruje. No prawdziwy cud!

– Czyżby to… to, co mam na myśli?

– A co masz, kochana, na myśli?

– No cóż, z tego, co powiedziałaś wszystko wskazuje na to, że to cacuszko, że nim jest…

– Ninuś, i ja początkowo bałam się wziąć to do rąk i tylko patrzyłam i patrzyłam aż w końcu przemogłam się i ścisnęłam to-to w dłoniach tak… mmm… boskie!

– Nie wierzę, żeby coś takiego mógł podarować ci Patryk. On nie z takich!

– Dlaczego nie z takich? Właśnie z takich! Obiecałam, że będę go zawsze miała ze sobą a już szczególnie, gdy będziemy z dala od siebie… Na początku nawet bałam się pokazać z nim osobom postronnym. Szczególnie dziwnie patrzyli na mnie w holu hotelu. A potem szybko się przyzwyczaiłam.

– Pokazujesz go wszystkim? No, nie może być! Zwariowałaś!!!

– Tak! Bo on jest taki piękny! I nawet będę sypiać przy nim, dbać, aby zawsze był pod ręką, gdy się tylko obudzę, albo gdy jeszcze nie zasnęłam.

– Carmen, ty chyba jesteś zboczona. Pokażesz mi w końcu tego swego różowego przystojniaka?

– Oczywiście, użyczę ci nawet kiedyś, abyś i ty mogła sobie ponaciskać przyciski, powibrować…

– Łoj! Jakoś mi głupio. Mów ciszej… jeszcze kto usłyszy.

– Czyli już zgadłaś, co to jest?

– Oczywiście. Zastępca chłopaka.

– Że co?

– Zastępca chłopaka!

– Kretynka!

– Nie?

– No nie!

– No przecież to wibrator! To oczywiste…

– Wibrator? Jezu! Co za wariatka, ludzie!

– Jak nie wibrator, to niby co?

– No przecież iPhone!! Cudowny inkrustowany diamencikami iPhone! Najnowszy niekomercyjny model dla VIP-ów

– iPhone?! Wypchaj się. Nie potrzebuję twojego iPhona.

*

– Januszu…

– Kasiu, co się stało? – zapytał z niepokojem Babicki, widząc zakłopotane ale i zaaferowane oblicze przyjaciółki

– ONI przysłali sygnał do spotkania… – szepnęła.

– Bracia I. ?

– Tak. Ze zgromadzenia Opus Dei…

– Kasiu, proszę ciszej. – Babicki z najwyższą trwogą rozejrzał się wokoło. – Nie wolno nam wymawiać „enseigne” w miejscach publicznych. Kiedy masz przybyć?

– Jutro wieczór! Janusz, ja nie zdążę!

– Co masz nie zdążyć? Masz przecież mnie…

– Pomożesz?

– Za trzy godziny samolot będzie do naszej dyspozycji. Musze tylko wykonać jeden telefon…

– Januszku…

– Kasieńko, jesteśmy w takich chwilach ze sobą, czy nie?

– Nie musisz pytać, przecież wiesz…

– No właśnie… Dobra! Pakuj się i pożegnaj z Patrycjo i całym towarzychem, ja też zaraz to zrobię…

– Janusz…

– Tak?

– Ten klucz, od numer Jeden, masz jeszcze?

– Na szczęście jeszcze mam…

– Chodźmy, tam mi się wspaniale odpoczywa. I nie będziemy się tym razem spieszyć, obiecuję…

*

– Co tu robić? Moncia ma stan podgorączkowy, – niemal z płaczem zwróciła się do Oksany Marina. – Co robić? – wzywać lekarza, czy póki co zaordynować perełce jakąś tabletkę?

– Nie wiem, proszę pani!

– A ten Janusz, znowu na jakieś nadzwyczajnej delegacji! I nawet się ze mną w tym głupim Baden-Baden prawie nie pożegnał. Dobrze, że chociaż Thomas pomógł mi zorganizować transport. Ja tam na jego miejscu dawno rozwiodłabym się z tą Cateriną. Bo co to za żona, która ciągle w pracy!

– Wezwać lekarza! – odezwała się Matylda, przebiegając pospiesznie do sypialni Mariny. – Przepraszam, pani Marino, niechcący usłyszałam rozmowę. Proszę się uspokoić. Zaraz zadzwonię po kogo trzeba. Pan Janusz na tego typu okoliczność zostawił mi specjalne namiary.

Marina spojrzała na Matyldę wielkimi zdziwionymi oczyma… Nie, nie z powodu, że ta zawsze wie co robić w każdej możliwej domowej kłopotliwej sytuacji. Dziwiło ją co innego: skąd i jak Matylda była w stanie usłyszeć jej słowa? Podczas krótkiej rozmowy z Oksaną Matylda znajdowała się przecież w innym i bynajmniej wcale nie sąsiednim pomieszczeniu. A od sypialni drzwi były przecież przymknięte. Jak wiec mogła słyszeć, każde słowo i natychmiast zareagować?

– Pan gospodarz nakazał mi strzec dzieci i pani, jak źrenicy w oku. Sama może sobie pani nie poradzić. – zaczęła tłumaczyć się z zakłopotaniem Matylda, która po spojrzeniu Mariny zrozumiała, ze niechcący zdradziła jeden z sekretów domu. – Pan Janusz bardzo przeżywa, proszę pani, i kazał mi pod swą nieobecność podwójnie troszczyć się o zdrowie swej rodziny. Dlatego zainstalował system odsłuchiwania rozmów w pomieszczeniach. Proszę mu o tym nie mówić, to co teraz pani powiedziałam, bo będzie bardzo niezadowolony i na pewno mnie zruga. – Cicho poprosiła.

Przybyły po dwudziestu minutach pediatra przepisał leki i powiedział, że nic poważnego się nie dzieje. Ot – po prostu ząbki się wyrzynają.

– Ale żeby aż tak wcześnie? – Marina była zaskoczona. – Monia niedawno dopiero ukończyła drugi miesiąc. „Czyżby te flakoniki Trazoma rzeczywiście działały?” – ze zdumieniem skonstatowała

– To prawda. To dość wcześnie, – potwierdził doktor, – ale teraz u dzieci wczesne ząbkowanie zdarza się coraz częściej. „Choć to, u tej dziewczynki… tyle na raz? Nigdy czegoś podobnego wcześniej nie widziałem” – dokończył stwierdzeniem w myślach.

 

Książę z bajki – lista rozdziałów

 

 

4 myśli w temacie “Rozdział 21 – Impreza w Baden-Baden

  1. Drogi Januszku (jesteśmy wszak po szwarcwaldzkim bruderszafcie), zdradzę Ci pewną tajemnicę (choć news ten wcale nie powinien Cię zdziwić). Otóż Patrizio rozmawiał chwilę temu z pilotem swojej awionetki. On i Kate jadą na weekend do… Wenecji!

    Swoją drogą, Trazomowi (Kasi ze stuprocentową pewnością również) należy się chwila odpoczynku po tygodniach konsultacji i wykładów na berlińskim Charite 😉 Wieczorami też nie było lekko – szlajał się do 4 nad ranem po klubach jazzowych. Tak to już z nim jest – nie zwalnia tempa nawet przy 40 stopniach (Celsjusza!) 😉

  2. Droga Caterino, nie żebym był zazdrosny, ani nawet czynił ci wyrzuty, ale jeśli prawdą jest o czym pisze Sten – to zaczynam poważnie się martwić o Twe dalsze, szczęśliwe małżeństwo z Thomasem. Zmiarkuj się, proszę! Nie każ mi odwoływać się do misterialnych reguł (wiesz jakich). Pamiętaj: wedle Ich kanonu matrymonium i rodzina to najświętsze wartości. Nad nimi jest już tylko jedna, ta najważniejsza w życiu Twoim i (…). Oby była skuteczną przestrogą. I Twym opamiętaniem.

    • Drogi Panie Babicki :), ponieważ Caterina, której osobistym sekretarzem jestem od wczoraj, nie ma obecnie dostępu do neta, poprosiła mnie o przekazanie Panu informacji, że owszem, leci z Panem Doktorem Patrykiem do Wenecji jego własną awionetką ochrzczoną przez samą CF żartobliwie z francuska „Fusée”, ale – uwaga – na włoskiej ziemi czekają na tę sympatyczną dwójkę jej mąż Thomas i Mademoiselle Carmen Muzicianu. Thomas uczestniczy obecnie w sympozjum w Rzymie, a Carmen jest w trakcie włoskiego tournée wraz z zespołem Italia Galante.

      Łączę pozdrowienia,
      Rares Polonescu

      • Drogi Panie Rares, dziękuję za te informacje.
        Dziękuję Panu podwójnie; raz – że przywrócił mi Pan wiarę w rozsądek i mądrość mojej Przyjaciółki, dwa – że dzięki Panu mam pewność, iż małżeństwo Cateriny i Thomasa nie tylko ma się dobrze, ale i rozkwita. Nic tak bowiem nie raduje mego serca, jak pomyślność Przyjaciół, jak szczęście umiłowanej mi Cateriny. 🙂

        Cieszę się też, iż w życiu Patryka pojawiła się piękna i nietuzinkowa dziewczyna – Carmen. Oby wreszcie była jego spełnioną bajką.

        Z pozdrowieniem
        Janusz Babicki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *