Rozdział 3 – Nocne obrachunki Riny.

Z opery wrócili do domu bardzo późnym wieczorem. Marina nie całkiem była zachwycona spektaklem. „Národní divadlo” (zabytkowy budynek Czeskiej Opery Narodowej), po którym wieczorami wciąż ponoć krążą duchy samego Mozarta, też jej pointalismniczym specjalnym nie zauroczył. Bo niby czym? – skoro co krok, zamiast pamiątek historycznych po Mozarcie mnóstwo bezdusznych reklam… Oto wchodzą do hollu a tam – na specjalnym aluminiowym podniesieniu – wystawiony na sprzedaż najnowszy model Majbacha… Sprawia wrażenie, jakby był ważniejszy od narodowych czeskich symboli. Dalej – oto kilkumetrowe makiety żaglówek do rejsów po otwartym morzu (od kiedy Czechy mają morze?!) a tuż przy szatniach – witryny z kosmetykami od Armaniego. No wstyd!

Opery, jako gatunku muzycznego, Marina też niespecjalnie lubi. Uważa, że w dzisiejszych czasach ta forma ekspresji muzycznej to anachronizm w sztuce, konserwowany jedynie dla potrzeb wybujałych snobów i pięknoduchów, z wyłączeniem nielicznych melomanów takich choćby, jak jej mąż – Janusz. Za to niejaka Caterina Fille jest zdaniem Mariny świetnym dla tak postawionej tezy potwierdzeniem. Przez cały spektakl miast słuchać muzyki pochylała się do jej Janusza i coś szeptali sobie na ucho. W pewnym momencie, a było to na początku drugiego aktu, chwycili się nawet za dłonie i, jak później próbował wytłumaczyć małżonek, była to taka niewinna, spontaniczna reakcja na ulubioną przez ich obojga arię (duetino). ‘Na tematy tego duetina – wyjaśniał Janusz –  Chopin napisał słynne i piękne wariacje, które on – Janusz ubóstwia”. I owszem, ona – Marina  – zna te wariacje. Kilka lat temu były nawet w programie Konkursu Chopina. Ale nie widzi żadnego powodu, żeby jakaś obca baba chwytała przy ich dźwiękach za  dłoń jej męża! Będzie musiała ten incydent  jeszcze sobie szczegółowo wyjaśnić z Januszem.

Bardzo za to spodobał się Marinie mąż Cateriny – Thomas. Jej zdaniem jest kilkanaście lat starszy od swej żony. Sprawiał wrażenie niezwykle opanowanego, taktownego, dystyngowanego mężczyzny, a więc  takiego, który w przeciwieństwie do swej małżonki zachowuje właściwą sobie powagę, wiele rozumie, wiele czuje, choć nie zawsze wiele mówi. Zresztą, nawet jakby mówił – ona – Marina – niewiele miałaby z tego pożytku. Thomas jest obywatelem Niemiec. Wprawdzie oprócz niemieckiego posługuje się płynnym angielskim, ale ona – Marina – i po niemiecku, i po angielsku ledwie co duka. Miała za to satysfakcję, że mogła przed nim błysnąć swą nienaganną francuszczyzną. W końcu miało się tę babcię – rodowitą Francuzkę! Dlatego we francuskim – tylko Caterina mogłaby z nią stawać w szranki. (Janusz w zasadzie też, w zasadzie – bo jego francuski pod względem gramatyki jest zbyt „spolonizowany”.) Thomas, któremu w języku Voltaira starała się wytłumaczyć różnice między monidłem a malarstwem portretowym (Thomas podobnie jak Marina dużo bardziej od muzyki ceni sobie i zna się na malarstwie) słysząc ją – co najwyżej uśmiechał się i sympatycznie potakiwał „oui, oui,  bien sûr, c’est bon, c’est vrai!”

W drugim antrakcie spektaklu dosiadł się do nich niejaki Trazom – przyjaciel i męża, i państwa Fille. Podobno jest doktorem. Specjalnie przyleciał na to przedstawienie swym własnym samolotem z Salzburga. Mieszka w tym austriackim mieście od niedawna i od niedawna został też właścicielem tamtejszej prestiżowej kliniki. (Ciekawe, skąd taki młody człowiek ma aż tyle kasy?) Niestety! – Samolot z powodu złej pogody bardzo się spóźnił. Pan Patryk (bo tak miał na imię) nie mógł sobie odżałować utraconych aktów opery i już zapowiedział, że dołoży starań, aby przedstawienie z całą obsadą było przeniesione w najbliższym sezonie artystycznym do Salzburg Opera House. Po zakończonym przedstawieniu na zaproszenie pana Patryka udali się całą piątką na kolację do Halong Bay. Ta kultowa praska restauracjia prowadzona przez mistrzów kuchni Dalekiego Wschodu oprócz typowych dań azjatyckich serwuje przewyborne specjały tajskiej kuchi. Jak się  okazało, Pan Patryk był niezównanym ich znawcą i smakoszem. Marina, która jak dotąd zazwyczaj stroniła od eksperymentów kulinarnych, z satysfakcja stwierdziła, że tym razem było warto… Prażony na wolnym ogniu ryż, w polewie z mleka kokosowego, przyprawiony szeregiem aromatycznych przypraw, takich jak: trawa cytrynowa, świeży imbir, liście limonki – doprawdy był przepyszny!

*

Późno w nocy leżąc w łóżku podsumowywała epizody z minionego dnia. Mężulek po spełnieniu obowiązków małżeńskich smacznie już sobie pochrapywał, a ona, widocznie nie całkiem usatysfakcjonowana przewracała się z boku na bok nie mogąc zasnąć. W jej głowie rozgrywała się istna gonitwa myśli. Dziś dowiedziała się, że menedżerka i przyjaciółka jej męża ‘specjalnie za nią nie przepada’, że mąż ma uwagi do jej stylu gotowania, ale, jak mówi za to postara się spełniać jej kaprysy… „Ciekawe, przez całe życie będzie je spełniać?” – rozmyślała. A poza tym przekonała się, że Caterina, jakkolwiek ma fajnego męża, jest rzeczywiści zołzą, a pan Patryk – nieco ekscentrycznym acz nienagannie zachowującym się w towarzystwie multimilionerem. I znakomitym znawcą tajskiej kuchni…

Wciąż nie mogła zasnąć. Przewracanie z boku na bok niestety niewiele pomagało. Zaczęła więc wspominać wydarzenia z ostatnich miesięcy. Poznała się z tym nobliwym mężczyzną – Januszem – zupełnie przypadkowo, w warszawskim centrum handlowym ‘Arkadia’. Wystawiała tam swoje płótna w mini wernisażu zaaranżowanym obok centralnego placyku dla dzieci. On – z zaciekawieniem obejrzał kilka jej prac i na odchodne poprosił o wizytówkę. Oczywiście, wręczyła mu z wielką przyjemnością. Taki dystyngowany, męski, pomocny mężczyzna – na pewno z tych, co to od razu zaskarbiają kobiece serca. Jej, w każdym bądź razie – zaskarbił. To były pierwsze wrażenia. Potem pan „Książę” znalazł ją na grupie dyskusyjnej Facebooka, w której młodzi artyści, fotograficy, poeci prezentują swoje prace… Zaczęli czatować. Okazało się, że Janusz jest znanym pisarzem, celebrytą, włada kilkoma językami, ma rzesze licznych fanek i fanów na całym świecie. Aż zakręciło jej się w głowie z podziwu. Postanowiła kontynuować znajomość. Każdego dnia pisała mu o swych malarskich pasjach, wizjach, o przemyśleniach na temat współczesnej sztuki, o brzydocie miejskich reklam, o jakości werniksu, ale i o bardziej niskiego lotu umiejętnościach, jak na przykład o sposobach lepienia pierogów; pewno dlatego, że w tym kulinarnym kunszcie uważała się za mistrzynię. I tak, chcąc nie chcąc, mimowolnie, niby przy okazji, zwierzała się ze swych szarych codziennych trosk i marzeń. On cierpliwie „słuchał”, czasem podrzucał rady, czasem kwitował krótkim: ’nie poddawaj się!’, czasem żartował w stylu: ‘zawsze masz wybór: zaraz teraz, lub zaraz potem’ i po kilku „rozmowach” próbował zaprosić ją do teatru. Odmówiła. Bała się kontaktu z realnym człowiekiem. Bała się, że czar tej niezwykłej znajomości już przy pierwszym skrzyżowaniu się jej oczu z jego przenikliwymi wzrokiem pryśnie, jak kolorowa bańka. Ona – taka zwykła, nieco zamknięta w sobie kobieta, po przejściach, przyzwyczajona do samotności, on – wytrawny koneser sztuki, celebryta, którego zdjęcia co rusz przewijają się przez rozkładówki kolorowej prasy… i, jak zdążyła się przekonać z lektur – kolekcjoner niewieścich serc… No właśnie, kobiecych serc… Jej serce też, czuła, z każdym czatem coraz bardziej zatracało się w niewolę. W jego ‘książęcą’ niewolę.

Nie była kobietą pruderyjną. Wprost przeciwnie. Świetnie sobie zdawała sprawę, do jakiego finału i do czego, tak naprawdę zmierza ich znajomość. W zasadzie było to jej na rękę. Od lat potrzebowała bliskości z mężczyzną. Nie przypuszczała tylko, że tym mężczyzną stanie się wreszcie jej wymarzony „książę”. Dlatego w końcu zdecydowała się. Skorzystała z porady Janusza i wybrała: „zaraz teraz”. Umówili się w hotelu „Sobieski”. Janusz wynajmie apartament, a ona przyjdzie do niego wieczorem. Ustalili pozostałe warunki: światła w apartamencie mają być przygaszone i o nic nie będzie jej pytał, ani ona jego. Od razu pójdą do łóżka. Rano – pozwoli jej wyjść bez pożegnania, a dopiero następnego dnia zadecydują, czy i jak zamierzają kontynuować znajomość…

Plan ziściłby się co do joty, gdyby nie to, że ‘ich rano’ (a wcześniej już wieczór) przedłużyło się o dwie doby. Janusz okazał się wspaniałym rozmówcą, tryskał humorem, spowodował, że zaraz po przestąpieniu progu apartamentu wyzbyła się niepotrzebnych obaw i poczuła się w jego obecności, jak osoba, którą zna się od wielu lat i której towarzystwo Janusz bardzo sobie ceni. Najpierw zjedli wspaniałą kolację (czekała już w salonie: francuski szampan Billecart-Salmon, Camembert z patelni grillowej zapiekany w szynce podany z pieczonymi gruszkami, musy owocowe i przepyszne ciasta od Bliklego). A potem ciąg dalszy wyreżyserował się sam. ‘Książę’ okazał się delikatnym i wrażliwym kochankiem, traktował ją  z szacunkiem, jak traktują szlachetni mężczyźni swe ukochane kobiety. To była naprawdę piękna noc i piękna miłość. Jedna z takich, po której z hotelowego apartamentu nie chciałoby się wychodzić przez co najmniej tydzień… Nie chciałoby się, ale musieli. Janusz miał zakontraktowane przez swoją menedżerkę spotkanie w Bukareszcie. Rumuński Klub Miłośników Polskiej Literatury „Prin pustiu şi junglă” („W pustyni i w puszczy”) już od dawna czekał tego spotkania ze zniecierpliwieniem. Nie mógł przełożyć terminu… Zmartwiła się, nawet nieszczególnie tym, że wylatuje za kilka godzin, dużo bardziej niepokoiło, że poleci do Bukarestu w towarzystwie swojej „prywatnej” menedżerki. Wtedy po raz pierwszy usłyszała jej imię: Caterina. Później przypomniała sobie: to ta sama osoba, która prowadzi liczne programy telewizyjne i która znana jest w środowisku celebryckim ze swej konserwatywnej obyczajowości, pomimo że o jej skandalach towarzyskich krążą w kolorowych czasopismach legendy. Podobno systematycznie kreowane przez nią samą…

 

W kolejnych tygodniach rzadko pozwalali sobie na podobne spotkania. Owszem: Janusz zapraszał ją do restauracji, na wystawę sztuki współczesnej, na koncert szopenowski w Łazienkach, no i rzecz jasna – dwa lub trzy razy spędzili podobną noc miłości do tej pierwszej – w apartamentach, oczywiście, tylko najbardziej prestiżowych hoteli. Nawet nie przypuszczała, że ta niespodziewana, niezwykła znajomość ze „światowcem” zakończy się ślubem. Tak szybko potoczyły się wydarzenia. Dopiero w dniu zamążpójścia dowiedziała się, że dla Janusza to będzie już czwarty ślub, że Caterina – posłuży jej podczas ceremonii za druhnę (bardzo o to prosił, tłumacząc, że Caterina jest jego najwierniejszą, ale tylko i wyłącznie biznesową towarzyszką życia). Cóż począć? Zgodziła się… Czterdziestoletnia panna młoda Marina, dla przyjaciół Rina lub po prostu Ri, (nawiasem mówiąc: wciąż w życiu nomen omen panna) – miała dwudziestoletnią córkę, studentkę pedagogiki. Tymczasem Janusz wyciągnął od niej tę wiedzę bodaj już podczas pierwszej rozmowy na czacie. Ot i sprawiedliwość!

Wysoka, szczupła, naturalna blondynka z wąską talią, z długimi – na co dzień ciemnobrązowymi włosami, ogromnymi brązowymi oczyma, śniadą skórą, jak u niewiast z płócien osiemnastowiecznych mistrzów – to ona – Rina, córka zamożnych rodziców, z tak zwanego: dobrego domu. Rodzice swego czasu mieli wszystko, co było ludziom niezbędne i co było tak rzadko osiągalne za czasów komuny: przyzwoite czteropokojowe mieszkanie, Fiata 125-p, prestiżowe posady profesorskie w warszawskiej ASP. Ona – ich latorośl – do woli mogła uprawiać swą pasję – malarstwo sztalugowe. A tak poza tym już od pacholęctwa miała romantyczną duszę i od zawsze marzyła, aby wyjść za mąż za „zamorskiego księcia”.

Tymczasem jeszcze w młodości, zaraz po maturze zakochała się w przystojnym, w średnim wieku żonatym mężczyźnie. Zupełnie straciła dla niego głowę. Wkrótce urodziła im się córeczka. Ale mężczyzna nie zamierzał odejść od swej żony. Nie chciał w ogóle niczego w swym życiu zmieniać i jedyne o co poprosił, to tylko to, aby została jego stałą kochanką. Na szczęście – nie załamała się. Znalazła siłę, by zerwać związek. W wychowaniu córki obiecali pomóc i pomogli jej rodzice. Potem miała jeszcze kilka krótkotrwałych romansów z mniej lub bardziej przypadkowymi mężczyznami, co nie zmieniało w niczym faktu, że wciąż czekała na tego jednego, tego jedynego wymarzonego księcia z bajki, którego tysiące razy widywała w swych marzeniach i snach.

Pierwsze tygodnie jej życia małżeńskiego z Babickim upłynęły zwyczajnie i poza krótkim okresem pobytu na Malediwach dość nudno, jak dla romantycznie usposobionej młodej żony. Mąż wychodził na całe dnie do pracy, zaś krótkie wieczory i z konieczności ciche, spokojne noce, które spędzali razem – nie dostarczały jej radości na tyle, na ile zawsze marzyła, innymi słowy: nie przydawały wystarczającego zadowolenia. Radował ją głównie seks, którego, jej zdaniem, miał za mało… W chwilach miłosnych uniesień jej mąż był za to bardzo delikatny i czuły, jak żaden inny z dotychczasowych partnerów. Oprócz seksu bardzo ceniła sobie wspólne wyjścia na miasto za dnia. Te eskapady zdarzały się wprawdzie bardzo rzadko, ale zdarzały. Chodzili trzymając się za rączki i zwiedzali zabytki, i za każdym razem odwiedzali jakąś nową prestiżową restaurację. Tych – w Pradze, na szczęście, nie brakowało. Czasami powracali tam, gdzie ostatnio coś ich szczegollnie pozytywnie zaskoczyło. Uwielbiała na przykład bywać w „La Bottega Di Finestra”, za sprawą wspaniałych makaronów, które podawano w niej na setki sposobów (co poniektórych aranżację postanowiła zapamiętać, aby kiedyś samej przygotować w zaciszu domowej kuchni). Jednak najbardziej polubili niewielką knajpkę  ‘U dvou velbloudu’ i bynajmniej nie z racji licznych prestiżowych nagród, którymi szczyci się tutejszy mister „chef”, a przede wszystkim za sprawą miłego otoczenia, które Rinie kojarzyło się z najbardziej urokliwymi paryskimi ulicznymi kawiarenkami. Jest to o tyle ciekawe, że przecież jak dotąd nigdy w Paryżu nie była! Babicki z szacunkiem tylko skwitował, że porównanie celne…

Jednak w ciągu typowego tygodnia prawie było regułą, że całe dnie zmuszona była spędzać sama. Nawet zajmowaniem się domem, gospodarzeniem w nim – mąż nie zalecał. Od tych czynności była pokojówka i specjalny człowiek. „Zajmij się swoimi sprawami, znajdź sobie zajęcie, odwiedź salon piękności, przejdź po ulubionych galeriach i sklepach, ale pieniądze, proszę, trać z głową, nie bądź niemądrze rozrzutną” – pouczał. Za to, pewnego razu, sam przyniósł żonie dwie wieczorowe suknie, a z nimi – dopasowane buciki, torebki, peniuar i kapcie, czym niewymownie Rinę zadziwił. Nigdy żaden mężczyzna nie sprawił jej takich prezentów! Bo żaden się na nich nie znał… Czym jeszcze zaskoczy ją ten jej niezwykły mąż i ‘książę’ w jednej osobie – Janusz Babicki?

Najbardziej jej było smutno, gdy nadchodził weekend, a mąż akurat zmuszony był lecieć gdzieś „daleko” za interesami. Jak tu sobotę i niedzielę spędzać samej? Z konieczności pozostawały samotne spacery po Pradze, „praca” z farbami i sztalugi. No i był jeszcze Skype. To dzięki niemu komunikowała się z przyjaciółmi i z córką, która zaraz po weselu, oczywiście, wróciła do Polski (gdzie kontynuowała studia). Niby blisko, a byli teraz tak daleko! Ileż jednak godzin mogła z nią i z innymi przyjaciółmi rozmawiać przez Skypa? Ile by nie było, to i tak takie rozmowy w niczym nie zastąpią kontaktów z żywym człowiekiem…

– Kochany, zabierz mnie ze sobą na swe zagraniczne spotkanie… Przecież lecisz prywatnym samolotem, – poprosiła w końcu Rina po ich dwumiesięcznym pobycie w Pradze, gdy raz kolejny Babicki oznajmił, że weekend znów spędzi sama, bo on leci w drugi zakątek Europy w celach zawodowych. – Ty będziesz załatwiał swoje sprawy, a ja pozwiedzam sobie miasto. Nie będę ci przeszkadzać.

– Tak bardzo smutno ci beze mnie?

– Tak bardzo… Zobacz, jak często zostawiasz mnie samotną podczas weekendów? Tęsknię wówczas i za toba, i za przyjaciółmi, i za moją Warszawą… Tu nie mam nawet z kim porozmawiać… – żaliła się mężowi.

– Słonko! Następny weekend spędzimy razem. Obiecuję! Spędzimy go tam, gdzie zechcesz. Możesz sama wybrać. Ale w ten weekend, no wybacz, będę za bardzo zajęty…

– Ta twoja menedżerka, ta Fille, nie ma dla ciebie litości! Ileż można tak eksploatować człowieka?

– Business is business – you know… – i nieoczekiwanie się uśmiechnął i szybko pocałował żonę w policzek. – W piątkowy wieczór wylatuję, wrócę w niedzielę przed nocą. Coś ci kochanie przywieźć?

– I co mam ci odpowiedzieć? Nie wiem nawet, dokąd lecisz…

– Ja też już chyba nie wiem… – cały czas z uśmiechem żartował.

– No dobrze, – odpowiedziała po krótkim namyśle, – przywieź mi słodycze.

Rina celowo poprosiła męża o słodycze mając nadzieję, że po ich opakowaniach określi, z którego pochodzą kraju? Niby wiedziała, a tak naprawdę do końca nie wiedziała czym się zajmuje jej mąż. To, że publikuje i udziela się medialnie – to była oczywistość. Miała tego dowody na co dzień. Ale czym zajmuje się poza? Na czym polegają te jego weekendowe spotkania? Czy to tylko i czy zawsze spotkania z czytelnikami, wydawcami, dziennikarzami? Nie wie nawet dlaczego, ale nie do końca była o tym przekonana. I ta zołza Fille… Ciągle przy nim…

Mijały minuty, kwadranse, godziny… Za oknami zaczęło świtać. Nawet nie pamięta kiedy zasnęła.

 

 

Książę z bajki – lista rozdziałów

2 myśli w temacie “Rozdział 3 – Nocne obrachunki Riny.

  1. Drogi Panie Babicki 🙂 , tak jak Księżyc świeci odbitym światłem słonecznym, tak Pańska menadżerka bezwstydnie grzeje się w blasku Pana sławy. Radzę uważać, tym bardziej, że poczytny czeski tabloid „Blesk” już wziął Pana i Fille na celownik. 😉

    Januszu :), nie żałujesz pomysłów i pióra dla swoich czytelników. 🙂 W dodatku zawsze umiesz uchwycić genius loci danego miejsca – lektura przywołała moje własne praskie impresje. Děkuji Vám mnohokrát 🙂

    • Ahoj Kateřina!
      To je od tebe moc hezké. Doufám, že jednoho dne, a já osobně bude konat ve vašich vzpomínkách. 🙂
      Zatím děkuji. 😉

      Vše nejlepší!

      🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *