Wielisława

Rozdział 1

Mówi się, że święto Wielkiejnocy to najbardziej mistyczne święto świata. Mieszkania ozdabiają ręcznie spreparowane pisanki, nierzadko cukrowe ptaszki, kurczaczki, zajączki, kwiatuszki, koszyczki, wazoniki. W świąteczną niedzielę rodziny zbierają się przy suto zastawionym stole do uroczystego posiłku. Każdy z każdym  składa sobie życzenia i wszyscy nawzajem obdarowują się dobrym słowem. Jest wokół miłość, jest troska i wzajemne zrozumienie.

Ten sielski obrazek nie zawsze jednak bywa regułą. Rzeczywistość czasem nie jest tak lekką, nie jest tak magiczną i nie zawsze jest w niej miejsce na miłość bliskich i zrozumienie. Gdy czyimś rodzicom pijany pirat drogowy w jednej sekundzie odbiera życie, dlatego, że najpierw zachlał a potem nie zapanował nad pojazdem – życie przestaje być sielskie, jak wcześniej. Po takim wydarzeniu skrzywdzonym pozostaje jedynie pozostać przy nadziei, że boża sprawiedliwość – to nie jakiś wydumany mit i że skoro nie dziś, to może jutro los okaże choć odrobinę dla nich przyzwoitości. Ona – Wielisława – marzyła o takiej „przyzwoitości” przez długie miesiące, obmyślała życzenia na swe dwudzieste drugie urodziny, wypuszczała do nieba biedronki i prosiła, aby przyniosły jej szczęście. On – Janusz – przed kilku laty porzucony przez ukochaną, piękną kobietę marzącą o wielkim świecie i splendorach, której nie potrafił zatrzymać przy sobie wizją swego prostego życia i rodzinnego szczęścia – też marzy, że kiedyś ponownie ją spotka, że powspominają szczęśliwą, młodzieńczą przeszłość i że już na zawsze zostaną przynajmniej przyjaciółmi?…

I wiecie co? Okazuje się, jeśli czegoś bardzo pragniemy Los wyświadcza nam taką przysługę. Na przykład podczas Wielkiej Soboty.

*

Na stacji benzynowej „BP” w Starych Babicach po porannych przedświątecznych godzinach szczytu zapanował względny spokój. Strumień samochodów gwałtownie zanikał i tylko „dostawczaki” niezależnie od pory dnia zajeżdżały po paliwo. Dla personelu nadszedł właśnie ulubiony czas: wytchnienia, przeglądania świeżych gazet, rozwiązywania krzyżówek. Podjeżdżających klientów każdy z obsługi zaopiekowywał po kolei. Bywały od tego wyjątki. Radek, który będąc o dziesięć lat młodszy od Janusza niekiedy odprawiał klientów jednego za drugim. (Niedawno wyszedł z wojska. Wiadomo: ta rozpierająca energia i życiowy „power”!) Za to, gdy mu się to znudziło, wyrównywał sobie straty i ostentacyjnie hurtem zwalał robotę na kolegę. Janusz był dla niego wyrozumiały. Posiadał przecież status męża i ojca pięcioletniego syna. I choć nie miał tyle wigoru, co młodszy partner, za to jeśli już coś powiedział lub zrobił – zawsze biło od niego doświadczenie i życiowa rozwaga. Obaj doskonale się zatem uzupełniali, a sporadyczne między sobą nieporozumienia likwidowali już w zarodku, aby skutecznie zażegnywać ewentualne niesnaski i żale. Dla dobra relacji.

Gdy byli już po pierwszej porannej kawie – na stanowisko podjechała elegancka, szykowna „bryka”: jasnoczerwony Jaguar w wersji z opuszczanym dachem. Za kierownicą – typowa w takich cackach kobieta: platynowa blondynka o zgrabnym małym nosku i zmysłowych ustach. Jej oczy przesłaniały olbrzymie przeciwsłoneczne okulary.

– Idź. Popatrz sobie na przedstawicielkę babskiego establishmentu. – Zaproponował Janusz.

– Eee!… Nie lubię blondynek, – fuknął Radek i zanurzył nos w gazecie.

Dziewczyna tymczasem zatrzymawszy się przy pierwszym stanowisku wyszła z wozu. Kusa spódniczka i kolorowe luźne wdzianko w kwiatki subtelnie uwypuklały jej kobiece walory, to jest: szczupłą talię, jędrne piersi i piękne długie nogi. Janusz głośno wzdychając wstał zza lady i klepiąc kolegę po ramieniu udał się na stanowisko do klientki.

– Dzień dobry! – grzecznie pozdrowił (uprzejmość wobec klientów to jedna z najważniejszych klauzul wpisanych do umowy o pracę.)

Dziewczyna żwawo odwróciła do niego głowę i zdjęła okulary. W jej oczach o kolorze koniakowym odmalowane było niemałe zaskoczenie.

– Coś mi się wydaje, że znam tego sympatycznego chłopaka z blond czupryną…

– Julia? – Niespodziewanie, z kolei, odezwał się Janusz.

Stali i patrzyli na siebie, jakby zapomnieli o świecie. Sześcioletnia rozłąka, nie od razu, żeby aż nie do poznania, ale jednak trochę ich odmieniła. Teraz pomału rozpoznają się na nowo. Janusz nieco zmizerniały, sfatygowany życiem, rodziną, pracą – stoi przed nią w nieznacznie zaoliwionym uniformie, tchnącym zapachem benzyny i spalin. A Julia… taka cała rozkwiecona, emanująca radością, pachnąca ekskluzywnymi, drogimi perfumami… Czy aby to ta sama Julia? Lata rozłąki nie zmieniły tylko jednego: nadal rozumieli się bez zbędnych słów.

– Spełniły się twe marzenia? – W końcu spytał cicho.

– Nalej do pełna. – Zamiast odpowiedzi zaordynowała, a jej małe, zgrabne uszy nieznacznie poróżowiały.

Najwidoczniej zaskoczona nieoczekiwanym „wpadnięciem” na swego niedoszłego ongiś męża i skrępowana towarzyszącymi okolicznościami tego niespodziewanego spotkania, nie była skora do rozmów. Dlatego gdy Janusz zajął się napełnianiem baku, ona – nie wdając się w dalszą konwersację udała się w milczeniu do pawilonu po drobne zakupy. Kupiła kilka gazet, jakieś wilgotne chusteczki kosmetyczne i karmę dla kota. Uregulowała rachunek platynową kartą i bez specjalnego pośpiechu wróciła do wozu. Janusz już na nią czekał przytrzymując na wpółotwarte drzwi kabrioletu. Widząc wracającą z kasy eks-przyjaciółkę otworzył je natychmiast na oścież zapraszając, aby wygodnie usiadła.

– Wesołych świąt! – kurtuazyjnie pozdrowiła dawnego przyjaciela usadowiwszy się już wygodnie za kierownicą.

I nie czekając nawet odpowiedzi odjechała z piskiem opon, zostawiając po sobie zapach „Kenzo” i jakiś irracjonalny smutek.

Janusz wrócił do swego siedziska za ladą z puszką belgijskiego piwa. (Nigdy wcześniej nie kusiło go piwo w pracy! Kupił je w delikatesach, tuż obok stacji). Radek ze zdziwieniem spojrzał na partnera, ale postanowił milczeć. Było jasne, że jego koledze teraz nie do „rozmów”. Na szczęście w chwilę później w drzwiach stacji pojawiły się Joanna i Wika. Oznacza to, że dyżur Janusza i Radka dobiega końca.  Jeszcze tylko piętnaście minut na przekazanie zmiany, drugie piętnaście na szatnie i toaletę – i do domu! Witajcie święta!

 

Rozdział 2

– Wiko, ocknij się! – Joanna wstrząsnęła ramieniem swej partnerki na zmianie, aż ta prawie podskoczyła wyrwana z traumy wspomnień, które zaprzątały jej umysł od samego rana, – Wszystko w porządku, kochanie? Ta szklana witryna już prawie skrzypi z czystości. – Joanna uśmiechnęła się ciepło i położyła rękę na ramieniu przyjaciółki.

– Tak. Wszystko w porządku, trochę tylko się zamyśliłam. Znasz mnie… Zawsze daję się ponieść bezsensownym marzeniom. – Próbowała nawet zrobić radosną minę, wymuszając na sobie prawie szczery uśmiech.

Robocza zmiana obu pań na stacji benzynowej w starych Babicach trwa już od ponad szesciu godzin, ale sama myśl, że jest to pierwsza Wielka Sobota bez rodziców, wprowadziła ją w głęboki trans. Za oknami zakłębiła się już wieczorowa ciemność i nawet latarnie wzdłuż wylotówki na Sochaczew ledwie co rozświetlały opustoszałą o tej porze drogę.

Ale na co dzień – okolice ich stacji benzynowej to naprawdę urokliwe miejsce. Zwyczajne, przytulne, niskie domki cieszą oczy swym spokojem i kolorytem. Pięknie oświetlona kopuła kościółka po drugiej stronie ulicy, tuż przy rynku,  nastraja do zadumy i melancholii, a sprzedawcy z pobliskiej kwiaciarni poznają swych klientów z twarzy i każdemu kłaniają się nisko. Jeśli chodzi o nią – to dla niej ulubioną i główną atrakcją Starych Babic jest lokalny cmentarz, kilka kroków stąd. To taki dla niej osobisty, maleńki „tajnik”, miejsce gdzie można skryć się przed wszystkimi, gdzie można przebywać  ze swymi myślami i nie martwić się, że ktoś może usłyszeć cichą rozmowę samej ze sobą.

– Nadal nie nauczyłaś się kłamać, moja droga, – Joanna pogłaskała swój brzuch, w którym spokojnie czekał swych narodzin przyszły panicz Skórowski, gotowy do pojawienia się na świecie za kilka miesięcy, – jeśli z takim wyrazem twarzy mówisz, że wszystko jest dobrze, znaczy sprawy biorą w łeb. Kochanie, jutro Wielkanoc. Wyluzuj! Co cię gryzie?

Wielisława przetarła oczy zmęczone od niedosypiania i spojrzała na nią skołowanym wzrokiem. Wie, że Joanna nie odpuści dopóki nie wyciągnie od niej właściwej odpowiedzi. Stanowcza, czasem szorstka i przepełniona sarkazmem kumpela – to typowe jej przeciwieństwo, choć i najbliższy człowiek ze wszystkich ostałych na tym świecie. To ona wspierała ją i wspiera w trudnych chwilach i to ona przygarnęła ją do siebie, pokornie czekając aż jej nikczemne życie stanie się trochę szczęśliwsze.

– Musisz zrozumieć, że po urodzeniu twojego dziecka będę musiała znaleźć nowy dom, – westchnęła bezradnie, rozumiejąc całe swe niefortunne położenie, – tylko usamodzielnienie się może służyć mi za ratunek.

– Ze mną i z Piotrem możesz zostać tak długo, jak tylko zechcesz. Urodziny naszego dziecka nie będą tu w niczym przeszkodą. Dlaczego nagle uznałaś, że wystawimy twe rzeczy razem z tobą na ulicę? – I zwiększyła i tak już i bez tego swe wielkie, niebieskie oczy, pod dużymi rogowymi okularami doskonale pasującymi do miedzianych włosów.

– Joasiu, mówisz serio? Oferujesz mi całe życie spać na materacu, u was w salonie?… Pałętać się pod nogami, gdy zaczną przytłaczać was codzienne troski? – Odstawiła krzesło od błyszczącej od czystości witryny i wzięła się do pucowania następnej, – Nie, to nie życie… Rozumiem, że na pogodną przyszłość nie zdołam odłożyć żadnych wielkich pieniędzy, ani nawet nadziei na nie, ale jeśli będę tak stale siedzieć w jednym miejscu to tego całego mojego życiowego „shit” nie ubędzie.

I westchnęła z irytacją, i oparła ręce o kontuar, zakrywając oczy. Cała ta sytuacja przypomina jej czyiś okrutny żart lub paskudne oszustwo. Cały rok stara się uciec od tego koszmaru, udając, że wszystko jest w porządku. I bez skutku. Wciąż wspomina tę chwilę, gdy ujrzała leżące w kostnicy ciała rodziców z dziesiątkami ran powypadkowych i wciąż doświadcza bólu, tego nieznośnego uczucia, kiedy wnętrzności, dosłownie przemutowują w żel i dążą do opuszczenia schronu. Gdy od tych wspomnień zbiera się na nudności – powietrze nie chce dostawać się do płuc. Gardło jest rozdarte od krzyku, przemieszanego ze łzami, krzyku przeklinającego cały ten świat… Jak tak mogło się stać, że jeden, jedyny pijany drań zdołał  okaleczyć całe jej życie? Kto mu pozwolił wsiąść w takim stanie do samochodu i w konsekwencji zabić jej najukochańszych rodziców?… Tymczasem ten facet samemu przeżył wypadek. Nawet odzyskał w szpitalu świadomość. Zmarł jednak po kilku dalszych dniach, mimo starań całego komanda lekarzy. Dowiedziawszy się o tym bezpośrednio na komisariacie, w myślach posłała do diabła całe swe wrażliwe sumienie i rozjaśniła twarz w radosnym uśmiechu. Tak! Choć przez chwilę była szczęśliwa, jak dziecko cieszące się z nowej zabawki. Cieszyła się, że i tamten w końcu odprawił się w podróż do piekła, gdzie od początku powinien się znaleźć. Nawet wiedząc, że jego śmierć nie zwróci jej rodziców, nawet i zdając sobie sprawę, że nienawiść i gniew tylko trują krew i przeszkadzają w pogodzeniu się samej ze sobą… Cieszyła się. A tymczasem cała tak skrupulatnie zaplanowana przez nią przyszłość legła w totalnych gruzach: dom – przejął bank za niespłacone zobowiązania, a zagraniczne studia zakończyły się niemal w dniu, w którym zaczęły… bo nie było na nie pieniędzy. Pieniądze… W naszym świecie wszystko opiera się tylko na nich. Jeśli masz wystarczająco dużo środków i przy okazji jeszcze doskonałą pracę – jesteś królem. Jeśli w twych kieszeniach śmigają chrząszcze, jak w jej przypadku – musisz czekać na króla. Pozostało jej coś innego?

– Chyba masz rację, – jej przyjaciółka znów odezwała się po chwili milczenia, – to niezupełnie to, czego ci trzeba. Ale, Wiko, zaczynać od zera jest zawsze trudno, i na to trzeba być przygotowaną. Spójrz na naszego Janusza. Kiedyś też ta jak ty, gdy zostawiła go ukochana kobieta, chłopak był bliski popadnięcia w depresję. Nie potrafił znaleźć dla siebie w życiu miejsca. Ale wiedział, z jedyną dla niego szansą jest pozostawanie w pracy i utrzymywanie kontaktów z ludźmi. To go ocaliło. Wkrótce życie się do niego na powrót uśmiechnęło: poznał ukochaną kobietę, ożenił się, na świat przyszedł synek… A ty… – wzruszyła ramionami, a po chwili dodała: – Twoje rany są tak świeże, że nie jestem pewna, czy samotność dobrze ci posłuży. Zastanów się dziewczyno…

– Wiesz, nawet i przebywając razem z wami nadal będę odczuwała samotność. To jest jak mgła, zakradająca się w każde miejsce, w którym się tylko bywa. – Jej głos drżał zdradziecko, – w takim rytmie, pewnego ranka się zbudzę i uświadomię, że przespałem całe życie. Nie chcę tak!

– Rozumiem… Możemy pomyśleć o tym kiedy indziej, ale nie dziś, w końcu: w Wielką Sobotę. Dobrze?

– Dobra. – Zgodziła się i zarzuciła wilgotną szmatkę na ramię, – Pomyślę o tym jutro.

Joanna pozapinała na sobie guziki swego beżowego płaszcza i poprawiła zielony beret.

– Czy jesteś pewna, że chcesz tu zostać do końca zmiany? – Uśmiechnęła się przepraszająco, – jak chcesz mogę poprosić z zaplecza Pana Leona, poradzi sobie spokojnie przy kasach sam. Klientów i tak nie ma i pewno niewielu już będzie. Chodźmy, wracajmy razem do domu, odgrzejemy kolację i spróbujemy mimo wszystko cieszyć się wigilią święta, jak wszyscy.

Co do odwiecznego prawa podłości (niektórzy zowią je prawem Murphiego) – ledwie rzekła, a pod dystrybutor numer jeden majestatycznie zajechał ciemnobrązowy Jeep. Wysiadł z niego postawny mężczyzna i nie czekając na kogokolwiek z obsługi sprawnie rozpoczął tankowanie. Po chwili dzwonki nad drzwiami rozdzwoniły się przyjemnym opalizującym brzdękiem. Do pawilonu wszedł przystojny, wysoki mężczyzna o smutnych zielonych oczach i spojrzeniu typowym dla samotnego podróżnika. Stanął naprzeciwko Wielisławy i uśmiechnął się leniwie, jakby potwierdzając jej własną teorię, że to święto nie jest tak doskonałe, jak się wszystkim wmawia. Emanowało od niego chłodną świeżością wieczoru i drogą wodą kolońską z nutą palonej kawy, która przyjemnie łaskotała po nosie.

– Płace za „jedynkę” i jeszcze podwójną cappuccino poproszę i tę puszeczkę piwa, – leniwym, nieco ochrypłym głosem przerwał panujące w pomieszczeniu milczenie. Na widok jego wąskich warg, które za chwilę wchłoną podwójna porcję kawy, Wielisława mimowolnie wzdrygnęła się.

– Proszę bardzo! – Kiwnęła głową i wzruszyła ramionami w odpowiedzi na pełne wyrzutu spojrzenie Joanny. – Proponujesz faceta spławić? – Szepnęła Joannie do ucha i udała się do stanowiska gastronomicznego.

– Uniwersalna czarcia niesprawiedliwość, – mruknęła niemal bezgłośnie jej przyjaciółka i delikatnie popchnęła Wielisławę łokciem, przechodząc obok. – Jutro sama przychodzę na zmianę, a ty – wyśpij się, jak należy i nawet nie myśl, aby się budzić przed dziesiątą rano. Zrozumiałaś?

Nie pozostało jej nic innego, jak tylko skinąć głową na zgodę i zaakceptować tak szczodrą propozycję kierowniczki zmiany. Odpoczynek, zaiste, naprawdę jej się przyda. Po pięciu kolejnych zmianach, jej naturalny autopilot gdzieś wewnątrz już migał diodami, ogłaszając absolutorium. Joanna nieustannie zachęcała ją do zgarniania wszystkich pieniędzy świata, proponując niekończące się nadgodziny, ale nie rozumiejąc jej prawdziwych motywów, dla których ona, Wika, przystawała na to. Tamta ma dach nad głową, kochającego męża i świetlaną przyszłość, która mieszka póki co w jej zaokrąglonym brzuszku. A ona, co? Szczerze mówiąc: nic. Nie ma nic, oprócz dwóch walizek z ubraniami i kilku fotoramek ze zdjęciami ongiś szczęśliwej rodziny. To wszystko, co pozostało z dawnego życia. Wszystko, co przypomina o tym, że kiedyś było lepiej, niż teraz…

Zręcznie odmierzyła podwójną porcję cappuccino zaciągając się narkotycznym aromatem i, dorzuciwszy do spodeczka cztery saszetki cukru podała wypełnioną kokilkę swemu późnemu gościowi. Ten – zachowywał się cicho, spokojnie i w zamyśleniu rozglądał po ladzie, jakby szukał tam jakieś odpowiedzi na odwieczne pytania o sens życia. Tacy goście nie są tu rzadkością, zwłaszcza wieczorami. Szczególnie żyjący samotnie. Niektórzy, po jednej, dwóch kawach zaczynają wywlekać z siebie wszystkie ciężary swego pokomplikowanego życia, wierząc, że osoba za ladą jest jedynym człowiekiem, który wszystko cierpliwie wysłucha, z wyrozumiałością i do samego końca. Gdy tacy w końcu kończyli – cieszyła się. Dlatego, bo słuchać o uczuciach innych zranionych przez życie ludzi, przepuszczać je przez własną duszę w tak trudnym dla niej czasie – było naprawdę trudne.

– Wie-li-sława…, – wycedził pomału mężczyzna, nie odrywając oczu od identyfikatora na jej piersi.

Zmrużył oczy i prawdopodobnie starał się przypomnieć, czy kiedykolwiek w trakcie swego trzydziestodwuletniego życia spotkał się z podobnym imieniem. Spojrzała na niego swym zmęczonym wzrokiem i usunęła się w kierunku małego zeszytu z zamówieniami, które musi wypełniać dla potrzeb ewidencjonowania stanu zapasów.

– Rzadko zwracają się do mnie pełnym imieniem, – powiedziała, podchodząc bliżej, – Wika – tak o wiele prościej.

– No cóż, rozumiem… – zielone oczy błyszczały od wypitej kawy i puszki piwa, jakby igrało w nich maleńkie szaleństwo, – podoba mi się pani imię. Takie bardzo polskie, oryginalne, niecodzienne… Ja bym je wypowiadał zawsze i tylko w pełnym brzmieniu.

Serce jej podskoczyło i po piersiach rozlało się ciepłe, wdzięczne uczucie, porównywalne do waty cukrowej roztapiającej się na języku. Co może roztaczać kobieta po takich słowach? Prawidłowo. Skrzydła. Duże skrzydła, srebrzyste i niosące ją gdzieś wysoko w puszyste chmury. Po takich słowach trudno się nie zauroczyć. Po takich słowach trudno jest zapomnieć tego, z czyich ust uleciały. Pomimo faktu, że faceta się absolutnie nie zna. Widzi się gościa po raz pierwszy w swym życiu, ale rozumie, że to spotkanie jest jednym z najważniejszych. Niczym zapłata za wszystkich traumatyczne doznania. Niczym zapłata za absurdalną śmierć rodziców, za brak dachu nad głową, za niemożność studiowania na wymarzonej uczelni.

Oto one – przeprosiny bezdusznego wszechświata. Oto stoi naprzeciwko niej facet, uśmiecha się słodko i kręci w swych niewyobrażalnie pięknych dłoniach do połowy pustą szklankę. Nie wie, kiedy zdążyła zrozumieć, że serce musi poznać jego imię. I musi się mocno powstrzymywać, aby bezustannie nie patrzeć na tego ponurego przystojniaka, z czarnymi włosami i męską szczeciną. Nie wie, kiedy zdążyła zrozumieć, że wciąż patrzy na jego szeroki tors, przykryty szarym pulowerem, na reliefy umięśnionych rąk, uwypuklonych w okryciu cienkiej tkaniny. Na długie bardzo męskie palce, na kilka pieprzyków koło prawego ucha, przypominających jeden z gwiazdozbiorów. I – faktycznie – straciła rachubę, licząc, ileż „śmiertelnych combo” w jego wyglądzie. Ileż i jakimiż licznymi przywilejami obdarzyła go natura dla potrzeb walk z rywalami. I z pełnym przekonaniem doszła do wniosku, że większość poznanych przez nią mężczyzn nie miałaby żadnych szans gdyby musiała stawać z nim w konkury.

– Skoro poznał pan już moje imię, no to chyba czas, aby wypowiedział swoje, – i uśmiechnęła się do niego nieco głupkowato, wiedząc, że wykonuje gest kompletnie wbrew swym zasadom.

Facet rozjaśnił pusty pawilon pięknym uśmiechem, który lekko mówiąc, mógłby pretendować do reklamy past do zębów.

– Ono nie jest tak piękne, jak to pani, – zaśmiał się i odsunął spojrzenie na bok.

„Panie Boże, być może w poprzednim życiu topiłam koty, torturowałam szczeniaki i przypalałam chomikom wąsy” – pomyślała znienacka, bo tylko takimi wywodami mogłaby teraz usprawiedliwić swe liczne wcześniej popełniane grzechy. Tak żenująco, jak w tej chwili, nie czuła się nigdy. To jest coś takiego, jakby odmówiono komuś bezpłatnej porcji lodów gdy skwierczy na słońcu w niemiłosiernym upale. Tak jakby cię brutalnie odrzucono, dając do zrozumienia, że nie wszystkie wypowiedziane słowa niosą w sobie jakikolwiek sens. Dokładnie! Jego wcześniejsze słowa nie znaczyły absolutnie nic. Dla niej. Skąd więc teraz ona w ogóle przypuszcza, że takie ciacho postanowiło poznać bliżej taką dziewczynę, jak ona? Przecież całym swym image krzyczał, jakie dziewczyny mają prawo wieszać się na jego szyi. Wiadomo: długonogie, zwinne w łóżku, z cienką talią i rozmiarem biustu numer trzy. Przegrywała z nimi praktycznie w każdej kategorii: w jej  rodzinie stadiometr nie przekraczał poziomu metr sześćdziesiąt; jej skromny wykaz adoratorów, z którymi dzieliła łóżko zatrzymał się na liczbie trzy, a rozmiar biustu dramatycznie dążył do poziomu samooceny „mogłoby być i lepiej.” Ale lubiła siebie taką, jaką była. Lubiła swe długie, rudawe włosy, które pięknie lśniły jasnym blaskiem. Uwielbiała swe brązowe oczy, które czasem połyskiwały miodowymi odcieniami i nieduże usta, w kolorze wiśniowym – takie, jak u jej matki. Kochała te małe w sobie rzeczy, bo przypominały właśnie ją – jej matkę. Jej własną matkę, najukochańszą, najbardziej potrzebnego człowieka ze wszystkich, którzy kiedykolwiek byli na tym świecie.

Przyjęła niezręczną ciszę jako wezwanie do odwrotu i ponownie zanurzyła się w papierach, udając, że jej fraza-pytanie nie zobowiązywała do czegokolwiek, a na pewno już nie do kontynuowania dialogu. Krople dumy wciąż jeszcze pluskały się we krwi, nie pozwalając otworzyć się ustom by powtórzyć pytanie. Jeśli on postanowił zakończyć niezręczną rozmowę wymianą uprzejmości i do niczego nie zobowiązującymi komplementami – to ona akceptuje regulamin takiej gry i uznaje już za obowiązujący.

– Edi, – nagle powiedział po bolesnej ciszy, – widzisz, nie ściemniałem. Twoje imię jest naprawdę piękniejsze.

– Przypominałeś sobie moje pytanie, czy umyśliłeś, aby zachować odpowiedź celowo tak długo, aż do teraz? – I uniosła brwi w geście zdziwienia. Prawdziwego zdziwienia. (Oboje nieświadomie, a może i świadomie przeszli miedzy sobą na ty. Ani jemu ani jej w niczym to nie przeszkadzało)

– Zbierałem myśli, – szczerze przyznał, – dzień był dla mnie nie za lekki, jak i zresztą cały miniony tydzień, a właściwie – jak cały mijający rok… Ale, uznałem, lepiej umilić sobie wieczór tutaj, niż tam, skąd jestem.

– Jeśli wziąć pod uwagę, że jutro Wielkanoc, to tam, skąd przyszedłeś, jest rzeczywiście paskudnie, – i uśmiechnęła się, odkładając na miejsce rachunki i stanęła przed nim, opierając dłonie na barze. – Jeszcze jedną kawę, Edi, czy masz już dosyć?… Nie chcę cię pospieszać, ale wkrótce kończy się moja zmiana i muszę jeszcze przekazać obowiązki koledze.

Złapała się na myśli, że jeśli tyko by zechciał – ona zostałaby na zmianie do samego rana. Byleby tylko mogła z nim rozmawiać. Dowiedzieć się, o czym myśli? co jego niepokoi? dlaczego w takie święto – on, podobnie jak ona, jest sam? Zastanawiała się, jak to możliwe, że tak znienacka w niego wsiąkła? To niesłychane… A jeszcze bardziej interesujące, jak aż tak silnie mogła wsiąknąć i tak od razu? Czyżby mity o strzałach Amora były prawdziwe?

– Co robisz po pracy, Wielisławo? Moglibyśmy pochodzić po mieście i sprawiać wrażenie, że i dla nas świąteczna radość jest niemniejsza, niż u innych.

Mówiąc to Edi przybrał dość poważny wyraz twarzy i pokręcił w dłoniach kluczykami od  samochodu. Ona – nerwowo przełknęła ślinę, wyszukując oczyma przyczółku, na którym mogłaby uwiesić spojrzenie. Jej dezorientacja rozpływała się purpurowymi plamkami po twarzy, jakby sparzono ją wrzątkiem, a słowa utknęły gdzieś u zarania drogi. Trudno jej było zrozumieć, jaka odpowiedź naprasza się do jej głowy. Jej nieufna i nieśmiała część rozumu mówi, że obcy tak łatwo zapraszający na spacer późnym wieczorem może być seryjnym mordercą i gwałcicielem. Optymistyczna i zrelaksowana część podpowiada, że drugiej szansy wszechświat jej nigdy już nie dostarczy i musi podporządkować się woli losu, który, być może, dziś ostatecznie wyczerpał zasoby swych podłości.

– Nie naciskam, – uśmiechnął się gorzko i uniósł w górę odkryte dłonie, – ale mam nadzieję, że zgodzisz się, jeśli, oczywiście, nie czeka na ciebie w domu gorący posiłek i nie mniej gorący facet.

– Ty naprawdę chcesz ze mną spędzić wigilię tego święta? – Podejrzliwie zwęziła oczy, patrząc na efekt swego połowu, – ze mną, dziewczyną wyczerpaną po szesnastogodzinnej zmianie i całkowicie ci obcą?

– A czemu nie? Przecież wiem jak masz na imię: Wielisława. Czyż to nie starczy?

Edi ponownie uśmiechnął się jednym kącikiem ust i spojrzał na nią, prawie bez mrugnięcia. Jego oczy były pełne szmaragdowego światła, a spojrzenie było tak ciepłe i miękkie, że mogłoby ogrzać nie gorzej niż wełniana chusta. Z jakiej to planety przybył tu – na Ziemię? Z mistycznego Calypso? – Takich oczu po prostu nie bywa u zwykłych ludzi!

– W domu czeka na mnie ruda przyjaciółka w ciąży, dwa cudze psy i wystygnięte ziemniaki z cebulą, – z lekką dozą ironii powiedziała, starając się położyć akcent na tym, że gorący facet w jej menu nie jest przewidziany, – tak, zgadzam się na twoją propozycję, Edi, ale tylko pod jednym warunkiem…

– Zgadzam się na wszystko, oprócz korowodu wokół cukrowych baranków i koszyczków z kurczaczkami! – Edi przygryzł dolną wargę i zaczesał ręką kancik.

„Nie, no… Czyżby on po prostu drwił z dziewczyn, udając strasznie słodkiego i beztroskiego gościa? Chyba jednak nie… A wydawało się, że taki gatunek facetów dawno już wymarł. Dawno temu i na zawsze.”

– Schowaj do kieszeni swoje klucze i nie siadaj za kierownicą po tej opróżnionej puszce piwa. – Cicho rzekła.

To zdanie brzmiało według instrukcji i nie mogło wzbudzić żadnych zastrzeżeń. Nie mogła przecież mu powiedzieć, że nie wskoczy do samochodu nieznanego mężczyzny ledwie po krótkiej rozmowie. Dość było jej tego, że bez końca sobie wmawiała niewinność nadchodzącego spaceru i zostawienie na niezmiennym miejscu swych odwiecznych zasad.

– Zgoda, – zarzucił na ramiona lekką wiatrówkę i położywszy na barze stosik monet podszedł do drzwi, – za dwadzieścia minut będę czekał na ciebie przy wyjściu, w nadziei, że nie uciekniesz tylnymi drzwiami.

Kiwnęła głową i odprowadziła go wzrokiem, wsłuchując się w dzwonki, rozchodzące się dźwiękiem po całym pustym lokalu. Nie chciała myśleć o poprawności swej decyzji, w nadziei, że szczęście bywa cykliczne i oto nadszedł dzień, w którym wraca do niej znowu. Całkiem możliwe w osobie swego nieoczekiwanego gościa.

*

Przekazawszy zmianę panu Leonowi cicho zamknęła za sobą frontowe drzwi. Rozejrzała się wokół, poprawiając kołnierz u płaszcza. Puszysty kwietniowy śnieg zygzakami krążył w powietrzu, spadając na roztopioną ziemię i przypominając, że jest już wiosna. Typowa polska wiosna z deszczem, słońcem i śniegiem, do której wszyscy w tym kraju od pokoleń przywykli. Powietrze było świeże i czyste, z subtelnym zapachem domowych wypieków, który rozchodził się z uchylanych zewsząd okien. Na ulicy panowała zagęszczona cisza, która teraz aż cisnęła się w uszy, a gdzieś pod żebrami koliły bliżej nieokreślone przeczucia. „Pusto. Ani żywej duszy. Ani żadnego Ediego. Zero magii…” Wzdychając ciężko powietrze, podniosła oczy ku niebu, pozwalając płatkom śniegu opadać na twarz i chłodzić rumieniec na policzkach. Co ma na myśli? Dlaczego nagle uznała, że  nie był to tylko kolejny żart jakiegoś lowelasa? Facet najwyraźniej po silnej dawce kawy doszedł do siebie i zaklął na wszystko, co wcześniej powiedział i naobiecywał.  Szybko wskoczył do swego czerwonego Kadjara i uciekł w nieznanym kierunku. Od początku spodziewała się tego, gdzieś głęboko, w środku. Ponieważ Prawo Murphy’ego jest równie cykliczne, jak szczęście, ale i jak pech.

Wszystkiego – tylko kilka przecznic oddziela ją od domu Joanny. I znów napatrzywszy się na opustoszała drogę ruszyła i zaczęła ją przemierzać szlakiem oświetlonych okien. Nie zamierza powstrzymywać łez, które cisną się do oczu niszczycielską falą. Choć nie zaprzeczy, że nadzieja na coś wielkiego i jasnego oto raz kolejny legła w gruzach. „Nic to” – jak zwykła mawiać. Rozczarowania hartują. Co ją nie zniszczy – to wzmocni. Dlatego nie będzie się dłużej martwić tym, co iluzoryczne, co nieuchwytne. Nie będzie użalać się nad spotkaniem, które miało być, a nie było. W związku z tym, niech tak będzie, jak jest. Nie jej mężczyzna. Nie jej przeznaczenie. Nie jej święto…

– Hej! Ale jestem szczęśliwy, Wika! – czyjeś ręce jednym ostrym ruchem objęły Wielisławę od tyłu i przytuliły do siebie. Jego gorący oddech zaczął palić ją po policzkach, a głos stłumionym echem rozbrzmiewał w jej migoczącym ze strachu sercu.

Ostrożnie zerkając przez ramię zadyszała konwulsyjnie, zamykając usta obiema rękami, żeby nie krzyczeć z zaskoczenia.

– O mój Boże!… – szepnęła prawie bezgłośnie przez skórzane rękawiczki. – Patryk Trazom! A ty, skąd tutaj?

To najdziwniejsza Wielka Sobota w jej życiu. Najdziwniejsza i najbardziej osobliwa…

 

Wielisława – spis treści

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *