Wielisława

Rozdział 19

Dzień był słoneczny, w przeciwieństwie do nastroju. Powód – dość oczywisty: nie da się przejść bez zawirowań emocji wobec śmierci bliskiej osoby. Nawet, gdy podobne doświadczenia w czyimś życiu już raz zajęły niepoślednie miejsce. Kolejna tragedia –kolejna maleńka śmierć twojej duszy.

Pani Skórowska zużyła dziesiątki chusteczek higienicznych – i także już nie płakała, co najwyżej od czasu do czasu zaszlochała, a tak poza tym starała się trzymać dzielnie. Wielisława przypomina sobie, że na pogrzebie rodziców też chciała sprawiać wrażenie silnej i opanowanej, i dopiero teraz, patrząc na to wszystko z boku, zdała sobie sprawę, że to na czym jej zależało  „wtedy” musiało być tylko jej osobistym złudzeniem. Bólu nie ukryjesz, nie wyłączysz, nie połkniesz, jak przysłowiowy magik sięgający płonącą żagwią gardła. Ból trzeba przeżuć, strawić i nauczyć się żyć z nim razem, obok siebie.

– Jeśli chcesz, możemy już jechać – cała drżysz! – Edi objął Wielisławę w pasie i przyciągnął bliżej siebie.

– Nie, teraz jeszcze muszę udać się do mieszkania Joanny, zaczekać tam na panią Adelę i pomóc jej z kolacją. Podrzucisz? – Odwróciła się do niego i położyła głowę na szerokim torsie, zamykając oczy.

– Oczywiście, będę na ciebie czekać w samochodzie. – Edi pocałował ją w czubek głowy i wolno odszedł w kierunku zaparkowanego auta.

Ceremonia dobiegła końca, wszyscy dopełnili rytuału rzucania ziemią na posadowioną w grobie trumnę i powoli rozchodzili się do domów. Najbliżsi zmarłej udają się na kolację. W cichej i rodzinnej atmosferze będą wspominać historie z życia Joanny. Minie teraz kilka godzin, podczas których w mieszkaniu nieboszczki będzie gwarno, a może nawet wesoło. Jej córkę, nawiasem mówiąc, już nazwano na cześć swej mamy – małą Asią. I co gorsza, istnieje groźba, że dziewczynka zostanie sierotą, ponieważ jej ojciec Piotr wciąż nie odzyskał przytomności; lekarze podejrzewają bardzo poważne uszkodzenia mózgu. Tak, okazuje się, wciąż przychodzą na świat ludzie, których los postanowił dręczyć ich już od dnia urodzenia.

– Pat? – Wielisława szepnęła z niedowierzaniem pod nosem, kiedy zobaczyła przyjaciela siedzącego na ławce… na ławce w pobliżu grobu… „Och, mój Boże, w pobliżu grobów moich rodziców!” – wzruszyła się.

Podeszła do pani Adeli, szepnęła jej, że jedzie już do domu zająć się przygotowaniami do stypy, i pewnym krokiem ruszyła w stronę… do bólu znanego pomniczka.

– Cześć! – Patryk zobaczył ją i uśmiechnął się. – Czekałem, aż do zakończenia ceremonii, nie chcąc cię rozpraszać swoją osobą.

– Nie rozpraszałbyś. – Usiadła na ławce obok niego. – Pierwszy raz tutaj?

Grób rodziców Wielisławy był tuż przed nimi, z wygrawerowanymi napisami i katolickim krzyżem.

– Po przyjeździe – tak. Jeszcze ani razu nie przyszedłem do nich. Postanowiłem to naprawić – spojrzał na nią smutnym wzrokiem i wyciągnął rękę, biorąc jej dłoń w swoją. – I jak, Wiko, się trzymasz? Trzymaj się, proszę! Choć nawet nie mogę sobie wyobrazić, co musi się teraz dziać w twej głowie.

– W mojej głowie… wszystko jest już w porządku, uwierz. – Uśmiechnęła się i uścisnęła Patrykowi rękę w odpowiedzi, – Była chłodna, ale miło jej teraz było trzymać dłoń przyjaciela. Czas spędzony z dala od siebie dawał znać. Oni – Wielisława i Patryk, już lata temu oddalili się wzajemnie. Ona – miała tego faktu pełną świadomość. A on? – być może, też. W przeciwieństwie jednak do niej sprawiał wrażenie, ze wciąż próbuje wskrzeszać coś, co już wskrzesić się chyba nie da?… – Edi mnie wspiera, – cicho szepnęła, – i gdyby nie on… nie wiem… moje sprawy mogłyby się potoczyć znacznie gorzej.

– Cieszę się, że masz kogoś, kto cię wspiera, – powiedział Patryk, uśmiechając się. Tyle tylko, że ten uśmiech przesiąknięty był smutkiem. – Zawsze umykały mi najważniejsze w twoim życiu momenty.

Wstrzymując oddech, spojrzała na niego zdziwionymi oczyma. Domyślić się znaczenia tych słów nie było specjalnie czymś trudnym, ale…. To jest ten sam Patryk? Chłopak, który zawsze utrzymał przyjacielski dystans i nigdy nie dawał jej sygnałów do innej relacji między nimi? Na pewno ten sam? Przypomina sobie, jak przed laty jego i jej rodzice wzięli ich ze sobą i w szóstkę pojechali do Poznania na operę Carmen. Patryk był zachwycony przedstawieniem. Długo i z przejęciem dzielił się z Wielisławą swymi wrażeniami. I ciekawe – podobała mu się nie tylko muzyka, sceneria ale i los, i postać głównej bohaterki. Tak bardzo był nią zafascynowany, że wobec Wielisławy zadeklarował: „jeśli kiedykolwiek będę miał córeczkę – dam jej na imię Carmen. „A nie lepiej, gdybyś spotkał w życiu dziewczynę o imieniu Carmen i się z nią ożenił?” – zaśmiała się Wielisława. Ten spojrzał na nią bardzo poważnym wzrokiem i krótko skwitował: „nie lepiej… Ja od dawna mam wybrankę serca i kiedyś się jej oświadczę, zobaczysz!…”

Tak! Wydało jej się teraz, że to nie on – Patryk,  a że to ona przeoczyła ważny moment, kiedy wszystko zaczęło się w życiu zmieniać. Sama jest ciekawa, czy stało się lepiej dla niej? Czy na odwrót?… Do dziś nigdy nie myślała o Patryku jako o kimś więcej niż przyjacielu. A teraz, myśleć inaczej byłoby nie tylko o wiele trudniej, byłoby nieroztropnie…

– Masz napisane na twarzy, Wiko, że moje słowa wprawiły cię w zakłopotanie. Wybacz, nie chciałem aby odniosły taki skutek, – Patryk zabrał swoją dłoń i spojrzał na znikający w oddali tłumek krewnych Joanny. – Poszli już. Pewno i na nas pora?

Szybko odwróciła wzrok, starając się uspokoić tętno i skinęła głową.

– Tak, obiecałam pomóc pani Adeli przy kolacji. Planowałam wrócić tu jutro, do rodziców… – na dworze było chłodnawo, ale ciało, z jakiegoś powodu biło żarem. Dlatego chciało jej się uciec stąd jak najszybciej. – Zobaczymy się?

– Mam dużo pracy, – wymamrotał Patryk starając się za wszelką cenę unikać jej wzroku. – A i pewno u ciebie teraz na głowie sterta zmartwień. Czy już wiesz, gdzie zamieszkasz?

Pytanie-popłoch. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy i czy zwierzała się mu ze swych planów przeprowadzki i o tym, że powracać do tego mieszkania nie ma ochoty. „Okay! Można wspomnieć. Przecież to nie takie istotne”.

– Przez kilka dni zatrzymam się u Ediego, póki nie znajdę jakiegoś mieszkania lub pokoju na stałe. A potem, jakoś pójdzie…

– Moi rodzice mają drugi dom przy Cichej, jeśli chciałabyś – mogłabyś tam pomieszkać jakiś czas, – spojrzał na nią, mrużąc oczy przed słońcem. – Mieszkanie jest wciąż puste, bywam tam bardzo rzadko, tylko żeby podlewać kwiaty. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś wybawiła mnie z tego kłopotu.

– Hmm… – zaskoczona propozycją westchnęła. – Pomyślę, – jego oferta była dla niej, łagodnie mówiąc, więcej niż szczodra.  – Być może, Patryku, jest to dobry pomysł, ale nie wiem, czy byłoby mnie stać na takie lokum? „Nie, to się nie kalkuluje!” – zawyrokowała. A prosić o pomoc? Nie przeszłoby przez język.

– Ty teraz żartujesz, prawda? – Patryk wstał z ławki i podszedł bliżej. Pachniało od niego drogą wodą kolońską i z trudem przezwyciężyła pragnienie wciągnięcia nosem tego zapachu do całych płuc. – Nikt nie zamierza brać od ciebie żadnych pieniędzy za najem. Ani grosza.

Uderzenie w brzuch. Wydaje się, że w najmniejszym stopniu nie była gotowa na taką ewentualność, na taką pomoc. Tym bardziej pomoc otrzymywaną od rodziców Patryka.

– I twoi rodzice nie mieliby nic przeciw?

– Omówię z nimi tę kwestię, ale mogę cię zapewnić, że problem nie zaistnieje. Spotkamy się jutro?

Synapsy w głowie Wielisławy zaczęły pracować w trybie przyspieszonym, przypominając sobie wszystkie zaplanowane na jutro sprawy.

– Jeśli już, to tylko wieczorem, późnym wieczorem. Chciałam przygotować mieszkanie Joanny na nieduże spotkanie znajomych, którzy przyjaźnili sę z Joasią. Będzie Agnieszka, Bartek, Janusz, może nawet przyjedzie… – daleko zza jej pleców rozległ się nagle męskie wołanie. Przerwawszy wyliczankę odwróciła się gwałtownie i ujrzała Ediego, który pokazywał ręka na odjeżdżające samochody. – Dobra, niech będzie. Przyjdź i ty na to spotkanie, ono będzie pojutrze? No tak, pojutrze. Przyjdziesz i wszystko obgadamy.

– Umowa stoi! – Patryk uśmiechnął się i pochyliwszy się nad Wielisławą pocałował ją w policzek. Zrobiła minę, jakby po całej skórze przebiegło stado mrówek, każda o wielkości pięści. – Wcześniej zadzwonię do ciebie.

– Okay…

Pat uśmiechnął się swym odwiecznie eleganckim uśmiechem i poszedł w kierunku głównego wyjścia. Kilka razy zakołysał ramionami, jakby chciał zrzucić z nich nieznośny ciężar, a na policzku Wielisławy ostało się dziwne, acz wyraźne doznanie nieoczekiwanej, niezaznanej przez nią wcześniej sympatii przyjaciela.


Rozdział 20

Wieczór przeszedł spokojnie z morzem łez i oceanem wspomnień. Wszyscy wspominali lata akademickie Joanny, jej znajomość z Piotrem i pierwsze emocje związane z ciążą. Wszyscy się uśmiechali starając się nie przemienić spotkania w wieczór płaczu i histerii i tylko po cichutku ścierali słoną wodę z policzków i przemywali spuchnięte oczy. Wielisława przygotowawszy dla gości owocową herbatę ukradkiem wymknęła się do pokoju przyjaciółki.

Serce skurczyło się do mikroskopijnych rozmiarów i nie chciało przyjąć swego poprzedniego rozmiaru. Tutaj wszystko pachniało Joanną, tutaj każdy kącik nasycony był jej zapachem, jej śmiechem, jej czystą energią. Siadłszy na kolanach po środku małego pomieszczenia, straciła kontrolę i zaszlochała. Łzy przerwały tamę, a świadomość na nowo przykryła mroczna fala śmierci. Wiekuiste odejście ostatniej, tak bliskiej i drogiej osoby czasem mogło się wydawać nie tylko upiorne, ale i nierealne. Ale dziś, wszystko na nowo przybrało wyraźne kształty. Joanna zmarła. „Nie będzie jej więcej w moim życiu. Nie będzie nigdy więcej…”

Napłakawszy się „do woli” nawet nie zauważyła, jak za jej plecami pojawiła się pani Adela. Ta położyła swą dłoń na jej ramieniu, co wywołało u zaskoczonej Wielisławy mimowolne wzdrygnięcie.

– Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć, – powiedziała i pomogła jej wstać z kolan. – Chcesz pobyć tu dłużej? Sama?

– Nie, już dostatecznie pokontemplowałam, – pociągnęła nosem i otarła spływające łzy. Mówienie wciąż sprawiało jej ból, jakby coś obcego zalegającego w gardle nie chciało opuścić swej siedziby. – Jeśli nie miałaby pani nic przeciw, wzięłabym to?

I wskazała na drewnianą ramkę z fotografią. Zrobiła kilka kroków do kredensu, wzięła do ręki  zdjęcie wykonane w lecie, dwa lata temu. Jest na nim z Joanną, stoją po pas w wodzie i promiennie uśmiechając się mrużąc oczy przed słońcem. To był wspaniały dzień, jeden z tych najwspanialszych, kiedy wszyscy jeszcze żyli i cieszyli się każdą chwilą.

– Chciałabym, aby na nowym miejscu stale przypominała mi naszą szczęśliwą przeszłość, – przeciągnęła palcem wzdłuż krawędzi ramki. – Ona jest tu taka piękna… zawsze była piękna.

– Czekaj, Wiko, Ty zbierasz się do opuszczenia tego mieszkania? – Pani Adela gładząc jej włosy przytuliła ją. – Nikt ciebie stąd nie wygania, przecież wiesz. Ja… chciałbym, abyś została. Ze mną i z małą Asią.

– Proszę pani, nie mogę, to byłoby zbyt… bolesne – odsunęła się na krok i spojrzała pani Skórowskiej w oczy. – Wiem, że nie uznaje mnie pani za kogoś obcego, i obiecuję, że będę pani częstym gościem, ale pora, bym stanęła już na własne nogi. Od dawna planowałam się stąd wyprowadzić, a teraz… wszystko jest już oczywiste.

– Szkoda, – krótko odpowiedziała kobieta i uśmiechnęła się. – Och, tak przy okazji, przecież przyszłam tu ci powiedzieć, że ktoś do ciebie przyszedł. Jeden z lekarzy ze szpitala. Hmm… wydaje mi się pan Trazom. Tak, dokładnie – pan Patryk Trazom.

– Przyszedł tutaj? – Była zaskoczona, nie spodziewała się go. Przecież miał jeszcze dzwonić…. – No tak. Niby jeszcze przedwczoraj wstępnie się umówiliśmy na nasze spotkanie…

– On znał Joasię i przyszedł uczcić jej pamięć. Dobry chłopak, Wiko, i bardzo przystojny, – Pani Adela mrugnęła do Wielisławy a ta, w odpowiedzi przymrużyła oczy przechwytując z akceptacją sygnał. – Idź, on czeka na ciebie w salonie.

– To nie to, co pani myśli, my…

– Jesteście tylko przyjaciółmi, tak, wiem, kochanie. Wszyscy tak mówimy, – uśmiechnęła się. Mimo wewnętrznych sprzeczności Wielisława postanowiła nie zaprzeczać, ponieważ uśmiech na twarzy pani Adeli był teraz tak dla niej niezbędny, jak powietrze.

Ciężko westchnąwszy skierowała się w stronę wskazanego miejsca i po chwili spotkała się ze spojrzeniem brązowych oczu. Patryk siedział na kanapie, w towarzystwie dwóch dziewczyn – przyjaciółek Joanny ze szkoły. Niezamężnych dziewczyn, trzeba to podkreślić dlatego, że u obu wzbudzał swą osobą życzliwe zainteresowanie. Nie wiedziała na pewno, czy Patryk jest zajęty z nimi rozmową, czy nie? Nie było powodu, aby się o to dowiadywać, ale, sądząc po jego napiętych plecach – towarzystwo koleżanek w żadnym stopniu nie relaksowało go ani nie dawało nijakiego rozluźnienia.

Sprawiał wrażenie, jakby chciał jak najszybciej uciec. Wydaje się, że i ona będzie musiała mu pomóc w organizacji tej ucieczki, ponieważ wiele zapakowanych toreb z rzeczami nie jest w stanie przetransportować sama. I jeszcze musi mu powiedzieć, że Edi  zaoferował jej na jakiś czas schronienie w swym mieszkaniu, nie na długo, ale na tyle ile potrzeba, aby mogła znaleźć coś dla siebie, na stałe. W końcu, miesiąc znajomości to za mało, aby żyć z facetem na tym samym terytorium. Przynajmniej ona tak uważa. Następnie, jeśli rodzice dadzą Patowi przyzwolenie na pobyt jej w ich mieszkaniu, niech tak będzie, ona propozycje przyjmie. W jej przypadku, zbyt mało wariantów w koszyku, by przebierać.


Rozdział 21

Janusz wrócił do domu późnym wieczorem. Gdzieś w głębi serca łudził się nadzieją, że jego cała rodzina już śpi i swoje cierpienia będzie mógł kontynuować jedynie sam ze sobą. Nadzieja się nie sprawdziła. Żona oglądała kolejny odcinek serialu TVP „Blondynka” a i synek czekał taty. Rzucił się na jego powitanie i uwiesił na szyi.

– Tatuś przyszedł, mój tatuś!

– Cześć. Dlaczego tak późno wracasz? – spytała cicho żona.

– Przetrzymali na robocie. Awaria.

– Jaka awaria?

Janusz uśmiechnął się do syna, i poczuł jak ciepleje mu serce.

– Dystrybutor zawiesiło.

– Mogłeś zadzwonić. – Burknęła żona, domyślając się, że nie mówi prawdy.

Wyłączyła telewizor i ostentacyjnie udała się do sypialni. Nie w jej stylu jest czynić wyrzuty, żalić się, a nie daj Boże wszczynać awantury lub tłuc naczynia. Dotknięta, po prostu, udaje się na wewnętrzną emigruję. Nastają wtedy dla nich ciche dni. Mogą milczeć przez kilka tygodni. W tym czasie ona nie gotuje mu obiadów, nie opiera, nie prasuje ubrań. Jednym słowem, nie zauważa jego obecności w domu. Każde z nich żyje swoim własnym życiem, jak za komuny obcy sobie mieszkańcy w nakazowych kwaterach. Ciche dni kończą się zwykle nagle, bez konkretnej przyczyny, bez specjalnego powodu. Ktoś z nich chce z drugim po prostu porozmawiać, podzielić się swymi zwykłymi troskami, spostrzeżeniami… Teraz, przypuszcza, znowu obraziła się na niego… A to oznaczało, że Janusz chyba będzie musiał przenieść się do salonu, na niewygodną kanapę. A jutro samemu sobie smażyć niby jajecznicę. Ale po raz pierwszy był trochę z tego powodu zadowolony. Musi jeszcze wiele spraw tej nocy poukładać sobie w głowie. Żal mu tylko synka. Co on, biedaczek winien, że rodzicom się nie układa? Nic…

– Czemu, Piotruniu, nie idziesz spać? – zapytał

– Czekam na bajkę. Obiecałeś, tatku.

– Ząbki są czyste?

– Tak.

– No, to chodź. Idziemy!

Przebrał synka w piżamę, zaprowadził do łóżka i otworzył wielką książkę „Almanach współczesnej bajki polskiej”. I zaczął czytać, niemal automatycznie, nie wnikając w słowa i treść. Myślami był gdzieś w dalekiej, bardzo odległej przeszłości. Ocknął się, gdy ciurkiem przeczytał trzy całkiem niekrótkie powiastki. Czule spojrzał na syna, który prawdopodobnie od dłuższego czasu pogrążony był w „siódmym” śnie. Janusz okrył go starannie kołderką i pocałował ciepło w czoło:

– Śpij spokojnie, Pietinku. Kiedy dorośniesz, nauczę cię dużo. I nigdy nie powtórzysz błędów taty. Przecież ja tak samo kiedyś słodko ufałem, że Julia nigdy mnie nie opuści… Nie martw się, moje słoneczko. Dzień lub dwa porozmyślam, powspominam, a potem znów wszystko wróci do normy. Wiesz, jak bardzo się kiedyś z Julią kochaliśmy? O-ho-ho! Wszyscy nam zazdrościli i wszyscy nas podziwiali. Mówili, że my – to idealna para. Jak połówki jednego, soczystego jabłuszka. I przekonywałem się, że tak jest. Przywykłem do tego. Dlatego, tego wieczora nie powstrzymałem jej, nie zatrzymałem. A ona… Ona wzięła się i odeszła. Jak się okazało, na zawsze. Ale ona, niestety, a wiem to bardzo dobrze, też jest nieszczęśliwa ze swą chimerą, od której tak paradoksalnie się kiedyś odżegnała. Dla mego zrozumienia nie były potrzebne tu żadne słowa. Wystarczyło spojrzenie jej oczu. Jej zawsze uroczych i pięknych oczu. Dziś – smutnych i zalęknionych… Wiesz, synku? Ludzie czasem przez całe życie szukają swej drugiej połóweczki. A potem sami niszczą ją w jedną noc i gubią szczęście. Mam nadzieję, że ty, syneczku, nigdy nie postąpisz podobnie, jak Julia i twój tata. I będziesz umiał przez życie iść prostą drogą…

O, właśnie! Taką bajkę opowiem ci kiedyś, synku, kiedy nadejdzie czas. Bajkę, którą napisałem teraz ja sam. Smutną bajkę.

A może wcale nie taką smutną? Bo absolutnie nieprawdziwą? Dobranoc, kochanie… Jutro na pewno znów wstanie dobry dzień. Śpij słodko… Kocham cię!

Wstał cicho i na palcach skierował się do małżeńskiej sypialni.


Rozdział 22

– Powiadomię cię jutro, Wiko, jak tylko porozmawiam z rodzicami. Najważniejsze – bądźmy w kontakcie, dobrze? – Patryk przekazał Ediemu ostatni pakunek z rzeczami, a ten, wrzuciwszy go do bagażnika uścisnął mu dłoń i usiadł w fotelu kierowcy. Wielisława skinęła mu głową w odpowiedzi i stojąc wciąż obok przyjaciela popatrzyła na okna „starego” mieszkania wychodzące na dziedziniec.

– Szkoda, że nie potrafiłam zostać tam dłużej. Przyzwyczaiłam się do tego mieszkania.

– Przyzwyczaiłaś się do Joanny, a teraz jej już nie ma. Robisz to, co trzeba – Pat wsunął ręce do kieszeni dżinsów i zadrżał na zimnym wietrze. – Czy jesteś pewna, że wszystko będzie w porządku?

– Ufam Ediemu… – szczerze odpowiedziała.

Tymczasem siedzący wewnątrz samochodu Edi zastukał palcem o o boczną szybę. Spieszył się, bo jeszcze dziś musi przygotować w domu „robotę na wczoraj” dla redakcji.

– Pat, muszę już iść. Wybacz mi, że nie mogliśmy sobie pogadać jak za naszych starych dobrych czasów.

– Nie przyszedłem tu w celach towarzyskich. Po prostu chciałem oddać szacunek rodzinie i przyjaciołom Joanny. Widzimy się przecież wkrótce, a zatem – do zobaczenia!

– Do zobaczenia, Pat! – i pocałowała go w policzek, w odpowiedzi na jego wcześniejszy buziak, ale ona w swój pocałunek włożyła zupełnie inny zamysł. Patryk był dla niej kimś bardzo bliskim, takim jakim może być i jest prawdziwy przyjaciel i nie chciała tracić jego przyjaźni. Ona – dla Patryka, i rozumiała to coraz lepiej, chyba był kimś jednak innym.

Usiadła na fotelu pasażera, zamknęła okno i, gdy samochód ruszył z dziedzińca wyjeżdżając na jezdnię, pomachała mu ręką na pożegnanie,.

– Całowanie stanowi obowiązkowy rytuał w waszej przyjaźni? – zapytał Edi, ale nawet nie spojrzał w jej stronę. – Jakoś tak ten chłopak nie do końca patrzy na ciebie… po przyjacielsku.

„Wow! Czyżby oto miała miejsce między nami pierwsza scenka zazdrości?” – spostrzegła. A do tej pory zakładała, że miedzy nimi wciąż nie nie ma zbyt poważnych relacji. Widać – myliła się.

– Patryk to tylko mój przyjaciel. Nie przeginaj! – Uśmiechnęła się i uważnie śledziła jego reakcję. To było dla niej bardzo ciekawe doznanie. – Jesteś zazdrosny? Mój Edi?…No nie mogę uwierzyć!

– Zazdrość – całkiem normalne uczucie, dopóki nie zwodzi z umysłu, – prowadząc pojazd cały czas z uwagą śledził drogę i tylko z ukradka uśmiechały się mu koniuszki  ust. – A, tak, jestem zazdrosny, bo ten twój Patryk patrzy na ciebie w ten sam sposób, w jaki czynię to ja.

Wewnątrz wszystko u niej zacisnęło się bolesnym spazmem. Jedną rzeczą jest spostrzec coś samemu, domyślać się, drugą – usłyszeć to od kogoś innego. Po czymś takim cała sytuacja nabiera diametralnie odmiennych kształtów.

„Cholera, Patryk, w jaki rodzaj gry mnie wciągasz? Co cię gryzie?” – Rozmyślała, pogrążona głęboko w swym wewnętrznym świecie.

– Nie zgadzasz się ze mną? – Po raz pierwszy w ciągu ostatnich pięciu minut podróży Edi odwrócił głowę i popatrzył na nią. – Trudno, abyś tego nie zauważyła. On nawet nie ukrywa swych samczych spojrzeń.

– I co ci mam Edi odpowiedzieć? Moja opinia jest bezprzedmiotowa. Nie należę do Patryka, jak tego być może by sobie życzył, – I ścisnęła rękę Ediego leżącą na skrzyni biegów. – Jestem z tobą.

Edi uśmiechnął się i uścisnął jej dłoń w odpowiedzi, wypuszczając od tego prostego gestu prąd w dół jej kręgosłupa. Jak jej się udało tak szybko wpaść w otchłań różowego serca i skrzydlatych aniołów? – sama tego nie wie… Nie może uwierzyć, że od jednej myśli o kochaniu się z Edim włosy na rękach stają dęba i tętno przekracza wszelkie limity.

Fakt, że po pogrzebie nie nawiedził jej kolejny atak paniki, mówi sam za siebie. W pobliżu był Edi, trzymał ją za rękę, i jej dusza, choć zalewała się wrzącą krwią, nie pozwoliła, aby emocje bez reszty spętały świadomość. Edi odważnie przełamał coś w niej bardzo ważnego, coś, co już wcześniej było podłamane. Przełamał a następnie ze sprawnością sztukmistrza skleił w całość. Mocno. Okazuje się, że gdy obok jest ukochany człowiek – straty niwelują się, wygładzają, nie ranią swymi ostrymi krawędziami. Miażdżą jak głazy ważące tony, ale nie rysują. Wystarczy. Dostatecznie wystarczy użalania się. W jej duszy i tak nie ma więcej na to przestrzeni życiowej. Cieszy się, że jest przy niej jej sztukmistrz. Tuż obok. Bok w bok. Uzmysłowiła sobie, że szczęście to taki stan, gdy znów chce się żyć, gdy czasu wciąż mało, a ty chcesz robić więcej i więcej. Oczywiście, wie, że mogą zdarzać się przystanki a nawet do serca może zapukać pustka, ale teraz jest pewna, że starczy jej sił, aby taką pustkę wypełnić. Życie jest i proste, i trudne. Są w nim deszcze i gwiazdy, są prześwity i mgły, jest w nim miłość, są marzenia, jest smutek i miraże sekretnych nadziei. Tak, nasze życie wygląda jak książka, w której nie wszystkie strony są przeczytane, a niektóre nie są nawet jeszcze wydrukowane, lub wydarte niedobrą ręką. To co ponownie przeczytała – wie. Reszta odchodzi w zapomnienie…

 

Koniec

 

Wielisława – lista rozdziałów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *