Wielisława

Rozdział 15

Cztery dni. Minęły cztery długie dni od momentu jej kolejnej samotności. I ani telefonu, ani wiadomości, ani jednego przypomnienia, że Edi chciał być częścią jej życia. Tylko ten jeden niewielki srebrny kluczyk, który zamknął drzwi przestronnego apartamentu już w godzinę po jego odejściu, jest jakimś symbolicznym, ale jednak dowodem. Nie skorzystała z propozycji. Nie została w apartamencie Ediego. Zostać byłoby stanowczo czymś dla niej zbyt bolesnym. I obraźliwym. I upokarzającym. Nie potrafi wyjaśnić, dlaczego? Uczucia po prostu wylały się na nią, jak z ogromniastego wiadra, zalały ją powodując niespodziewaną powódź w sercu i w konsekwencji rozterki.

Z jednej strony, dokonując prostych wyliczanek, nie jest tak znowu ze wszystkim źle: facet jest wspaniałym, przystojnym, inteligentnym mężczyzną, ma ciekawą pracę, piękne mieszkanie, jest cudownym kochankiem… A że czasem coś z jego obietnicami jest nie tak? Nikt przecież nigdy nie wykluczał jakiś problemów lub nieoczekiwanych sytuacji, które zdarzają się nawet wśród idealnych facetów i w idealnych związkach. Z drugiej strony, nie wszystko jest tak całkiem różowe: niepewność – wyczerpuje, niedookreśloność – dręczy, a głupie przeczucia na przemian z emocjami duszą intensywnością.

Wielisława nie potrafi zakwalifikować jakości ich relacji pod którykolwiek ze znanych standardów. Tu, u nich – wszystko jest po prostu zbyt skomplikowane. Zbyt szybkie. Czasem porównuje Ediego do lampy błyskowej. Pewnego razu zabłysł, wnosząc w jej życie supernowe uczucia, potem wyłączył się na długo i znów błysnął. A ona, z jakiegoś powodu, nie może godzić się na bezczynność lampy błyskowej. Ona chce nowych błysków. Chciałby jeszcze nie jeden raz poczuć moc ramion Ediego. Dlatego chciałby, aby pojawił się znowu. Jak najszybciej. Czy tak wiele oczekuje od życia?

– Spotykasz się z nim? – Trochę zachrypnięty męski głos odciągnął ją od jej myśli. Wzdrygnęła się i skierowała swoją uwagę na Patryka, przyjaciela siedzącego naprzeciw niej, przy blacie baru.

– Co, przepraszam? – Zapytała, choć krańcem ucha doskonale wyłapała jego pytanie.

– Z tym facetem… – odwrócił swój wzrok w stronę okna, gdzie właśnie rozświeciły się bursztynem promienie zachodzącego słońca. Pociągnął łyk ze swej filiżanki mocnej czarnej kawy. – Z tym facetem, który ukradł mi ciebie podczas Wielkiej Soboty, spotykasz się z nim?

– Z Edim? Dlaczego tak myślisz?

Wielisława zupełnie nie planowała rozmawiać z przyjacielem na temat swych niejasnych relacji z Edim. Kolejna robocza zmiana praktycznie dobiegała końca, a fakt, że Patryk zapewne przyjechał tu li tylko po to, aby odwieźć ją do domu – był dla niej nieco kłopotliwym zobowiązaniem. W jej środku buszował irracjonalny wstyd, który płytko pod skórą rozpływał się  trującym jadem. Wydawało się jej, że przy takim stanie jej ducha zgoda na tę niewinną usługę, to tak, jakby zjadać swe własne sumienie, i to bez sosów i przypraw.

– Cóż… po pierwsze, wpadliśmy na siebie na parkingu, gdy wychodził od ciebie w zeszłym tygodniu, – przemówił Patryk po długiej chwili milczenia, – a rozpoznać go nie było czymś specjalnie trudnym. A po drugie: wiercisz ten klucz w ręku już od dziesięciu minut i znowu jesteś gdzieś mentalnie na krańcach swej świadomości, – wzruszył ramionami, – ja po prostu potrafię logicznie rozumować poprzez proste wyliczanki.

Jej buzia rozciągnęła się w kłopotliwym uśmiechu. Natychmiast schowała do tylnej kieszeni tak znienawidzony nawet przez nią samą ów kluczyk. Otworzyła już nawet usta, by odpłacić Patrykowi pięknym za nadobne, ale zamknęła je, i nie odezwała się nawet słowem. Lepiej teraz nie zaczynać z przyjacielem kłopotliwej rozmowy. Tymczasem przenikliwe spojrzenie Patryka cały czas świdrowało ją na wskroś.

– To znaczy… powiedz mi, co powinnam ci odpowiedzieć? A przede wszystkim, dlaczego w ogóle miałabym ci odpowiedzieć cokolwiek? Nie wierzę, żeby były interesujące dla ciebie szczegóły…

– Wiko, ja nie proszę cię o żadne szczegóły. Muszę tylko wiedzieć, czy z tobą jest wszystko w porządku i czy ten facet nie będzie chciał cię zranić. Nie teraz, kiedy nadarza się okazja spojrzeć na życie z innej perspektywy. Nie teraz i w ogóle, nigdy!

Patryk odstawił swą filiżankę na bok i głośno westchnął. Jego ramiona, jakby pod ciężarem bardzo poważnych problemów, opuściły się, a jeszcze niedawny połyskujący ognik w jego oczach zniknął zupełnie.

– Pat! U mnie, naprawdę, wszystko jest w porządku… na ile w ogóle taki stan jest dla mnie możliwy przy mym genialnym szczęściu. A co się tyczy Ediego… to nie mam o czym mówić. – „Rzeczywiście, skoro nasze dwa z trzech spotkań zakończyły się w pozycji poziomej” – usprawiedliwiła się w myślach.

Dzwonki nad drzwiami wejściowymi zadzwoniły swym niepowtarzalnym trylem i szybko ucichły, wpuszczając do pawilonu nowego i jedynego gościa. Mężczyzna podszedł do barku kawowego i machnął ręką, przyzywając ją do siebie. Szybko przyjąwszy zamówienie krzyknęła na Radka, który niemal natychmiast zjawił się obok niej, błyszcząc swym promiennym ‘służbowym’ uśmiechem. Jego kasztanowe włosy były śmiesznie rozczochrane, jego piwne oczy mrużyły się od łaskoczącego słońca, a biały T-shirt, jak zwykle, ściśle przylegał do chudego, ale dobrze zbudowanego ciała.

– Chcesz, żeby cię podmienić? – podchodząc spytał, jakby czytał w jej myślach. – Nie ma problemu. Przyjęłaś już zamówienie?

Chłopak przeczesał dłonią krótko podstrzyżony kancik i opierając biodra o półki z kosmetykami samochodowymi, skrzyżował ręce na piersi.

– Właściwie, to zbierałam się, aby przekazać ci zamówienie, ale… a mógłbyś podmienić mnie już teraz? Janusz już pół godziny się spóźnia, a to moja czwarta zmiana. – Próbowała się niepotrzebnie tłumaczyć.

– Nasz Januszek ostatnio stale się spóźnia… to od czasu, gdy natknął się tu, na naszej stacji na swą niegdysiejszą miłość. Bo coś mi się widzi, że  nasz Januszek na nowo się zakochał w swej niegdysiejszej czarodziejce. Aj! niedobrze. Przecież on już żonaty…

– Radku, nie interesuje mnie prywatne życie Janusza, to co zastąpisz mnie teraz?

– Powiedziałem, nie ma sprawy… – Radek mrugnął żartobliwie klepnął ją między łopatkami i wyrwał z rąk bloczek z zapisanym zamówieniem. Nie minęło kilka sekund jak już boksował się z ekspresem do kawy i w tym samym czasie kombinował, jak wyciągnąć z dolnych półek papierowe kubki na wynos.

Od niechcenia spojrzała na Patryka, który znamiennie wyciągnął i jednoznacznie pokazał jej kluczyki od swego autka, po czym odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i wolno skierował w stronę wyjścia. Niespecjalnie zależało jej na podwózce, ale skoro się zaoferował nie chciała, aby długo na nią czekał. Lecąc po wąskim korytarzu, pomachała na pożegnanie technikowi zaplecza i wślizgnęła się do szatni, niemal w biegu zrzucając fartuch. Kilka machnięć pędzelkiem z pudrem po bladej, zmęczonej twarzy; lekki rozpinany sweter na bluzkę i płaszcz na ramiona, bez zapinania. Na wszystkie szatniowe potyczki zeszło jej nie dłużej niż dziesięć minut, pozostawiła sobie zatem „kilka sekund” na refleksję. Owszem, zamyśliła się na krótko, w pewnym momencie, po prostu poczuła zmęczenie od tej nieustannej szamotaniny myśli, od tych kolejnych docinek, spojrzeń Patryka, od jego „niewinnych” zamiarów nieustannego służenia jej swoją pomocą. Ale, przede wszystkim, była zmęczona czekaniem. A to czekaniem na szczęście z Edim, a to na… po prostu szczęście. W końcu ocknęła się, ruszyła w kierunku sali, zarzucając przez ramię małą torebkę.

Gdy pod naporem dłoni służbowe drzwi do pomieszczenia posłusznie otworzyły się – natychmiast do jej uszu doleciał znajomy głos. Odwróciła się w stronę nieobcego sobie dźwięku i poczuła, jak serce przepuszcza na klatkę piersiową istny atak siepaczy. Ten sam Edi, do którego należał głos, skinął na Radka, kilka razy zapukał monetą po stoliku, jawnie będąc w dziwnym zdezorientowaniu. I nagle, czymś ewidentnie podirytowany, wstał i pospieszył do wyjścia. Nie dostrzegł Wielisławy, albo nie chciał zauważyć – to nie było teraz dla niej najważniejsze. Znacznie ważniejsze dla niej było to, że przed powrotem do Warszawy, do jasnej cholery! nie zadzwonił, mimo że taką przecież poczynił obietnicę. Zostawił ją samą w swym absolutnej dzwoniącym od samotności mieszkaniu, w którym siedziała w jednej li tylko koszulce, która także, nawiasem mówiąc, należała do niego. Ciekawiło ją, jak wiele razy w ciągu tych czterech dni Edi zjawiał się w mieście? Mogłaby bowiem przysiąc, że nie była to jego pierwsza obecność i prawdopodobnie nie druga. Obraza ukąsiła ostrą igłą, przebijając się przez cienką skórę. To w sumie nie aż tak boli. Za to jest podłe i obrzydliwe, ponieważ igiełki przekłuwając nieskończoną ilość razy zatruwają łzawą trucizną.

– Hej, Edi! – Krzyknęła na „gościa lokalu” podwyższonym tonem, zamierzając porozstawiać wszystkich zaraz po kątach, łapiąc natychmiast czujne spojrzenie tego, na którego krzyknęła.

Edi odwrócił głowę, trzymając dłoń na klamce i spojrzał na nią rozkojarzonym wzrokiem z lekko otwartymi ze zdumienia ustami. Ani jednego dźwięku w przeciągu kilku najbliższych sekund najlepiej oddawało prawdę o nieoczekiwanym spotkaniu. Dla niego.

– Cześć! – Wysapał wreszcie, i jakby bezsilnie i gestem ratunku spojrzał na kasjera, który, z kolei, przyglądał się im obojgu ze swego miejsca pracy ze stoickim spokojem. Sala była ponownie pusta, więc cała jego uwaga skierowana była, rzecz jasna, na nich. – Hmm… – chrząknął, – nie wiedziałem, że jesteś tu… dziś… na zmianie, Wielisławo… Jak idą sprawy?

– Jak idą sprawy? – Ze zdziwieniem odpowiedziała i przewróciła oczami, nie wierząc własnym uszom. – Och, moje sprawy idą w porządku, Edi. Wiesz? Za to ja byłabym bardziej zainteresowana poznać odpowiedź na pytanie, jak twoje sprawy idą, Edi? Chcesz mi opowiedzieć o nich na ulicy?

I uśmiechnęła się, wkładając w uśmiech całą ironię, którą była w stanie z siebie wydobyć i całą złość, która z siłą bomby wybuchła w jej umyśle w tej jednej krótkiej chwili. Nie czekając odpowiedzi ruszyła do przodu, delikatnie pchając Ediego w klatkę piersiową, aby utorować sobie drogę do wyjścia i aby usunąć z klamki drzwiowej jego rękę.

Na ulicy zrobiło się już ciemno, a chłodny wiaterek ledwie muskał po rozpalonych policzkach. Słońce praktycznie ukryło się za dachami domów a piątkowy wieczór, jak zwykle, raczył półpustynnymi ulicami i chodnikami. Zatrzymawszy się naprzeciwko brązowego Jeepa zaparkowanego na postoju dla klientów odwróciła się do Ediego i uniosła brwi. Tym razem wysłucha jego wyjaśnień do końca, do samego końca, a następnie zadecyduje, jaki użytek poczyni z uzyskanych informacji.

– Wróciłem wczoraj wieczorem, miałem dużo pracy i… – nie próbował podchodzić za blisko, kilka razy oglądając się na okna pawilonu stacji, który znajdował się tuż za nimi. – I wybacz mi, że nie zadzwoniłem natychmiast, ale przyrzekłem sobie, że zrobię to jutro z samego rana.

– Kilka minut temu wyglądałeś tak, jakbyś w ogóle nie zamierzał dzwonić po przyjeździe do miasta. Przy czym, po przyjeździe już nie po raz pierwszy, – dopowiedziała cicho, gdy straciła swój agresywną poryw. – I to nawet już mnie nie dziwi, ponieważ ty… ponieważ ty jesteś najdziwniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam w życiu… Poważnie, nie rozumiem ciebie… i w ślad za tym – przestaję rozumieć samą siebie. Przecież to ty mówiłeś, że chcesz tego związku, zapewniałeś, że chcesz być ze mną, że chcesz uczynić mnie szczęśliwą, choć na początku znajomości nie byłeś jeszcze przekonany. Unikać mnie po tym, co zostało powiedziane – jest czymś niskim i podłym… – Zakończyła perorę czując, jak do oczu nachalnie ciśnie się rzeka łez.

– Nie unikam cię, Wielisławo. Co ty mówisz?

– Naprawdę?! – Krzyknęła, wymachując rękami w powietrzu. – Każdy odcień emocji odmalowywany na twej twarzy od chwili, kiedy weszłam na salę, świadczył dokładnie o czymś innym. Postanowiłeś ulotnić się po ostatnim seksie? Okay! Trudno. Tylko po co były te gesty z kluczem i wykręt z delegacją? Chociaż, delegacja mogła być całkiem realną… Nieważne!

– Jeździłem do Płocka. Do krewnych. Pojawiły się u nich pewne kłopoty, o których nie mogę opowiadać wszystkim pod rząd. Nie zrozum mnie źle, Wielisławo. – Edi zrobił w jej kierunku dwa kroki, pochylił się i zniżył głos do półszeptu. – Marzyłem o tobie. Bardzo tęskniłem. Myślałem tylko o tym, że zostawiłem cię wtedy samą, gdy powinienem był całować cię o każdej minucie. Nie mówiąc już o tym, czym powinniśmy byli się zająć tej wykradzionej nam nocy.

Edi ujął w dłonie jej twarz, powoli przechylił swoją, dotykając czubkiem nosa do policzków i pocałował jej lekko rozchylone usta. Myśli wybite zostały z jej głowy jednym celnym zamachem. Klik!… I pustka. Jak gdyby w ogóle ich wcześniej nie było.

– Posiadasz cedowaną zdolność przekonywani odpowiednio miłymi słowy, – powiedziała, jak tylko zaczerpnęła powietrza. Edi wciąż pogłaskiwał dużymi palcami jej policzki i z troską patrzył na nią swymi ciepłymi oczyma. – Już chciałam powiedzieć, że pragnę wyjść z twojej listy, o nazwie „pod rząd”, ale na czas zmieniłeś temat. Wrócimy do niego później.

– Naprawdę nie unikałem cię. Po prostu musiałem…

– Wiko, wszystko w porządku? – Radek wyjrzał zza drzwi pawilonu i patrzył na nich pytającym spojrzeniem. – Słyszałem twój krzyk, przynajmniej tak mi się zdało…

– Tak, Radku, wszystko w porządku, – gniewnie odpowiedział Edi. – Możesz wrócić do swej pracy.

– Jak państwo sobie życzą, – uśmiechnął się chytrze, przebiegł palcami po włosach w odwiecznym nieładzie i wrócił do „swej pracy”.

Edi zawahał się, przygryzł wargę i spojrzał Wielisławie w oczy. Tymczasem ona – mimo rzadko przyjeżdzających tu samochodów, rozcieńczających ciszę, byłaby rada, gdyby co najmniej przejechało teraz kilka, bo zapadłe między nimi milczenie w sposób jawny przeciągało się.

– Znacz Radka? – Z niedowierzaniem w końcu spytała, już przewidując odpowiedź.

Edi wzruszył ramionami i włożył ręce do kieszeni skórzanej kurtki.

– Jak widać.

– A można spytać, od kiedy? Jeśli to także, oczywiście, nie jest jakiś super sekret, o którym nie należy wszystkim rozpowiadać „pod rząd”?

– Nie, to nie jest sekret. Koleś dorabia w naszej gazecie jako niezależny fotograf i, oczywiście, też się o ciebie martwi.

Uśmiechnęła się.

– Nie bądź zazdrosny, Radek dba o wszystkie dziewczyny w naszym mieście. To jego długoletnie hobby.

Zamilkli, a Wielisława nagle odwróciła się na głos pewnej kobiety, która machała jej ręką na powitanie, spacerując z psem po pobliskim chodniku. To była stała klientka, pani Agnieszka Górecka – miłośniczka piwa bezalkoholowego i, o dziwo, dobrej whisky. Pomachała jej w odpowiedzi i uśmiechnęła się przeciągle, zwracając całą swą uwagę na Ediego, który także uśmiechnął się do niej sympatycznie. Serce prawidłowo odpowiedziało na milczący sygnał i kilka razy rozległo się gdzieś-tam w dole i zapomniało wrócić.

– Może pójdziemy do mnie? – cicho spytał, – Czy jeszcze cały czas wciąż się źlisz? Jeśli tak, to obiecuję przygotować pyszną kolację i nadrobić skradziony nam czas, – fraza wybrzmiała z wyraźną nieśmiałością, co już samo w sobie podpowiadało pozytywną odpowiedź, tak, aby nie onieśmielać go jeszcze bardziej. – Idziemy?

– Kolacja w wykonaniu pana Ediego… Brzmi świetnie. Dobra, niech będzie. Jestem gotowa zamienić swój nudny, samotny wieczór na imprezę w wesołym towarzystwie. Ale pod jednym warunkiem…

– Znowu warunki? Wydaje mi się, że ostatnim razem właśnie dzięki nim znaleźliśmy się w tym opuszczonym parku, – Edi uśmiechnął się i ponownie objął ją w talii. – A co się stanie z nami tym razem?

– Jeśli miałabym zostać u ciebie na tę noc, to musisz obiecać, że moje następne wychodne spędzisz ze mną. Żadnych wymówek. Zaczynamy się spotykać. A to oznacza, że między nami powinien być nie tylko seks, – złapała za kołnierz jego kurtki i przyciągnąwszy go do siebie delikatnie pocałowała w policzek. – Normalne relacje, dla mnie, wyglądają właśnie w ten sposób. Seks i cała reszta. Zapamiętaj!

– Zgadzam się zaryzykować i spełnić twe oczekiwania, – Edi cofnął się, wziął breloczek z kluczykami od Hondy i piknął wyłącznikiem alarmu. Ten dźwięk wstrząsnął jej myślami i sprowokował do postawienia całkiem sensownego pytania: „Cholera! A gdzie się podział Patryk?”

– Doskonale. Zaczekaj na mnie w samochodzie, zdaje mi się, że zapomniałam przekazać Radkowi klucze do kasy, – i to była czysta prawda, jakoż cały czas je ściskała w swej prawej ręce. Los najwidoczniej postanowił zagrać nią jeszcze trochę i zabawić się jej ciekawością. – Zaraz wrócę.

Zdjęła torbę z ramienia i rzuciła ją na tylne siedzenie, dając do zrozumienia, że na pewno wróci. Edi obszedł samochód, usiadł w fotelu kierowcy i uruchomił silnik. Nie tracąc chwili, kilkoma szybkimi krokami ruszyła do drzwi i pociągnąwszy je weszła do wewnątrz. Dzwonki znowu zatremoliły, a ona zastygła zbierając myśli. Jak zadać tak naprawdę nieznanemu chłopakowi tyle interesujących ją pytań… pytań dotyczących Ediego? Ale intuicja podpowiadała, że taka decyzja nie przyniesie pożądanego efektu. O życiu Ediego powinna dowiedzieć się z pierwszej ręki. Na pewno tak byłoby najpoprawniej.

– Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – Radek wyszedł zza baru i ruszył powoli w jej stronę, jakby się podkradając. – Wyglądasz na z lekka zaniepokojoną.

– Tak… tak, wszystko w porządku. Po prostu zapomniałam przekazać ci klucze od kasy, w zbyt wielkim pośpiechu chcąc porozmawiać z… Edim.

– Więc daj, – uśmiechnął się chłopak swym śnieżnobiałym uśmiechem i wyciągnął rękę z długimi cienkimi palcami.

Zaskoczona, umieściła w jego ręku pęk trzech małych kluczy i rozejrzała się zdezorientowana.

– Hej, a gdzie się podział mój przyjaciel, który popijał tu kawę anim wyszłam do szatni? Miał na mnie zaczekać… – rozpaczliwie walczyła z cisnącą się ochotą do zadania pytania na temat Ediego i westchnęła z rezygnacją, uważnie wpatrując się w miodowe oczy.

– Mi twój przyjaciel też nic nie powiedział, jeśli o niego pytasz, – chłopak odwrócił się i znów poszedł do swego miejsca pracy. Włożył klucz do kasy, przekręcił w prawo uaktywniając tryb pracy. – Zobaczył pana Ediego i szybko wyszedł za drzwi. Dobrze, że chociaż się rozliczył.

Oczywiście. Ta wersja była dość wiarygodna i zdziwiła się, że od razu taka nie przyszła jej na myśl. Jeszcze raz rozejrzała się po pustej sali przestępując z nogi na nogę i niepewnie zagryzła dolną wargę.

– No dobra, pójdę już. Czekają… na mnie. Napisz, jak tylko się zjawi Janusz, okay?

– W porządku, – Radek położył ręce na blacie i pokiwał z aprobatą głową.

I ona skinęła na do widzenia sięgając po drzwi.

– Wiko? – Zapytał, gdy już miała wychodzić.

– Tak?

– Bądź ostrożna! – powiedział krótko i z wymuszonym uśmiechem odwrócił się do półek z alkoholem, udając, że reorganizuje je w odpowiedniej kolejności.

Bardziej absurdalnego zakończenie tej rozmowy nie mogła sobie wyobrazić…


Rozdział 16

W apartamencie cicho podgwizdywał czajnik, telewizor leniwie oznajmiał prognozę pogody, a Edi, który siedział naprzeciwko Wielisławy, z apetytem pałaszował świeżo upieczone babeczki. Syrop czekoladowy gęstą kałużą rozpływał się po płycie ceramicznej łaskocząc nos słodkim zapachem. Mrużąc oczy od jaskrawych promieni słońca z miłością patrzyła na zadowolone oblicze Ediego i z trudem ukrywała swój szczęśliwy uśmiech. W jego obliczu było tyle czułości i lęku, że aż chciałoby się jej złapać siatką na motyle tę buzię, by cieszyć się nią w każdej sekundzie, przez długie, długie dni. I jeszcze chciałoby się całą wieczność patrzeć na Ediego odzianego w ledwie skromne spodnie od piżamy. Było to widowisko, od którego śmiało się całe serce i nogi rwały się do tańca. Zdecydowanie ten drugi wspólny poranek można by nazwać jednym z idealnych.

– Bez opcji, chcę takie śniadania jako obligo na zawsze, – mruknął, kręcąc głową. – Wcześniej – rzadko pozwalałem sobie na takie frykasy.

– Powiem szczerze: nie zawsze udają się tak idealnie, jak dzisiaj. Radzę nie uznawać ich jako załącznik. – I uśmiechnęła się wciągając na siebie znajomą koszulkę. – Nawiasem mówiąc, wychodzi na to, że poranne spotkanie z pieczywem i kawą zamieniliśmy na naleśniki i babeczki. Dla mnie – może być…. A tak w ogóle, mamy jakieś plany na dziś?

– Najlepiej byłoby, gdybyśmy mogli ten weekend spędzić za miastem. Mam skromną daczę, godzinę jazdy stąd… Jest w niej kominek i nastrojowe oświetlenie, i jeszcze…

– Dobrze, zgadzam się, – szybko zapodała odpowiedź, jako że już od samego szeptu dobiegającego z ust Ediego czuła, ze zaczyna cieplić ją w okolicy podbrzusza. Dwie poranne rozgrzewki były w prawdzie całkowicie satysfakcjonujące, no ale… – Muszę tylko zajechać do domu po kilka rzeczy i uprzedzić Joannę. Nie powinna się martwić, a ja, ostatnio, jestem jej najpierwszą przyczyną wszystkich trosk.

Edi skinął głową, wstał od stołu, podszedł do niej i nieoczekiwanie jednym zgrabnym ruchem ręki chwycił ją w pół.

– Co robisz, Edi? Przecież my ledwie co… O, mój Boże – jęknęła cicho, gdy musnął ustami po zwisającym placuszku ucha i przejechał językiem po dołeczku na szyi. – Jesteś niemożliwy wariat!… O, mój Boże. Ty naprawdę nie żartujesz!

Rzucił ją na łóżko i zaraz sam rzucił się na nią, otaczając ciało Wielisławy miłym dla niej ciężarem.

– Cóż poradzę, że sama myśl o naszym wyjeździe wyzwala we mnie energię, jak z wulkanu,  – i spojrzał na jej kolana łakomym „lukiem” w dowód swej pełnej gotowości do nowych wyzwań, a ona zagryzła dolną wargę drętwiejąc w zniecierpliwieniu.

T-shirt i spodnie od piżamy poleciały pod sufit, odsłaniając spocone ciała, a apartament na powrót zaczęły przepełniać stłumione jęki. Każdy dotyk dawał odczucie jak po raz pierwszy, niosąc ze sobą mrowienia od setek mikro-wyładowań. Takiego nieszkodliwego, falującego prądu rezonującego w sercach buszującą falą.

Czas grał na ich korzyść, dosłownie, jakby zwolnił bieg, jakby zastygł i minuty rozciągnął w  godziny. A w samym szczytowym momencie, kiedy najbardziej ciała splatają się w jedną całość, kiedy jęki zlewają się w unisono i dreszcz roznosi się po całej skórze, powodując słodkie skurcze – w samym szczytowym momencie w pokoju rozległa się znajoma Wielisławie melodyjka jej własnej komórki.

Telefon terkotał, a ich to nic nie obchodziło… Muzyczka powtarzała się, a ich to nic nie obchodziło…I wreszcie, gdy oddychanie wróciło do normalnego rytmu, wróciła i jasność rozumu. Do umysłu zaczęły docierać skrawki myśli. „Pięć lub sześć dzwonków z rzędu. Przypadek? Zbieg okoliczności? Niebezpieczeństwo?” Na ostatnim pytajniku serce zabiło mocniej. Kto mógł dzwonić tak często i tak natrętnie długo? Kto może być w takim położeniu, że bardzo potrzebował pomocy?

– Joaśka! – Wyrzuciła z siebie, gwałtownie zrywając się z łóżka. Ręce drżały, wyciągając telefon z kieszeni torby pozostawionej w rogu pokoju. Edi usiadł na brzegu łóżka i z podnieceniem patrzył, jak drżące palce Wielisławy próbują odblokować ekran. – Tylko, żeby wszystko było w porządku… Tylko, żeby wszystko…

W jasnym światełku ekranu wyświetlał się jednak nieznany numer i siedem nieodebranych od niego połączeń. To było dziwne, ale niepokój z lekka jakby odpuścił. Gdyby coś z przyjaciółką miałoby się stać i na przykład w nieoczekiwanych miejscu zaczęła rodzić, to dzwonek byłby z jej numeru. Najprawdopodobniej…

Trzeba było rozwiać obawy jak najszybciej. Nacisnęła przycisk oddzwaniania i wciąż jeszcze zaczarowana patrzyła w szmaragdowe oczy, w których czaiła się nie mniejsza troska. W końcu sygnał ustał i kobiecy głos odezwał się do niej po imieniu. Znajomy kobiecy głos, ale nie należał do Joanny…

– Tak, tutaj Wika… Pani Skóroska – to pani? – Zapytała z niedowierzaniem, próbując przypomnieć sobie kilka rozmów, które prowadziła z mamą przyjaciółki przez telefon. Uświadomienie sobie, że głos należy właśnie do niej, jakby walnęło ją po głowie skutkując nokautem. „Niedobrze wróży…” – Czy z Joasią wszystko w po…

– … Joasia zmarła, Wiko… jej więcej nie bęęędzie. Mojej dziewczynki już nie ma…  – niósł się po linii urywający lament kobiety, zmieszany ze szlochem.

W tej samej chwili – jej świat, świat Wielisławy momentalnie rozerwał się na „Do” i „Po”. I to „Po” zaścieliło jej rzeczywistość swym szarym welonem…

Wielisława – lista rozdziałów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *