Wielisława

Rozdział 10

Telefon pod poduszką wydał smutnawy pisk obwieszczając kolejną wiadomość. Szóstą w ciągu ostatniej półgodziny. Najwyraźniej, gdy Edi oznajmił, że nie będzie w stanie spełnić wszystkich jej próśb – miał na myśli, że wirtualnego terroryzmu nikt mu zabronić nie może. Wzięła do ręki broń emocjonalnych tortur i mimowolnym odruchem otworzyła najnowszą wiadomość.

„Po prostu porozmawiamy, proszę, przyjdź” – wyświetlał się tekst na jasnym ekranie.

Od kilku dni próbował ją przekonać do rzekomo zwykłej, nic nie znaczącej rozmowy, a tak naprawdę nie ustawał w wysiłkach do wznowienia znajomości, a przynajmniej do umożliwienia sobie przeprosin za bezduszne wcześniejsze zachowanie i nadmierną wobec niej szczerość. Zastraszał „przyjściem w gości” wbrew jej woli, jeśli tylko ona – Wielisława, nie przyjmie jego zaproszenia i nie pojawi się w cukierni „u Czubaka” w zaproponowanym czasie. Ów wyznaczony czas przypada dokładnie za godzinę, ale jej – Wielisławie, niespieszno. Boi się wystawiać serce na kolejną próbę i kolejne bolesne doświadczenia.

Ciężko westchnąwszy ukryła twarz w miękkiej poduszce starając się tłumić cisnący do ust płacz do ledwie słyszalnego pochlipywania. Gdyby z sąsiedniego pokoju nie rozchodziło się donośne chrapanie Piotra i mniej  słyszalne Joanny – z pewnością w ramach protestu pozwoliłaby sobie na głośny lament, który zagłuszyłby cichość wszystkich mieszkań w całym bloku. Ale jest inaczej. Tego poranka znów musi zachować ciszę i spokój. I w ciszy udać się na swe pierwsze weekendowe samotne wychodne od wielu tygodni. Wcześniej – byłaby zadowolona, gdyby Joanna doradzała jej, zachęcała lub odwodziła od czekającej „przeprawy”. Ale teraz wszystko się zmieniło. Zaawansowana ciąża Joanny nie tylko przyprawiała męża o obłęd, ale także i ją – Wielisławę. Dostało się nawet zwierzakom, których legowiska przeniesiono tymczasowo do teściowej,  pozbawiając poczciwe psiska troskliwej łaski ich pani. Nerwy, psychoza i nieustanne obawy o to, czy na pewno poród przyjaciółki będzie szczęśliwy? – towarzyszyły Wielisławie nie tylko w pracy, ale nawet, a może przede wszystkim i w domu. Do wczoraj…

Joanna długo i uporczywie nie chciała udać się na zasłużony edykt i tylko wobec nacisków groźnego naczalstwa – pod wezwaniem „ósmy i pół miesiąc ciąży” – uległa bezwzględnej woli plemiennego starszeństwa biorąc od pracy zasłużony urlop. I po tym wszystkim, ona wciąż nazywa Wielisławę totalnym pracoholikiem? W odróżnieniu od niej, to przecież Wielisława szybko usłuchała próśb Patryka i definitywnie zaprzestała dłuższej pracy niźli pięć do siedmiu zmian pod rząd, a on – Patryk – wreszcie przestał zarzucać ją wiecznymi urąganiami i zapytaniami o stan umysłu. Każda strona osiągnęła dla siebie przynajmniej pozory wynegocjowanego spokoju.

Ów spokój widoczny był tak naprawdę tylko w odniesieniu do Wielisławy. Uśmiechając się i niewymuszenie radując nowymi opowieściami o cudzych sukcesach, nie mogła w odpowiedzi dzielić się swoimi, ponieważ takowych nie miała. W pracy – nic się nie zmieniło, tęsknota i żal owiewały serce jak wcześniej, a oczy próbowały wypatrywać w twarzach przechodzących znajome rysy. Jego rysy… Nie, nie ciągnęło ją  do Ediego – dla kogoś takiego jak On – nadto było jednej nocy. Nie, nie dała się na nowo tumanić po każdym wspomnieniu – dla czegoś takiego trzeba znać trochę więcej o kimś, niż ledwie jego imię… ale summa summarum zapomnieć Ediego nie potrafiła. Na wspomnienie spędzonej z nim nocy czuła w klatce piersiowej coś ciepłe i mrowiące, tak jakby w tym miejscu powoli rozprzestrzeniało się podgrzane, aromatyzowane mleko. Grzało, otaczało, wzbogacając świadomość o wspomnienia jedynego przyjemnego wydarzenia od czasu śmierci jej rodziców.

Ostatnia, całkiem przyjemna myśl w głowie wywołała na jej ustach szczęśliwy i zadowolony uśmiech. W jednej chwili wszystko stało się dla niej znacznie bardziej przejrzyste i zrozumiałe: nie! Ona nie jest żadna tam taką utopijną romantyczką, nie jest naiwną laską i nie beznadziejnie zakochaną, obrażoną na rzeczywistość, dziewczyną. Nie! Ona jest kobietą, która zbyt długo przebywa już w samotności. W każdym tego słowa znaczeniu. I, w rezultacie, jej serce po prostu już samowiednie dąży do kogoś takiego, kto byłby w stanie, choćby i na krótki czas, uratować je – jej serce, od goryczy i zgryzoty… Serce lgnie tylko do tego, któremu jako jedynemu udało się się przebić przez gruby pancerz ochronny czyniąc ją – Wielisławę, choć przez mgnienie życia kobietą szczęśliwą. Tak, takie wyjaśnienie było dla niej całkowicie satysfakcjonujące. Brzmi znacznie lepiej niż przychodząca na myśl absurdalna, ślepa miłość do mężczyzny po ledwie jednej, jedynej, choćby i tak pięknej nocy, jak tamta…

– Nie uwierzysz, ale słyszę, jak pracują trybiki w twej głowie, – głos Joanny był senny i zmęczony. Ziewnęła, wyprostowała fałdki na biodrach spodni od piżamy i poszła do kuchni. – Za głośno myślisz, kochanie. Chociaż twój telefon wibruje jeszcze głośniej. Nie chcesz mu odpowiedzieć?

Ostatnie zdanie rozniosło się echem po pokoju, w nieco podniesionych rejestrach. Ekspres do kawy groźnie warknął, wykonując swoją pracę, a w zlewozmywaku zaszumiała woda, starając się zatuszować rodzące się przestępstwo.

– I automatycznie uznać swą porażkę? Otóż nie, – odparła Wielisława po czym słodko przeciągnęła się i podniosła z nadmuchiwanego materaca. – On chce się spotkać, ale ja nie widzę sensu. W końcu finał tej nocy był wcześniej przez niego zaplanowany, o czym oznajmił mi jasno.

Podeszła do Joanny biorąc z jej rąk świeżo zaparzone cappuccino.

– Ej! A ty co, sprzysięgłaś się przeciw wszystkiemu i wszystkim? – burknęła przyjaciółka ze złością mrużąc oczy.

– Nic ci do tego, Asiu…  Jeszcze jakieś zarzuty?

Joanna spuściła z tonu, ale w jej oczach nadal można było odczytać niezadowolenie.

– Dlaczego nie chcesz z nim porozmawiać? Jeszcze całkiem niedawno wzdychałaś do faceta, – Joanna zaparzyła sobie cuchnącej herbaty ziołowej i teraz patrząc przez ramię obserwowała, jak Wielisława siada przy okrągłym stole. – Ściśnięty żołądek, mózg w odstawce… i wszystko tam takie u ciebie.

– Dowiedziałam się zbyt wiele, i „wszystko tam takie”, – pokazała w powietrzu cudzysłów, – teraz nie ma znaczenia. Tak jak i sama mówiłaś: w tę jedną jedyną noc przeniósł mnie w inny wymiar… i basta! Jeśli spotkałabym się z Edim, to… obawiam się… no krótko mówiąc obawiam się, że mogłabym znowu narobić głupot i rozczarować się z samej siebie, ale już definitywnie. Na Amen.

Nie odważyła się przekazać przyjaciółce prawdziwej istoty ich rozmowy bojąc się, że Joanna przy pierwszym spotkaniu wygryzłaby mu jabłko Adama własnymi zębami. Co do tego, że tak właśnie by się stało – ona Wielisława, nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale i bez wątpienia jego słowa także zalazły głęboko za skórę. Świadomość bowiem faktu, że było się dla kogoś ledwie jednorazową zabaweczką na jedną noc – było dla niej czymś absolutnie obrzydliwym. Wszystkie wypowiedziane potem słowa nie zagładzą już doznanego wrażenia, bo od teraz, już na zawsze poznało się prawdziwą przyczynę zachowania, prawdziwe intencje jego pocałunków i uprawianego seksu. Bo po czymś takim trudno uwierzyć prawdziwości frazy: „Myślałem o tobie.” Ale zatem, dlaczego tak chciała jednak wierzyć i uchronić się przed furią najlepszej przyjaciółki?… Kolejne pytanie, głupie pytanie…

Ryże włosy rozwiały się w powietrzu przeplatając z rzadkimi słonecznymi promieniami, i szybko zamieniły się w zadbany, długi ogon. Joanna usiadła naprzeciwko Wielisławy patrząc na nią uważnie, lekko mrużąc oczy. O tak! To spojrzenie. Znała je na pamięć. Pełne wyrzutu, rentgenowskie spojrzenie, które skanowało wszystko na wylot, poznając wszystkie nawet najbardziej skrywane myśli. I rzecz nie w tym, że Joanna była nieco starsza i bardziej doświadczona życiowo od Wielisławy, nie w tym, że ma za plecami poprzednie nieudane małżeństwo i obwicie wypchany worek ze wszelkimi doświadczeniami. Po prostu wiedziała, jak być dla kogoś dobrym przyjacielem. I tyle.

– Podobał się tobie Edi, Wiko, nie śmiej zaprzeczyć, – pochyliła się nieco bliżej, opierając łokcie o blat stołu, – w przeciwnym razie, tej twojej „Welkiej Soboty” nie byłoby w ogóle. Nie codziennie spotyka się takiego, który zapada w sercu po ledwie jednym spojrzeniu. Pamiętasz, aby stało się tak u ciebie kiedykolwiek wcześniej? Nigdy tak się nie stało… Zawsze ci zazdrościłam temperamentu, a tu, kliknięty przełącznik i rozum szlag trafił. Pomyśl o przyczynach.

– Mówię żesz, że coś więcej nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Tak, spodobał się. I co z tego? I co niby dalej? – Wielisława nerwowo wzruszyła ramionami, – Są takie słowa, po których wszystkie pozostałe deklaracje tracą jakikolwiek sens. Uwierz mi, Edi wypowiedział je na tyle klarownie, że nie mam już sił na czynienie sobie nadziei, iż kolejna z nim rozmowa zmieni cokolwiek. Tym bardziej nie mam już najmniejszej ochoty nastrajać się do upiornej przyszłości, od której potem się długo nie uwolnię, kiedy wszystko znów runie. Nie, Joasiu, wolałbym ten dzień spędzić z tobą, jeśli nie masz nic przeciw.

Przyjaciółka wzdrygnęła się i gniewnie zmarszczyła brwi. Niebieskie oczy rozbłysły irytacją, a usta zacisnęły się w cienką linię, która zapowiadała zbliżanie się wybuchu jądrowego. Wielisława doigrała się.

– Mam przeciw, cholera! Już tak dużo spędzasz ze mną czasu, że najwyższa pora, abyś spędzała go z mężczyznami, do jasnej ciasnej!! Nie wiem, co on tam tobie nawygadywał, ale widzę, że facet desperacko próbuje to naprawić. Chcesz wiedzieć, co bym zrobiła, gdybym była na twym miejscu? – Wskazała w jej stronę swym długim paluszkiem z czerwonym manicure.

– Podniosłabyś swój piękny tyłek i poszła do niego, skoro ów tak bardzo chce z tobą pogadać… Nie, Asiu, nie  ma dla mnie znaczenia, jak się poznaliśmy. Chrzanię stereotypy o pierwszej randce, pierwszym pocałunku i seksie. Chrzanię, rozumiesz? Ważne jest to, jak się teraz kto czuje i upływający czas nie ma tu żadnego znaczenia. Możesz widzieć kogoś, wszystkiego, przez ledwie pięć minut, nie wiedzieć jak się nazywa, ale być już zakochaną po uszy. Bo, jak ty tam mawiałaś? Fatum – to taka suka, nieobliczalna, bezwzględna…

Wielisława westchnęła i schowała twarz w dłoniach. Gdyby wątpliwości i uczucia można byłoby usunąć za pomocą jednego pstryknięcia palcami – pokochałaby swe życie każdą komórką ciała. Ale, niestety, rzeczywistość nigdy nie jest tożsama z pragnieniem. Przynajmniej z jej – Wielisławy pragnieniami – na pewno.

Słońce przez rozsunięte zasłony nieznacznie przygrzewało obnażone ramiona i przez chwilę była odłączona od wewnętrznego świata, koncentrując się na doznaniach. Ciepło, które rozchodziło się po skórze, pokrywało się z tym, które rozprzestrzeniało się od wewnątrz, jakby sumując się razem w zgodnym unisono. Jeśli miałaby osądzić siebie w sposób ostateczny i wydać werdykt – werdykt mógłby być tylko jeden: „winna”. Winna tego, że po wielu dniach wciąż nie potrafi kontrolować chemii we krwi; że wciąż bezmyślnie poddaje się pokusie, a przede wszystkim, że po wiadomych jej informacjach nie może przestać myśleć o tych cholernych szmaragdowych oczach. Tak! – jest winna. W całej rozciągłości.

W kuchni, dało się słyszeć czyjąś aktywność. Wielisława podniósłszy wzrok zobaczyła kołyszącą się przyjaciółkę, z wesołą miną zachwalającą zapadnięty werdykt, jak gdyby właśnie go odczytała z jej myśli. Niedługo się już zastanawiając podeszła do łóżka i wyjęła  spod poduszki narzędzie – źródło jej wielokrotnego ostatnio cierpienia – telefon. Na ekranie pojawiło się kolejne nieodebrane połączenie i nowa wiadomość:

„Czekam jeszcze dziesięć minut i więcej nie przeszkodzę ci nigdy”

Palce szybko wystukały odpowiedź i przez następne dwie sekundy oscylowały nad przyciskiem „Wyślij”. Jeśli zrobi to teraz, to porozstawia wszystko na poprzednie miejsca i zostaną jej odtąd dwa scenariusze: ostry zakręt, z szybkim przyspieszeniem na początku… albo stromy klif, z szybkim lotem do dołu i bez prawa powrotu do punktu wyjścia.

„Będę za pięć” – odpowiedziała krótko i przycisnąwszy klawisz zamknęła oczy, z podniecenia głęboko wdychając tak niezbędny teraz dla niej tlen.

 

Wielisława – Spis rozdziałów

 

1 myśl w temacie “Wielisława

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *