O Gershwinie i Chopinie – muzycznych braciach.

Z anonsów estradowych: „Grieg i Chopin – Muzyczni Bracia. Program prezentujący zdumiewające podobieństwa w twórczości Griega i Chopina, zestawiając podobne gatunki”…

Zainspirowany tytułem (jw.) świetnego projektu maestro Grzegorza Niemczuka, z którym artysta koncertuje aktualnie po Polsce, doszedłem do wniosku, że warto odświeżyć mój esej o podobnych, ale jednak innych muzycznych braciach (podobnych, bo u mnie jednym z braci pozostanie Chopin). Kto wie, może ta nowa „para” stanie się kolejnym motywem turu artysty w kolejnym projekcie, w kolejnych latach?

Drodzy Czytelnicy! Serdecznie zapraszam do lektury!

Dziś: O Gershwinie i Chopinie – muzycznych braciach.

Pytanie do maestro Niemczuka ze wstępu – to, oczywiście, jedynie forma publicystycznej prowokacji. Pan Grzegorz robi wspaniałą robotę, więc co najwyżej pozwolę sobie wyrazić życzenie, aby jej estradowe efekty służyły naszej muzycznej edukacji przez długie lata. Co nie zmienia jednak faktu, że są i inni „muzyczni bracia”, których podobieństwa warto popularyzować. To niniejszym i czynię.

Świetnym przykładem tego fenomenu są osobowości oraz twórczość Fryderyka Chopina i George’a Gershwina – dwóch wielkich kompozytorów oddzielonych niemal wiekiem, jednak połączonych niezwykłą więzią artystyczną i duchową. Obaj żyli w innych historycznych realiach i epokach. Przedzielał ich nie tylko symboliczny ocean estetycznej odmienności, lecz i ten jak najbardziej prawdziwy – geograficzny. Jak prawie wszystkich wielkich twórców połączyło za to wspólne rozumienie i przesłanie dla sztuki: odwoływanie się do jej narodowego dziedzictwa.

O Georgu Gershwinie, którego wciąż jeszcze obchodzimy 125 rocznicę urodzin, i o Fryderyku Chopinie – mój więc dzisiejszy esej.

Cyprian Kamil Norwid dzień po śmierci poety fortepianu pisał o Chopinie, jako tym, który „podniósł ludowe do ludzkości”. Stwierdzeniem tym trafnie oddał prawdę o źródle muzycznych inspiracji Chopina, którym prawie zawsze była ludowa muzyka. To za jej sprawą kompozytor z Żelazowej Woli chłopskie tańce, pieśni i melodie wyniósł z karczmy i wprowadził je na największe estrady koncertowe świata. To dzięki Chopinowi buńczuczny i surowy mazur wysubtelnił się i przemienił w wycyzelowanego mazurka – duchową emanację paryskiego salonu, ale i inspirację dla kolejnych pokoleń wielkich kompozytorów i artystów.

Czyż w odniesieniu do muzyki tworzonej w zatęchłych amerykańskich tawernach i piwnicach nie postąpił identycznie Gershwin? Czyż wyprowadzając z nich murzyńskiego bluesa i wystawiając pod neony nowojorskich sal koncertowych, a wkrótce estrad całego świata, nie dokonał tego samego? Blues, jakiego dziś znamy – wywodził się przecież właśnie stamtąd, z pospolitych murzyńskich spelunek i miejsc odosobnienia. Jego podwaliny tworzyli czarnoskórzy amerykańscy niewolnicy niewiele różniący się w swych obywatelskich prawach od pańszczyźnianego polskiego chłopa.

Świat polskiego króla fortepianu i świat bluesa rodził się więc z dokładnie tych samych mrocznych światów, w których wieszano ludzi za domaganie się praw do wolności. I w niczym to straszne stwierdzenie nie jest alegoryczne.

Blue – znaczy błękit. Ale dla ciemnoskórych ojców bluesa „blue” był także kolorem symbolizującym smutek nad niedostępnym dla nich światem białego człowieka, nad bólem ich płochej zniewolonej ludzkiej egzystencji.

Błękitna Rapsodia i wiele innych dzieł Gershwina – podobnie jak mazurki Chopina (w odniesieniu do ludowej polskiej twórczości) – była więc hołdem złożonym przez „amerykańskiego Chopina” muzyce ciemnoskórych Amerykanów grających swą „błękitną” muzykę. Słuchając tej rapsodii, nawet niewprawne ucho bez trudu rozpozna w niej rytm i specyfikę ich „błękitu”. Dlatego nie tylko Chopin, ale i Gershwin, sięgając twórczością do amerykańskich piwnic, „podniósł ludowe do ludzkości”.

Jeszcze za życia Griega stwierdzono, że to Chopin nauczył go komponować po norwesku i czerpać natchnienie ze skarbnicy muzyki ludowej. Stąd i ten największy norweski kompozytor nie bez powodu nosi przydomek: Chopina Północy. W mym przekonaniu identyczną lekcję odebrał od Chopina Gershwin. I dlatego jemu także warto przypisywać szopenowski przydomek – amerykańskiego Chopina.

Jednak nie tylko muzyczna misja połączyła obu muzyków (zdawałoby się na zawsze rozdzielonych od siebie epokami i oceanem). Ich osobowości także były do siebie podobne. Obaj od najwcześniejszych lat zdradzali oznaki przyszłego muzycznego geniuszu. I jeden, i drugi był wspaniałym wirtuozem, a fortepian dla jednego i drugiego pozostawał instrumentem, któremu poświęcili prawie całą swą muzyczną twórczość.

Jeden i drugi niechętnie pisał na orkiestrę. Chopin – uczynił to z konieczności (taki był wymóg studiów u Elsnera), Gershwin – z wyrachowania i przymusu, bo muzyka orkiestrowa łatwiej przedostawała się na największe sale koncertowe Ameryki. Jednak i jeden, i drugi nie potrafił samodzielnie orkiestrować swych dzieł. Chopin (poza Elsnerem) wspomagał się dokonaniami kolegi ze studiów – Ignacego Dobrzyńskiego, Gershwin – pobierając lekcję u Ravela i innych. I nigdy nie osiągnął w niej satysfakcjonującej sprawności.

Kolejna wspólna rysa z życiorysów: obaj przeżyli tyle samo lat – 39; obaj umarli w efekcie rozwijającej się śmiertelnej choroby. Chopin – na gruźlicę, Gershwin – raka mózgu. Obaj wreszcie zostali największymi kompozytorami narodów, w których się urodzili, składając do skarbnicy światowej muzyki wszystkie swoje dzieła.

Między obojgiem są oczywiście i różnice. Gershwin żył i tworzył w swym ojczystym kraju, Chopin od dwudziestego roku życia wyłącznie na uchodźstwie. Gershwin, podczas nauki nie tylko świetnie poznał muzykę Chopina, ale nawet bywało, że inspirował się nią podczas komponowania własnych utworów. Dobrym na to przykładem jest jego drugie preludium, którego pierwsze takty niemal żywo naśladują pierwsze takty… również drugiego preludium Chopina (a-moll op. 28). Jak brzmi preludium Chopina – wiemy. Jak przeformował je na swoją modłę amerykański Chopin? – możemy odsłuchać w załączonym przeze mnie materiale.

Chopin, oczywiście, nie mógł znać muzyki swego amerykańskiego odpowiednika, żył wcześniej, w innym stuleciu (choć obaj się urodzili w tym samym!). No i rzecz według mnie bardzo ważna: Chopin nie miał też przy sobie na co dzień brata, ani nikogo z rodziny, który tak jak Ira Gershwin przez całe życie wspomagałby go i otaczał braterskim wsparciem, miłością i radą.

Na zakończenie moich esejowych refleksji – obiecana porcja muzyki: preludium nr 2 Georga Gershwina. Ponieważ za fortepianem zasiadł nie kto inny, a sam kompozytor(!), szczególnie więc warto posłuchać. Ale warto też posłuchać dla rozsmakowania się bluesowymi motywami przewijającymi się podczas całego preludium. Są jednym z wielu potwierdzeń, że amerykański Chopin – sumiennie odrobił lekcję zapodaną mu przez Chopina – „obywatela świata”. I odtąd obaj panowie – muzyczni bracia, jak przystało na wielkie postaci, w geście wzajemnego szacunku podają sobie dłonie poprzez ocean i stulecia.