Grzegorz Niemczuk – „Grieg i Chopin – muzyczni bracia”. Recenzja z recitalu.

Wczorajszy sobotni wieczór (2024-06-29) spędziłem na koncercie świetnego pianisty Grzegorza Niemczuka, którego kunszt artystyczny, w moim przekonaniu, wciąż jest w Polsce niewystarczająco spopularyzowany i promowany. Recital odbył się w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Koncert był bez wątpienia jednym z tych, który na długo pozostaje w pamięci. I nie tylko ze względu na wspaniałą muzykę Chopina i Griega, którą maestro Niemczuk po mistrzowsku zaprezentował, ale również za sprawą różnych mało znanych a tym samym bardzo ciekawych historii opowiadanych między utworami przez artystę.

Recital rozpoczął miniaturą Edvarda Griega „Hommage à Chopin”, którą norweski romantyk oddał hołd Fryderykowi Chopinowi. Utwór ten nie jest prostym nawiązaniem przez Griega do twórczości poety fortepianu, natomiast oddaje prawdziwe przeżycie emocjonalne, odsłaniające głęboki szacunek i miłość Griega do polskiego kompozytora. Każdy dźwięk, każda linia melodyczna przekazuje w tej miniaturze coś wyjątkowego, ulotnego, niepoddającego się pod słowne sprecyzowanie – może jakąś refleksję? Może jakąś melancholię nordyckich krajobrazów? Grzegorz Niemczuk, mający na swoim koncie olbrzymią ilość prestiżowych nagród, koncertów i zwycięstw w licznych konkursach, udowodnił, że jest mistrzem, który jak mało który potrafi uchwycić tę nieuchwytną esencję muzyki Griega. Zaprezentowane przez niego „Hommage” było więc żywą, pełną pasji i subtelności interpretacją, którą tylko najbardziej wrażliwi artyści wydobywają z tej miniatury. Pod palcami Niemczuka fortepian nie był więc jedynie instrumentem, ale stawał się narzędziem do wyrażania najgłębszych ludzkich uczuć i przemyśleń. Nie tylko w tej miniaturze, ale i we wszystkich kolejnych utworach. Ponieważ także w kolejnych dziełach Niemczuk szeroko otwierał przed widownią drzwi do świata, w którym Grieg spotyka Chopina, a my, słuchacze, jesteśmy świadkami tego niezwykłego wydarzenia. Tak było w odniesieniu do dwóch nokturnów: Fis-dur op. 15 nr 2 Chopina oraz czwartego z op. 54 Griega. Słuchając obu poematów nocy, po raz kolejny przekonywałem się, że muzyka w szlachetnym wykonaniu to prawdziwa magia, a Fryderyk Chopin oraz Edward Grieg to czarnoksiężnicy, którzy potrafią oczarowywać serca i dusze. Ich nokturny, wyniesione przez Niemczuka na wyżyny romantycznej ekspresji, okazały się niezwyczajnymi dowodami geniuszu i wrażliwości muzycznej obu „muzycznych braci” i… ich brata estradowego – Grzegorza Niemczuka.

Tak więc – po kolei. Najpierw, nokturnem Chopina pianista wprowadzał nas do świata pełnego spokoju, melancholii i delikatności, w której słychać było subtelne tchnienie nocnego powietrza, szelest liści i ciche szeptane rozmowy, ale także poryw serca i nocne ekspresyjne uniesienia duszy pianisty. Interpretacja Niemczuka dodawała kompozycji głębi i niewymuszonej elegancji. Pianista wydobywał z utworu emocjonalne niuanse, tworząc prawdziwą podróż po zakamarkach naszych serc i dusz. Również i w nokturnie Griega artysta sugestywnie uchwycił istotę „pieśni nocy”. Utwór ten, być może dla niektórych bardziej dramatyczny i pełen kontrastów niż chopinowski poprzednik, w interpretacji Niemczuka odzwierciedlał surowe piękno nordyckiej przyrody. Latami mieszkający w Norwegii artysta z prawdziwym zrozumieniem intencji kompozytora przedstawił utwór jako poetycką opowieść o samotności, tęsknocie i tajemnicy. Pod jego palcami fortepian ponownie stał się instrumentem, który potrafi opowiadać historie nasycone emocjami i uczuciem.

Oprócz „Hommage” i nokturnów w pierwszej części recitalu usłyszeliśmy jeszcze kilka drobnych form, w tym m.in. trzy mazurki Chopina i trzy tańce Griega grane na przemian. Było też ciekawe zestawienie kompozycji Griega „Motyl” (op. 43 nr 1) z etiudą Ges-dur op. 25 nr 9 – również czasem nazywaną przez melomanów „motylem” (choć intencja nazywania takim mianem tej akurat etiudy, w zderzeniu z jej dynamiką i strukturą jest, zdaniem artysty, kuriozalna, z czym nie sposób się nie zgodzić). Pierwszą część koncertu artysta zakończył brawurowym wykonaniem Suity Peer Gynt nr 1 op. 46.

Drugą część recitalu wypełniły dwie niezwykle emocjonalne i pomnikowe sonaty: b-moll op. 35 Chopina oraz e-moll op. 7 Griega.

Sonata b-moll Chopina – dzieło przepełnione dramatycznym wyrazem i głębokim katastrofizmem jest zawsze wyzwaniem dla każdego pianisty. Niemczuk zagrał ją z taką pasją, że każda nuta przesiąknięta była emocjami. Od pierwszych taktów katastroficznego grave, poprzez dramatyczne scherzo, marsz pośmiertny, aż po atonalnie obłąkany finał – każdy moment tego arcydzieła interpretował z niezwykłą wnikliwością i troską o emocje. Pianista stworzył atmosferę absolutnego skupienia, a każda fraza przebijała się przez powietrze z siłą i… co ciekawe – delikatnością zarazem. Po ostatnich nutach sonaty fortepian jakby zamarł, czas jakby stanął w miejscu, a zahipnotyzowana publiczność razem z nim.

Po krótkiej przerwie artysta podjął się równie wymagającej sonaty e-moll op. 7 Griega. To rzadko grywane na estradach dzieło, pełne norweskiego ducha i romantycznej tęsknoty, znacznie odmieniło emocje wieczoru. Jego interpretacja była zarówno liryczna, jak i potężna, oddając każdą zmianę nastroju i dynamikę kompozycji. Grieg, inaczej niż Chopin operuje kolorystyką dźwięku. Czyni to w sposób bardziej… folkowy, co Niemczuk świetnie wydobył, dodając swojej grze odpowiednią dawkę energii i wdzięku. Każdy akord był jak obraz pełen barw i emocji.

Podsumowując, druga część recitalu była kontynuacją prawdziwej muzycznej uczty. Pianista wykazał się nie tylko właściwą dla recitali wirtuozerią, ale także głębokim zrozumieniem i emocjonalnym zaangażowaniem w interpretowaniu i prezentowaniu dzieł.

Ale koncert Niemczuka nie stanowiła jedynie muzyka. Pianista znany jest również z tego, że podczas swych recitali z pasją opowiada i przybliża publiczności historię i kontekst utworów, które wykonuje. Będąc nie tylko pianistą, ale i prawdziwym pasjonatem muzyki, wczorajszego wieczoru zarażał więc swoją pasją nawet tych, którzy przybyli na koncert być może jedynie z ciekawości, bądź dla towarzystwa. W jego narracji można było wyczuć, że chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, i robi to w sposób niezwykle przystępny, budując mosty między muzyką a jej odbiorcami. To rzadki dar u artystów, a dla słuchaczy wielka gratka móc słyszeć muzyczne opowieści bezpośrednio od wykonawcy. Dzięki takim artystom muzyka staje się bliższa i bardziej dla odbiorcy zrozumiała. Te opowieści i osobiste odkrycia-ciekawostki artysty, dodając kolejny wymiar koncertowi, sprawiły, że utwory, które być może wcześniej wydawały się jedynie fascynującą muzyką, nabierały podczas opowieści artysty nowej głębi i znaczenia.

Recital Grzegorza Niemczuka był więc nie tylko pięknym hołdem złożonym dla obu wielkich mistrzów muzyki, ale był także prawdziwą muzyczną bombonierką. Jego umiejętność przenoszenia słuchaczy w inne wymiary, w których muzyka staje się językiem serca, jest niepowtarzalna. Tym samym to właśnie dzięki takim artystom jak Niemczuk możemy na nowo odkrywać głębię i delektować się pięknem klasycznych kompozycji, które mimo upływu lat nie tracą nic ze swej magicznej mocy.

Sam koncert zakończył się hucznymi brawami i owacją na stojąco, co tylko potwierdziło, jak bardzo publiczność doceniła starania Grzegorza Niemczuka. (Były oczywiście i bisy: taniec ludowy Griega i mazurek E-dur op. 6 nr 3 Chopina). Piękny muzyczny talent Niemczuka, połączony z umiejętnością opowiadania i dzielenia się wiedzą, stworzył niezapomniane doświadczenie, które przypomniało nam, że muzyka jest nie tylko teatrem dźwięków, ale i opowieścią dusz i serc, którą warto zgłębiać. Wyszedłem więc ze Studia Koncertowego z poczuciem satysfakcji z pięknie spędzonego wieczoru.

Jeśli więc i w Waszym mieście artysta zawita ze swoim kolejnym recitalem – nie zastanawiajcie się: idźcie! Ja w każdym razie koncerty maestro Niemczuka szczerze polecam.

#Recenzja