Koncert Muzykanta

– 1 –

Był to jeden z tych wieczorów, o których najchętniej chce się zapomnieć, wymazać z pamięci, wykreślić z życiorysu. Gdybym posiadał dar cofania czasu, wtedy niechybnie od razu zrobiłbym właściwy z niego użytek.

Po krótkim śnie, a może raczej po kolejnej czarnej dziurze nieświadomości, obudziłem się leżąc na ziemi. Głowę przeszywał mi ostry, pulsujący ból, a zaschnięta na czole krew z sączącej się długo niezasklepionej rany utrudniała swobodne otwieranie oczu. Chciało mi się wymiotować, czułem przenikliwy chłód a przez każdą z kończyn przechodziły uporczywe skurcze. Na szczęście, stwierdziłem, jedno przynajmniej cieszy: ręce i nogi – całe. Mogłem poruszać każdą z osobna… Próbowałem zawołać Beatę, aby pomogła mi się podnieść, ale chyba tak naprawdę, aby bezzwłocznie uzmysłowiła mi i wytłumaczyła – co tu się do cholery stało?… Ale już po chwili: minuta po minucie zacząłem przypominać sobie o wszystkim. Wydarzenia jak w niemym, czarno-białym filmie zaczęły układać się w logiczną całość: szybki, nerwowy powrót do domu, grupa chłystków, potworny łomot, ból, puste mieszkanie… Nadal jednak nie rozumiałem, skąd i dlaczego to wszystko? Kim byli napastnicy? Kto nawiedził moje mieszkanie i w końcu… gdzie jest teraz Beata?

Powoli podczołgałem się w kierunku biurka, na którym od dłuższego czasu rozlegał się monotonny, głuchy, jakby dochodzący zza grubych, płóciennych kotar dźwięk mojej komórki. Słyszałem ją prawdopodobnie kilkakrotnie, jeszcze w czasie snu, ale ociężała, otumaniona wydarzeniami głowa nie reagowała i nie kojarzyła. Podsuwając zielony ekranik Noki pod niemal źrenicę prawego oka (lewego nie mogłem otworzyć) dojrzałem zbawienne litery: Bartus. Resztką sił nacisnąłem przycisk „odbierz” i cichym, niemal bezdźwięcznym głosem wydukałem:

– Bart…

– Januszu, co się z tobą dzieje?? Dzwonię nasty raz…

– Bart, ratuj…

Ledwie wypowiedziawszy te krótkie dwa słowa znowu poczułem, jak wpadam w czarną, bezdenną dziurę…

 

– 2 –

Ciekawie tu i fajnie! – Pomyślałem zobaczywszy olbrzymią półprzezroczystą bramę, naprzeciwko której stał nieogolony typ z nimbem nad łysą głową i siniakiem pod okiem.

– Ka się pcha? – burknął chrapliwym głosem – Nazwisko, imię, rok urodzenia?

– Słysząc charczenie kompana, zupełnie jakby z niebytu, albo co najmniej ze sztuczki Davida Coopperfielda wynurzył się nieco podobny i równie niechlujny, lekko przygrabiony menel. Z nad czegoś, co trochę przypominało kowbojski kapelusz śmiesznie i rubasznie, zupełnie na podobieństwo rycin ze starych podręczników, wystawało mu diabelskie poroże.

– Anioł, spoko! On na pewno do mnie. A w ogóle, odpuść se, kretynie, póki „stary” na haju. Nie widzisz? – Wskazał mu krogulczym palcem jakiś papier, – na głównym nie ma. Umieścili go w tym rezerwowym spisie.

Nie zważając na chłopców ruszyłem przed siebie.

Za bramą, wieńczącą długi, jasny tunel rozpościerała się niekończąca przestrzeń z ogromnym napisem na niebie „Witamy! – Humpty Dumpty”. Wszędzie wokół tłoczyli się ludzie, tworząc niekończące skupisko, w którym każdy jak w klasycznym mrowisku, podobny był do każdego. Poubierani jednakowo: w szare, celofanowe płaszcze, takież szare peleryny na głowach, na gołych stopach identyczne drewniaki – sprawiali wrażenie idealnych klonów. Większość z „mnichów” pochylała głowę nad jakąś małą książeczką i czytała ją cichym szeptem, ale dużo było i takich, którzy po odłożeniu przeczytanej książeczki z nabożnym skupieniem oddawali się grze na harfie. Wzdłuż szerokiego traktu wiodącego w poprzek mrowia, poustawiane były żeliwne drogowskazy, każdy na rogu kolejnej drogi, odchodzącej od głównej arterii w kolejne rewiry. Ponieważ nigdzie i donikąd aktualnie się nie spieszyłem (proszę pana! – Kiedyż to ostatni raz tak było!?) – z niemałą frajda i z wścibską ciekawością oddałem się lekturze strzałek i napisów. Nie powiem – były całkiem oryginalne: „Miłośnicy teściowych”, „Sodomici”, „Homosie”, „Kochankowie piwa”, „Seks ze zwierzętami”, „Dla fanów bezakcyzowych alkoholi”, „Obżarciuchy”, , „Oprawcy kotów”, „Klub rybaków niewinnych panienek”… Itp. Itd. – wydawać by się mogło – obejmowały wszystko, co można sobie tylko wymyśleć i co komukolwiek mogłoby się do czegokolwiek przydać lub z czymkolwiek skojarzyć.

Gdy szedłem i z uśmiechem raczyłem się tą, przyznacie: ekstrawagancką lekturą, ktoś delikatnie dotknął mego ramienia.

– Cześć Janusz. Pamiętasz mnie? – zwrócił się do mnie jeden z tych „sklonowanych” mnichów. (Swoja drogą – dziwne! – Ani nie czytał książeczki, ani nie grał na harfie! Dlaczego?)

– Sorry, nie bardzo, wszyscy tu tacy jesteście do siebie podobni…

– Paweł jestem. Przyjaciel Witka.

– Paweł?! Jasne, kojarzę. Widywałem was czasem podczas festiwali i po koncertach…Kiedyś nawet wspólnie zaprosiliście mnie na obiad.

– Don’t rush! Nie spiesz się, Januszu. Tutaj będziesz miał naprawdę dużo czasu…

– Chodzę i zastanawiam się, Pawle, którą wybrać uliczkę? Wszystkie takie ciekawe i niecodziennie kuszą, – z uśmiechem spojrzałem w papierową twarz Pawła.

– Chodź ze mną. W tamtym bunkrze, – wskazał na ścieżkę od drogowskazu z napisem „Pierdziele i wszyscy artyści” – zaraz będzie koncertował sam Mozart.

– Mozart? Przecież on od stuleci ziemię podgryza! – Poddałem pod wątpliwość rewelację Pawła. Ale rychło przypomniała mi się rozmowa z Witkiem, który kiedyś przecież już raz mi uzmysławiał, iż nigdy nie znaleziono ciała Mozarta! – No skoro tak, to dobra! Idziemy. Pewno to tutaj od stuleci się skrywa. A zresztą, tyle wokół klonów, – czemu nie miałoby być i klonu Mozarta?

Ledwo wypowiedziałem swą kwestię a kolejna sztuczka mistrza Copperfielda sprawiła, że oto siedzę na wielkiej widowni, przede mną olbrzymia szara, idealnie gładka połać, jakby kilka boisk piłkarskich złączonych w jedno, a na jej środku niewielka postać o drobnej posturze samotnego muzykanta. W dłoniach trzyma archaiczne skrzypce i z filuternym uśmieszkiem rozgląda się po publiczności. (No właśnie, cholera! Gdzie jest Paweł? Kolejny figiel tego hochsztaplera Copperfielda?…Palant jeden.).

Nagle, płynnym ruchem uniósł skrzypce, oparł o ramię, lekko w ich stronę przechylił głowę, jakby chciał pogaworzyć z instrumentem. Potem podniósł prawą rękę i delikatnie, bezszelestnie muskał po każdej strunie. „Ależ ma zadziwiająco cienkie, arystokratyczne palce” – ledwo co pomyślałem i zaraz rozległ się pierwszy dźwięk. Niezwykły. Tajemniczy, pełen poezji i natchnienia. Pojawił się znikąd, jak kropla rosy i po sekundzie już cały zastygł w melodyjnej fali i unosił się nad całą sceną hipnotyzując natychmiast wszystkich słuchaczy. Muzyk, tymczasem ledwie dotykając skrzypiec, przebiegł dalej palcami po strunach, budząc do życia wiele nowych dźwiękowych wizji i zjaw. Jedne nie zdążyły zamilknąć, jak doganiały je drugie, bardziej gęste i zaokrąglone w brzmieniach. Pojawiło się odczucie, jakby za chwile miał padać deszcz.
Patrzyłem i słuchałem w osłupieniu. Palce muzykanta zaczęły biec jeszcze szybciej. Już obie ręce brały udział w tajemnicy narodzin muzyki. Drobne palce poruszały się po gryfie, jakby tkały najprawdziwszą, żywą muzyczną tkaninę. Szlachetnie słodkich dźwięków przybywało więcej i więcej. Niewiadomo kiedy w prawej ręce pojawił się smyczek i bezzwłocznie zaczął skradać się po strunach. Delikatne westchnienie rodząc się pod jego muskaniem gdzieś w głębi skrzypek natychmiast rozpływało się po amfiteatrze, a pizzicato tańczących palców przyspieszało gromadzenie się kropli letniego deszczu. Smyczek, wtórując palcom, rodził szum wiatru, skrzypienie rozkołysanych pni i gałęzi, świergotanie górskich strumieni.

Zamknąłem oczy. Oddałem się błogiemu słuchaniu. Niesamowita muzyka wzbudzała we mnie dawno zapomniane obrazy z dzieciństwa. Jakbym na jawie widział potoki deszczowej wody sycące wilgocią spaloną ziemię i korzenie drzew. I gdzieś tam, głęboko w środku, ukryte budzą się do życia nasiona różnych kwiatów i ziół. Przebijają się przez warstwy ziemi i wyciągają pędy do nieba, gdzie zza rozpiechrzających się chmur leniwie spoziera na nie łaskoczące słońce. Ciepły delikatny wietrzyk owiewa mlecze i szkarłatne maki, kiwa łebkami białych stokrotek. Skądś tam z basowistym dźwiękiem nadlatują pszczoły; pracowicie spijają nektar z kwiatowych dywanów. A nad nimi fruwają delikatne tęczowe motyle i śpiewają ptaki…

Otworzyłem oczy. Nie zauważyłem, kiedy przestała wybrzmiewać muzyka. Sądząc po wyrazie twarzy zdumionych sąsiadów, domyślałem się, że oni też nie. Spojrzałem na scenę.
Tam, oświetlona ciepłym światłem, zieleniła się prawdziwa wyspa! Tak, nie było wątpliwości – byłem pewien. Zielone korony niektórych drzew na skraju niewielkiej polany, pokryte nawet były bujnymi trawami. Motyle i śpiewające ptaki – to wszystko było prawdziwe. A nad tą oazą, kolorowym łukiem unosiła się przezroczysta tęcza. I w powietrzu było coś niewytłumaczalnie słodkiego, ale i tajemniczego, jakby zapach po letniej burzy…Muzyk zniknął.

 

– 3 –

Na środku stoi wielki stół, przy którym siedzi staruszek i coś szybkiego pisze na komputerze.  Z boku machając skrzydłami, wisi ze trzysta aniołów (przecież wiem, że sztucznych), których przegania swoim kwietnym wiankiem święta Maria (ładna rycina. Prawie, jak żywa!). Nad stolikiem unosi się wielki atłasowy napis „Bóg – Office”.

Próbuję odezwać się do strażnika, ale ten pochłonięty rozmową z Panem Bogiem(?) nie zwraca na mnie żadnej uwagi.

– To jak, mój archaniele, dalej będziemy rzucać monetą? – A może zakręcimy naszą buteleczką?…pyta się strażnika staruszek.

Ten zżął wargi w geście powątpiewaniu i wyjął z sakwy monetę… Zakręcił, rzucił wysoko. Grosz przez chwilę zafurczał, upadł w piruecie i zatrzymał na krawędzi…

Usłyszałem odległy krzyk.
– Jest! Ponawiamy! Jeszcze raz!! – Jest puls!

Otworzyłem wolno oczy: leżę na oddziale reanimacji.

< poprzednia          następna >

powrót do Cyberprzestrzennych

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *