Rozdział 12 – „J’adore la mer chaude”

Poniedziałkowy poranek przywitał Marinę mżeniem deszczu. Nie spała już od przeszło dwóch godzin, to jest od chwili, gdy bardzo starający się o niezakłócenie zdrowego snu małżonki Janusz – wychodził z sypialni na paluszkach. Jak widać jego zamiary spaliły na panewce, bo Marina, gdy tylko zaczął wstawać z łóżka obudziła się natychmiast. Ale nie otwierała oczu, nie zdradziła swego czuwania, nie chciała się narażać na kolejne przejawy trosk męża. Wolała udawać, że śpi, jak grzeczne dziecko.aaa

„Na dworze plucha i szaro-buro. Co tu dziś robić? Z domu przecież w taką pogodę nigdzie nie wyjdę” – rozmyślała Marina, patrząc smutnym wzrokiem w stronę okna. Podniosła lekko głowę, zapaliła lampkę. Błysk światła niechybnie nie uszedł uwadze Oksany, gdyż już po kilkunastu sekundach  drzwi od sypialni bezszelestnie rozsunęły się, a na progu stała jej nowa pokojówka.

– Dzień dobry pani! Przyniosłam śniadanie, – cicho powiedziała Oksana, trzymając w dłoniach tacę.

– Dzień dobry Oksano. O! nie trzeba było… zaraz wstanę, ogarnę się i ubiorę, i przyjdę na śniadanie do jadalni. Przecież nie jestem chyba chora, tak? – Odpowiedziała Marina, demonstracyjnie podnosząc się z łóżka.

Gdy włożyła cieple kapciuszki i spojrzała na coraz bardziej zacinający za oknem deszcz, westchnęła:

– Ale by się chciało poleżeć teraz gdzieś pod palmami, nad ciepłym morzem… Ech! Jasne słońce, drobny piasek i ciepła morska woda. Pomarzyc dobra rzecz!… Oksano, byłaś kiedyś nad morzem? – Zapytała artystka, pochylając się na jakimś szczegółem swej martwej natury, który, stwierdziła – niechybnie  podczas najbliższej sesji trzeba będzie poprawić.

– Tak, w Turcji, rok temu.

– Podobało się? Lubisz morze?

– A kto go nie lubi?

– To prawda. J’adore aussi la mer chaude – westchnęła mimowolnie Marina, nie wiedzieć czemu? po francusku…. – Poproszę Janusza, aby zawiózł nas nad jakieś ciepłe morze. Nie wiesz, gdzie teraz jest tak w sam raz – nie za gorąco?

– Pewno na południowym Wschodzie, proszę pani: Indie, Tajlandia, Emiraty Arabskie, Egipt…

– Egipt, powiadasz? Tak, masz rację. Egipt byłby chyba najlepszy. I rzeczywiście, temperatury są tam teraz umiarkowane, i stosunkowo nie jest tak daleko. Można by tam spędzić całe święta Bożego Narodzenia, a może i Nowy Rok… nie sądzisz?

*

Wieczorem ucięła sobie długą rozmowę z córką. Z dumą poinformowała, że przyszłe dzidki to chłopczyk i dziewczynka. Opowiadała też, jak bardzo było dziś w Pradze zachmurzone niebo i jak monotonnie od świtu do zmroku padał deszcz. A ona chciałaby nad ciepłe morze, ale cóż…

– Czemu, „cóż”?… mamusiu, czemu nie miałabyś zrealizować marzeń?

– Janusz mnie nigdzie samej nie puści, córuś… – westchnęła Marina.

– Jaki problem? niech jedzie z tobą! Musisz go tylko przekonać.

– Tak mówisz?

– Jasne! Kobietom w ciąży niczego się nie odmawia.

– Może masz rację? Chyba spróbuję. A czy, Ninko, gdyby udało mi się przekonać Janusza, przyjechalibyście do nas z Michaelem, do Egiptu, na święta? Oczywiście, bylibyście naszymi gośćmi.

– Nie ma sprawy, mamusiu, możemy przylecieć choćby tylko na kilka dni.

– No to wspaniale. Porozmawiam z Januszem… – odpowiedziała z wyraźną nutą  radości w głosie Marina.

– I co jeszcze u ciebie mamusiu nowego?

– Janusz zatrudnił do mojej codziennej pomocy dziewczynę, żebym tylko nie musiała przebywać sama i żeby nie było mi smutno. A teraz znów poleciał w interesach na dziesięć dni.

– Udał ci się mąż, mami.

– Może i udał. Ale nie jest bez wad.

– Tak? Nie zauważyłam.

– Bo za mało go jeszcze znasz… Bywa często rozdrażniony i nadopiekuńczy. Musi być wszystko, tak jak chce. Lubi kontrolować i sprawować nadzór nad wszystkim i wszystkimi. To bywa męczące…

– Męczące? Mamuś, w ten sposób powinno być ci przecież lżej: niech sobie decyduje i nadzoruje, skoro tak mu na tym zależy, ty dzięki temu możesz koncentrować się tylko na tym, co lubisz.

– Niby tak, ale czasem marzy mi się być trochę bardziej samodzielną…

– Mamo, nie martw się, powiem ci coś… Czy możesz sobie wyobrazić, – kontynuowała na Skypie córka, –  tylko, mamuś, nie zdenerwuj się.

– No mów, już córuś, mów….

– No więc, – niepewnie zaczęła, – Jechaliśmy dziś naszym Fiatem po Połczyńskiej. Był późny ranek, ale nadal godziny szczytu. Michael prowadził. Gdy zatrzymaliśmy się na światłach, tymi obok ciepłowni Wola – jakaś Toyota z olbrzymią szybkością wyprzedziła nas i potrąciła przechodzące prawidłowo  po pasach ośmioletnie dziecko, potrąciła i pognała dalej, oczywiście nie zatrzymując się. Po prostu byliśmy w szoku, nie wierząc w to, czego staliśmy się mimowolnymi świadkami.

– Ojej! Co ty opowiadasz?

– Na szczęście zapamiętałam numer tamtego wariata. Razem z Michaelem natychmiast wyskoczyliśmy z samochodu. On – cały blady jak słup, ja – pewno nie inaczej. Na poboczu drogi szybko zaczęli się zbierać przypadkowi ludzie. Ale żaden nie garnął się do pomoc. Od razu chwyciłam za telefon i zaczęłam wydzwaniać na pogotowie, policję. Michael podbiegł do dziecka, drżącymi rękoma chwycił je i z piskiem opon ruszyliśmy do najbliższego szpitala, ja – za kierownicą, a Michael trzymał chłopczyka na swych rękach; wyobrażasz sobie? – całą twarzyczkę chłopczyk miał we krwi…

– Straszne!

– Przyjeżdżamy pod lecznicę, biegniemy na izbę przyjęć, ja krzyczę: „Pilnie lekarz potrzebny, dziecko zostało potrącone przez samochód!” I wyszedł  po chwili jakiś „zadbany” i w modnych okularach z pozłacanymi, rogowymi oprawkami pan doktor i mówi: – To państwo potrącili to dziecko? Nazwisko, imię, czyj jest chłopiec? Dawaj, zaczynam mu wyjaśniać, że to nie my, że my jego tylko tu przywieźliśmy, że sprawca uciekł… Gadam i gadam, a lekarz nawet nie drgnie i nie spieszy się, aby zacząć udzielać pomocy dzieciaczkowi. Michael stoi i nic nie mówi. Cały czas trzyma na rękach umierającego chłopczyka. Zaczynam krzyczeć, jak szalona, a pan lekarz spokojnie sugeruje, że jak tylko zapłacimy za usługę – on od razu rozpocznie badanie. Michael ponownie zbladł. – Proszę położyć chłopca na kanapie. Na pewno jest panu ciężko go dźwigać. – Wspaniałomyślnie zaproponował pan doktor. Pobiegłam wypłacić pieniądze z karty, na szczęście w pobliżu szpitala był sprawny bankomat – chyba specjalnie tu postawiony dla „obsługi” tutejszych doktorów. Siedem – dziesięć minut minęło, a lekarz stojący obok, nawet nie podszedł do dziecka konsekwentnie czekając na pieniądze…  – Michael powiedział mi o tym później. Przybiegłam cała zziajana, zapocona, wręczam panu doktorowi pieniądze. – Dobrze. Już idę zobaczyć co z dzieckiem. A to – i wsunął pieniądze do kieszeni, – za to, że chłopiec jest bez karty medycznej i jakichkolwiek dokumentów z ubezpieczalni. Udał się wreszcie do dziecka, pochylił… Wkrótce rozległ się dźwięk syreny i pod budynek lecznicy podjeżdża policyjny radiowóz.

Nagle, pan doktor, tak zawył jakimś takim głośnym „zwierzęcym” rykiem, że aż się przestraszyłam. Podbiegła zdziwiona pielęgniarka, długonoga w krótkim fartuszku. A lekarz – bach! i upadł na podłogę. Pielęgniarka spojrzała na dziecko, sprawdziła puls na szyi i powiedziała, że nie oddycha, potem na lekarza … on blado-biały leżał na podłodze i trzymał rękę na sercu, „Syn, mój syn!” – Wyszeptał prawie bezgłośnie. – Zaraz zadzwonię po jego żonę, – powiedziała siostra i chwyciła za telefon… Przybiegła pulchna kobieta w białym fartuchu, najpierw podeszła do mężczyzny, usłyszała „SYN”… potem spojrzała na zakrwawioną twarz dziecka. – Bóg pokarał tego niegodziwca i łapówkarza! – głośno i gniewnie rzekła pielęgniarka w krótkim fartuszku. My wszyscy: ja, Michael, policja, która zdążyła dojść korytarzem do nas i żona lekarza – usłyszeliśmy te słowa. Żona lekarza runęła na podłogę obok męża. Nadbiegły kolejne pielęgniarki. Zaczęły reanimować omdlałych. Przybyli policjanci i ja z Michaelem odsunelismy się na bok. Policjancie powiedzieli, że dzięki mojemu zgłoszeniu a przede wszystkim zapamiętanym przeze mnie numerom rejestracyjnym kierowca Toyoty jest już zatrzymany… Co za dramat! Co za historia? Prawda, mamo? Okazuje się, że ten chłopczyk był synem dyżurującego lekarza. I jak tamten od razu mógł nie rozpoznać własnego dziecka? Co za ojciec!?… Tylko Michael zrobił na mnie specyficzne wrażenie, on, w tym szpitalu, jakby był jakiś nieobecny, zachowywał się tak, jakby był… zahibernowany… Mam! Nie jesteś zdenerwowana? Pewno niedobrze, że ci o tym wszystkim opowiedziałam?… Mamusiu, jesteś tam?

– Jestem, jestem córeczko i trzymam sie w garści. Wszystko ze mną dobrze. Dumna jestem z ciebie, Ninuś. Zachowałaś się jak prawdziwy ratownik i człowiek przez duże „C”.

– Dzięki mam! No to do następnej sesji, mamusiu. Będzie o czym porozmawiać. Całuję!

*

Dni rozłąki z Januszem, mimo nieustannej pluchy za oknem i co za tym idzie   przymusowego domowego „aresztu”, minęły szybko. To za sprawą Oksany, której towarzystwo okazalo się naprawdę przydatne, bo wreszcie było z kim porozmawiac, a nawet poradzic się w sprawach malowanej martwej natury. Oksana, na przykład, zauważyła, że za każdym razem, gdy malarz nie jest zadowolony z usykiwanego efektu obiekt przenoszony na płótno wtóruje artyście rozchwianą kreską. Zdaniem Oksany wynika to z faktu, że rośliny, a nawet wszelkie nieożywione przedmioty i rzeczy lubią, jak się z nimi rozmawia dzieląc się w ten sposób swą pozytywną energią. Gdy natomiast kierowana jest w ich stronę energia negatywna, na przykład  pod postacią emanującej irytacji uwieczniającego ich artysty – odpłacają pięknym za nadobne. „Ciekawe spostrzeżenie” –  pomyślała Marina.

Janusz – tak jak obiecał – tak, rzeczywiście, z delegacji wrócił wcześniej. O cały dzień.

– Jaśku, tak bardzo się wynudziłam. – żaliła się Marina rozmawiając z mężem w swej pracowni, gdzie po obiedzie zaprowadziła go, aby pochwalić się swoim najnowszym płótnem z martwą natura, – Cóż z tego, że miałam z kim porozmawiać, z kim zjeść obiad, ale w łózko i przez całe noce – ciągle sama. Wiesz, jakie to trudne dla zakochanej kobiety? – kontynuowała użalanie Marina. – Dziewięć dni nie było ciebie w domu i przy mnie…

Pochyliła się nad obrazem, zamoczyła mały pędzeleek w farbie dokonując punktowego retuszu.

– W jakim kraju tym razem byliście? Ten ciągły deszcz i zachmurzone niebo i wiatr zza okna nawwiewał mi samą tęsknotę i smutek. A ja chcę słońca, ciepłego morza, jasnych plaż i kwitnących ogrodów. Może spędzilibyśmy, kochany, Boże Narodzenie w Egipcie? Ja zaprosiłabym Ninkę i Michaela, a ty wszystkich przyjaciół, jakich tylko chcesz: Caterinę, Thomasa, Patryka, ale także: Asię, Agnieszke, Beatkę, Clavię, Bartka…

– Marinko, a skąd ci o nich wszystkich wiadomo? – spytał autentycznie zaskoczony Janusz.

– Widzisz? Ja też mam swoje tajemnice. I wiem o Tobie więcej niż przypuszczasz.

Babicki przechylił głowę i spojrzał na Marinę z chytrym uśmieszkiem.

– No proszę! Moja żoncia wreszcie się wzięła za czytanie moich opowiadań i blogów.

– Coś musiałam robić przez te samotne godziny i dni, – i najpierw uśmiechnęła się króciutko, a potem pokazała mu język.

– O! Jaki śliczny, zupełnie jak u Felicjana, gdy chlipie z miski mleko, – rozbawił się na dobre Janusz i zachichotał.

– Jaśku, to jak będzie z tym morzem i świętami?

– Teraz nie zamierzałem już przez dłuższy czas wyjeżdżać. Chce mi się pomieszkać w domu. Nawet się pokłóciłem z Cateriną, która nalegała, abym na dniach udzielił kilku wywiadów w Monte Carlo i wziął udział w prestiżowym panelu przedstawicieli pen-clubów z Europy i Ameryki Łacińskiej w ramach mostu kultury Europa-Ameryka. Zaczęła mi perswadować, że już pozamawiała czas antenowy i podpisała umowy przedwstępne na promocje i reklamy naszego FPTB a nawet prawie ściągnęła z Warszawy do Monaco Clavię, której obecność, jej zdaniem, byłaby niezbędna z uwagi na olbrzymie zapotrzebowanie na pracę tłumaczy… a tak naprawdę, – i tu Babicki nieco się „zjeżył,’ – moja pragmatyczna Kati chce zwalić robotę na koleżankę, a sama zająć się własną „fuchą” tj. zaprezentowaniem się jako modelka w kampanii marki Paprocki&Brzozowski. Wyobrażasz sobie, Marinko? Wkurzyłem się…

– Ty, pokłóciłeś się z Cateriną? Nie wierzę…

– No, może nie od razu pokłóciłem. Spięliśmy się troszkę. I tyle. W przeprosiny musiałem udać się z Cateriną do wiedeńskiego salonu Louboutina…

– A więc Wiedeń…,- westchnęła.

– …gdzie w ramach fajki pokoju nabyłem dla mej medialnej treserki pół tuzina szpilek z jej ulubionej linii „So Kate”.

– „So Kate?”- chyba coś kiedyś o nich czytałam…  Są, zdaje się, bardzo wysokie.

–  Takie tam „szczudła” na 12 centymetrowym ponoć obcasie.

– O rany! Jak ona może na takich chodzić? Ja nigdy nie założyłabym w życiu szpilek wyższych niż 9 i pół. A te ‘So Kate’, przypomnij mi, co to za seria?

– Jak na Louboutina dość nietypowa: esowate amarantowo-czerwone podbicia inkrustrowane mikro-diamencikami, z sylwetką buta stylizowaną na literze „K” o wysokości obcasa , bodaj, 4,75 cala… Zupełnie nie wiem, jak na takich kosturach da się przemieszczać. A, muszę tu oddać sprawiedliwość, Kati robi to z iście dostojnym, książęcym wdziękiem! Według mnie nawet z większym, niż sama księżna Charlene.

– Charlene ?

– …księżniczka Monaco, Marinko, żona Alberta drugiego. Caterina twierdzi, ze oboje są moimi fanami i chcieliby poznać mnie osobiście.

– Fiu, fiu, panie mężu! – i odstąpiła od Babickiego dwa kroki do tyłu, aby zmierzyć małżonka pełnym podziwu spojrzeniem od stóp do głów.

– A tak w ogóle, Caterina żartuje czasami, że Louboutin zaprojektował tę serię specjalnie z myślą o niej. I najzabawniejsze, że podobno większość jej przyjaciół w to wierzy! Ja, na szczęście, zachowuję rozsądek. – i Babicki po raz kolejny wesoło zachichotał. – Mogłaby konkurować ze mną na polu fantazjowania!

– Tak, przypominam już sobie! – zawołała nagle Marina.

– O czym, kochanie?

– Przypominam sobie, że w specjalnym dodatku do francuskojęzycznego „Glamour”, bodajże sprzed trzech miesięcy, pisali, że inspiracją dla manufaktury Loubutina serii ‘So Kate’ i konsultantką była pewna polska modelka, a zarazem celebrytka i businesswoman o imieniu Kate. Kate – to przecież Caterina! Pozostałe przymioty też się zgadzają. Jak mogłam od razu nie skojarzyć?!

– Ty mówisz serio? – zapytał z nietęgą miną Babicki.

– Wstydź się, Jaśku. To przecież twoja najbliższa współpracownica. Powinieneś mieć większe zaufanie, do tego, co deklaruje a już na pewno więcej się interesować jej medialnymi poczynaniami…

– Powiadasz: większe zaufanie do Cateriny? Okay! Będę musiał przemyśleć tę tezę… No ładne te twoje chryzantemy, Marinko. Zamierzasz oddać je w komis Thomasowi? – spytał małżonkę Babicki sprytnie uciekając od tematu.

– To jak długo zamierzasz obecnie być w domu, skoro, jak sam się wyraziłeś: teraz chciałbyś tu trochę pomieszkać? – Marina, z kolei, z uporem nakierowywała rozmowę na „Egipt”.

– Pewno z miesiąc, może i dwa…

– No widzisz! Jest więc doskonała sposobność abyśmy razem polecieli nad ciepłe morza…

– Marinko, nie rozpędzaj się, proszę! Jesteś w ciąży, każda podróż może być dla ciebie męcząca. A gdy ci się coś w międzyczasie pokomplikuje ze zdrowiem?

– Jaśku, a dlaczego miałoby mi się pokomplikować? Przypominam ci, to nie jest moja pierwsza ciąża. Byłabym, zresztą, pod doskonała opieką mojej córki – Niny, a i Patryk, jeśli z nami poleci – nie odmówiłby medycznego wsparcia…

– Pewno, nie odmówiłby… – analizował na gorąco propozycję żony Babicki.

– A zresztą, spójrz – brzuszek nie jest jeszcze tak duży, jeszcze mogę się be problemu popluskać w morzu i na plaży wygrzać wszystkie kosteczki, – delikatnie mruczała małżonka prosto do mężowego uszka. – Naszym maluszkom na pewno by to dobrze posłużyło

– Powiadasz; maluszkom? No dobra! – Postanowił Babicki. – Jeśli tylko twój prowadzący lekarz nie będzie miał nic przeciw – to polecimy nad Morze Czerwone, najlepiej do Izraela albo Jordanii – tam jest najładniej. Tylko proszę, weź od lekarza zalecenie na piśmie.

– Jaśku, jesteś kochany! – i rzuciła mu się na szyję, i zaczęła głośno obcałowywać męża po obu policzkach.

– No już dobrze, dobrze… – wyswobodził się z objęć Babicki. – Twoja córka będzie mogła do nas dołączyć?

– Oczywiście, razem z jej chłopakiem! Rozmawiałam już z nią na ten temat.

– Mam brać Oksanę, czy nie?

– Dla mnie – możesz ją zostawić w domu. Tam – będę przecież miała na co dzień ciebie! Owszem, lubię Oksanę, ale… po co mi towarzyszka od samotności?… A ty, Jaśku, kogo zaprosisz?

– Chciałbym Patryka, dawno się z nim nie widziałem a mam kilka nietuzinkowych spraw, o których na spokojnie mógłbym z nim podyskutować, ale z tego co wiem, ma aktualnie mnóstwo prac związanych z aplikacją do Nagrody Nobla z dziedziny chemii, a także – medycyny. Międzynarodowa kapituła wykazuje olbrzymie zainteresowanie efektami jego badań…

– Ojej! Niesamowity ten Patryk… A Thomas, mógłby z nami polecieć?

– Thomas? A dlaczego pomyślałaś o Thomasie?

– Nie wiem…, jest taki skromny i sympatyczny, a poza tym mam w nim pokrewną duszę, jeśli idzie o sztuki piękne, oczywiście.

– Tak, tak, rozumiem… – uśmiechnął się Babicki

– No i poza tym, to przecież mój marchand. O takich trzeba dbać, chuchać na nich i dmuchać, czyż nie, mój Jaśku?

– Roztropna dziewczynka… No dobrze, niech będzie Thomas, ale jeśli już Thomas – to i Caterina….

– Wiedziałam! – westchnęła tylko nieco zawiedziona Marina. – Oczywiście, niech będzie Caterina, w końcu jest żoną Thomasa. Małżeństw nie powinno się rozdzielać. Czyż nie tak, mój mężu?

 

Książę z bajki – lista rozdziałów

3 myśli w temacie “Rozdział 12 – „J’adore la mer chaude”

  1. Drogi Panie Babicki :), solennie obiecuję, że sesją w Monte Carlo zakończę mój flirt ze światem haute couture. 😉 Doszłam do wniosku, iż wolę jednak spełniać się w sposób bardziej intelektualny, tzn. jako Pańska menadżerka i tłumaczka oraz businesswoman na polu zabawek i legowisk dla kotów. 😉

    Jednocześnie chciałabym Pana i Marinę poinformować, że dr Thomas zawiesił swą działalność na polu sztuk pięknych na czas nieokreślony. Jak Pan wie, jest on bardzo cenionym agentem, marszandem i krytykiem sztuki, ale najważniejszą sztuką jest jednak dla niego ars medicina, która pochłania go w chwili obecnej bez reszty i jedyną możliwością połączenia malarstwa i medycyny na dzień dzisiejszy jest chyba tylko oglądanie obrazu Rembrandta „De anatomische les van Dr. Nicolaes Tulp”. Podejrzewam w związku z tym, Panie Babicki, że nasz „ulubiony” tabloid „Blesk” dopisze do tej rezygnacji własną bajkę o mojej zazdrości o znajomość Thomasa z Mariną i że będę musiała po raz kolejny udać się do redakcji „Blesku” z moim prawnikiem (co zresztą uczyniłam po raz pierwszy zaraz po publikacji artykułu o rzekomym romansie Pana ze mną). Sprawa o odszkodowanie za nadszarpnięcie naszego medialnego wizerunku jest zresztą w toku.

    CF

    • Droga Przyjaciółko,

      Co do mojej żony i Thomasa otworzyłaś mi oczy. Jakkolwiek daleki byłbym od formułowania jakichkolwiek wobec Mariny podejrzeń i zarzutów, to jednak Twoje obawy, co do sfabularyzowania relacji między naszymi współmałżonkami przez redakcję Bleska dają mi wiele do myślenia… Będę musiał dołożyć większej staranności w nadzorowaniu poczynań Mariny.

      Droga moja, przy okazji mam prośbę: nie daj się bardziej sprowokować i nie angażuj więcej swojego prawnika w spory z redakcją Bleska. Walka z posądzeniami nas o romans i co za tym idzie – domaganie się odszkodowań od Redakcji za nadszarpniecie medialnego wizerunku może niepotrzebnie zaognić konflikt i sprawić, że dziennikarze śledczy dołożą większych starań, aby uwiarygodnić swe dotychczasowe „rewelacje” i ustalenia. Obawiam się więc, że eskalacja sporu jest nam nie na rękę, a będąc przyczyną niewygodnych dla nas problemów może nam nawet zaszkodzić. Nam – to jest: mi, Tobie ale i naszemu Domowi Medialnemu. Jak świetnie wiesz – plotki ze świata show-businessu żyją krótko. Przeczekajmy ten szum. Zaś na przyszłość – bardziej uważajmy na… Sama przecież wiesz, na co… Wielki Brat jest wszędzie.

      JB

      ps
      newsami w sprawie Thomasa trochę mnie zmartwilaś…

      • Panie Babicki 🙂 , na pocieszenie dodam, że Thomas i ja absolutnie nie zostawimy Mariny na lodzie i znajdziemy jej w zastępstwie kogoś co najmniej równie kompetentnego i co najmniej równie sympatycznego. 🙂 Ponieważ kochacie Państwo koty, moja firma CF for FC (Caterina Fille for Felis catus) dołoży też na osłodę olbrzymią pakę dla futerka/futerek (nie orientuję się dokładnie 😉 ) Państwa Babickich. 😉 Ja oczywiście – o ile Pan, Panie Babicki, mnie nie zwolni za moje ostatnie highfashionowe ekscesy – nadal będę sumiennie i z oddaniem pełnić obowiązki Pana menadżerki.

        Z serdecznymi pozdrowieniami :),
        CF

Pozostaw odpowiedź Caterina Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *