Przez wysokie okna posiadłości w Nohant promienie popołudniowego słońca wpadały, tworząc miękkie refleksy na drewnianej podłodze. Fryderyk siedział przy fortepianie, a jego długie, blade palce zawisły na moment nad klawiaturą, jakby czekając na natchnienie, które czasem przychodziło do niego w najmniej spodziewanych momentach. Jesień 1846 roku była ciepła i duszna, a on czuł się niewiele lepiej niż przez cały miniony rok.
Solange stała tuż obok, opierając się lekko o krawędź fortepianu. W ciągu ostatnich kilku lat osiągnęła ów trudny młodzieńczy wiek, gdy dziewczęca niewinność coraz silniej ustępowała miejsca pełnej kobiecej świadomości. Miała już przecież osiemnaście lat. Gdy więc jej ciemne oczy patrzyły na Fryderyka z intensywnością, a oblicze wyrażało podziw, jak teraz, gdy interpretował najnowsze dzieło Poloneza-Fantazję, zawsze mimowolnie rozpraszała go i czasem wprawiała w zakłopotanie.
— Wspaniały utwór, drogi Chopinie, ale czy pokażesz mi teraz, jak powinnam grać twe samotne preludium w mej ukochanej tonacji cis-moll? — zapytała, nachylając się nieco bliżej. Jej ciemne, pofalowane włosy opadały swobodnie na ramiona, a prosta sukienka na ramiączkach podkreślała młodzieńczą urodę.
W fotelu pod przeciwległą ścianą siedziała jej matka-ekstrawertyczka: George Sand. Z pozoru pogrążona w lekturze, obserwowała tę scenę ponad otwartą książką. Jej czarne ubranie, niemal męskie w kroju, kontrastowało z delikatnością córki.
— Jeszcze nie dzisiaj, Solange — odpowiedział łagodnie Fryderyk. — Twoje dłonie wciąż są zbyt małe na te rozłożyste akordy.
Solange zmarszczyła brwi.
— Zawsze tak mówisz. Za to Maurycemu pokazujesz wszystko.
— Twój brat ma bardziej naturalne predyspozycje do gry — odparł dyplomatycznie, choć wiedział, że to nieprawda. Poza tym, w przeciwieństwie do Solange, Maurycy miał tyle samo talentu do muzyki, co polny kamień.
George Sand zamknęła książkę z cichym trzaskiem.
— Solange, czy nie miałaś mieć teraz lekcji rysunku? — zapytała spokojnym głosem, w którym jednak pobrzmiewała chłodna reprymenda.
Dziewczyna wyprostowała się, odsuwając od fortepianu.
— Pan Delacroix spóźnia się już pół godziny. Widocznie znowu zapomniał.
— Mogłabyś wykorzystać ten czas na własne ćwiczenia — odparła matka, wstając z fotela. — Pamiętaj, że doskonałość jest celem bogów, a dążenie do niej przywilejem śmiertelników, takich jak my. Musimy w każdej wolnej chwili sami się doskonalić i ćwiczyć.
– Ale, maman, ja przecież… – próbowała oponować.
Pozwól Fryderykowi dokończyć jego nowy polonez As-dur. Jutro wyjeżdża do Paryża i ma jeszcze z nim wiele pracy.
W oczach Solange błysnęło buntem, ale skinęła głową i ruszyła w stronę drzwi. Przy wyjściu obejrzała się jeszcze przez ramię.
— Skoro nieodwołanie jedzie pan jutro do Paryża, to ja już dziś zaczynam odliczać dni do pana powrotu, panie Chopinie — powiedziała głośniej niż było to konieczne, szybko kierując spojrzenie na podłogę – i będę tęsknić – dorzuciła już znacznie ciszej, po czym opuściła pokój.
George Sand podeszła do fortepianu i stanęła dokładnie w miejscu, które przed chwilą zajmowała jej córka. Chopin nie podniósł wzroku, jego palce bezmyślnie głaskały klawisze, nie naciskając żadnego z nich.
– Najgłośniejsze historie dzieją się w ciszy tych, którzy patrzą z boku, Fryderyku – powiedziała Aurora spokojnym głosem — Ona cię uwielbia…
— To tylko taka dziewczęca fascynacja. Przejdzie jej.
— Być może. A być może nie przejdzie… — westchnęła, siadając obok niego na ławeczce. — Ma po mnie naturę. Namiętną, porywczą… zapamiętałą. Ale już chyba wiem, jak temu zaradzić…
Chopin zamknął wieko fortepianu i spojrzał na ukochaną.
— Auroro, jeśli uważasz, że…
— Nic nie uważam! — przerwała mu szybko. — Tylko obserwuję. Zawsze byłam dobrą obserwatorką.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W oddali słychać było stukot końskich kopyt – zapewne Delacroix wreszcie wrócił z nieodległej gospody w La Châtre na spóźnioną lekcję.
— To nie jest łatwe, prawda? — zapytała wreszcie George. — Ten dom, te dzieci, ta… rodzina, którą stworzyliśmy.
Fryderyk delikatnie ujął jej dłoń.
— Nigdy nie obiecywałaś, że będzie łatwo. Tylko że będzie warto.
Uśmiechnęła się, ale w jej oczach pojawił się cień.
— Gdy byliśmy na Majorce, a ty byłeś tam tak bardzo chory, modliłam się każdego dnia tylko o to, by cię nie stracić. Teraz, gdy po latach stałeś się silniejszy, ja i tak czasem czuję, że cię tracę… w inny sposób.
Fryderyk wolno pokręcił głową.
— Nigdy…
— Mówisz to teraz — westchnęła Aurora. — Ale widzę, jak na ciebie patrzy. I owszem, widzę, jak ty odwracasz wzrok. Ale nie zawsze będziesz go odwracał. Wiem to dobrze, Fryderyku. Ona jest młoda, piękna, pełna energii i życia…
— I jest twoją córką — dokończył stanowczo. — To wszystko, kim dla mnie jest i kim pozostanie na zawsze.
Aurora nie odpowiedziała. Wstała i podeszła do okna, patrząc na rozległy ogród. Po chwili odwróciła się, a jej twarz znów była spokojna, niemal uśmiechnięta.
— Wyjeżdżasz jutro. Przypomnij, na jak długo?
— Dwa do trzech tygodni. Pleyel chce, żebym zagrał w jego salonie, a i czeka też na moje nowe mazurki i tego najnowszego poloneza-fantazję w As-dur. Mam też zaproszenie na ślub jednej z moich dawnych uczennic…
— Może to i dobrze — skinęła głową. — Rozłąka czasem pomaga dostrzec to, co naprawdę ważne. A poza tym… — zawiesiła głos, a w jej oczach błysnęła dawna, zawadiacka iskra — …będę miała więcej czasu na pisanie. I na tęsknotę. A tęsknota, mój drogi „malutki”, to najlepszy afrodyzjak dla sztuki. I nie tylko dla niej.
Chopin po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnął się szczerze, słysząc, jak używa jego dawnego przezwiska, które zawsze było znakiem ich najgłębszej intymności. Napięcie powoli opadło.
— Uważaj, bo wrócę z kolejną sonatą, a nie z mazurkami — odparł z udawaną powagą.
— Liczę na to — mrugnęła do niego. — A teraz chodź. Kazałam Suzanne zaparzyć rumianek. Twoje nerwy potrzebują ukojenia. I moje chyba też.
Podała mu dłoń, którą z wdzięcznością przyjął. Wstali i powoli, ramię w ramię, wyszli z salonu, zostawiając za sobą milczący fortepian i cienie niedopowiedzianych lęków. W jadalni czekały już na nich dwie filiżanki, z których unosiła się delikatna, pachnąca para. Usiedli naprzeciwko siebie, a delikatne dzwonienie łyżeczek o porcelanę było jedynym dźwiękiem, który przerywał spokojną ciszę. W małym, wspólnym rytuale picia herbaty odnaleźli na nowo to, co było ich fundamentem – chwilowe, kruche, ale jakże cenne poczucie domu.
