Człowiek, który gra losowi na nosie, skradł nasze serca i ożenił dzikość z pięknem. Wzruszający wieczór w Filharmonii Narodowej
Co sprawiło, że spędziłem pół nocy, ślęcząc nad klawiaturą laptopa w oparach intensywnych rozmyślań? – Winowajcą okazał się wczorajszy koncert. Głowiłem się mianowicie, jak zgrabnie ująć w ramy felietonu sylwetkę artysty, który z ułańską fantazją gra losowi na nosie. Robi to na przekór medycznym wyroczniom oraz stwardnieniu rozsianemu – chorobie, która choć usilnie próbuje spętać jego ciało, najwyraźniej wciąż nie zorientowała się, z kim właściwie zadarła.

Nasz bohater z równą wirtuozerią ignoruje bezlitosny wiatr, zwyczajowo wiejący w oczy muzycznym samotnikom na wzburzonych oceanach światowych sal koncertowych. Zamiast osiąść na mieliznach, od lat kradnie nasze serca recitalami, które – tu proszę o dyskretne fanfary – ten tytan pracy od początku do końca praktycznie organizuje sam. Sam: zapowiada, promuje, nagłaśnia i za każdym razem w efekcie rzuca publiczność na kolana. Czasem odnoszę nawet wrażenie, że brakuje tylko tego, by osobiście witał słuchaczy w foyer, odbierał od nich płaszcze i z uśmiechem wskazywał najwygodniejsze na widowni fotele. Jakby tego było mało, w tak zwanym międzyczasie (zapewne w tych rzadkich ułamkach sekund, gdy akurat nie szlifuje nowego repertuaru), z lubością rozsiewa po sieci pasjonujące muzyczne podcasty, prowadzi rzetelne kursy dla melomanów i pianistycznego narybku, i udziela nam wszystkim bezcennych korepetycji z zachwytu.
O kim mowa? Czapki z głów, szanowni Państwo, a jeśli ktoś czapki nie nosi, niech przynajmniej wymownie uniesie brew w wyrazie głębokiego podziwu. Przed Państwem maestro Grzegorz Niemczuk – wirtuoz klawiatury, nieustraszony impresario samego siebie i niekwestionowany bohater mojej dzisiejszej opowieści.
Zanim jednak ten niezwyczajny Artysta przebudził w sobie owego niezłomnego tytana pracy, który ze swojego salonu z powodzeniem nadaje na cały wszechświat, i zanim los z uporem godnym lepszej sprawy zaczął rzucać mu kłody pod nogi (gwoli pianistycznej ścisłości: pod palce), musiał wydeptać własną, bynajmniej nie usłaną różami ścieżkę. Gdybyśmy tylko rzucili okiem za siebie, szybko doszlibyśmy do wniosku, że artystyczna wędrówka Grzegorza Niemczuka od zawsze stanowiła fascynującą opowieść o upiornej wręcz walce z losem, nieustępliwości i na wskroś namacalnej, niemal fizycznej miłości do muzyki. Miłości na tyle zuchwałej i bezkompromisowej, że ostatecznie pozwoliła mu z triumfem zasiadać do klawiatury wbrew najdotkliwszym ograniczeniom własnego organizmu.
Punktem zwrotnym tej historii – i zarazem oficjalną, urzędową wręcz pieczęcią jakości, z impetem przystawioną na jego talencie – okazał się rok 2010 oraz tytuł zwycięzcy 40. Ogólnopolskiego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. I choć podobny laur z reguły otwiera z głośnym hukiem drzwi najważniejszych filharmonii, pozwalając laureatowi wygodnie umościć się w blasku fleszy, Niemczukowi całkowicie obca okazała się ta, skądinąd urocza, sztuka osiadania na laurach. Zamiast odcinać kupony od warszawskiego sukcesu, zaledwie trzy lata później – niemalże jakby od niechcenia – dorzucił do puli spektakularną wygraną w nowojorskim International Carnegie Hall Concerto Debut Competition. Główna nagroda? Debiut w samej Carnegie Hall – na owym absolutnym, nowojorskim muzycznym Olimpie, do którego po nocach wzdycha, ocierając ukradkiem łzę tęsknoty, każdy szanujący się instrumentalista na tej planecie.
Dziś jego artystyczne CV pęka w szwach od setek recitali i koncertów rozsianych po kilkudziesięciu krajach na niemal wszystkich kontynentach. Oparła mu się dotąd jedynie Antarktyda, choć – znając niespożyty wigor pana Grzegorza – koncert na fortepian i stado pingwinów pozostaje wyłącznie kwestią czasu i odpowiedniej logistyki. Wirtuoz odcisnął swój muzyczny ślad właściwie wszędzie: od ceremonialnej Japonii i pulsujących życiem Chin, przez surowe, rzeźbione fiordami krajobrazy Norwegii, aż po Stany Zjednoczone i wibrujące gorącą energią estrady Ameryki Południowej.
Niemczuk, zupełnie niepostrzeżenie, przeobraził się w istną jednoosobową instytucję i wędrownego ambasadora kultury z prawdziwego zdarzenia. Z żarliwym, misyjnym wręcz oddaniem promuje twórczość swoich ukochanych kompozytorów – z Chopinem i Griegiem na czele. Co więcej, snuje o nich opowieści z taką samą finezją, z jaką uderza w klawisze. Potrafi zahipnotyzować zgromadzoną publiczność niczym rasowy, dziewiętnastowieczny gawędziarz, by chwilę później z iście ułańską fantazją wytoczyć na scenę najcięższe muzyczne działa i nie brać jeńców.
Światowa publiczność kłania mu się w pas bynajmniej nie za mechaniczną biegłość palców – ta wszak uchodzi dziś w filharmoniach za rzemieślniczy standard i minimum przyzwoitości. Oklaskuje go za to, co we współczesnym, zagonionym świecie stało się towarem boleśnie deficytowym. W dobie powszechnego pośpiechu i bylejakości Niemczuk serwuje nam rozbrajającą, odzierającą z cynizmu szczerość, potężny ładunek emocjonalny, który bezlitośnie wbija słuchacza w fotel, i wreszcie – owo czyste, absolutnie nieskażone komercją piękno dźwięku.
Tymczasem, gdy pewnego nieprzyjemnego, pandemicznego dnia świat nagle z piskiem opon zaciągnął hamulec ręczny, a potężne wrota sal koncertowych zatrzaśnięto na głucho, Niemczuk stanął przed nie lada dylematem. Zamiast rwać włosy z głowy, załamywać ręce i tonąć w odmętach artystycznej melancholii, dokonał wolty wręcz bezprecedensowej. Podwinął rękawy, spakował swoją muzyczną misję do wirtualnego plecaka i z impetem przeniósł ją do internetu, inaugurując projekt edukacyjny o rozmachu przyprawiającym o zawrót głowy. Rzucił się w wir nagrywania drobiazgowych, rozkładanych na czynniki pierwsze analiz absolutnie wszystkich dzieł Fryderyka Chopina – co samo w sobie zakrawa na wyczyn godny antycznych herosów, zważywszy na to, jak obficie przelewał nuty na muzykę. To właśnie te wirtualne prelekcje, internetowe seanse i podcasty zrzuciły ostateczną zasłonę, udowadniając wszem wobec, że rasowy wirtuoz wcale nie musi być nadąsanym, egocentrycznym bóstwem, które z wyżyn swojego wypolerowanego, mahoniowego piedestału jedynie litościwie zerka na zwykłych śmiertelników. Maestro Niemczuk, uzbrojony w niebywałą swadę, zaraźliwy (zawsze!) serdeczny uśmiech i – co w tym wszystkim kluczowe – ciężką artylerię rzetelnej, muzykologicznej wiedzy, bezceremonialnie chwycił wielu z nas za rękę. Zrobił to, by bez zadęcia poprowadzić nas przez przepastne korytarze muzyki klasycznej, z gracją sapera rozbrajając jej elitarne, nierzadko odstraszające zawiłości. Znalazł przy tym język na tyle uniwersalny i smakowity, że dziś nawet najbardziej oporny słuchacz pochłania te dźwiękowe meandry z nieskrywanym, niemal wilczym apetytem.
I to by w zasadzie wystarczyło na piękną, krzepiącą serca puentę – taką z gatunku tych, po których w kinie powoli zapalają się światła, a widzowie w pełnym podziwu milczeniu ocierają łzę wzruszenia. Tak by się ta moja dzisiejsza opowieść zakończyła, gdyby nie jeden, iście filmowy zwrot akcji. Mianowicie fakt, że owa niezwykła historia, z wrodzonym sobie wielkim rozmachem, postanowiła w minioną niedzielę (19 kwietnia) dopisać swój najświeższy, cudownie namacalny rozdział.
O solowym recitalu w owym ostatecznym sanktuarium i absolutnej świątyni polskiej muzyki – Filharmonii Narodowej w Warszawie – Niemczuk marzył od wielu lat, zapewne z intensywnością, która przyprawiłaby o zawrót głowy niejednego marzyciela. Śnił o tych uświęconych deskach sceny, tocząc codzienną, cichą batalię ze słabościami zbuntowanego organizmu i z uporem, o którym w kuluarach krążą legendy, uparcie maszerując pod najsilniejszy wiatr. I oto wreszcie, po latach tej morderczej, samotnej wspinaczki, nadszedł wczoraj ten wyczekany, namaszczony palcem losu dzień. Dzień, w którym marzenia najwyraźniej doszły do wniosku, że dalsze opieranie się temu człowiekowi po prostu mija się z celem, postanawiając w końcu skapitulować i z wielkim hukiem przeobrazić się w rzeczywistość.
Gdy więc wczorajszego wieczoru (2026-04-19) otwarły się drzwi od Narodowej Świątyni Muzyki, sala błyskawicznie wypełniła się po same brzegi od fanów i fanek, niemal pękając w szwach. Od miłośników muzyki, którzy dotychczas oklaskiwali go głównie w domowych zaciszach, przed ekranami swych monitorów. Teraz tłumnie zjawili się, by chłonąć jego muzykę na żywo. I muszę się Państwu do czegoś przyznać – w tym szczelnym, zjednoczonym tłumie byłem również ja. Razem z moją Renatą siedzieliśmy tam, na wypełnionej po brzegi sali, niemal wstrzymując oddech, w oczekiwaniu na ten jeden, magiczny moment, gdy maestro wreszcie wyjdzie na estradę, zasiądzie przed fortepianem, na ułamek sekundy zawiesi dłonie nad klawiaturą i uwolni pierwszy dźwięk.
I wkrótce zaczęła się magia. Zanim jednak maestro zanurzył dłonie w klawiaturze, by zmierzyć się z Beethovenem i jego słynną Sonatą cis-moll op. 27 nr 2, zafundował nam blisko kwadrans fascynującej prelekcji o genezie dzieła, do którego potomni na zawsze przylepili łatkę „Księżycowej”.
Niemczuk z wdziękiem rasowego detektywa rozprawił się z romantycznym mitem. Przypomniał, że ten uroczy, nokturnowy tytuł to wcale nie zamysł samego kompozytora, lecz poetycka nadinterpretacja krytyka Ludwiga Rellstaba, któremu pierwsza część utworu skojarzyła się z łódką kołyszącą się w blasku księżyca na falach Jeziora Czterech Kantonów. Przywołał również słynne słowa Ferenca Liszta, który z kolei w zwiewnej części drugiej dostrzegł „kwiat między dwiema przepaściami”. Co jednak najciekawsze, maestro zwrócił uwagę na mroczniejszy, niemal żałobny charakter dzieła, brawurowo wskazując pokrewieństwo uporczywego, rytmicznego motywu u Beethovena ze słynnym marszem z Sonaty b-moll Chopina.
Po tym błyskotliwym wstępie wreszcie rozległy się pierwsze dźwięki. Zamiast jednak usypiać nas mdłym, salonowym romantyzmem i zmuszać do wyobrażania sobie wspomnianej łódeczki (co, powiedzmy sobie szczerze, w tysięcznym wykonaniu bywa potwornie nużące), pianista zafundował nam pełnokrwisty thriller.
Mistrz Ludwig mawiał wszak: „Zagrać złą nutę to mało znaczący szczegół, ale grać bez pasji to rzecz niewybaczalna!”. Niemczuk wziął to sobie do serca z absolutną, bezwzględną wręcz dosłownością. Przeszedł od hipnotyzującego, mrocznego niepokoju pierwszej części, aż po istną furię wirtuozowskiego finału, w którym klawisze Fazioli niemal błagały o litość. A my – wgnieceni w fotele – zastanawialiśmy się tylko, czy z trzewi instrumentu nie buchnie zaraz autentyczny dym.
Zaraz potem, bardzo niewiele dając nam czasu na oddech i przetrawienie tego potężnego uderzenia adrenaliny, wziął na warsztat Chopina i jego Sonatę b-moll op. 35. Tak, dokładnie tę z legendarnym „Marszem żałobnym”. Odwieczna zmora wszystkich uczniów szkół muzycznych zabrzmiała pod jego palcami tak potężnie, posępnie i bezkompromisowo, że po plecach co wrażliwszych słuchaczy przeszedł zimny dreszcz.
Zanim jednak wybrzmiały pierwsze akordy sonaty, maestro – kontynuując swoją erudycyjną gawędę – między innymi zwrócił uwagę na frapujący detal: kluczowa część utworu, ów słynny marsz, powstał w roku 1837, więc kilka lat wcześniej niż reszta sonaty. Ku mojej nielichej satysfakcji – ponieważ zbieżnej z tezami, które sam stawiałem w jednym z moich felietonów – pianista połączył fakt skomponowania marsza z bolesnym kresem romantycznego uczucia Chopina do Marii Wodzińskiej, jedynej kobiety, z którą kompozytor kiedykolwiek był oficjalnie zaręczony. Opowiedział nam również o „uroczej” bezradności Roberta Schumanna, który recenzując owo wiekopomne dzieło, wypalił ze zgrozą, że to właściwie nie jest żadna muzyka, a Chopin ze zwykłego kaprysu „ożenił ze sobą czworo najdzikszych ze swoich dzieci”.
Niemczuk ową dzikość pojął i zinterpretował fenomenalnie. Nie byłby zresztą sobą, gdyby w gęstym mroku nie przemycił iskierki buntu i rozbrajającej, iście diabelskiej techniki. Apogeum nastąpiło w upiornym finale, o którym sam Fryderyk pisał krótko, acz dobitnie: „lewa ręka unissono z prawą ogadują po marszu”. Pod palcami Niemczuka to upiorne „gadanie” brzmiało wypisz wymaluj jak lodowata wichura hulająca o północy po starym cmentarzu. Czysta metafizyka! Z wirtuozowską maestrią i jubilerską precyzją wyciągał na powierzchnię ukryte motywy i muzyczne smaczki, rewelacyjnie wydobywając je z gęstej, niemal atonalnej magmy dźwięków finału.
A potem nadszedł ten ostatni, ucinający wszystko akord. Akord, po którym przez bez mała pół minuty całkowicie i bezwzględnie hipnotyzował zaniemiałą publiczność ciszą i wibrującym powietrzem. To było przeżycie tak potężne i dojmujące – iście monstrualne – że choćby dla tego jednego finału warto było przyjść na ten koncert.
Po przerwie – zapewne uznając, że po takich ciosach w splot słoneczny trzeba rzucić wgniecionej w fotele publiczności jakieś koło ratunkowe i odrobinę rozładować gęstą atmosferę – maestro zaprosił na scenę Mozarta i jego Sonatę A-dur KV 331. Artur Schnabel, legendarny pianista, zwykł mawiać, że „Mozart jest zbyt łatwy dla dzieci, a zbyt trudny dla dorosłych”. Niemczuk tymczasem – uprzednio serwując nam, jak to ma w swoim wspaniałym zwyczaju, kwadrans arcyciekawej opowieści o utworze – udowodnił, że dla niego to po prostu czysta frajda. Słynnego „Marsza tureckiego” (jak i całą resztę dzieła) zagrał z taką perlistością, lekkością i figlarnym uśmiechem, jakby od niechcenia bawił się dźwiękami na wiedeńskim dworze, dyskretnie puszczając oko do publiczności. Palce śmigały po klawiaturze niczym roześmiane chochliki, a my na te kilkanaście minut błogo zapomnieliśmy, że na zewnątrz jest ciemno i zimno, a raty kredytów znów poszły w górę.
Na wielki finał artysta zostawił sobie jednak – i nam – istnego potwora: Sonatę h-moll op. 58 Chopina. To był pokaz maestrii i niezbity dowód na to, że grawitacja na scenie działa chyba wedle jakichś innych praw fizyki. Dźwięki sypały się z estrady jak z rogu obfitości. Anton Rubinstein stwierdził kiedyś, że „fortepian to instrument perkusyjny, ale w rękach mistrza staje się duszą”. I ta dusza pod palcami Niemczuka śpiewała, łkała i ryczała na przemian. Artysta połączył potężną, niemal symfoniczną architekturę utworu z najdelikatniejszym, na wskroś intymnym liryzmem. Kiedy po wirtuozowskiej, iście morderczej gonitwie wybrzmiał wreszcie ostatni, kategoryczny akord, publiczność na moment zamarła, by ułamek sekundy później eksplodować i zerwać się, prawie natychmiast, do owacji na stojąco. I oczywiście, jeśli ktoś na sali sądził, że po takim emocjonalnym huraganie obędzie się bez bisów, to był w błędzie równie spektakularnym, co oczekiwanie, że po wybuchu wulkanu nie będzie lawy. Bisy były, i to aż cztery! Najpierw zabrzmiał ten, o którym sam maestro wyznał, że od zawsze marzył, by wykonać go na estradzie Filharmonii Narodowej – triumfalny Polonez As-dur op. 53. A potem dostaliśmy jeszcze trzy kolejne muzyczne prezenty: pierwszą i ostatnią etiudę Chopina z opusu 10 (świetlistą C-dur i burzliwą „Rewolucyjną” c-moll), a na sam koniec kultowe, uspokajające Lento con gran espressione cis-moll. Rzecz jasna, również spod pióra Fryderyka.
Kiedy wreszcie umilkły echa burzliwych owacji na stojąco, maestro opuścił estradę i zszedł do kłębiącego się w foyer tłumu fanów. Z niesłabnącą energią, której można by mu pozazdrościć nawet po wypiciu potrójnego espresso, długo i cierpliwie rozdawał autografy, przyjmował gratulacje i pozował do zdjęć. Mnie również spotkał ten zaszczyt – udało mi się zamienić z artystą kilka słów, choć z uwagi na napierający ze wszystkich stron wianuszek wielbicieli, nasza krótka pogawędka i pamiątkowa fotografia zostały uwiecznione w iście sprinterskim, reporterskim biegu.
Prawdziwym, absolutnym wzruszeniem był jednak wręczony mi przez maestra prezent – płyta z utworami Beethovena. Obiecuję solennie, że w stosownym czasie poddam ją wnikliwym, domowym odsłuchom, a swoimi wrażeniami z pewnością podzielę się na łamach „Zakątka”.
Ten wieczór obfitował zresztą w znacznie więcej kuluarowych radości. Gwarny ścisk w filharmonii okazał się doskonałą okazją do kilku przesympatycznych pogawędek z moimi muzycznymi przyjaciółmi i stałymi czytelnikami (o czym napomknąłem nieco szerzej już wczoraj, na moim profilu). Czego chcieć więcej po takim wieczorze? Chyba tylko kolejnego koncertu!
Dziś więc rano, wciąż mając w pamięci ów piorunujący wieczór (oraz przyjemnie dzwoniące w uszach echo długich owacji), jestem pewien jednego. Wbrew potężnym przeciwnościom i zdrowotnym bataliom, toczonym po cichu i z dala od blasku fleszy, Grzegorz Niemczuk udowadnia nam rzecz absolutnie fundamentalną. Pokazuje mianowicie, że wielka sztuka potrafi zatriumfować nad każdą fizyczną słabością z niewymuszoną elegancją, sprowadzając ją do roli nieistotnego dysonansu, który wirtuoz i tak bezbłędnie rozwiązuje w najbardziej piękny sposób – pięknem muzyki… Fryderyk Nietzsche stwierdził kiedyś krótko, acz dosadnie: „Bez muzyki życie byłoby pomyłką”. Niemczuk idzie o krok dalej – udowadnia, że za sprawą muzyki życie staje się pełnokrwistym arcydziełem, nawet gdy los uparcie podrzuca nam najgorsze z możliwych scenariuszy. Zaryzykuję wręcz twierdzenie, że ten uśmiechnięty maestro, zasiadający do klawiatury z determinacją, której nie powstydziłby się sienkiewiczowski Kmicic, stał się dla nas kimś znacznie więcej niż tylko wybitnym wirtuozem. Przez długie lata koncertowania urósł – i to zupełnie po cichu, bez szpady i kręconego wąsa – do rangi herosa naszych współczesnych, mocno poturbowanych, dziwnych i jakże wymagających czasów.
Dziękuję, Maestro Niemczuk, za wczorajszy muzyczny wieczór i za wszystko, co robisz dla nas, melomanów, byśmy w chaosie codzienności nigdy nie zapomnieli, że nawet w najbardziej skomplikowanej partyturze życia zawsze można odnaleźć piękno. Do usłyszenia i do zobaczenia na kolejnych koncertach!