Tomasz Hopfer – bohater (nie)złamany przez system –wspomnienia o Tomaszu Hopferze

Drodzy Państwo, w czasach PRL-u, kiedy telewizja była jednym z niewielu okien na świat, a jej twarze stawały się niemal członkami naszych rodzin, on – Tomasz Hopfer, był kimś właśnie takim: indywidualnością małego ekranu. Dla milionów Polaków – uosobienie emocji i profesjonalizmu. Ilekroć pan Tomek pojawiał się w telewizorze, natychmiast przykuwał moją uwagę. Miał w sobie „to coś” – tę niełatwą do zdefiniowania autentyczność i pasję, która przenikała przez szkło i trafiała prosto do serc chyba wszystkich telewidzów.

Patrząc na niego, trudno było sobie wtedy wyobrazić, że za tym pewnym siebie uśmiechem i potokiem słów krył się człowiek, którego błyskotliwa kariera zmierzała ku bardzo smutnemu, przedwczesnemu końcowi. Dziś, historia pana Tomasza to materiał na długometrażowy film, choć niestety z gatunku tych, które zostawiają nas z poczuciem głębokiej niesprawiedliwości.

Ale od początku… Wyobraźcie sobie Państwo dziennikarza sportowego, który przez dwanaście lat pracy w telewizji, za każdym razem, gdy zapalała się czerwona lampka kamery, toczył wewnętrzną walkę z potwornym stresem. To paradoks tak wielki, że aż trudny do pojęcia. Hopfer, ikona szklanego ekranu, uwielbiany przez widzów, panicznie bał się występów na żywo. A jednak robił to, i to jak!

Jego siłą była autentyczność. W czasach, gdy telewizja była tubą propagandową, a prezenterzy często przypominali sztywnych urzędników odczytujących komunikaty, Hopfer był powiewem świeżości. Kiedy komentował zawody, czuło się, że on tym żyje. Nie odgrywał emocji, on je przeżywał razem z kibicami przed telewizorami. Skakał z radości, załamywał ręce z rozpaczy, a jego głos drżał z przejęcia. Wiedział, o czym mówi, bo sam był sportowcem z krwi i kości. Zanim został dziennikarzem, zdobywał medale na bieżni, był mistrzem Polski w sztafecie 4×400 metrów. Sport nie był dla niego tylko pracą – był całym jego światem.

Ta sportowa przeszłość dała mu coś jeszcze: fenomenalną pamięć. Pamietam, jak relacjonował igrzyska Olimpijskie w Montrealu (1976). Był w stanie prowadzić długie relacje, sypiąc nazwiskami, wynikami i statystykami jak z rękawa, bez choćby jednej kartki z notatkami. Dziś powiedzielibyśmy, że to przejaw geniuszu. Wtedy, w realiach TVP pod rządami osławionego prezesa Macieja Szczepańskiego, zwanego „Krwawym Maćkiem”, było to powodem do irytacji. Jak to tak, bez scenariusza? Bez kontroli? Hopfer wymykał się schematom, a to w tamtym systemie było podejrzane. Jego niezależność i popularność, choć budowały jego legendę, jednocześnie ściągały na niego niechęć przełożonych.

Jednak największym pomnikiem, jaki po sobie zostawił, nie są archiwalne nagrania, a tysiące ludzi biegających co roku po ulicach Warszawy. To właśnie Hopfer był ojcem chrzestnym i siłą napędową Maratonu Pokoju, który w 1979 roku zapoczątkował masowe bieganie w Polsce. W czasach szarzyzny i beznadziei dał ludziom prosty, ale potężny cel: przebiec maraton. Zarażał pasją, promował zdrowy styl życia, organizował akcję „Bieg po zdrowie”. Był pionierem, który rozumiał, że sport to nie tylko wyczynowe zmagania herosów, ale też coś dostępnego dla każdego, coś, co może zmienić życie zwykłego człowieka. Dzięki niemu tysiące Polaków wstało z kanap i zaczęło biegać. Niestety, ta nieprawdopodobna energia i zaangażowanie miały swoją cenę. Praca w telewizji, nieustanny stres, presja, a do tego walka o realizację własnych, często niewygodnych dla władz pomysłów, wyniszczały go fizycznie i psychicznie. Gdy w 1980 roku, u szczytu popularności, zaproponowano mu stanowisko szefa redakcji sportowej, przyjął je z wielką niechęcią. Wiedział, że jego organizm jest na skraju wyczerpania. Był jak maratończyk, który ostatkiem sił dobiega do mety, a ktoś każe mu biec dalej.

A potem przyszedł cios, po którym już się nie podniósł. Grudzień 1981, stan wojenny. Telewizja stała się tubą propagandy w mundurze, dosłownie. Hopferowi, jak i innym szanującym się dziennikarzom, złożono propozycję nie do odrzucenia: albo występujesz w mundurze, albo wylatujesz. Wybrał to drugie. Dokonał aktu odwagi, za który zapłacił natychmiastowym zwolnieniem z miejsca, któremu poświęcił całe swoje dorosłe życie. Po dwunastu latach ofiarnej pracy, by dostarczać ludziom radość, został wyrzucony na bruk przez system, który nie tolerował ludzi z nieugiętymi kręgosłupami.

Odtąd, z dnia na dzień, jego świat się walił. Odsunięty, upokorzony, pozbawiony pasji i sensu życia, podupadał na zdrowiu. Organizm, wycieńczony latami stresu i pracy ponad siły, nie miał siły walczyć. W ponurej rzeczywistości stanu wojennego, gdzie brakowało nie tylko podstawowych leków, a nawet mydła i pasty do zębów, zwykłe przeziębienie przerodziło się w śmiertelne komplikacje. Tomasz Hopfer zmarł 43 lata temu: 10 grudnia 1982 roku. Miał zaledwie 47 lat.

Jego historia to opowieść o człowieku, który biegł przez życie w sprinterskim tempie, dając z siebie wszystko, aż do tragicznego końca. To symbol pasji, która może uskrzydlać, ale też spalać. To także gorzkie świadectwo czasów, w których polityka potrafiła zniszczyć największe talenty i złamać najsilniejsze charaktery. Kiedy następnym więc razem zobaczycie Państwo tłum biegaczy na starcie Maratonu Warszawskiego, warto poświęcić chwilę, by pomyśleć o człowieku, który to wszystko zaczął. O dziennikarzu-legendzie, którego pokochała cała Polska. O Tomaszu Hopferze – sportowcu, ukochanym przez miliony sprawozdawcy i tragicznym bohaterze swoich czasów.

Chwała Ci Tomku! Dla mnie na zawsze pozostaniesz w pamięci dziennikarskim autorytetem

Felietony