Blizna w drewnie

George Sand, Chopin i zagadka inskrypcji „19 czerwca”

Zakładam, być może nie bez racji, że wielu z Państwa to wytrawni podróżnicy, którzy zdążyli już zetrzeć podeszwy na bruku niejednej europejskiej stolicy i z klasą gubić się w najdalszych zakątkach świata. Dlatego też, wiedziony ciekawoscią w ten świąteczny wiosenny poranek, rad bym zapytać: czy kapryśny wiatr owych wędrówek zagnał Państwa kiedykolwiek do Nohant? Mam tu oczywiście na myśli ową słynną, rodową posiadłość George Sand. Jak zapewne doskonale Państwo wiedzą, dla ekscentrycznej pisarki oraz naszego genialnego Fryderyka, Nohant stanowiło znacznie więcej niż tylko letni adres pobytu. Była to ich coroczna oaza wytchnienia, bezpieczna przystań, w której – niczym w budzącej się do życia po zimie naturze – odradzały się ich siły witalne i twórcze. To właśnie tam, w cieniu starych drzew, gdzie zapach francuskiej prowincji mieszał się z dźwiękami fortepianu i szelestem zapisywanych kart papieru, krystalizowały się ich najwspanialsze arcydzieła, przynosząc plon równie bogaty, co zieleń po kwietniowym deszczu.

Opowiadam o tym wszystkim z taką swadą, że mogliby Państwo odnieść wrażenie, iż spędzałem tam co drugie wakacje, popijając popołudniową herbatę na werandzie. Tymczasem uczciwość zmusza mnie do drobnego wyznania: otóż moja noga nigdy tam nie stanęła. Na razie pozostaję w tej kwestii wyłącznie wytrawnym podróżnikiem fotelowym, pielęgnując w sercu cichą, wielkanocną nadzieję, że pewnego dnia zamienię przesuwanie palcem po mapie na bilet, a mój osobisty dyliżans wreszcie mnie tam dowiezie. Wielkanoc wszak uczy nas, że każda, nawet najdłużej odkładana obietnica, ma szansę na radosne spełnienie.

Zostawmy jednak na boku moje niespełnione wojaże i powróćmy do meritum. Dla Aurore Dupin (cały czas o George Sand mowa – Dupin to jej rodowe nazwisko, potem – po mężu – Dudevant), dom ów stanowił nie tylko bezpieczną przystań, lecz także scenę, na której rozgrywały się największe dramaty i uniesienia francuskiego romantyzmu. W jego progach gościli przecież tacy mistrzowie jak Delacroix, Balzac, Liszt, Viardot, Flaubert i wreszcie sam Chopin. I to właśnie tam, pośród materialnych śladów obecności owych tytanów sztuki, kryje się detal z pozoru błahy, a w istocie przejmujący swą intymnością. To tajemnicza data „19 czerwca”, wyżłobiona latem 1839 roku na framudze okna sypialni pisarki – niemy świadek jej pierwszego, wspólnego pobytu z Chopinem w Nohant.

Rodzi się zatem we mnie pytanie: dlaczego kobieta tak skutecznie władająca drukowanym słowem, poczuła potrzebę, by sięgnąć po ostrze i zranić martwe drewno? Ten zagadkowy, zakrawający niemal na wandalizm akt już od dekad intryguje zresztą całe rzesze badaczy. Wyżłobienie w drewnie daty to przecież gest o niemal brutalnym charakterze. To ślad po odruchu kogoś, kto stanął w obliczu emocji tak obezwładniającej, że tradycyjne, literackie medium okazało się niewystarczające. W kontekście świąt, które właśnie przeżywamy, ów akt zranienia materii przywodzi mi na myśl trudne przejście – swoistą paschę, granicę między tym, co bezpowrotnie minęło, a tym, co ma nadejść. Choć przez lata ów enigmatyczny ślad i dla biografów, i dla mnie stanowił jedynie pretekst do snucia luźnych domysłów, dziś moja osobista o nim narracja ulega zmianie, zwłaszcza po lekturze niedawno wydanej biografii Chopina pióra Alana Walkera. Zgodnie z zawartą w niej interpretacją „19 czerwca” miałby symbolizować dla pisarki początek swoistej „nowej czystości” – dzień ostatecznego wyrzeczenia się więzi cielesnej z kompozytorem trawionym postępującą chorobą. Nie jest to ślad wybuchu namiętności, lecz surowa pieczęć wyrzeczenia. Decyzja o rezygnacji z fizycznego wymiaru miłości na rzecz opieki nad słabnącym geniuszem musiała być dla kobiety tak witalnej jak George Sand aktem niezwykłego hartu ducha. Jest wiec to w istocie opowieść o obumieraniu jednego rodzaju miłości, z którego ziaren mogło narodzić się uczucie głębsze, opiekuńcze – miłość duchowa, silniejsza niż słabość ciała. Wyrycie daty staje się gestem zamykającym drzwi do jej cielesności; być może był to jej prywatny pakt z samą sobą, przypominający o podjętym trudzie. Drewniana framuga stała się tym samym twardą strażniczką granic tej nowej, trudnej, lecz niosącej swoiste odkupienie formy miłości.

Mam ponadto nieodparte wrażenie, że tym intymnym gestem wielka pisarka ponad pokoleniami łączy się z każdym z nas. Z tej inskrypcji zdaje się płynąć wyznanie: „Podjęłam decyzję, bo poczułam, że ten dzień na zawsze zmienił naszą relację”. Jest w niej również ukryte w moim przekonaniu przesłanie, jakże zbieżne z duchem Wielkiej Nocy: przypomnienie, że najistotniejsze zwroty w ludzkim losie – te wymagające największego poświęcenia, obumierania własnego ego i cichego heroizmu – ostatecznie prowadzą do odrodzenia. George Sand udowadnia, że prawdziwa miłość i najboleśniejsze wyrzeczenia nie zawsze potrzebują patetycznych słów. Niekiedy ich najbardziej przejmującym świadectwem pozostaje milczący ślad na granicy tego, co znane, i tego, co z konieczności utracone, by zrobić miejsce nowemu.

Dziś, spacerując po Nohant, turyści patrzą zapewne głównie na biurko, przy którym powstawały jej powieści, i na fortepian, do którego zasiadał Chopin. Być może czyniłbym podobnie, ale nie wyobrażam sobie przeoczenia inskrypcji z framugi okna. Bo to właśnie ona – cicha, zaschnięta rana na ciele domu – zdaje się pulsować największym, najbardziej ludzkim życiem.

W ten drugi dzień świąt, celebrując triumf życia i nadzieję na odnowę, warto więc spojrzeć na ten znak z innej perspektywy. To „19 czerwca” od początku pozostało i na zawsze pozostanie świadectwem przypominającym nam, że najtrudniejsze chwile, nasze wyrzeczenia i ofiary znoszone w imię miłości, bywają niczym zasiane ziarno. Zapisujemy je czasem nie w wielkich księgach, lecz w milczącej materii codzienności, wierząc głęboko, że i z nich pewnego dnia wykiełkuje trwała, życiodajna nadzieja.

A może właśnie na tym polega sens wszelkich naszych podróży – tych odbytych i tych jedynie wyobrażonych – że prowadzą nas nie tyle do miejsc, ile do takich właśnie znaków: drobnych, niemal niewidocznych, a przecież odsłaniających prawdę większą niż najwspanialsze fasady. Bo ostatecznie czasem nie pamiętamy pałaców ani salonów, lecz ślady trudnych decyzji, które – niczym odwalony od grobu kamień – zamykają jeden rozdział, by oswobodzić miejsce na nowe życie. I być może każdy z nas nosi w sobie swoje własne „19 czerwca” – datę wyrytą nie w drewnie, lecz w pamięci. Swój osobisty Wielki Piątek cichych wyrzeczeń, z którego, po czasie koniecznego obumierania, powoli wyłania się jasny, wielkanocny poranek głębokiej i trwałej przemiany.

Felietony