Krzysztof Penderecki

Od dźwiękowej apokalipsy po szum drzew w Lusławicach – Wielki Mistrz w szóstą rocznicę dnia, odkąd go pośród nas nie ma…

Wiecie, Państwo, jak to jest z muzyką – są twórcy, których odpalamy sobie do niedzielnej kawy, bo są jak wygodny fotel: otulają i pozwalają odpłynąć. Inni przypominają przytulną knajpkę z zapachem szarlotki i szumem rozmów. A potem na playlistę wjeżdża Krzysztof Penderecki – kompozytor, który sprawia, że przy jego muzyce nie ma opcji, bym mógł zmywać naczynia albo przeglądać Internet. Jego muzyka to nigdy nie jest dla mnie tło. To uderzenie meteorytu w sam środek salonu, które burzy ściany mojej strefy komfortu i każe zupełnie inaczej spojrzeć na to, czym w ogóle jest muzyka.

Do dziś pamiętam swoje pierwsze „starcie” z Pendereckim sprzed kilkudziesięciu lat. To był absolutny szok, zwłaszcza kiedy wziąłem na warsztat jego awangardowe dzieło z lat 60. Odpalcie sobie kiedyś Tren – Ofiarom Hiroszimy. Czekacie na ładną melodię? Zamiast tego dostajecie coś, co brzmi jak dźwiękowy zapis apokalipsy. Skrzypce tam nie grają, one autentycznie piszczą. Altówki jęczą w spazmach, wiolonczele skrzeczą. To nie jest smutna piosenka, to czysty ból przerobiony na język 52 instrumentów smyczkowych. Dźwięk rozrywanego metalu, wycia syren i ta przerażająca cisza, która zapada zaraz po eksplozji. Ciarki gwarantowane… Kiedy tego słucham, mam wrażenie, że Penderecki dosłownie rzeźbił w hałasie. Zamiast grzecznie przebierać palcami po strunach, kazał muzykom walić smyczkami w pudła rezonansowe, grać najwyższe możliwe dźwięki i tworzyć z tego gęste, wibrujące plamy – klastery. Był takim szalonym architektem, który budował dźwiękowe katedry tylko po to, żeby za chwilę je zburzyć.

Nic dziwnego, że Hollywood szybko się na nim poznało. Kiedy William Friedkin kręcił Egzorcystę (1973), Stanley Kubrick Lśnienie (1980), a David Lynch Dzikość serca (1990), doskonale wiedzieli, że nic tak nie podkręci poczucia absolutnej grozy i szaleństwa, jak twórczość naszego rodaka. Ale i w polskich produkcjach muzyka Pendereckiego od zawsze wybrzmiewała z całą wyrazistością i mocą: „Rękopis znaleziony w Saragossie” Hassa, czy „Katyń” Wajdy to ledwie przysłowiowy wierzchołek wielkiej góry lodowej.

Jednak gdybym próbował zamknąć twórczość Pendereckiego w szufladce z napisem „straszna muzyka do filmów”, zrobiłbym mu potężną krzywdę. Bo ten sam buntownik, który zdemolował klasyczną orkiestrę, potrafił później zawrócić i na jej gruzach zbudować coś zupełnie nowego – potężne, przesiąknięte tradycją i wiarą dzieła. I jest to chyba moja ulubiona, trzecia twarz Pendereckiego. Architekt hałasu, który… zaczął sadzić drzewa. Kupił dwór w Lusławicach, posadził tam ponad dwa tysiące roślin i stworzył jedno z najwspanialszych arboretów w Europie. Powtarzał, że z komponowaniem ogrodu jest jak z pisaniem partytury – trzeba mieć plan i cholerną cierpliwość na efekt, który przyjdzie po latach. I wiecie co? Ta przemiana totalnie odbiła się w jego muzyce. Jego późniejsze symfonie czy koncerty dostały niesamowitego oddechu. Nagle słychać w nich echa Mahlera czy Szostakowicza. Zamiast burzyć, zaczął szukać korzeni i budować mosty między tym, co było, a tym, co jest teraz. A co mnie w tym wszystkim najbardziej kręci? – No chyba to, że Penderecki udowodnił mi, że muzyka wcale nie musi być „ładna”. Ona ma być pop prostu… prawdziwa. Choć, oczywiście, może być krzykiem rozpaczy, ale może być też i szeptem. Może być zgrzytem gniecionej blachy i szumem liści z jego ukochanego ogrodu. Bo Penderecki bez wątpienia był dla mnie geniuszem, który potrafił po mistrzowsku dbać o ten swój ogród, ale też operować ciszą. Tą ciszą, która po wybrzmieniu ostatniego dźwięku jego muzyki dzwoni w moich uszach głośniej niż największy hałas.

Dziś, 29 marca 2026 roku, mija dokładnie sześć lat, odkąd go z nami nie ma. A jego dźwięki wciąż nie dają mi spokoju. I za to zawsze będzie miał u mnie wyjątkowe miejsce.

Felietony