„Może i jestem trudny, ale i tak mnie kochacie” – czyli huragan o imieniu Roman Wilhelmi. Krótkie, bez żadnej okazji wspomnienie.
Tak, to o nim mój dzisiejszy felieton, o tym, który dla jednych na zawsze pozostał dzielnym Olgierdem z „Czterech pancernych”, dla innych – cwaniakowatym Nikodem Dyzmą lub kultowym dozorcą Stanisławem Aniołem. Wszyscy znamy te role na pamięć, ale rzadko kto z nas wie, co działo się po wyłączeniu kamer. Dziś moja opowieść o wielkim talencie, destrukcyjnych demonach i uśmiechu, któremu po prostu nie dało się oprzeć.

Jak to w moich felietonach ostatnio coraz częściej bywa, znowu poproszę Państwa o drobny eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, mianowicie, krewkiego młodzieńca z Poznania, dla którego regularna wymiana ciosów z rówieśnikami, podobnie jak dla pewnego naszego rodaka o auto-inskrypcji „NowROCKY”, to ulubiona forma rekreacji, a awantura stanowi naturalny stan skupienia. Co czynią zatroskani rodzice, by uchronić jego duszę przed potępieniem? Nie, wcale nie oddają go do „pruskiej szkoły kadetów” ani nie zamykają o chlebie i wodzie w komórce na węgiel. Posyłają go w objęcia… księży salezjanów! Plan zakładał iście ascetyczną prostotę: modlitwa, żelazna dyscyplina i święty spokój. Finał tej resocjalizacji? Ów chuligan wychodzi na deski teatru i debiutuje w roli… małego Jezuska. Tak właśnie rozpoczął się artystyczny lot Romana Wilhelmiego – człowieka obdarzonego tak potężną charyzmą, że nawet tekturowa aureola leżała na nim niczym korona.
Po tym świętym debiucie sprawy potoczyły się szybko, choć nie do końca tak, jak pan Roman by sobie wymarzył. Wcielił się w postać Olgierda w „Czterech pancernych i psie” i nagle stał się idolem wszystkich dzieciaków nie tylko w naszym kraju. Problem w tym, że Wilhelmi wcale nie chciał być uśmiechniętym wujkiem z czołgu. Jak sam wspominał, pojechanie w trasę z fanami „Pancernych” oznaczało podróże z pewnym smutnym panem, po których wódka lała się strumieniami. Zamiast czerwonych dywanów miał czerwone oczy, a kultowy serial stał się jego prywatnym przekleństwem. Złośliwi mogliby powiedzieć, że po Olgierdzie kariera Wilhelmiego zaczęła przypominać jazdę czołgiem po pijaku, ale wtedy zdarzył się cud. Pojawiły się filmowe perły: „Zaklęte rewiry”, „Dzieje grzechu” i wreszcie ona – „Kariera Nikodema Dyzmy”. Co najzabawniejsze, Wilhelmi początkowo wcale nie chciał grać cwaniaczka z Kresów. Co go przekonało? – Czysta, staropolska zawiść zawodowa! Ktoś szepnął mu na ucho, że rolę może dostać Jerzy Stuhr. A teraz wyobraźcie to Państwo sobie: Wilhelmi marszczy brwi, zaciska zęby i mówi: „Że niby Stuhr zagra lepiej? Niedoczekanie!”. – I tak narodził się Dyzma wszech czasów. A potem dołożył do pieca jako Stanisław Anioł w „Alternatywach 4”, stając się patronem wszystkich złośliwych cieciów w Polsce.
A w życiu prywatnym? – W życiu prywatnym pan Roman przypominał raczej huragan niż spokojną bryzę. Był wybuchowy, nieprzewidywalny i miał słabość do kieliszka. Zmieniał żony i partnerki (od dziennikarki Danuty, przez węgierską tłumaczkę Marikę, po aktorkę Iwonę Bielską), zostawiając za sobą złamane serca i spakowane walizki. Dopiero jego ostatnia miłość, Liliana, zdołała trochę okiełznać tego lwa i zabrać mu z rąk butelkę. Niestety, los postanowił napisać temu filmowi bardzo kiepskie zakończenie. Kiedy Wilhelmi wreszcie wyszedł na prostą, zdiagnozowano u niego raka wątroby. Miał zaledwie 55 lat. W swoim klasycznym, upartym stylu po prostu odmówił przyjęcia tej informacji do wiadomości. Umarł w 1991 roku, udowadniając do samego końca, że Roman Wilhelmi nikogo i niczego nie będzie słuchał – nawet własnego organizmu.
Zostały po nim wybitne role, setki anegdot i ten jedyny w swoim rodzaju, szelmowski uśmiech, który mówił: „Może i jestem trudny, ale i tak mnie kochacie”.
I miał rację, skubany. Miał rację…