– Zwycięzca Konkursu Chopinowskiego, który nie przyjął(!) tytułu zwycięzcy
W historii konkursów chopinowskich były momenty, kiedy sztuka zderzyła się z biurokracją, a geniusz z matematyką. Ale rzadko zdarzało się, by wynik tego zderzenia był tak bolesny i tak piękny zarazem, jak podczas warszawskiego przedwiośnia 1932 roku, czyli podczas drugiej edycji Konkursu. To wtedy na scenie Filharmonii stanął człowiek, który „widział” Chopina wyraźniej niż ktokolwiek inny, choć jego oczy od trzeciego roku życia spowijała ciemność. Nazywał się Imre Ungár.

Węgierski pianista przyjechał do Warszawy nie po to, by rywalizować, ale by opowiadać. Dla niewidomego od dziecka Ungára klawiatura nie była instrumentem – była przedłużeniem jego układu nerwowego. Tam, gdzie inni widzieli czarne i białe klawisze, on czuł faktury, barwy i emocje. Kiedy grał, publiczność wstrzymywała oddech. Mówiono, że jego Chopin jest intymny, bolesny, pozbawiony tanich efektów, a pełen wewnętrznego światła. W finale konkursu doszło do sytuacji bez precedensu. Jury, po wysłuchaniu wszystkich uczestników, stanęło w obliczu bezprecedensowego dylematu. Dwóch wirtuozów osiągnęło ten sam, absolutnie najwyższy próg punktowy. Z jednej strony estrady stał Alexander Uninsky, rosyjski emigrant o błyskotliwej, technicznie nieskazitelnej maestrii. Z drugiej – Imre Ungár, węgierski poeta fortepianu, kreujący swe muzyczne światy z głębi wiecznego mroku. Oceny były identyczne. Remis był bezsporny.
W utopijnym świecie sztuki obaj bez wahania zostaliby obwołani triumfatorami. Muzyka wszak nie jest sprintem, w którym o zwycięstwie przesądza ułamek sekundy uchwycony okiem fotokomórki. Niestety, litera regulaminu z 1932 roku pozostawała bezduszna i kategoryczna: w przypadku punktowej równowagi o laurze pierwszeństwa nie mogła rozstrzygnąć ani artystyczna dogrywka, ani merytoryczna debata gremium, lecz… ślepy traf. Trudno o dobitniejszy absurd. Lata heroicznych wyrzeczeń, tysiące godzin spędzonych przy klawiaturze, wizjonerstwo i interpretacyjny geniusz – całe to artystyczne dziedzictwo miało zostać rzucone na szalę kapryśnego losu, zdanego na rzut monetą czy wyciągnięcie kartki z nazwiskiem. Czy może zatem dziwić, że zarówno w kuluarach jurorskich, jak i wśród poruszonych obserwatorów Konkursu, zaczęła kiełkować buntownicza myśl? Pragnęli oni, wbrew regulaminowym pętom, zrezygnować z losowania i przyznać tytuł zwycięzcy obu pianistom. Taki werdykt stanowiłby nie tylko piękny, symboliczny hołd dla kunsztu i jednego, i drugiego, ale byłby przede wszystkim aktem najwyższej sprawiedliwości i artystycznej logiki. Sztuka z natury wymyka się bowiem sztywnym miarom i wagom. Zarówno Uninsky, jak i Ungár zaprezentowali dwie zupełnie odmienne, lecz zjawiskowe wizje twórczości Chopina – pierwszą opartą na krystalicznej perfekcji, drugą na głębokiej, uduchowionej melancholii. Uznanie ich równorzędności byłoby dojrzałym potwierdzeniem, że w muzyce najwyższych lotów nie ma miejsca na matematyczną eliminację. Dowiodłoby, że prawdziwy geniusz ma wiele twarzy, a żadna z nich nie powinna przegrać w starciu ze ślepym losem.
Znalazł się jednak ktoś, kto stanowczo sprzeciwił się takiemu kompromisowi. Osobą tą był jeden z TYCH DWÓCH: Imre Ungár. Węgierski wirtuoz kategorycznie zaoponował przeciwko zmienianiu i naginaniu regulaminu w trakcie trwania rywalizacji. Jak to jednak w podobnych sytuacjach bywa, ironia losu dała o sobie znać z pełną mocą. Artysta, który na wyciągnięcie ręki miał koronę zwycięzcy, pozostał ostatecznie jedynie z jej nimbem. Ślepa fortuna uśmiechnęła się do Uninsky’ego – to jemu przypadło w udziale wyciągnięcie szczęśliwego losu, spychając tym samym Ungára na drugą pozycję.
I tu dotykamy samego sedna tej opowieści. Choć w oficjalnych annałach Konkursu Imre Ungár figuruje jako zdobywca II nagrody, w świadomości melomanów zapisał się na zawsze jako honorowy zwycięzca. Był zarazem jedynym laureatem w historii, który w wymiarze duchowym nie przyjął tego ślepego wyroku. Nie był to jednak sprzeciw wyrażony tanim skandalem czy trywialnym oburzeniem. Stawką była tu najwyższa artystyczna godność. Ungár doskonale rozumiał, że rzut monetą może wskazać posiadacza złotego medalu, lecz nie ma najmniejszej mocy, by rozstrzygać o prawdziwej wielkości artysty. Dla historii i zasłuchanej publiczności to on odniósł moralny triumf. Z biegiem lat utrwaliła się wręcz narracja, według której węgierski pianista po prostu nie potrzebował oficjalnego lauru, jeśli miałby on być jedynie owocem trywialnego hazardu, a nie hołdem dla jego sztuki. W pewnym sensie wolał odrzucić perspektywę bycia triumfatorem z przypadku, wybierając los mistrza koronowanego sercami publiczności.
Dziś jego postać uczy nas czegoś niezwykle ważnego, czegoś, co wykracza daleko poza sale koncertowe. Żyjemy przecież w świecie, który ma obsesję na punkcie rankingów, medali, pierwszych miejsc i „oficjalnych” tytułów. Często zapominamy, że etykieta przyklejona przez jury, szefa czy społeczeństwo nie definiuje naszej wartości. Imre Ungár w 1932 roku pokazał, że prawdziwe zwycięstwo to nie odbieranie pokłonów i zaszczytów – to wierność sobie. Możesz przegrać rzut monetą, możesz nie dostać dyplomu z pieczątką „Numer Jeden”, a mimo to być największym na sali. Jego gra tamtego przedwiośnia, w przedwojennej Warszawie, udowodniła, że muzyka nie znosi sprawiedliwości wymierzanej przez ślepy los. Los był ślepy. Imre Ungár – paradoksalnie – widział wszystko. Ostatecznie, drodzy Państwo, czy wielu z nas pamięta, że był ktoś taki, kto w historii konkursów chopinowskich przegrał tytuł poprzez rzut monetą? Historycy tak. Ale melomani przede wszystkim pamiętają Ungára jako tego, któremu nikt nie był w stanie odebrać wielkości.
To jest lekcja dla nas wszystkich: niech nasza praca broni się sama, nawet jeśli świat rzuca monetą na naszą niekorzyść.
Postscriptum:
W 1949 roku, podczas czwartej edycji konkursu, jury ponownie postanowiło przyznać najwyższe laury ex aequo. Tym razem na najwyższym stopniu podium stanęły dwie wybitne artystki: Halina Czerny-Stefańska oraz Bella Dawidowicz, zgodnie dzieląc między sobą zaszczytny tytuł.