– Dzień dobry! – ukłoniłem się z lekka, wchodząc do butiku.
– Dzień dobry panu – uprzejmie odpowiedziała stojąca za kontuarem kobieta.
– Proszę powiedzieć… czy dostanę u pani Romantykę? Potrzebuję pół, a może nawet kilogram.

– Romantykę? – Sprzedawczyni uniosła brwi ze zdziwienia, a na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie. – Niestety, proszę pana. Do naszych placówek od lat nie jest dostarczana. Zapewne czytał pan o Romantyce w Internecie?
– Owszem – przytaknąłem. – Tam jednak widniała informacja, że Romantyka wciąż pozostaje w państwa ofercie.
– Tak, lecz wyłącznie w sprzedaży wysyłkowej – wyjaśniła spokojnie. – Tutaj od dawna nikt o nią nie pyta. Ci, którzy o niej jeszcze pamiętają, wolą zamawiać anonimowo, przez Internet. Na ulicy nikt nie chce się z nią afiszować.
– Czyżby ludzie zaczęli wstydzić się własnych tęsknot?
– Wstydzić? Nie wiem… – Zawahała się przez chwilę – Trudno ocenić. Kobiety jakby mniej, ale mężczyźni…
– To dziwne… – zawiesiłem głos, zamyślając się na moment.
– A pan to zapewne z rodu ostatnich prawdziwych romantyków? Może poeta albo marzyciel? – Kobieta zmierzyła mnie uważnym, taktownym spojrzeniem, jakby próbowała dopasować moją sylwetkę do rzadkiego profilu klienta.
– Ja? Skądże! Jestem najzupełniej pospolitym człowiekiem. Proszę mi zatem powiedzieć, co mogłaby mi pani zaoferować w zamian?
– Zamiast Romantyki? Hmm… niech pomyślę – mruknęła, błądząc wzrokiem po uginających się od towaru półkach. – O! – Ożywiła się nagle. – Mam na przykład Westchnienie. Sęk w tym, że ono niezwykle szybko wietrzeje. Najlepiej w ogóle go nie przechowywać i użyć natychmiast, jeszcze przed wyjściem na miasto.
– Bez wątpienia – uśmiechnąłem się pod nosem. – Rzecz w tym, droga pani, że nie kupuję dla siebie, lecz dla małżonki. Westchnienie na niewiele się zda, bo nim dotrę do domu, z pewnością uleci i rozwieje się bez śladu.
– To prawda. Czego zatem życzyłby pan sobie dla żony? Może zdołam podpowiedzieć coś trafniejszego?
– A, proszę mi zdradzić, co u klientów cieszy się obecnie największym powodzeniem?
– Och, proszę pana, popyt od dekad pozostaje niezmienny. Klienci najchętniej sięgają po Wygodnictwo, Próżność, Cynizm, Sceptycyzm, Ironię, ale i po Humor oraz Dumę. No i Wiarę, rzecz jasna…
– A co z Miłością?
– Miłość? – westchnęła – Miłość, proszę pana, i owszem, ale to zupełnie inna historia. Na nią zapotrzebowanie nigdy nie maleje.
– A jaka jest jej cena?
– Bardzo wysoka, proszę pana. To substancja świetlista, potężna i niezwykle skondensowana, dlatego odmierzamy ją i sprzedajemy wyłącznie na gramy. Zresztą, zapewne dobrze panu wiadomo: większość ludzi otrzymuje pokaźną jej ilość już w chwili narodzin, lecz z biegiem lat trwonią na lewo i prawo. Szastają ją bezmyślnie, tracąc szansę, by kiedykolwiek skosztować jej słodycz. I dopiero gdy są całkowicie wyzbyci z jej dobrodziejstw, przychodzą do mnie po ratunek.
– To pani klienci nie potrafią jej sami pielęgnować?
– Owszem, są i tacy, którzy potrafią, u których troskliwie pielęgnowana rośnie i wzmacnia ich. Wtedy mogą obdarowywać się nią na wzajem i nasz produkt staje się dla nich całkowicie zbędnym; mają pod dostatkiem własnego… A czy pańskiej małżonce ofiarował pan kiedyś choćby jej szczyptę? – Ekspedientka zawiesiła głos, uciekając spojrzeniem gdzieś pod sufit, jakby wywoływała z pamięci cienie własnej młodości. – To doprawdy cudowne doświadczenie być nią obdarowaną. W jednej sekundzie człowiek czuje się wszechmocny, szczęśliwy. Ona wypełnia każdą szczelinę istnienia. Czysta magia… – westchnęła z głębokim rozrzewnieniem.
– Myślę, że tak – odparłem cicho. – Stany, o których pani mówi, z pewnością nie są obce mojej żonie i nigdy nie były.
– To wspaniale. Najważniejsze, by nie roztrwonić tego, co wciąż w nas żyje.
– A tak na marginesie: czy cały czas wielu ma pani adeptów na czystą Miłość? – kontynuowałem tę osobliwą rozmowę.
– Bywa różnie. Jak wspomniałam, sprzedajemy ją na gramy, bo cena potrafi przyprawić o zawrót głowy. Dlatego nasi dostawcy znaleźli wyjście i zaczęli komponować tańsze zamienniki w formie mieszanek. Taki „ekonomiczny” wariant kosztuje ułamek pierwotnej ceny i dzięki takiemu pakietowi, znika z magazynu w okamgnieniu.
– I czymże zaprawiają ów specyfik? – spytałem zaintrygowany.
– To gotowe pakiety: Miłość z domieszką Egoizmu, Miłość skażona Zazdrością, Miłość doprawiona Nudą, Wzgardą… i tym podobne. Samych tych domieszek jako samodzielnych produktów sprzedajemy niewiele, ale, proszę mi wierzyć, jako towary komplementarne schodzą wyśmienicie, zwłaszcza podczas posezonowych wyprzedaży. Młodzi ludzie wręcz przepadają za… Zazdrością. A potem, zatruci nią zadręczają mężów, żony czy narzeczonych… – zawiesiła głos ze smutkiem, by po chwili dodać ostrzegawczym tonem: – Pańska żona jak ognia powinna unikać tych tanich substytutów.
– Proszę być spokojna, moja żona jest mądrą kobietą. Bez trudu oddziela plew od ziarna. Choć nie ukrywam, smuci mnie praktyka, o której pani opowiada. Z drugiej strony, nie dziwię się, że skoro młodych nie stać na czysty kruszec, sięgają po podrzędne mikstury, bo są tańsze, łatwo dostępne. Szkoda tylko, że handlujecie państwo takimi półproduktami. Państwa klienci mogą nawet nie podejrzewać, jak wiele tracą, rezygnując z esencji w jej najczystszej postaci.
– Ależ proszę pana, to zawsze jest kwestia wolnej woli klienta! – obruszyła się lekko sprzedawczyni. – Poza tym, jak już mówiłam, czystej Miłości wcale nie trzeba u nas kupować, można ją w sobie wyhodować samemu. Ustaliliśmy przecież, że każdy rodzi się z jej pokaźnymi zapasami. Nawet jeśli je roztrwonimy, serce pamięta, co w niem niegdyś mieszkało. Jeśli tylko otoczyć Miłość należytą troską, potrafi na nowo zakiełkować i rozwinąć się w najpiękniejszy kwiat.
– To czemu ludzie tak nie czynią?
– Rzecz w tym, proszę pana, że ludziom brakuje dziś wiary. Są niecierpliwi. Wolą pójść na skróty do sklepu, a gdy kieszeń pusta, zadowalają się tandetną namiastką… – Kobieta zakrzątała się nerwowo przy szufladach, usiłując zbyć milczeniem ukryty w moich słowach zarzut. – Czy zdecydował pan zatem, co ostatecznie zapakować dla pańskiej żony? – zmieniła zręcznie temat.
– Niechże pomyślę… – zawahałem się, wodząc wzrokiem po słoiczkach mieniących się tysiącami barw. – Skoro Romantyka jest niedostępna, a Westchnienie nazbyt ulotne, wezmę coś, co pomoże jej ocalić to pierwotne ziarno, o którym pani wspominała. Coś, co da mu czas, by mogło na powrót wykiełkować.
Ekspedientka znieruchomiała z dłonią opartą o mosiężną wagę. Na jej twarzy pojawił się cień zrozumienia.
– A więc szuka pan twardego gruntu. Czegoś, co przetrwa każdą niepogodę.
– Właśnie – przytaknąłem. – Poproszę pół kilograma Cierpliwości, trzy uncje Ciepła, Wyrozumiałości i… czy ma pani może pod ladą drobną szczyptę Nadziei? Takiej bezdomieszkowej, odpornej na Sceptycyzm?
Kobieta uśmiechnęła się ciepło, a napięcie, które przed chwilą między nami wyrosło, nagle prysło. Schyliła się nisko pod kontuar, skąd wyjęła niewielki, gliniany flakonik, zakorkowany i przewiązany zwykłym jutowym sznurkiem.
– Dla wyjątkowych klientów zawsze trzymam mały zapas na zapleczu – szepnęła, niemal konspiracyjnie. – To najczystsza odmiana. Nie potrzebuje skomplikowanych instrukcji. Wystarczy po prostu przy niej być.
Ostrożnie odważyła pozostałe składniki, pakując je w szary, ekologiczny papier, który przewiązała tym samym jutowym sznurkiem. Na koniec, z niezwykłą dbałością, położyła na paczuszce gliniany flakonik.
– Ile płacę? – sięgnąłem do kieszeni płaszcza.
– Za Cierpliwość i Ciepło policzę według cennika – odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Ale Nadzieja jest gratis. Taki mały upominek od firmy dla kogoś, kto wciąż pamięta, jak pachnie prawdziwy kruszec.
Podziękowałem skinieniem głowy, odebrałem zawiniątko i poczułem, jak bije od niego subtelne, ledwo wyczuwalne ciepło. Gdy nacisnąłem klamkę, by wyjść na chłodną, zagonioną ulicę, dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał czysto i dźwięcznie.
– Powodzenia dla małżonki! – dosłyszałem jeszcze głos sprzedawczyni.
– Dziękuję – odparłem pod nosem, uśmiechając się do własnych myśli.
Wychodząc w szary zmierzch, wiedziałem już, że nie muszę się spieszyć. Przecież najcenniejsze dary i tak potrzebują czasu, by urosnąć.