Jesienny poranek rozgościł się nad Square d’Orléans z tą cichą pewnością, z jaką tylko Paryż potrafił witać nowy dzień. Na kamiennych płytach dziedzińca, wciąż jeszcze połyskiwała wilgoć, a nagie gałęzie kasztanowców kreśliły na jasnych elewacjach misterną sieć cieni.
Kamienica budziła się powoli. Na drugim piętrze ktoś ćwiczył gamy na skrzypcach z uporem godnym przyszłego wirtuoza, choć niekoniecznie już teraźniejszego sąsiada. Z jednego z mieszkań dochodziły pojedyncze akordy fortepianu, z innego śmiech dzieci. Gdzieś wyżej skrzypnęło okno, ktoś wysypał ptakom garść okruszyn, a stary Baptiste – portier i ogrodnik – niezmiennie punktualny, zamiatał mokre liście z taką sumiennością, jakby od ich ułożenia zależał porządek całego świata.
Fryderyk zatrzymał się na chwilę pod arkadami. Lubił tę porę dnia, gdy miasto jeszcze nie zdążyło przyspieszyć, a ludzie nie założyli masek, które nosili od rana do wieczora.
– Dzień dobry, monsieur Chopin! – portier uchylił czapki.
– Dzień dobry, Baptiste.
– Dzisiaj będzie pogodnie.
– To odważna przepowiednia jak na listopad.
– Nie ja ją wymyśliłem. Powiedziały mi o tym moje kości.
Fryderyk uśmiechnął się.
– W takim razie ufam pańskim kościom bardziej niż paryskim meteorologom.
Portier roześmiał się serdecznie. Po chwili, jakby mimochodem przypomniał sobie o czymś, powiedział:
– Wczoraj znowu przyszła jakaś elegancka dama.
– Do kogo?
– Pytała o mieszkanie naprzeciwko.
Fryderyk spojrzał odruchowo w stronę przeciwległego skrzydła.
– Tego po pani Duplessis.
Zapadła krótka cisza.
– Chciała je wynająć?
Portier wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Bardziej wyglądało, jakby chciała zobaczyć miejsce niż je obejrzeć.
Fryderyk skinął głową. Nie zadał więcej pytań, a tylko pożegnał portiera lekkim ukłonem i wyszedł na ulicę.
Nazwisko Marie Duplessis wróciło do niego po raz pierwszy od miesięcy. Tak niespodziewanie, jak wraca melodia, o której człowiekowi wydaje się, że już dawno zapomniał.
Szedł wzdłuż bulwaru wolnym krokiem. Nie miał dziś żadnego pilnego celu. Lubił czasem pozwalać sobie, aby to miasto samo decydowało, którędy go prowadzi.
Na rogu jednej z ulic zatrzymał się przed niewielkim sklepem z rycinami. W oknie wystawowym wisiały litografie przedstawiające aktorów Théâtre-Français: Élisabeth-Rachel Félix – absolutnej królowej sceny dramatycznej, Augustine Brohan – ulubienicy paryskiej publiczności, śpiewaczek Opery, z jego przyjaciółką i uczennicą Pauliną Viardot-Garcia na czele, kilku znanych polityków i modne paryskie piękności.
Wśród licznych rycin dostrzegł także niewielki portret młodej kobiety. Sprzedawca, zauważywszy jego zainteresowanie, wyszedł przed sklep.
– Ładna, prawda?
Fryderyk skinął głową.
– To Marie Duplessis, prawda?
– Tak, to ona. Jeszcze rok temu sprzedawałem jej podobizny szybciej, niż drukarz nadążał odbijać, a dziś… – machnął ręką – dziś już prawie nikt o nią nie pyta.
Fryderyk jeszcze przez chwilę patrzył na delikatnie uśmiechnięte oblicze. Było w nim coś niezwykle kruchego – jakby sam rytownik przeczuwał, że próbuje zatrzymać na papierze urodę, która nie potrwa długo.
– Poproszę tę rycinę.
Sprzedawca spojrzał na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
– To już niemodny wybór, monsieur.
Na ustach Fryderyka pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
– Moda ma to do siebie, że przemija szybciej od pamięci.
Zapłacił. Ostrożnie wsunął rycinę do skórzanej teczki i ruszył dalej. Przez kilka chwil szedł w milczeniu, ale myślał nie o Marii, lecz o tym, jak łatwo Paryż zakochuje się w ludziach, ale i jak szybko uczy się o nich zapominać.
Kiedy po krótkim spacerze wrócił na Square d’Orléans, dziedziniec tętnił już swym zwyczajnym, przedpołudniowym życiem. Baptiste zakończył zamiatanie liści i przycinał zmarznięte gałązki róż. Kilkoro dzieci biegało wokół kamiennej studni, śmiejąc się tak głośno, że z jednego z okien wychyliła się starsza pani z miną świadczącą o tym, iż dzieciństwo od dawna uważa za hałaśliwą pomyłkę natury.
– Fryderyku!
Znajomy głos dobiegł od strony klatki. Eugène Delacroix szedł właśnie po schodach, trzymając pod pachą dużą skórzaną tekę.
– A więc jednak udało mi się cię złapać.
– Złapać? To zależy od tego, czy zamierzasz rozmawiać o malarstwie.
– A jeśli o polityce?
– Wtedy będę musiał udawać, że bardzo się spieszę.
Delacroix roześmiał się. Uścisnęli sobie dłonie.
– Fryc! Zawsze podejrzewałem, że jesteś tchórzem.
– Wyłącznie wobec ludzi przekonanych o własnej nieomylności.
Zrobili kilka kroków w stronę kamiennej ławki. Malarz z ożywieniem opowiadał o nowo rozpoczętym płótnie, o zmaganiach z kapryśnym zamawiającym oraz o modelu, którego bardziej fascynowało własne odbicie w zwierciadle niż cierpliwe pozowanie. Fryderyk słuchał w skupieniu, od czasu do czasu potakując głową, lecz nie próbował wtrącić choćby słowa. Kiedy Delacroix rozprawiał o sztuce, zdawał się wkładać w to całą swoją duszę – przerywanie mu w takim momencie graniczyłoby z niemożliwością.
W końcu zatrzymali się przy ławce.
– Poczekaj! – powiedział Fryderyk.
Wyjął z kieszeni niewielki notes i ołówek.
– Co robisz?
– Będę szkicował.
– Widzę. Ale kogo i po co?
– Bo łatwiej mi zapamiętać ludzi z karykatury niż z ich słów.
Delacroix pokręcił głową z rozbawieniem.
– Znowu mnie narysujesz?
– Skąd ten pomysł?
– Z doświadczenia.
Fryderyk nic nie odpowiedział. Przez kilkanaście sekund ołówek przesuwał się po papierze z zadziwiającą szybkością. W końcu – zamknął notes.
– Gotowe.
– Pokaż.
– Jeszcze nie.
– Fryderyku…
– No dobra, masz!
I wyjął kartkę. Delacroix spojrzał… i wybuchnął śmiechem. Jego własna twarz spoglądała na niego spod kilku zaledwie kresek, czoło urosło niemal dwukrotnie a rozczochrane włosy przypominały koronę z płomieni. Pędzel, który trzymał w dłoni, wyglądał bardziej jak szabla niż narzędzie malarza.
– Bezczelny jesteś! – i zaśmiał się serdecznie.
– Podobny chociaż?
Delacroix przyjrzał się uważniej, śmiejąc się jeszcze przez chwilę. Wreszcie westchnął.
– Niestety… Bardzo.
Fryderyk schował ołówek.
– Widzisz? Najlepsza karykatura wcale nie ośmiesza człowieka, tylko przypomina mu, z czego sam potrafi się śmiać.
Delacroix przez chwilę obracał kartkę w dłoniach.
– Zachowam ją.
– Pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Że nigdy nikomu jej nie pokażesz.
– Ale dlaczego?
Na twarzy Fryderyka pojawił się figlarny uśmiech.
– Nie chciałbym, żeby inni malarze zaczęli ci zazdrościć tak pięknego czoła.
Delacroix znowu zaśmiał się serdecznie, po czym oddał Fryderykowi kartkę z karykaturą, lecz zamiast od razu ruszyć dalej, jego wzrok zatrzymał się na rogu sztywnej ryciny wystającej z teczki.
– Kupiłeś coś ciekawego?
Fryderyk spojrzał odruchowo na teczkę.
– Raczej… kogoś.
Wyjął ostrożnie litografię i podał ją przyjacielowi. Delacroix przyglądał się obrazkowi przez dłuższą chwilę. Na jego twarzy zniknął uśmiech.
– Marie Duplessis…
Oddał rycinę.
– Skąd ci przyszło do głowy, żeby kupić właśnie ją?
Fryderyk wzruszył ramionami.
– Chyba dlatego, że nikt inny już tego nie zrobił.
Malarz spojrzał na niego uważnie.
– Sprzedawca cię zachęcił? Powiedział, że jeszcze rok temu jej podobizny sprzedawały się szybciej, niż zdążono je drukować?
– Tak. Dokładnie tak powiedział.
Przez chwilę szli w milczeniu pod arkadami. Wreszcie Delacroix odezwał się cicho:
– Paryż jest okrutny.
– Nie. – Fryderyk pokręcił głową – Paryż tylko bardzo się spieszy.
– To nie to samo?
– Nie. O okrucieństwie się pamięta, o pośpiechu zapomina.
Delacroix zatrzymał się.
– Mądre… Powinienem sobie zapisać to zdanie.
– Lepiej je namaluj. Obraz przetrwa dłużej.
Malarz uśmiechnął się.
– Wiesz… Nigdy jej nie malowałem.
– Ja również nigdy nie naszkicowałem jej karykatury.
– A jednak ją pamiętasz.
Fryderyk przez chwilę obracał rycinę w dłoniach, jednocześnie zastanawiając się, co odpowiedzieć przyjacielowi, którego nie chciał zbyć byle słowem.
– Trudno zapomnieć piękną kobietę, którą mijało się na schodach niemal każdego dnia – odrzekł w końcu.
– Rozmawialiście?
– Kilka razy. Ale zawsze bardzo grzecznie i nigdy bardzo długo.
Delacroix skinął głową.
– Czasem właśnie takie znajomości zostają w pamięci najdłużej.
Fryderyk nie odpowiedział. Patrzył za to przez chwilę na pusty naprzeciwko balkon.
– Dziwna rzecz z tą naszą pamięcią… – powiedział w końcu. – Im mniej o kimś wiemy, tym mniej wolno nam go osądzać. A jednak świat robi zwykle odwrotnie.
Delacroix jeszcze raz spojrzał na rycinę.
– Wiesz, podobno młody Dumas wciąż nie potrafi o niej zapomnieć. Musiał być chyba szaleńczo w niej zakochany.
– Alexandre?
– Tak. Mówią, że nosi się nawet z zamiarem napisania o niej powieści.
Fryderyk uśmiechnął się lekko.
– O niej? Raczej o sobie… – malarz spojrzał pytająco. – Każda wielka historia miłosna jest przecież trochę historią tych, którzy ją opowiadają.
Delacroix zamyślił się.
– Być może masz rację… – a po chwili dodał – Jednak mam przeczucie, że świat będzie pamiętał ją właśnie dzięki tej książce.
Fryderyk przez chwilę obracał rycinę między palcami.
– Nie wiem.
– Czego nie wiesz?
– Czy można naprawdę ocalić człowieka, zamieniając go w bohatera powieści. – zapadło krótkie milczenie – Ty przecież też tworzysz ludzi – zauważył Fryderyk – tyle że pędzlem.
– Nie… – malarz uniósł brwi – Tworzę tylko ich światło. To życie tworzy ludzi.
Fryderyk uśmiechnął się z uznaniem.
– Pięknie to ująłeś.
Ruszyli dalej. Pod arkadami panował przyjemny półmrok. Z pobliskiego mieszkania dochodził czyjś śmiech, z innego – odległy dźwięk fortepianu. Po kilku krokach Delacroix odezwał się ponownie.
– A ty?
– Co ja?
– Jaką zapamiętałeś Marię?
Fryderyk nie odpowiedział od razu, jakby szukał nie wspomnienia, lecz właściwych słów.
– Bardziej cichą, niż o niej opowiadano.
Delacroix spojrzał z zaciekawieniem.
– To wszystko?
– Nie. Czasem mijaliśmy się na schodach. Pamiętam, że zawsze niosła naręcze kwiatów, nigdy nie widziałem ich aż tylu u jednej osoby.
– Kamelie?
– Najczęściej.
Ale nie kwiaty zapamiętałem przede wszystkim.
– Więc co?
Fryderyk zamyślił się.
– To, że kiedy wszyscy patrzyli na jej urodę… ona wyglądała tak, jakby marzyła o tym, żeby choć raz ktoś spojrzał w jej oczy.
Delacroix zatrzymał się. Nie powiedział ani słowa, a po chwili tylko westchnął.
– Czasami zastanawiam się, czy artyści naprawdę lepiej widzą ludzi.
Fryderyk pokręcił głową.
– Nie. Po prostu dłużej się im przyglądają.
Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, każdy zajęty własnymi myślami. W końcu pierwszy odezwał się Delacroix.
– Zazdroszczę ci jednej rzeczy.
Fryderyk spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
– Tylko jednej?
– Dzisiaj tylko jednej.
– To już postęp.
Malarz uśmiechnął się.
– Kiedy świat zaczyna cię męczyć… siadasz sobie do fortepianu, tymczasem ja nie potrafię uciec od obrazów.
Fryderyk zamyślił się.
– To nie fortepian mnie uspokaja.
– Nie? A kto?
– Bach.
Delacroix skinął głową, jakby odpowiedź wcale go nie zaskoczyła.
– Nadal zaczynasz każdy dzień od Bacha?
– Prawie każdy.
– Dlaczego?
Fryderyk przez chwilę szukał właściwych słów.
– Bo po Bachu łatwiej uwierzyć, że świat jednak ma jakiś porządek.
Delacroix uśmiechnął się z uznaniem.
– A po twojej muzyce?
Chopin roześmiał się cicho.
– Po mojej? – na chwilę spojrzał w niebo – Po mojej muzyce zwykle mam więcej pytań niż odpowiedzi.
– To dziwne. Większość ludzi powiedziałaby dokładnie odwrotnie.
– Większość ludzi nie siedzi przy fortepianie kompozytora.
Malarz zatrzymał się.
– Czy dlatego tak często wracasz do Bacha?
– Tak.
– Nawet kiedy piszesz własną muzykę?
– Zwłaszcza wtedy… – zapadło krótkie milczenie – Wiesz, Eugène… Czasami myślę, że każdy artysta powinien mieć kogoś, przed kim czuje się uczniem.
Delacroix spojrzał na niego uważnie.
– A ty do końca życia będziesz uczniem Bacha?
Fryderyk uśmiechnął się.
– Mam nadzieję. Bo dzień, w którym człowiek uzna, że nie ma się już od kogo uczyć… jest początkiem jego końca.
Przez chwilę stali jeszcze pod arkadami. Z pobliskiej pracowni dobiegł metaliczny stuk dłuta, ktoś na drugim piętrze zamknął z trzaskiem okiennicę, na dziedziniec wbiegł chłopiec z koszem świeżych bagietek, omal nie wpadając na starego ogrodnika.
– Paryż chyba postanowił nam przypomnieć, że świat nie składa się wyłącznie z malarzy i muzyków – uśmiechnął się Delacroix.
– Na szczęście.
– Dlaczego „na szczęście”?
– Bo gdyby wszyscy byli artystami, nie miałby nam kto piec chleba.
Delacroix roześmiał się.
– A ja zawsze sądziłem, że żywisz się wyłącznie kawą.
– To tylko śniadanie. Na obiad jadam już rozsądek.
– I smakuje?
– Niezbyt.
Obaj wybuchnęli śmiechem.
Był to ten rodzaj śmiechu, który rodzi się między ludźmi znającymi się od lat i niewymagającymi od siebie żadnych wyjaśnień.
Delacroix poprawił tekę pod pachą.
– Muszę wracać do pracy. Moi bohaterowie od rana cierpliwie czekają, aż wreszcie zdecyduję, co mają czuć.
– Moi zachowują się znacznie gorzej.
– Naprawdę?
– Zwykle czują wszystko naraz.
Malarz pokiwał głową z udawanym współczuciem.
– Trudny zawód.
– Może i trudny, ale nie zamieniłbym go na żaden inny.
Uścisnęli sobie dłonie. Delacroix ruszył ku swojej pracowni, jednak po kilku krokach odwrócił się jeszcze.
– Fryderyku!
– Tak?
– Nie zgub tej ryciny.
Chopin spojrzał na teczkę.
– Nie zgubię.
– Dobrze. Są ludzie, których warto ocalić choćby od zapomnienia.
Fryderyk nie odpowiedział, skinął jedynie z lekka głową i popatrzył jeszcze chwilę za odchodzącym przyjacielem. Potem powoli ruszył w stronę swojego mieszkania.
Schody prowadzące na piętro znał niemal na pamięć. Na pierwszym stopniu zatrzymał się jednak na moment by posłuchać, jak z sąsiedniego mieszkania dobiegały ciche dźwięki fortepianu. Ktoś właśnie grał Bacha.
Fryderyk uśmiechnął się.
– Dobrze… – szepnął niemal do siebie – Nie tylko ja zaczynam od mistrza.
W mieszkanie było cicho. Madame Étienne, usłyszawszy jego kroki na schodach, tylko co uchyliła drzwi.
– Czy podać herbatę, monsieur?
Fryderyk zdjął rękawiczki.
– Za chwilę. Najpierw chciałbym pobyć sam.
Skinęła głową i bez słowa znikła. To właśnie za tę dyskretną troskę cenił ją najbardziej – nigdy nie pytała o więcej, niż chciał powiedzieć.
Podszedł do fortepianu, ale nie od razu otworzył wieko klawiatury. Najpierw wyjął z teczki litografię Marii Duplessis i przez chwilę patrzył na delikatny rysunek twarzy, potem wsunął rycinę pomiędzy kartki stojącego na fortepianie egzemplarza Das Wohltemperierte Klavier, jakby właśnie uznał, że najlepszym miejscem dla wspomnień jest muzyka. W końcu usiadł i otworzył tom Bacha. Palce same odnalazły znajomą drogę. Pierwsze pasaże zabrzmiały cicho, bez popisu. Były jak głęboki oddech po długim dniu. Z każdą kolejną frazą ramiona Fryderyka rozluźniały się coraz bardziej, a na twarzy pojawiał się spokój, którego nie potrafiłaby przynieść żadna rozmowa.
Kiedy ostatni akord wybrzmiał i rozpłynął się w ciszy salonu, jeszcze przez chwilę nie odrywał dłoni od klawiatury: prawa ręka, niemal odruchowo, odnalazła znajomy układ klawiszy, a po chwili delikatna melodia Kołysanki w Des-durwypłynęła spod palców tak naturalnie, jakby nie była zapisaną kompozycją, lecz wspomnieniem, które wraca bez zapowiedzi.
Nie grał długo. Po kilku taktach melodia zaczęła oddalać się od znanego zapisu i pojawił się drobny ornament, potem drugi. Rytm na chwilę zawahał się, ustępując miejsca swobodnej improwizacji. Kołysanka pozostała tą samą kołysanką, a jednak była już inna: bardziej szeptana niż grana, bardziej myślana niż wykonywana.
Przymknął oczy. Nie szukał nowych nut, lecz nowego znaczenia starych. Po chwili muzyka ucichła sama – jak dziecko, które zasnęło, zanim zdążono dokończyć opowieść. Jeszcze przez moment siedział nieruchomo i dopiero potem zamknął klawiaturę fortepianu i ostrożnie wyjął litografię Marie spomiędzy kart Bacha. Spojrzał na nią raz jeszcze i w końcu wsunął do szuflady sekretarzyka. Nie po to, by o niej zapomnieć, lecz by już nie musieć o niej pamiętać każdego dnia.
Zapadał zmierzch. Na dziedzińcu Square d’Orléans ogrodnik zgasił latarnię stojącą przy studni. Z okien mieszkań sączyły się ciepłe smugi świateł, a za szybami przesuwały się cienie ludzi zajętych swoim zwyczajnym wieczorem.
Madame Étienne weszła do salonu niemal bezszelestnie i postawiła na stoliku filiżankę z gorącym bulionem. Tym razem nic nie powiedziała, spojrzała tylko na zamknięty fortepian i na leżący obok tom Bacha.
Fryderyk siedział przy oknie.
– Wystygnie, monsieur.
Odwrócił się z uśmiechem.
– Jak wszystko.
Madame Étienne chciała odpowiedzieć, lecz zrezygnowała. Wiedziała, że Chopin nie oczekuje pocieszenia. Skinęła tylko głową i cicho zamknęła za sobą drzwi.
Fryderyk został sam. Za oknem, po przeciwnej stronie dziedzińca, w mieszkaniu, które jeszcze niedawno należało do Marii Duplessis, ktoś zapalił świecę. Na jasnej firance pojawił się cień młodej kobiety. Przez krótką chwilę poprawiała włosy przed lustrem. Potem zniknęła w głębi pokoju. Życie, jak się okazuje, już zdążyło zacząć pisać tam nowy rozdział.
Fryderyk patrzył jeszcze przez chwilę, lecz nie próbował porównywać, nie szukał podobieństw. Wiedział, że każdy człowiek przynosi światu własne światło. I z czasem każdy zabiera je ze sobą.
Wziął do ręki filiżankę. Bulion rzeczywiście zdążył już nieco ostygnąć. Uśmiechnął się.
– Madame Étienne miała rację.
I po chwili upił pierwszy łyk.
Tymczasem za oknem cicho zaczął prószyć deszcz. Paryż nie zatrzymywał się ani na chwilę. I może właśnie dlatego tak boleśnie przypominał ludziom, że pamięć nie polega na zatrzymaniu czasu, a na tym, aby idąc dalej, nie zgubić po drodze tych, którzy przez chwilę szli obok nas.