Pracownia światła

Poranek był chłodniejszy niż poprzednie. Przez wysokie okna pracowni światło wpadało ukośnie, zatrzymując się na niedokończonych płótnach, sztalugach i rozsypanych tubkach farb. W powietrzu unosił się zapach oleju lnianego, terpentyny i wilgotnego drewna.

Eugène Delacroix odsunął się o krok od sztalugi, przymrużył oczy i nie pierwszy raz tego poranka westchnął.

Na płótnie widniała niemal ukończona postać młodego mężczyzny. Twarz była gotowa, materia płaszcza również, a nawet tło pulsowało głębokimi brązami i zieleniami. Tylko prawa dłoń młodzieńca wciąż pozostawała niedokończona.

Malarz odłożył pędzel i przez długą chwilę patrzył na własną rękę. Powoli zacisnął palce, potem je rozprostował.

– Nie… – powiedział cicho do siebie. – Jeszcze nie.

Podszedł do okna. Na ulicy mleczarz prowadził niewielki wózek zaprzężony w siwego konia. Kilka domów dalej kwiaciarka rozstawiała wiadra z późnymi daliami. Dwóch chłopców niosło pod pachą świeżo zadrukowane gazety, nawołując pierwszych przechodniów. 

Paryż zaczynał dzień. Kolejny zwyczajny dzień. A Delacroix lubił te chwile, kiedy miasto jeszcze nie zdążyło przywdziać swojej codziennej maski.

Nagle odwrócił się i raz jeszcze spojrzał na płótno. Dłoń nadal była nieprawdziwa – i nie chodziło tu o anatomię, bo kości jak najbardziej plasowały się na swych miejscach, ścięgna także. Brakowało jednak tego szczególnego czegoś, czego nie potrafił sprecyzować: życia.

Usiadł na wysokim stołku, sięgnął po szkicownik i przewrócił kilka stron: studia koni, profile kobiet, dziecięca twarz, stare drzewo. I nagle… rysunek dłoni pianisty.

Uśmiechnął się. Pamiętał tamto popołudnie sprzed kilku lat: Fryderyk grał, nie zwracając uwagi na ołówek sunący po szkicowniku. Po zakończeniu utworu spojrzał na rysunek.

– To moje ręce?

– Jeszcze nie.

– A czyje?

– Szukam.

Pamiętał, jak wtedy Chopin szczerze się roześmiał.

– W takim razie musisz szukać dalej.

Delacroix zamknął ostatecznie szkicownik. Od kilku tygodni nie widział się z Chopinem ani razu. Oczywiście dochodziły go wiadomości. Grzymała wspominał, że Fryderyk znów daje lekcje, Franchomme mówił, że wrócił do fortepianu… To były niewątpliwie dobre wieści. Ale… nie zastępowały spotkania.

Malarz podszedł do sztalugi raz jeszcze. Spróbował poprowadzić cienką linię wzdłuż kciuka. Zatrzymał pędzel w połowie ruchu i roześmiał się pod nosem.

– Nie maluje się dłoni, myśląc o cudzych.

Odłożył pędzel, a następnie powoli zdjął z siebie fartuch. Na krześle leżał ciemny surdut. Narzucił go jednym ruchem na ramiona i po chwili wyglądał tak, jakby od dawna czekał właśnie na tę chwilę. Zgasił lampę, choć płomień palił się ledwie od kilkunastu minut. Spojrzał jeszcze raz na niedokończone płótno i westchnął:

– Poczekasz…

Obraz nie zaprotestował, więc niczym niepokojony, zamknął drzwi pracowni.

Na schodach zatrzymał się tylko raz – nie po to, by wrócić, lecz by sprawdzić, czy zabrał rękawiczki. Zabrał. Tkwiły w kieszeni płaszcza. Uśmiechając się do własnej roztargnionej ostrożności, wyszedł na ulicę. Dziś nie miał żadnego umówionego spotkania, nie miał nawet żadnej sprawy do załatwienia – po prostu od kilku dni coraz częściej myślał o przyjacielu. A czasem tylko tyle wystarczy, żeby przejść na piechotę pół Paryża.

Szedł bez pośpiechu. Nie należał do ludzi, którzy wybierali najkrótszą drogę. Od lat miał zwyczaj pozwalać miastu prowadzić się własnym rytmem.

Na rogu ulicy starsza kobieta sprzedawała pieczone kasztany. Dym z niewielkiego piecyka unosił się pionowo w chłodnym powietrzu. Kilku robotników ogrzewało dłonie nad żarem, zanim ruszyli dalej.

Malarz zwolnił.

– Proszę pięć – powiedział.

Kobieta wsypała kasztany do zwiniętego arkusza gazety.

– Dziękuję, monsieur.

Przez chwilę szedł dalej, obracając ciepły papier w dłoniach. Lubił takie drobiazgi. Ciepło, którego nie dawał kominek ani piec – ciepło ulicy.

Minął księgarnię. Na wystawie leżały świeżo oprawione tomy Balzaka, obok czyjeś ryciny z Włoch w drewnianych ramkach. Właściciel od lat obiecywał sobie, że pewnego dnia będzie oprawiał obrazy największych malarzy Francji. Delacroix uśmiechnął się do tej myśli. Każdy człowiek nosił w kieszeni własną przyszłość, choć nie wszystkim było dane ją otworzyć.

Na moście zatrzymał się na chwilę. Sekwana płynęła wolniej, niż się wydawało. Na drugim brzegu dwóch chłopców próbowało puszczać po wodzie małe łódeczki z kory. Jedna z nich obróciła się po kilku metrach i zniknęła pod filarem, druga płynęła dalej. Malarz patrzył za nią jeszcze przez chwilę, potem ruszył. Nie zauważył nawet, kiedy jego kroki zaczęły prowadzić go znajomymi ulicami dziewiątej dzielnicy, dopiero widok bramy Square d’Orléans uświadomił mu, że jest na miejscu.

Jak zawsze panował tu osobliwy spokój. Miasto zostawało po drugiej stronie muru. Na dziedzińcu ogrodnik przycinał zeschnięte pędy róż, kilka wróbli bez najmniejszego lęku skakało tuż przy jego nogach.

– Dzień dobry, monsieur Delacroix.

Malarz odwrócił się, dozorca zdjął czapkę.

– Dawno pana nie widzieliśmy.

– Ja również dawno tu nie byłem.

– Monsieur Chopin ma dziś lekcje.

Delacroix spojrzał w górę, jedno z okien było uchylone. Z wnętrza dobiegały pojedyncze dźwięki fortepianu, nie utwór – wstawka. Po chwili cichy głos Chopina, ale nie dało się rozróżnić słów. Po nich kilka taktów i znów cisza.

Malarz uśmiechnął się.

– To dobrze.

– Co takiego?

– Że najpierw słychać nauczyciela, a dopiero potem fortepian.

Dozorca zamyślił się.

– Nigdy nie zwróciłem na to uwagi.

– Bo pan słucha muzyki, a ja ludzi.

Delacroix poprawił rękawiczkę.

– Poczekam.

– Lekcja pewnie potrwa jeszcze kwadrans.

– Tym lepiej.

Usiadł na drewnianej ławce stojącej pod nagim kasztanowcem. Położył obok papierową tutkę z kasztanami. Z otwartego okna znów popłynęły dźwięki fortepianu, teraz już płynniej. Uczeń zaczynał rozumieć to, co przed chwilą usłyszał.

Po kilku minutach fortepian umilkł, nie od razu cały. Najpierw zamilkła prawa ręka, potem lewa. Na końcu pozostał tylko pojedynczy dźwięk, który wybrzmiewał jeszcze przez krótką chwilę.

Delacroix podniósł głowę. Przez uchylone okno dobiegł śmiech młodej dziewczyny, zaraz potem spokojny głos Fryderyka.

– Jeszcze raz. Nie szybciej. Proszę posłuchać, jak kończy się ten dźwięk. Nie następny. Ten.

Dziewczyna odpowiedziała coś cicho, ale nie dosłyszał ani słowa.

Po chwili drzwi kamienicy otworzyły się, rozległy się lekkie kroki. Na dziedziniec wyszła młoda kobieta w ciemnoniebieskim płaszczu. Niosła pod pachą zwój nut. Zauważywszy Delacroix, dygnęła z lekkim zakłopotaniem.

– Dzień dobry, monsieur.

– Dzień dobry.

– Czeka pan na pana Chopina?

– Tak się składa.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– W takim razie życzę cierpliwości. Mówi, że każda lekcja trwa godzinę, ale muzyka nigdy nie patrzy na zegarek.

Delacroix odwzajemnił uśmiech.

– To bardzo chopinowskie.

– Prawda?

Ukłoniła się jeszcze raz i ruszyła w stronę bramy. Malarz patrzył za nią, dopóki nie zniknęła za rogiem ulicy.

Dozorca wyszedł z portierni.

– Miła panienka.

– Zna ją pan?

– Od dwóch lat przychodzi w każdy wtorek. Nigdy się nie spóźnia, nigdy też nie wychodzi smutna.

Delacroix skinął głową.

– To najlepsza recenzja nauczyciela.

Nie minęła minuta, gdy w oknie pojawiła się znajoma sylwetka. Fryderyk otworzył skrzydło szerzej.

– Eugène!

– Dzień dobry.

– Czemu siedzisz na dworze?

– Bo miałeś lekcję.

Chopin oparł dłonie o parapet.

– I dlatego nie wszedłeś?

– Uczniowie mają pierwszeństwo.

Fryderyk przez chwilę nic nie mówił, potem tylko pokiwał głową.

– Wejdź, czajniczek z herbatą jeszcze nie wystygł.

Zniknął z okna i po chwili na schodach rozległy się jego kroki. Nie czekał, aż Madame Étienne otworzy drzwi, sam zszedł kilka stopni niżej.

– Pomyślałem – powiedział z uśmiechem – że dziś wyjątkowo gospodarz może zejść po gościa.

Delacroix spojrzał na niego uważnie: twarz była szczuplejsza, oczy odrobinę bardziej zapadnięte, ale uśmiech… Uśmiech był dokładnie ten sam, ten, który pamiętał sprzed lat.

Nie powiedział ani słowa, po prostu wyciągnął rękę. Fryderyk uścisnął ją mocno.

– Dawno cię nie było.

– Wiem.

– Dobrze, że przyszedłeś.

W tych kilku prostych słowach nie było wyrzutu. Była tylko radość.

Salon pachniał herbatą i drewnem fortepianu. Na pulpicie leżały otwarte nuty. Krzesło, przy którym przed chwilą siedziała uczennica, było jeszcze lekko odsunięte od klawiatury.

– Nie siadaj jeszcze – powiedział Fryderyk. – Najpierw zobaczysz coś zabawnego.

Podszedł do fortepianu i położył palec na jednym klawiszu. Zabrzmiał pojedynczy dźwięk, wybrzmiał, zamilkł.

– Właśnie nad tym pracowaliśmy przez kwadrans.

Delacroix spojrzał z niedowierzaniem.

– Nad jednym dźwiękiem?

– Nie. Nad słuchaniem go do końca.

Zapadła cisza.

Malarz uśmiechnął się.

– W takim razie obaj mamy dziś ten sam kłopot.

– Doprawdy?

– Od rana próbuję namalować dłoń.

– I?

– I wszystko się zgadza: kości, ścięgna, palce – wszystko i tylko nie to, że w ręce brak życia…

Fryderyk spojrzał na niego uważnie.

– Pokażesz mi?

– Jeśli obiecasz, że nie będziesz uprzejmy.

– Tego nigdy nie obiecuję.

Obaj się roześmiali.

Madame Étienne weszła z tacą i postawiła filiżanki. Spojrzała na nich z ukosa.

– Widzę, że panowie już pracują.

– Jeszcze nie – odparł Delacroix.

– Na razie tylko narzekamy.

– To dobry początek, panowie.

Odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi. 

Przez chwilę żaden z nich nie sięgnął po herbatę. Gdy Fryderyk usiadł przy oknie, Delacroix wyjął z teczki szkicownik i otworzył na stronie z rysunkiem dłoni. Nie podał go od razu. Przez moment patrzył na szkic tak, jak lekarz patrzy na chorego, którego od dawna próbuje wyleczyć. Potem przesunął szkicownik przez stół. Fryderyk pochylił się i nie powiedział nic. Delacroix znał to milczenie. Wiedział, że przyjaciel naprawdę patrzy i nie szuka odpowiedzi, szuka prawdy. Nie poganiał więc przyjaciela. Wiedział, że ten nigdy nie odpowiadał szybko, zwykle najpierw patrzył, potem słuchał, dopiero na końcu mówił.

Chopin przesunął opuszką palca po krawędzi kartki, nie dotykając rysunku.

– Długo nad nią pracowałeś?

– Od rana.

– Widać.

Delacroix westchnął.

– To nie brzmi jak pochwała.

– Bo nią nie jest.

Przez chwilę obaj milczeli. Fryderyk zamknął szkicownik, lecz nie oddał go od razu, trzymał go jeszcze przez moment na kolanach.

– Wiesz, czego najbardziej boję się podczas lekcji?

– Czego?

– Że uczeń zagra wszystko bezbłędnie.

Malarz spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem.

– To źle?

– Bardzo źle.

– Dlaczego?

Fryderyk odstawił szkicownik na stół.

– Bo wtedy nie mam już czego szukać.

Delacroix uśmiechnął się.

– A ja od rana szukam jednej dłoni.

– Nie.

Malarz uniósł głowę.

– Szukasz człowieka.

W pokoju zrobiło się cicho. Za oknem przejechała dorożka, na chwilę rozległ się śmiech dzieci bawiących się na dziedzińcu.

Fryderyk podniósł filiżankę, ale nie upił nawet łyku, patrzył tylko na parę unoszącą się nad herbatą.

– Pamiętasz, jak rysowałeś mnie podczas gry?

Delacroix skinął głową.

– Nie mogłem cię dogonić.

– Bo próbowałeś narysować ręce.

Malarz roześmiał się.

– A powinienem?

– Powinieneś słuchać muzyki.

Delacroix spojrzał na niego uważnie. Nie odpowiedział od razu. Po chwili jednak pokręcił głową.

– I znowu masz przewagę.

– Dlaczego?

– Bo muzyki nie da się zobaczyć.

Fryderyk odstawił filiżankę. Na jego twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Za to malarstwo czasem można usłyszeć.

Delacroix zmarszczył brwi.

– Naprawdę?

– Oczywiście.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

– Bo dopiero dziś namalowałeś ciszę.

Malarz spojrzał na szkicownik leżący na stole. Powoli otworzył go na tej samej stronie. Jeszcze raz popatrzył na niedokończoną dłoń. Po raz pierwszy od rana nie próbował jej poprawiać. Zaczął rozumieć, dlaczego nie chciała być skończona.

Delacroix zamknął szkicownik. Nie schował go jednak do teczki, pozwolił, by leżał między nimi na stole jak trzeci uczestnik rozmowy.

– Powiedziałeś, że szukam człowieka – odezwał się po chwili.

– Tak.

– A jeśli nie chcę go znaleźć?

Fryderyk uniósł wzrok.

– To po co malujesz portret?

– Nie każdy obraz jest portretem.

– Ale każda dłoń do kogoś należy.

Delacroix uśmiechnął się.

– Widzisz? Właśnie dlatego nie lubię rozmawiać z muzykami.

– Dlaczego?

– Bo słyszycie rzeczy, których nie widać.

Fryderyk odpowiedział uśmiechem.

– A wy widzicie rzeczy, których nie słychać.

Przez chwilę obaj milczeli.

Madame Étienne weszła cicho, dolała gorącej wody do imbryka i równie cicho wyszła.

Żaden z nich nawet nie przerwał rozmowy.

– Wiesz, czego zazdroszczę malarzom? – zapytał Fryderyk.

– Czego?

– Że możecie wrócić do obrazu jutro.

Delacroix oparł się wygodniej.

– Ty nie możesz?

Chopin pokręcił głową.

– Mogę wrócić do utworu, ale nigdy do tego samego wykonania.

Malarz zastanowił się.

Wziął do ręki filiżankę, lecz nie napił się herbaty.

– To prawda.

– Kiedy dźwięk wybrzmi…

– …należy już do pamięci – dokończył Delacroix.

Fryderyk skinął głową.

– Obraz jest cierpliwszy.

– Nie.

Delacroix odstawił filiżankę.

– Obraz tylko udaje cierpliwość.

Spojrzał na szkicownik.

– Potrafi czekać całymi tygodniami. Ale jeśli wrócę do niego z niewłaściwego powodu, od razu to widzę.

Fryderyk zamyślił się. Przez chwilę obracał w palcach łyżeczkę. Jej cichy dźwięk odbijał się od porcelany.

– Czyli obraz również pamięta.

– Lepiej niż malarz.

Zapadło milczenie.

Za oknem wiatr poruszył gałęziami kasztanowca, kilka suchych liści przeleciało przez dziedziniec. Delacroix patrzył za nimi.

– Czasem myślę – powiedział cicho – że największym wrogiem artysty nie jest brak talentu.

– A co?

– Przyzwyczajenie.

Fryderyk nie odpowiedział od razu, odłożył łyżeczkę i spojrzał na fortepian stojący pod ścianą. Potem znów na przyjaciela.

– Nie.

Delacroix odwrócił głowę.

– Największym wrogiem jest chwila, w której uwierzy, że już nie musi szukać.

Malarz patrzył na niego przez dłuższą chwilę, na jego twarzy nie było uśmiechu. Było coś znacznie głębszego: rozpoznanie.

– Dlatego od rana nie mogę namalować tej dłoni.

– Nie, nie dlatego.

– Nie?

– Dlatego, że jeszcze jej nie poznałeś.

Delacroix powoli zamknął szkicownik, ale tym razem bez zniecierpliwienia.

– Wiesz…

– Tak?

– Chyba jednak dziś wrócę do pracowni.

Fryderyk uśmiechnął się.

– Mam nadzieję, że nie przeze mnie.

– Właśnie przez ciebie.

– To niedobrze.

– Dlaczego?

– Bo gdy artyści zaczynają sobie pomagać, ich modele mają mniej spokoju.

Delacroix roześmiał się głośno.

– A więc będę musiał przeprosić tego biednego człowieka z mojego płótna.

Delacroix nie podniósł się z fotela. Spojrzał za to jeszcze raz na fortepian.

– Zagrasz?

Fryderyk nie odpowiedział, zupełnie jakby pytanie wcale nie padło. Wstał spokojnie, poprawił mankiet surduta i podszedł do instrumentu. Nie otworzył jednak od razu klawiatury, przez chwilę stał przed nią nieruchomo, potem mimowolnie położył dłoń na ciemnym, wypolerowanym wieku fortepianu. Jak człowiek, który wita starego przyjaciela. Delacroix obserwował go w milczeniu. Widział u niego ten gest wiele razy i nigdy nie wydawał mu się przypadkowy.

W końcu Fryderyk usiadł. Otworzył wieko, nie spojrzał jednak na klawiaturę, opuścił ręce. Przez kilka sekund w pokoju panowała zupełna cisza, tak głęboka, że słychać było tykanie zegara stojącego na kominku.

– Wiesz… – odezwał się cicho.

Delacroix podniósł wzrok.

– Ludzie myślą, że muzyka zaczyna się od pierwszego dźwięku. – Odwrócił lekko głowę. Na jego twarzy pojawił się ten sam ledwie dostrzegalny uśmiech. – Nie. Zaczyna się od ciszy, która go poprzedza.

Jego palce spoczęły na klawiaturze. Jeszcze nie nacisnęły żadnego klawisza. Delacroix miał nagłe wrażenie, że nawet fortepian czeka. 

Pierwszy akord zabrzmiał cicho. Nie był popisem, był raczej pytaniem. Malarz zamknął oczy. Nie próbował już zobaczyć muzyki, pozwolił jej po prostu płynąć. Fryderyk grał swobodnie. Melodia rodziła się i znikała. Raz przypominała urwany szept, za chwilę nabierała oddechu, po czym znów milkła, jakby sama zastanawiała się, dokąd chce prowadzić. Delacroix jednego był pewien: to, co właśnie słyszy, nie dałoby się zapisać, i nie dlatego, że brakowało nut, dlatego, że rodziło się tylko na tę jedną chwilę. I tylko dla jednego słuchacza.

Fryderyk nie patrząc na przyjaciela, położył dłonie na klawiaturze. Jeszcze raz na krótko zapadła cisza, jak oddech przed pierwszym słowem.

I wreszcie spod palców wypłynęło kilka cichych akordów. Nie tworzyły jeszcze melodii, raczej jakby badały drogę. Jedna fraza urwała się niespodziewanie, druga wróciła odrobinę niżej, trzecia zabrzmiała już pewniej.

Delacroix siedział nieruchomo. Nie znał się na harmonii. Nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego kilka prostych dźwięków sprawiało, że pokój nagle wydał mu się większy. Po prostu słuchał. Po kilku chwilach wyłowił coś znajomego. I nie, nie melodię – jej cień. Zmarszczył brwi. Gdzieś już to słyszał.

Fryderyk nie zatrzymywał się. Motyw znów odpłynął, jakby celowo nie chciał się jeszcze ujawnić, dopiero po chwili wrócił. Tym razem wyraźniej.

Delacroix wyprostował się.

– To przecież…

Nie dokończył. Rozpoznał Preludium e-moll. A jednak nie było to Preludium e-moll, które pamiętał z wieczorów u wspólnych przyjaciół. Nie nabrało jeszcze swojej ostatecznej postaci. Było jakieś… swobodniejsze. Miejscami zatrzymywało się tam, gdzie zapis nutowy nakazywał iść dalej, gdzie indziej skręcało niespodziewanie, jakby kompozytor rozmawiał z własnym utworem.

Delacroix poczuł nagle to samo zdumienie, którego doświadczał, patrząc czasem na szkice dawnych mistrzów. Na marginesach gotowego dzieła wciąż istniało życie. To, co publiczność uważała za utwór skończony, dla jego twórcy pozostawało nadal otwartym pytaniem.

Fryderyk zagrał ostatni akord, pozwalając mu wybrzmieć do końca. Ale, gdy już dobrzmiał do absolutnej ciszy, nie odsunął rąk od klawiatury, siedział nieruchomo, jakby słuchał jeszcze czegoś, czego nie słyszał już nikt poza nim.

Delacroix nie odzywał się i uporczywie patrzył na swoje dłonie. Powoli je odwrócił. Potem przypomniał sobie niedokończony szkic pozostawiony na stole i uśmiechnął się.

– Teraz rozumiem.

Fryderyk odwrócił głowę.

– Co?

Delacroix spojrzał na własne dłonie.

– Tę dłoń.

Chopin nie zapytał o nic więcej. Nie musiał.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Potem Delacroix podniósł się z fotela. Szkicownik leżał nadal na stole. Malarz wsunął go pod ramię, poprawił kapelusz i podszedł do fortepianu.

– Dziękuję.

Fryderyk uśmiechnął się.

– Za co?

– Za to, że nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

Na twarzy Chopina pojawił się cień rozbawienia.

– Sam sobie odpowiedziałeś.

– Tak chyba jest najlepiej.

Przez krótką chwilę patrzyli na siebie bez słów. Nie potrzebowali ich więcej.

Madame Étienne otworzyła drzwi do przedpokoju. Delacroix skłonił się lekko gospodyni i wyszedł. 

Po chwili na schodach rozległ się miarowy stuk jego laski. Coraz cichszy, aż wreszcie zniknął.

Fryderyk podszedł do okna. Zmierzch powoli osiadał na dziedzińcu Square d’Orléans. Dozorca, wspinając się na niewysoką drabinę, zapalił gazową latarnię. Żółtawe światło zadrżało, potem uspokoiło się i miękko rozlało po mokrym bruku. Kilka kropel deszczu, który spadł wcześniej, błysnęło na kamieniach niczym drobne iskry.

Chopin patrzył przez chwilę, ale nie na latarnię – na światło. Dopiero po dłuższej chwili wrócił do fortepianu, kładąc dłoń na zamkniętej klapie, jakby żegnał się z kimś bliskim.

Potem, gdy delikatnie zgasił stojącą obok świecę, pokój pogrążył się w półmroku.

Delacroix wrócił do swojej pracowni, gdy nad Paryżem zapadł już późny wieczór. Nie rozpalił wszystkich lamp, wystarczyła mu jedna. Postawił ją blisko sztalugi, zjął z obrazu płótno chroniące przed kurzem. Niedokończona dłoń czekała dokładnie tam, gdzie zostawił ją rano.

Przez dłuższą chwilę tylko patrzył. Nie wyjmował jeszcze pędzli, nie mieszał farb, jakby chciał najpierw zapamiętać ciszę, która została po muzyce.

Wreszcie sięgnął po paletę. Nabrał odrobinę jasnej ochry, odrobinę bieli i ledwie dostrzegalną smugę błękitu. Pędzel zawisł nad płótnem, nie drżał. Tym razem nie zaczął od palców. 

Zaczął od światła.

Ostatni nokturn