Człowiek, który nastroił fortepian, zaszachował orkiestrę i zreperował piec, czyli popołudnie z Maestro Maksymiukiem
Za młodu uwielbiał matematykę, więc prawdopodobnie ułamki i całki nieraz śniły mu się w rytmie walca. Potem zdobywał tytuły szachowego mistrza, co zresztą wiele wyjaśnia – w końcu dyrygowanie orkiestrą to nic innego jak partia szachów na (stu)kilkudziesięciu muzyków, gdzie zamiast gońcem i wieżą, gra się pierwszymi skrzypcami i sekcją dętą. Z czasem stał się znawcą eleganckich perfum ze światowych półek, bo przecież geniusz nie może pachnieć przeciętnością. Miał też – i tu trzymajcie się mocno swoich foteli – smykałkę do naprawiania pieca. Przy nim nawet w najtęższe mrozy nikt z jego muzykantów nie miał prawa zmarznąć. Wyobraźcie to sobie: człowiek, który rano analizuje partytury Rachmaninowa, po południu z kluczem francuskim w dłoni i znawstwem w oku wkracza do kotłowni, ratując muzykantów przed hipotermią.

O kim mowa? O Jerzym Maksymiuku, dyrygencie, który – powiedzmy to sobie wprost – batutą potrafi wyczarować burzę, a gołymi rękami uratować sezon grzewczy w średniej wielkości powiecie. (No nie, tu to już trochę się zapędziłem).
Dziś (2026-03-01) w niedzielne popołudnie, dzięki uczynności i miłym geście jednej z moich przesympatycznych znajomych z Facebooka, miałem niebywałą przyjemność obcować z tym człowiekiem-orkiestrą (i człowiekiem-hydraulikiem w jednym). Wszystko to w pięknej, ociekającej duchem wieszczów scenerii Saloniku Elizy w zespole Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Miejsce to nadawało się idealnie: romantyzm, sztuka, poezja latająca w powietrzu, a w samym środku „salonikowej” estrady on – Jerzy Maksymiuk, człowiek o tysiącu pasjach i sercu tak pojemnym, że zmieściłoby i całą filharmonię, i miliony słuchaczy. Spotkał się tam ze swoimi przyjaciółmi i fanami. Wśród tych ostatnich, na zaszczytnych miejscach, siedziałem ja oraz moja Renata, która przez całe spotkanie szturchała mnie łokciem, szepcząc z wyrzutem: „Widzisz? Maestro Maksymiuk potrafi naprawić piec, a ty od pół roku nie umiesz naprawić grzejnika w łazience!”. Trudno o celniejszy cios w męskie ego, ale z geniuszem konkurować nie zamierzam.
Na estradzie, niczym dobry duch i opoka, towarzyszyła artyście pani Ewa Piasecka-Maksymiuk. Menadżerka maestro, a prywatnie jego żona. Szybko zorientowałem się, że pani Ewa pełni tam rolę absolutnie kluczową. Była nie tylko wsparciem, ale i swoistym „tłumaczem symultanicznym” z języka pędzącego z prędkością światła geniuszu na język przyswajalny dla nas, zwykłych śmiertelników. Kiedy Maestro odlatywał w wyższe sfery anegdot, pani Ewa z czułością i uśmiechem sprowadzała go na ziemię. Stanowią duet idealny – pomyślałem – on jest żywiołem, wiatrem i burzą, ona jest eleganckim, stabilnym portem (który pewnie jeszcze dba o to, by ten wiatr ładnie pachniał luksusowymi perfumami).
Całe to arcyciekawe wydarzenie poprowadziła przemiła pani Zofia Humięcka. Pani Zofia to kobieta pełna ciepła, ale i estradowej dociekliwości. Zadawała pytania z taką gracją, jakby grała na harfie. Drążyła temat pasji Maestro tak zręcznie, że dowiedzieliśmy się rzeczy, o których nie śniło się nawet historykom muzyki.
A skoro o dźwiękach mowa, nie sposób pominąć pięknej artystycznej oprawy tego popołudnia. Spotkanie uświetniły bowiem poruszające występy dwóch artystek – sopranistki Aleksandry Molewskiej oraz pianistki Marty Misztal. Ich kunszt sprawił, że w romantycznym powietrzu Saloniku Elizy nuty wirowały ze zdwojoną siłą, stanowiąc doskonałe, żywe dopełnienie opowieści o muzycznym świecie Maestro.
Wracając więc do gwiazdy wieczoru – Maestro Maksymiuka… Maestro Maksymiuk to nie tylko dyrygent, przed którym trzęsą się puzony świata. To także kompozytor, który tę właśnie pasję – komponowanie – z rozmysłem rezerwuje sobie na nadchodzące lata. Dziewięćdziesiątka za pasem, ale przed nim kolejne stulecie! Tak, proszę Państwa, kiedy inni na emeryturze rozwiązują krzyżówki i narzekają na strzykanie w krzyżu, Jerzy Maksymiuk planuje pisać koncerty fortepianowe. Ma zresztą do tego papiery – dosłownie! Posiada fakultety z kompozycji oraz z fortepianu, co czyni z niego rasowego, pełnokrwistego muzyka, ulepionego z nut, klawiszy i szachowych gambitów.
Siedząc w Saloniku Elizy, patrzyłem na tego genialnego człowieka i myślałem o tym, jak rzadko spotyka się kogoś tak wielowymiarowego. Żyjemy w czasach wąskich specjalizacji – jak ktoś jest od muzyki, to nie tyka się śrubokręta, jak ktoś jest od szachów, to nie wie, jak pachnie dobry Dior. A Maksymiuk? On łamie wszystkie schematy. Dyryguje, komponuje, gra, wącha, wygrywa w szachy i dba o piec do grzania. Jest jak człowiek renesansu, który przez pomyłkę (albo dla zabawy) urodził się w naszych czasach.
Z Opinogóry wyjeżdżaliśmy naładowani niesamowitą energią. Ja byłem zachwycony anegdotami o muzyce i wielkim świecie, a moja Renata wciąż była pod wrażeniem zdolności hydraulicznych Maestro. I wiecie co? Kiedy wróciliśmy do domu, w ramach hołdu dla Jerzego Maksymiuka puściłem z głośników Orawę Kilara spod jego batuty, po czym… poszedłem wreszcie odpowietrzyć ten nieszczęsny kaloryfer w łazience. W końcu, skoro Maestro może, to i ja spróbuję.
Gorzej tylko z tym zaszachowaniem orkiestry – z tym jeszcze trochę poczekam.