Między burzą a uniesieniem. Frapujący Moss, mistrzowski Paleczny i wagnerowskie misterium. Moje pokoncertowe wrażenia.
Wczorajszy (2026-04-11), sobotni wieczór w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, gdzie zasiedliśmy na widowni wraz z moją żoną, Renatą, od samego początku zapowiadał się niezwykle intrygująco. Złożyły się na to dwa powody: z jednej strony perspektywa obcowania z niedościgłym kunsztem pianistycznym Piotra Palecznego – wybitnego artysty, którego od lat darzymy niesłabnącym podziwem i szacunkiem. Z drugiej – obietnica wyjątkowo atrakcyjnego repertuaru.

Nasze oczekiwania zostały spełnione z nawiązką. Wieczór przyniósł paletę szlachetnych emocji, a koncert, poprowadzony pewną batutą Wojciecha Rodka, dyrygującego Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus – zespołem utalentowanych muzyków młodego pokolenia – okazał się wydarzeniem na wskroś fascynującym.
Wieczór zainaugurowała współczesna intrygująca kompozycja Piotra Mossa – Dédicace VIII. Przyznam, że dotychczas twórczość tego kompozytora pozostawała dla mnie w dużej mierze nieodkryta. Kojarzyłem go głównie za sprawą utworu Hommage à Piotr Moss, zadedykowanego mu przez mojego muzycznego przyjaciela, maestro Karol Borsuk. Było to zatem moje pierwsze zetknięcie z muzyką Mossa wykonywaną na żywo – i od razu zaznaczę, bardzo pozytywne.
Orkiestra z wielkim wyczuciem oddała jego frapującą, kalejdoskopową mozaikę „wahań i zapytań”, finezyjnie zderzając liryczny spokój z dramatycznym rezonansem tutti. Romantyzująca, wirtuozowska partia harfy, żywiołowa i precyzyjna, imponująca – bo aż czteroosobowa – sekcja perkusji, a także nasycone brzmienie smyczków i instrumentów dętych blaszanych; wszystko to złożyło się na kunsztownie utkane przez kompozytora misterium sonorystycznych barw i ulotnych emocji.
Kiedy przebrzmiało nostalgiczne, głęboko przejmujące solo wiolonczeli, utwór ostatecznie zwieńczyła żywiołowa, monumentalna kulminacja całej orkiestry. Po wybrzmieniu ostatnich nut salę wypełniły gromkie brawa, a na estradę wywołany został sam twórca dzieła. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że siedział dokładnie przede mną, a tym samym ja, dosłownie, tuż za jego plecami.
Gorące owacje publiczności nagradzające kompozytora, płynnie ustąpiły miejsca krótkiej przerwie technicznej, podczas której na scenę wprowadzono fortepian, przygotowując przestrzeń na kolejne ogniwo muzycznego wieczoru.
Wraz z pojawieniem się na estradzie Maestro Piotra Palecznego audytorium ożyło, witając go serdecznymi, ciepłymi oklaskami. Legenda polskiej pianistyki zasiadła do instrumentu, by zinterpretować XX Koncert fortepianowy d-moll KV 466 Wolfganga Amadeusza Mozarta – dzieło o niezwykłej, niemal tragicznej intensywności wyrazu.
To, co usłyszeliśmy, wymykało się standardowym miarom wirtuozerii; nie był to bowiem w najmniejszym stopniu ani blichtr, ani techniczny popis czy jakkolwiek pojmowane efekciarstwo. Staliśmy się świadkami intymnej, niezwykle dojrzałej spowiedzi artysty. Piotr Paleczny nie narzucał instrumentowi siłowej dominacji, lecz wdał się w podszyty niepokojem dialog z orkiestrą, która pod czujną batutą dyrygenta snuła gęstą, symfoniczną narrację. W pierwszej części pianista precyzyjnie ważył każdy dźwięk, wydobywając z klawiatury kontrasty pełne dramatyzmu i elegijnego mroku. Prawdziwe katharsis przyniosła jednak część druga – Romanza. Liryczna kantylena w wykonaniu Mistrza zabrzmiała z tak kruchą delikatnością, że czas zdawał się zatrzymywać w miejscu. Gdy w środkowym epizodzie gwałtownie powrócił minorowy ton i nagły gest tragizmu, w dźwiękach fortepianu wybrzmiała przejmująca skarga, będąca świadectwem głębokiego, egzystencjalnego osamotnienia i nieodłącznej kruchości ludzkiego losu.
Zahipnotyzowani, wspólnie z Renatą, trwaliśmy w bezruchu. Miałem zresztą wrażenie, że i pozostali melomani wstrzymali oddech, chłonąc każdą frazę, każdy najdrobniejszy niuans artykulacji. W końcu, gdy burzliwy finał dotarł do świetlistej, pełnej blasku cody i przebrzmiał ostatni akord, na bardzo krótką chwilę zapadła gęsta od emocji cisza. Dopiero po niej rozległy się owacje – szczery wyraz najgłębszej wdzięczności za zbiorowe doświadczenie muzycznej transcendencji.
Po przerwie, wciąż wibrująca od wzruszeń widownia, została przeniesiona w mistyczny wymiar tym razem za sprawą dzieł Richarda Wagnera. Sinfonia Iuventus, mimo młodego wieku muzykantów, udowodniła swoją dojrzałość, znakomicie oddając ewolucję wagnerowskiego geniuszu. Uwertura do Tannhäusera uderzyła majestatem, splatając hymn pielgrzymów ze zmysłowością Venusbergu. Preludium do Lohengrina spłynęło z estrady niczym świetlisty, eteryczny obłok, a orkiestralne crescendo zahipnotyzowało bogactwem barw. Klamrą zamykającą ten niezwykły wieczór było epokowe preludium do Tristana i Izoldy. Słynny „akord tristanowski” i następujące po nim błądzące harmonie bezbłędnie wykreowały napięcie niespełnionego pragnienia. Kiedy wybrzmiała mistyczna Liebestod, przynosząc ostateczne ukojenie, stało się jasne, że ten koncert był czymś więcej niż tylko popisem umiejętności. Był triumfem sztuki, która – tak samo, jak w przepięknej interpretacji Piotra Palecznego – potrafi dotknąć najczulszych strun ludzkiej duszy.
Kiedy opuszczaliśmy z Renatą gościnne mury Studia im. Lutosławskiego, wychodząc w rześką, kwietniową noc, miasto wokół nas wciąż tętniło swym pośpiesznym, nieustępliwym rytmem. My jednak nieśliśmy w sobie zupełnie inną melodię. Czuliśmy, jak wielka sztuka obmywa nas z codziennego pyłu, zostawiając w sercu ciszę utkaną z dźwięków. Spotkanie z prawdziwym mistrzostwem zawsze ma w sobie niezwykłą moc: zatrzymuje czas i sprawia, że do otaczającej nas rzeczywistości wraca się choć odrobinę jaśniejszymi. Dziękujemy, maestro Moss, dziękujemy maestro Paleczny, dziękujemy maestro Rodek z Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus, za piękny koncert.