Andrzejkowe wróżby Pani Basi ze Starych Babic

Stare Babice, późny listopadowy wieczór. W domach wesoło trzaskały kominki, a wokół gminnych uliczek rozchodził się zapach jesiennych, wilgotnych liści. Ale w niedużej posesji przy ulicy Osiedlowej pani Basia — lat 40 z niewielkim dokładem, ale… pomińmy szczegóły — miała zupełnie inne priorytety. Dziś, drodzy państwo, nie był czas na samotne spacery. Dziś był Andrzejkowy Wieczór, a pani Basia, jak co roku, była gotowa stoczyć bój z losem, uzbrojona w wosk i klucz.

Pani Basia, kobieta o sercu złocistym jak jesienne liście i temperamencie, który mógłby zawstydzić niejeden wulkan, nie była typową samotniczką. Wręcz przeciwnie! Otaczały ją trzy koty (dwa dachowce i jeden leniuszek), stosy książek (romantycznych, rzecz jasna) i bezgraniczna nadzieja. Sąsiedzi? – Sąsiedzi widzą samotność, ale ona wie, że to tylko inna nazwa na więź: trzech mruczeń i jednej kobiety. Bo choć mężczyzna, na którego czeka od początku świata, był równie efemeryczny jak polityczne obietnice, pani Basia twardo wierzyła, że nadejdzie dzień, gdy jej „spokój wyryje się w jego sercu jak piękno bez daty ważności: nie będzie potrzebować zegara, by trwać…”. Brzmi górnolotnie? Owszem. Ale pani Basia miała taką dewizę, i już.

Wróćmy do wosku. Cały rok gromadziła niedopalone świeczki, które teraz, na rozgrzanym piecu (ach, te retro rozwiązania!) przyjemnie bulgotały w rondelku. Obok stała miska z zimną wodą, a w ręce pani Basi spoczywał, niczym berło, stary, niklowany klucz — niezastąpiony przyrząd do tworzenia woskowych arcydzieł.

Pierwsze lanie wosku. Syknęło, zabulgotało. Pani Basia pochyliła się nad miską, mrużąc oczy niczym detektyw przed sensacyjnym odkryciem. „No, co mi tu przyniosłeś, wosku drogi?” — szepnęła. Cień na ścianie. Długi, smukły, lekko zakrzywiony… „O rany!” — wykrzyknęła, omal nie przewracając miski. „To… to parasol! Czy to znaczy, że on — no, ten, na którego czekam — przyjdzie w deszczowy dzień? Albo że będzie dbał, żebym nie zmokła? Albo, co gorsza, że jest parasolem i nie ma rąk, żeby mnie przytulić?!” Pani Basia miała bujną wyobraźnię, która czasem prowadziła ją na manowce.

Drugie lanie. Tym razem wosk przybrał kształt… kota. No, może kota z dość długim ogonem i nieco zniekształconą głową, ale kota. „Kocur!” — zawołała pani Basia, śmiejąc się perliście. — „Czyli mój facet będzie miał coś wspólnego z kotem!” — i spojrzała na śpiącego na parapecie sierściucha. — „Może będzie miękki i ciepły jak poduszka, tak jak Felicjan? Może będzie potrafił mruczeć z zadowolenia, gdy go pogłaszczę po policzku, i zwijał się w kłębek, kiedy będzie chciał, żebym go przytuliła? A może, jak każdy porządny kocur, będzie chodził swoimi ścieżkami, ale zawsze wracał do domu — do mnie — bo nigdzie indziej nie będzie mu tak dobrze jak u mojego boku? I może będzie odrobinę niezależny, ale właśnie ta ich kocia duma sprawia, że gdy już wybiorą sobie człowieka, to na zawsze!” Pani Basia rozmarzyła się, wyobrażając sobie mężczyznę, który z kocią gracją wkradnie się do jej serca i już z niego nie wyjdzie.

Trzecie lanie. Te było najbardziej enigmatyczne. Na ścianie zatańczył cień przypominający… spiętrzony stos książek. Z jedną taką nieco odjechaną, w kształcie serca, na samym szczycie. „Książki!” — odetchnęła z ulgą pani Basia. — „Czyli będzie inteligentny! Będzie czytał ze mną poezję, dyskutował o filozofii egzystencjalnej i nie będzie mi kazał oglądać piłki nożnej! I to serce na górze… to na pewno znak, że będzie mnie kochał, tak jak ja kocham kryminały Agathy Christie!”

Około północy stół w salonie pani Basi przypominał woskowe muzeum osobliwości. Był tam parasol, kot, stos książek, jakiś nieokreślony kształt, który po dłuższym zastanowieniu uznała za… kaczuszkę z muszką (co mogło symbolizować zamiłowanie do elegancji) i wreszcie — coś, co przypominało miniaturowy tron.

„Tron!” — zawołała triumfalnie pani Basia, opadając na fotel zadowolona. — „To jasne! On będzie królem mojego serca! I będzie miał tron! Może nawet będzie prawdziwym królem! Wtedy bym pojechała do jego zamku nawet na koniec świata i będę jego królową!”

Pani Basia, zmęczona, ale szczęśliwa, zebrała swoje woskowe wróżby. Jutro rano spojrzy na nie świeżym okiem i z pewnością dopatrzy się jeszcze więcej symboli. Bo nawet jeśli ten mężczyzna nie pojawi się z parasolem, nie będzie miał w sobie nic z kocura i nie zasiądzie na tronie, pani Basia i tak wiedziała jedno: jej niezachwiana wiara, jej ciepło i jej nieodłączny spokój są i zawsze będą jej największymi atutami. A one, jak wiadomo, nie potrzebują zegara, by trwać. I to właśnie je zamierzała wyryć w pamięci tego jedynego, który — miała nadzieję — już niedługo zapuka do drzwi jej małego królestwa w Starych Babicach. A wtedy, drodzy państwo, popcorn i faworki będą nieodzowne.

Opowiadania nieulotne