Nokturn w tonacji koniak-moll

Paryż, rok pański 1848. Mgła, jak co rano, przesiąkała przez jej okno niczym natrętny, choć nieco romantyczny kochanek. Solange z domu Dudevant, kobieta o urodzie tak posągowej, że niejeden rzeźbiarz na jej widok porzuciłby dłuto z czystej rozpaczy, siedziała przy mahoniowym biurku. Przed nią leżał arkusz najdelikatniejszego papieru czerpanego, a w jej dłoni drżało pióro, gotowe przelać na papier najgłębsze sekrety duszy.

Spojrzała w dół. Na perskim dywanie, przypominającym teraz bardziej pole bitwy niż ozdobę salonu, leżał jej mąż – Auguste Clésinger. Leżał, by być precyzyjnym, w pozycji, którą sama natura zarezerwowała dla powalonych dębów i ssaków morskich wyrzuconych na brzeg – z tą różnicą, że z jego ust wydobywało się pochrapywanie o sile i melodii kowalskiego miecha. Pusta butelka po koniaku niczym trofeum spoczywała w jego zaciśniętej dłoni.

Solange westchnęła, ale nie było to westchnienie żony strapionej. Było to raczej westchnienie artystki, która w chaosie codzienności odnajduje inspirację. Mąż, w swoim zamroczeniu, stał się dla niej malowniczym, acz nieco odpychającym elementem pejzażu. Cóż – pomyślała – każdy nosi w sobie jakiś krajobraz, nawet jeśli jest to krajobraz po klęsce żywiołowej.

Zanurzyła pióro w kałamarzu i zaczęła pisać.

Mój Drogi, mój Jedyny Maestro, piszę do Pana z sercem przepełnionym zarówno Pańskimi nokturnami, jak i oparami koniaku, które unoszą się nad moim dywanem. To doprawdy niezwykłe połączenie, które zmusza do refleksji nad dualizmem ludzkiej natury. Czyż nie jest tak, że najpiękniejsze melodie rodzą się często w towarzystwie najbardziej prozaicznych okoliczności?

Spojrzała na Augusta. Przekręcił się na drugi bok, mamrocząc coś o „gryzetkach” i „jeszcze jednej kolejce”. Adela uśmiechnęła się smutno pod nosem. Był w pewnym sensie uroczy w tej swojej niedoskonałości. Przypomniały się jej słowa matki, że „doskonałość jest celem bogów, a dążenie do niej – przywilejem śmiertelników”. A Auguste, cóż, on nawet nie próbował dążyć do niczego. On po prostu był. I chrapał.

Pan, Panie Chopin, swoimi palcami wyczarowuje Pan na klawiszach fortepianu światy, o których my, zwykli śmiertelnicy, możemy tylko marzyć. Zamykam oczy i słyszę krople deszczu w Pańskim preludium, czuję wiatr w mazurkach i dumę narodową w polonezach. A potem otwieram oczy i widzę mojego męża, który próbuje we śnie przytulić pustą butelkę. I wie Pan co, Maestro? W obu tych obrazach jest jakaś prawda o życiu. Prawda o tym, że tęsknimy za pięknem, za czymś, co nas uniesie ponad przyziemność. Pan to piękno tworzy. Ja go szukam. A mój mąż… mój mąż prawdopodobnie szuka dna w kolejnej butelce. Może na tym polega tajemnica istnienia? Każdy szuka swojego dna, by móc się od niego odbić. Choć obawiam się, że Auguste przy swoim odbiciu zrobiłby tyle hałasu, że obudziłby pół Paryża.

Pióro znowu zatańczyło na papierze. Solange pisała z pasją, z ogniem, który rozpalała w niej muzyka i, paradoksalnie, widok chrapiącego na dywanie małżonka. Był on dla niej żywym dowodem na to, że życie to nie tylko poezja, ale i rubaszna proza. Że obok wzniosłych idei zawsze znajdzie się miejsce na potknięcie, czkawkę i plamę na dywanie. 

Wiesz, Fryderyku, czasem myślę, że miłość jest jak komponowanie utworu. Zaczynasz od pięknej, prostej melodii, potem dodajesz harmonie, czasem pojawia się jakiś dysonans, nagłe fortissimo, po którym następuje chwila ciszy i… koda. A koda u mnie – to chrapiący na dywanie mąż. Czasem zastanawiam się, co by Pan pomyślał, widząc tę scenę. Czy ubrałby ją Pan w dźwięki? Może powstałby z tego jakiś „Nokturn w tonacji koniak-moll”? Czy nuty potrafiłyby oddać tę mieszankę miłości, litości i lekkiego zażenowania, którą teraz czuję? Mój mąż, gdy jest trzeźwy, co zdarza się rzadziej niż kometa Halleya na paryskim niebie, mawia, że „życie to teatr, a my jesteśmy tylko aktorami”. Cóż, dzisiaj gra rolę dywanu. Ale paradoksalnie nawet w tej roli jest jakiś autentyzm. Bo czyż nie jest tak, że największą sztuką jest po prostu być sobą, nawet jeśli jest się sobą chrapiącym i zamroczonym?

Auguste nagle poruszył się gwałtownie i z jego ust wydobył się dźwięk przypominający charkot zarzynanego prosięcia. Solange nawet nie drgnęła. Zanotowała tylko w myślach: „Dodać do listy zakupów: potrzebny nowy dywan”.

Kończę już, mój Mistrzu. Słońce powoli wschodzi, a ja czuję, że wraz z nim budzi się we mnie nowa nadzieja. Nadzieja, że Pańska muzyka zawsze będzie dla mnie ucieczką. I nadzieja, że mój mąż obudzi się bez bólu głowy, choć to już zakrawa na fantastykę. Dziękuję, że jest Pan na tym świecie i tworzy Pan piękno, które pozwala mi z uśmiechem patrzeć na prozę życia.

Z najgłębszym uwielbieniem, Solange.

Złożyła list, zalakowała go i odłożyła na bok. Spojrzała raz jeszcze na Augusta. Leżał teraz cicho, z błogim uśmiechem na twarzy, jakby śnił o aniołach. Albo o anielsko dobrym trunku.

Cóż… szepnęła do siebie Solange, wstając od biurka. Najważniejsze to znaleźć muzykę we wszystkim. Nawet w chrapaniu. – I z tą filozoficzną myślą zanuciła pod nosem melodię króciutkiego walca a-moll Chopina, ruszając w stronę kuchni, by zaparzyć sobie porannej kawy. Wiedziała, że czeka ją długi i z pewnością kolejny nudny dzień.

Opowiadania nieulotne

Chopinalia