Wiesz, jak to jest z jesienią w wielkim mieście? Niby wszyscy na nią narzekają, bo szaro, bo błoto, bo słońce chowa się o czwartej po południu, ale tak naprawdę… jesień daje idealną przykrywkę do bycia melancholijnym. Możesz gapić się tępym wzrokiem w okno kawiarni, pić za drogie latte z dyniowym syropem i nikt nie pyta, czy wszystko w porządku. Wszyscy myślą, że po prostu czytasz w myślach albo pracujesz nad wielką powieścią. A ty po prostu próbujesz poskładać w całość swój własny, dość przeciętny poniedziałek.

Siedziała właśnie w „Czarnej Dziurze” – tak nazwała z Markiem tę knajpkę, bo wnętrze było urządzone w odcieniach grafitu i węgla drzewnego, a krzesła były tak niewygodne, że człowiek siedział maksymalnie dwadzieścia minut. Marek był jej szefem, przyjacielem, a od jakiegoś czasu… no właśnie. Kimś, kogo obecność stała się dla niej tak naturalna, jak oddychanie, i jednocześnie tak niebezpieczna jak chodzenie boso po szkle.
Marek stukał palcami w blat stolika. Miał na sobie ten swój ulubiony, znoszony sweter w kolorze zgniłej zieleni, w którym wyglądał jak artysta z lat dziewięćdziesiątych, choć na co dzień zarządzał działem logistyki w korporacji zajmującej się importem płytek ceramicznych. Ironia losu w czystej postaci.
– Zamyślasz się, Ola – powiedział, upijając łyk czarnej kawy. Bez cukru, bez mleka. Zupełnie jakby chciał się za coś ukarać.
– Ja? Skądże – odparła, krzywiąc się lekko na widok pianki w jej kubku, która zaczynała przypominać małego potworka. – Po prostu zastanawiam się, czy te płytki z madagaskarskiej kolekcji dotrą przed piątkiem.
Marek zaśmiał się. To był taki niski, ciepły śmiech, który zawsze sprawiał, że gdzieś w okolicach żołądka robiło mi się dziwnie miękko. Znała ten śmiech na pamięć. Znała też sposób, w jaki marszczył czoło, kiedy analizował arkusz kalkulacyjny, i to, że zawsze gubił klucze od biura w lewej kieszeni płaszcza. Wydawało jej się, że wiem o nim wszystko. Że ich relacja jest przezroczysta jak szyba w tym cholernym oknie.
Ale to była tylko złudna wygoda. Bo prawda była taka, że Marek siedział teraz jakieś siedemdziesiąt centymetrów od niej, a dzielił ich ocean niewypowiedzianych słów. I nie chodziło o jakieś tanie, telenowelowe zauroczenie. Chodziło o coś, co wgryzało się w żebra o wiele głębiej.
Wspomniała ich zeszłotygodniowy wyjazd służbowy do Poznania. Utknęli wtedy w korku na obwodnicy, a potem pociąg powrotny miał trzy godziny opóźnienia. Siedzieli na obskurnym peronie, owinięci jednym szalikiem, bo jej zaginął gdzieś w taksówce. Wokół nich hulał wiatr, a oni rozmawiali. O wszystkim i o niczym. O tym, jak jego ojciec zbierał znaczki, o jej lęku przed wysokimi mostami, o książkach, które ich ukształtowały, i o tym, czego tak naprawdę szuka się w życiu, zanim zgasną światła.
Wtedy, w tej zimnej, poznańskiej nocy, Marek spojrzał na nią w taki sposób, że zapomniała, jak się oddycha. Nie było w tym pożądania. Było w tym czyste, obnażone zrozumienie. Jakby ktoś w końcu zapalił światło w ciemnym korytarzu, po którym macocha błądziłam od lat.
I wtedy, siedząc w tej kawiarni, patrzyła na jego profil, na te drobne zmarszczki wokół oczu od śmiania się z głupich żartów, i kołacze mi się w głowie myśl, która nie chciała dać spokoju.
Nikt nigdy nie dotknął tak mojej duszy, jak ty… Ale nigdy się o tym nie dowiesz.
Bo jak niby miałby się dowiedzieć? Jak ma mu to powiedzieć między jednym mailem o płytkach a dyskusją o tym, gdzie zamawiamy lunch? „Słuchaj, Marek, zmieniłeś mój wewnętrzny pejzaż, sprawiłeś, że blizny przestały boleć, a świat stał się odrobinę bardziej znośny, po prostu będąc sobą”? Zabrzmiałoby to jak cytat z taniego romansidła albo, co gorsza, jak próba skomplikowania czegoś, co z jego perspektywy mogło być po prostu fajną, bezpieczną znajomością z pracy.
Marek miał swoją dziewczynę. Karolinę. Układną, śliczną, zajmującą się PR-em dziewczynę, z którą planowali kupić mieszkanie na kredyt i adoptować buldoga francuskiego. Pasowali do siebie na papierze. A ona? Ona była tą osobą, z którą można pośmiać się przy kawie i ponarzekać na szefa wyższego szczebla.
– He Ziemia do Oli! – Marek uniósł dłoń i pomachał mi przed nosem. – Płytek nie będzie w piątek. Celujemy we wtorek.
Wyrwała się z transu, mrugając gwałtownie.
– A, jasne. Wtorek. Przewidywalnie.
– Znowu odpływasz – stwierdził, przyglądając jej się z tym swoim przenikliwym wyrazem twarzy, którego tak bardzo się bała. Bo czuła, że on widzi w niej znacznie więcej, niżby chciała pokazać. Albo przynajmniej tak jej się wydawało, co było jeszcze bardziej bolesne. Może to wszystko było tylko w jej głowie? Może to ona dopisała historię do zwykłego faceta ze zgniłozielonym sweterku?
– Po prostu zmęczona jestem, Marku – uśmiechnęła się blado, zgarniając ze stolika torebkę. – Chyba wiek robi swoje.
– Jaki wiek, masz dwadzieścia osiem lat, staruszko – zaśmiał się, płacąc rachunek.
Wyszliś w chłodne popołudnie. Powietrze pachniało deszczem i spalinami. Idąc obok niego trotuarem, pilnowała, żeby ich ramiona się nie stykały. Dzieliło ich może dziesięć centymetrów przestrzeni, ale w tej przestrzeni mieścił się cały wszechświat rzeczy, których nigdy nie wypowie na głos.
Odprowadził ją pod samą klatkę, jak zawsze zresztą. Był do bólu ułożony, wychowany na starych zasadach.
– To co, do jutra w biurze? – zapytał, chowając ręce do kieszeni płaszcza.
– Do jutra, Marku. Dzięki za kawę.
– Jasne. Uważaj na siebie, Olu.
Obrócił się na pięcie i ruszył w stronę swojego bloku. Szedł tym swoim szybkim, zdecydowanym krokiem. Patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę, aż zniknął za rogiem ulicy.
Weszła do ciemnego, pachnącego stęchlizną i pastą do podłóg korytarza swej kamienicy. Wcisnęła przycisk windy, która z głośnym brzękiem zaczęła mozolnie wspinać się na czwarte piętro. Oparła się plecami o chłodną lamperię i zamknęła oczy.
Wszystkie te emocje, które tłumiła przez ostatnie godziny, nagle uderzyły ze zdwojoną siłą. Poczuła pieczenie pod powiekami. To dziwne uczucie, kiedy ktoś staje się częścią twojego wnętrza, nie dotknąwszy cię nawet palcem. Kiedy czyjaś obecność leczy rany, o których istnieniu nawet nie wiedziało się, a ty musisz udawać, że wszystko jest na swoim miejscu.
Nikt nigdy nie dotknął tak mojej duszy, jak ty… Ale nigdy się o tym nie dowiesz.
Winda z szarpnięciem zatrzymała się na jej piętrze. Wypuściła powietrze z płuc, otworzyła drzwi kluczem i weszła do pustego, cichego mieszkania. Zrzuciła buty, nie zapalając światła, podeszła do okna i patrzyła na migoczące w oddali światła samochodów.
Jutro o dziewiątej rano znowu usiądą przy tym samym stoliku. On zamówi czarną kawę bez cukru, ona weźmie latte z dynią, będą rozmawiać o logistyce płytek i śmiać się z głupich żartów. I nikt, absolutnie nikt, nie domyśli się, że dzisiaj po raz kolejny przeszła obok kogoś, kto przypadkowo trzymał klucz do jej wszechświata – i nawet nie wiedział, jak go użyć.