Po lekturze „Ich pierwszego lata w Nohant” niektórzy z Państwa zwierzali mi się, że czuli, jakby siedzieli gdzieś w kąciku tamtego domu, cicho, z oddechem wstrzymanym, obserwując, jak między dwojgiem ludzi – Fryderykiem Chopinem i George Sand – kiełkowało coś kruchego, nieoczywistego, a jednak rozpoznawalnego jak pierwszy akord preludium. Byliście wtedy – i ja razem z Wami – świadkami narodzin: dojrzałego związku, w którym ci dwoje odczytywali się nawzajem, krajobrazu wypełnionego zapachem lip i tuszem świeżo skreślonych słów.
Dziś, moja najnowsza powieść „Solange i Fryderyk”, którą podczas pisania na roboczo tytułowałem „Ich ostatnie lato w Nohant” – domaga się innej ogniskowej. Mógłbym, oczywiście, z kronikarską pieczołowitością odtworzyć dwa ostatnie akty: zgrzyty, milczenia zbyt długie jak na przyjaciół, oraz słowa zbyt krótkie jak na kochanków. Mógłbym policzyć dni, kiedy słowa milkną, a spojrzenia twardnieją. Ale ostatecznie poczułem, że w taki sposób opowiadałbym melodramat z przyzwyczajenia. A literatura nie powinna być przyzwyczajeniem. Dlatego tym razem odwróciłem kamerę. Skierowałem ją tam, gdzie zwykle nieśmiało drży obiektyw: ku Solange, dorastającej córce George Sand, i ku Fryderykowi – już nie temu z „pierwszego lata”, pełnemu świeżej wiary w równowagę uczuć i pracy, lecz temu, który wie, jak ciężki bywa oddech choroby i jak lekka potrafi być reputacja w salonach. Nie interesował mnie skandal ani plotka, lecz cicha, niewygodna prawda: że w cieniu wielkiej miłości czasem wyrasta skrywane uczucie, które nie ma prawa rozkwitnąć, a mimo to wypuszcza zielony liść. I z góry zapewniam: chciałem być i będę wobec Was uczciwy – nie pisałem o romansie. Napisałem o granicy. O błysku w oku, który natychmiast gasi rozsądek. O kilku zdaniach zbyt uważnych, natychmiast cofniętych. O tym, jak człowiek dojrzały, świadomy proporcji świata – różnicy wieku, pozycji, zależności, miary bólu, który mógłby zadać – rozpoznaje w sobie iskrę i osłania ją dłonią, by nie roznieciła pożaru. Napisałem o niemożliwości (uczucia), która uczy odpowiedzialności.
Dlaczego to ważne? Bo w opowieściach o wielkich miłościach najczęściej widzimy tylko kontury: początek i koniec, uwiedzenie i rozstanie. Pomiędzy nimi ginie drobnopis codzienności – szczególnie ten, który dotyczy młodych, stojących na progu. Solange nie jest w mojej powieści jedynie „córką George Sand”, figurą w dekoracji. Jest młodą osobą, w której budzi się potrzeba bycia widzianą, w której budzi się kobiecość. A obok niej była wtedy muzyka – był człowiek-muzyka, który widział lepiej niż inni, bo zawodowo słuchał ciszy. W tej sytuacji każde słowo waży więcej, każdy gest ma brzeg. Moja opowieść o Solange i Fryderyku nie jest więc kroniką upadku miłości, tylko studiowaniem cienia. Chciałem, abyśmy razem przycupnęli w tym samym kąciku salonu, ale odwrócili twarze w inną stronę. Zobaczyli to, co na mapie uczuć oznacza się zwykle białą plamą: strefę uczuć zawieszonych, uczuć nieprzyzwoicie ludzkich, które nie przechodzą w czyn, bo ktoś potrafi powiedzieć sobie: „nie”. Zaryzykuję tezę – w tej ciszy między Chopinem a Solange, w tym niedokonaniu, jest etyka – a może nawet piękno. Nie to krzykliwe, z fajerwerkami, nie plotki, lecz trudne piękno wyboru. W Solange i Fryderyku zamiast odległego pogłosu dostarczam Wam gromy. Zamiast drobnych codziennych scenek domowników – dramatyczne sytuacje dwuznaczne moralnie. I muzykę, która wszystko wie, ale niczego nie zdradza. Dlaczego będę unikać dosłownego relacjonowania ostatnich miesięcy związku Sand i Chopina? Bo ta historia została już tyle razy opowiedziana, że grozi jej ślepota. Każde kolejne streszczenie rozstania spłaszcza ludzi do roli posągów. Chciałbym ocalić ich kruche człowieczeństwo właśnie tam, gdzie najłatwiej o potknięcie: przy zakazanym progu. Moja książka nie jest opowieścią o zdradzie, lecz o samoopanowaniu. Nie o sensacji, lecz o sumieniu…
Tak czy siak, pozostajemy w niej cichymi obserwatorami życia w Nohant. Zmieni się jednak barwa tej ciszy. W Pierwszym lecie byliśmy świadkami narodzin duetu; w ostatnim – staniemy się powiernikami tematu, który nigdy nie zdołał rozkwitnąć w wariację. Wsłuchując się w to niedokonanie, zrozumiemy być może o Chopinie prawdę nieuchwytną dla nut: że jego najpotężniejsze fortissimo wybrzmiewało w ciszy.
Dlatego bardzo szczerze zapraszam Was do lektury, która wymagać będzie skupienia. Do patrzenia, które stanie się formą nasłuchiwania. Do empatii, która nie zaferuje wyroków, lecz spróbuje pojąć. Jeśli w Pierwszym lecie odkrywaliśmy magię początku, to w „Ostatnim” zmierzymy się z etyką granicy. A to, śmiem twierdzić, jest lekcja, której echo warto unieść ze sobą daleko poza mury Nohant.
A tych z Państwa, którzy postanowili dołączyć do tej opowieści dopiero teraz, gorąco zachęcam do sięgnięcia po Ich pierwsze lato….
Poznacie tam fundament, na którym wzniosłem opowieść o pęknięciu; zrozumiecie, jak wiele było do stracenia.
Obie książki stanowią dwie strony tego samego medalu: awers to miłość spełniona, rewers – uczucie powstrzymane.
Kiedy już poznacie obie historie, zadajcie sobie Państwo pytanie: która z nich wymagała od Chopina większej odwagi? Czy ta miłość, która wybucha z całą mocą, czy ta, którą z najwyższym trudem tłumi się w sobie, by chronić innych?
Odpowiedź na to pytanie była prawdziwym dla mnie wyzwaniem i tematem Solange i Fryderyka. Czy sprostałem wyzwaniu? – Przeczytajcie Państwo książkę i oceńcie sami.
