W cieniu Chopina i George Sand… Opowieść o tym, jak córka stała się łupem

Przenieśmy się myślą w czasy Chopina i George Sand, w progi posiadłości Nohant, by stać się świadkami pewnej domowej sceny i wyobraźmy sobie romantyczną kolację: migotliwy blask świec rzuca drżące cienie na ściany, a w tle, niczym dyskretny szept, rozbrzmiewają nokturny Chopina. W końcu to dom wielkiej pisarki, muzyka mistrza jest tu więc równie naturalna, co powietrze.


Obok Solange, córki gospodyni, zasiadł ON. Rzeźbiarz. Mężczyzna o urodzie posągowej i dłoniach, które zdawały się stworzone zarówno do ugniatania kapryśnej gliny, jak i – co miało się wkrótce okazać – do druzgotania rodzinnych więzi. I patrzy… Ach, jak on patrzy! Solange, córka kobiety, która przywdziała męski strój na długo przedtem, nim stało się to modą, i która łamała serca z wirtuozerią godną Paganiniego, mimo odwróconej głowy, czuje na sobie jego wzrok. To nie jest zwykłe spojrzenie. To spojrzenie kolekcjonera, który dostrzegł właśnie rzadki, bezcenny okaz i w jego oczach zapala się nie tyle płomień pożądania, ile chłodny ogień posiadania.
„Czasem odnoszę wrażenie, że patrzy na mnie nie jak na kobietę, a jak na trofeum, które musi zdobyć” – skarży się Solange w powieści, którą właśnie piszę. I w tym jednym zdaniu zawiera się cała esencja tysięcy nieudanych rendez-vous, toksycznych relacji i małżeństw, które powinny były zakończyć się na etapie pierwszej kawy. Mężczyzna-zdobywca, myśliwy z gatunku Homo Sapiens Trophy-Hunterus, to postać wiecznie żywa. Jego naturalnym środowiskiem jest sawanna życia towarzyskiego, a jego celem nie jest partnerstwo, lecz spektakularne zwycięstwo. Kobieta w jego oczach nie jest fascynującą istotą z własnymi marzeniami, lękami i irytującym zwyczajem zostawiania otwartej tubki pasty do zębów. Jest lśniącym pucharem Ligi Mistrzów albo limitowaną edycją platynowej karty kredytowej. Jest czymś, co można postawić na kominku (metaforycznym, rzecz jasna), pokazać kolegom i powiedzieć z dumą: „Patrzcie, co upolowałem”.
Nasz bohater, ale i jeden z kluczowych bohaterów mojej powieści „Solange i Fryderyk”, rzeźbiarz Clesinger, był w tej dziedzinie mistrzem. Nie interesowała go zwykła dziewczyna z sąsiedztwa. Jego ambicje sięgały wyżej. Upolować córkę George Sand? To jak zdobyć Mount Blanc w klapkach, jednocześnie żonglując płonącymi pochodniami. Wyzwanie godne prawdziwego artysty… o prawdziwym wielkim ego. Solange, niestety, dała się złapać w sidła. Może zaimponował jej ten zapał? Może pomyślała, że to po prostu taka męska, nieco nieokrzesana forma adoracji? „Och, on tak bardzo się stara, to musi być miłość!”. Błąd, droga Solange. To nie miłość, to sport. On nie podziwiał Twojej duszy, on planował, gdzie postawi półkę na trofeum z napisem „Solange Dudevant, córka George Sand – ZDOBYTA”.
I jak to zwykle bywa z trofeami, po zdobyciu tracą one nieco na atrakcyjności. Błyszczący puchar zaczyna się kurzyć, a żona-trofeum, o zgrozo, zaczyna mieć własne zdanie. Okazuje się, że nie chce grzecznie stać na postumencie i pięknie wyglądać. Chce rozmawiać, wychodzić z domu, a czasem nawet, o zgrozo, nie zgadzać się ze swoim „właścicielem”. Dla myśliwego to sytuacja nie do zniesienia. Przecież nie po to spędził miesiące na podchodach, zasadzkach i kosztownych prezentach, żeby teraz trofeum mu… pyskowało!
Historia, jak to ma w zwyczaju, dopisała do przeczuć Solange brutalnie logiczne zakończenie. Małżeństwo z Clésingerem, które miało być dla niego triumfem, okazało się pasmem klęsk: niekończących się awantur, tonięcia w długach i przemocy, która zniszczyła wszelkie pozory uczucia. Ich rozstanie wstrząsnęło artystyczną śmietanką Paryża, stając się publicznym widowiskiem. Jednak najokrutniejszy chichot losu miał dopiero nadejść. Ostateczne, nieśmiertelne „trofeum” Clésinger zdobył dopiero po śmierci Chopina, rzeźbiąc jego nagrobek – tym samym unieśmiertelniając mężczyznę, który był wielką miłością jego teściowej i skrywaną, tajną wręcz miłością jego żony – Solange.

Morał, który płynie z tej historii, choć podany z lekkim przymrużeniem oka, jest w istocie głęboko poważny. Kiedykolwiek bowiem na swojej drodze spotkacie spojrzenie, które lustruje, zamiast dostrzegać; które pragnie posiąść, zamiast poznać – zawróćcie bez wahania. Uczyńcie to, nim staniecie się zakurzoną ozdobą na kominku cudzego ego. Prawdziwa bliskość zaczyna się przecież nie tam, gdzie kończy się brawurowe polowanie, lecz tam, gdzie zaczyna się proza wspólnego życia: rozmowy o niczym, drobne spory i powolne odkrywanie, że drugi człowiek jest wszechświatem nieskończenie bardziej fascynującym niż najwspanialszy nawet puchar.
I właśnie o tym pragnieniu, o tej bezgranicznej woli bycia poznaną, a nie posiadaną, opowie moja przyszła książka, „Solange i Fryderyk”. Oddam w niej głos samej Solange, by pokazać dramat jej życia z zupełnie innej perspektywy – przez pryzmat jej zakazanej relacji z Fryderykiem Chopinem. Będzie więc to opowieść nie tylko o mężczyźnie-myśliwym, lecz przede wszystkim o kobiecie, która w cieniu wielkiego romansu swojej matki szukała własnej tożsamości i znalazła ją w uczuciu niemożliwym do spełnienia.
A jeśli już dziś chcieliby Państwo poznać preludium do tej historii, serdecznie zapraszam do lektury mojej powieści „Ich pierwsze lato w Nohant”. To tam, w wiejskiej posiadłości George Sand, zaczęła się fascynująca przyjaźń jedenastoletniej Solange z enigmatycznym artystą, który właśnie wkroczył w życie jej matki. Szczerze polecam! 

Solange i Fryderyk